Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XLI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLI.

Nazajutrz rano Beniowski z Chruszczowym nie uszli i stajania od osady, gdy dogonił ich zdyszany kozak Niłowa i obwieścił:
— Pani prosi, żeby pan zaraz przyszedłl Starszy pan umiera!...
— Co?... kiedyż to?...
— A wrychle po śniadaniu. Rozgniewał się na sekretarza, wygnał go, a kiedy ten odszedł, położył się i jęczeć zaczął!...
— Wracaj i powiedz, że będę natychmiast!... — odesłał Beniowski kozaka; poczem zwrócił się do Chruszczowa. — Przyjacielu rzekł widzę, że nie będę mógł pójść z tobą, tymczasem jest to rzecz niecierpiąca zwłoki. Rozumiesz, iż dla szczupłych sił naszych, bezskuteczny byłby nasz opór wojskom rządowym, gdybyśmy walczyli pod miastem. Załoga i kozacy otoczyliby nas łatwo w polu, a zamkniętych w domu szkolnym łatwoby mogli podpalić lub ogłodzić... Nareszcie zbiegostwo i wszelki popłoch łatwiejszy w miejscu zewsząd otwartem. Przyszło mi więc na myśl, że najlepiej będzie, jeśli na pierwsze doniesienie, że nasze zamiary ostatecznie odkryte zostały, zrejterujemy całym taborem na brzeg morski, gdzie opanowawszy redutę przy latarni morskiej, łacno w niej wytrzymamy natarczywość nieprzyjaciela, aż do chwili, gdy stan aury i sprzyjające wiatry uwolnią zatokę od lodów i pozwolą Czurinowi z portu wypłynąć. Wiem, że w reducie są cztery armaty, lecz wiem takoż, że prochu tam na sześć jeno wystrzałów. Otóż zlustruj dobrze stan reduty i wszelki do niej dostęp, abyśmy mogli plan odpowiedni ułożyć; następnie przypilnuj spiskowców, żeby zabiegali koło zakupu prochu i część jego wydziel do artyleryjskiego użytku!...
— Więc idziesz do naczelnika?...
— Muszę!
— Bój się Boga, czy to aby nie wybieg, żeby ciebie zwabić! Drżę, kiedy myślę o tem... Co się z nami stanie... Wszystko pryśnie!... Ludzie tobie jednemu ufają, tobie tylko wierzą, ciebie się lękają!... Bez ciebie nie ruszą się, co gorzej wydadzą nas wszystkich natychmiast władzom, aby uzyskać przebaczenie!...
— To trudno, iść muszę!... Czas przyzwyczaić się, przyjacielu, do niepewności. Toć grę tę wciąż o włosek od zguby prowadzimy już oddawna!... Nie myślę wszakże, żeby to był podstęp... Jeszcze na to za wcześnie!... Staraj się wrócić co prędzej z twego przeglądu, gdyż czuję, że obecność twoja będzie potrzebna... Niepokoi mię, wyznaję, ten wyjazd komendanta z Izmaiłowym do Wierchniego, a i z Niżniego, sądząc ze słów Sybajewa, może przyjść donos lada dzień... Bywaj zdrów, a śpiesz się!
Na rozwidleniu drogi rozeszli się każdy w swoją stronę. Beniowski szybko pokroczył ku widniejącemu w wylocie lasu miastu, kierując się wprost ku ciemnym częstokołom fortecy.
Zastał spłakaną rodzinę Niłowowych dookoła łoża, na którem leżał nieruchomo wyciągnięty naczelnik. Twarz chory miał zsiniałą a z otwartych ust wydobywały się mu chrapliwe jęki. Felczer Lapin puścił mu krew, ale bezskutecznie; zabierał się właśnie do powtórzenia operacji.
Beniowski rozpytał się naprędce, co i jak było i pochylił nad chorym z zapytaniem, gdzie go boli? Ten odemknął cokolwiek powieki i w zmętniałem jego spojrzeniu zatliła się przez chwilkę skra radości i nadziei. Z trudem wielkim wskazał ręką na bok.
Beniowski bok zmacał, wywołując mocnym naciskiem zwiększone jęki chorego. Kazał grzać talerze cynowe, owijać chustami i przykładać do wskazanego miejsca, a w apteczce domowej wyszukał aloesu, zmieszał go z wódką i wlał płyn w gardło choremu.
W rezultacie po niejakim czasie naczelnik poczuł się na tyle dobrze, że mógł mówić i wpół przysiadł na łóżku. Rozradowane kobiety patrzały na Beniowskiego, jak na Boga.
— Wynoście się wy, wynoście!... Zostawcie nas samych! — zwrócił się do nich Niłow.
— Teraz jeszcze niemożna wiele gadać, musi pan, Iwanie Piotrowiczu, czas jakiś poleżeć w zupełnym spokoju!... — opierał się Beniowski.
— Nie, nie!... To mi ulży, czuję, że zaraz zdrów będę... Albo... niech się co chce stanie... Ja rozkazuję! — upierał się chory. — Słuchaj!... — zwrócił się do Beniowskiego, gdy zostali sami. — Pokochałem cię jak syna, córkę ci daję, urząd po sobie chciałbym ci zabezpieczyć... wywyższyć cię pragnę ponad wszystkich, bo wydało mi się, żeś wart, żeś jest człowiekiem, jakim sam niegdyś zostać marzyłem, a nie mogłem... Tymczasem ten... ten gad parszywy... gada mi, że ty, ty... zdradę mi szykujesz, że urządziłeś jakowyś wielki spisek w celu wyzwolenia wygnańców... Śmiał nawet twierdzić, że córka moja wmieszana doń jest i żądał pochwycenia was i oddania natychmiast pod surowe śledztwo, pod przymus i tortury... Czego myślał dociec w ten sposób, nie wiem... Może, jak Marta Karłowna mówi, chciał sprośne swe oczy nacieszyć widokiem wylękłej, obnażonej przez kata Nastki, która wiadomo, że go, gada, odpaliła!... Tfu!... Obrzydliwość!... Ale znany on z tego!... Ach łotr! Ach gałgan!... Słowem rozgniewał mię, wypędziłem go, oskarżając, że czyha na moje miejsce, na moje dobre imię, oraz rękę i wiano mojej córki... Jak to sobie dawniej układałem, zanim ty nie przybyłeś. Ale wyznaję, że mi tyle rozmaitych pozornych dowodów przytoczył, że czuję się zmąconym... Więc powiedz mi, co to wszystko znaczy, upewnij, że nic podobnego nigdy nie powstało ci w głowie, że to złe urojenia tego rozpustnika, jarzącego się do sromu każdej urodziwej niewiasty, tego okrutnika ohydnego, tego wieprza cuchnącego... tego... tego!... Powiedz, zaraz powiedz, że to nieprawda!...
Utkwił w Beniowskim groźne rozgorzałe od nowa oczy. Na twarzy wygnańca przez krótką chwilkę widać było jakby zmieszanie i walkę. Krzaczaste brwi Niłowa zsunęły się prawie w jedną linję, zjeżyły się sumiaste jego wąsy.
— Cóż... milczysz?...
— Zbyt nieoczekiwane i zbyt wielkie wniesiono na mnie oskarżenie, abym nie czuł się wytrącony z równowagi... — zaczął wreszcie Beniowski. — Ale rozumiem, skąd to pochodzi...
Tu w krótkich wyrazach opowiedział o niefortunnych, miłosnych zabiegach Izmaiłowa u Kuźmianki, o zamiarze Kuzniecowa uprowadzenia tej nowej „bolszerieckiej Heleny“ na okręcie do Ochocka, o swojem wmieszaniu się w tę sprawę i bajce zmyślonej z tej racji przez siostrzeńca sekretarza, wreszcie o wykryciu tego wszystkiego i zesłaniu Izmaiłowa przez wuja do Wierchniego Ostroga.
Naczelnik odrazu poweselał, kilka razy śmiał się w czasie opowiadania, ale wkońcu wybuchnął:
— W takim razie cóż on mi tutaj dzisiaj gadał!... Nie mogę tego puścić płazem!... Hej, Fomka!... wołał na dyżurnego kozaka. — Skocz do kancełarji i proś natychmiast do mnie sekretarza Nowosiłowa!...
— Należałoby odłożyć, nic pilnego!... Ze względu na zdrowie wasze, Iwanie Piotrowiczu!... — uspakajał go Beniowski, lecz żyły już nabrzmiewały na skroniach Niłowa i oczy rzucały błyskawice.
— Zaraz, natychmiast!... Lepiej odrazu z tem skończyć, łeb temu ukręcić, gdyż czuję, że żółć mię znowu zaleje!...
Zdziwił się niezmiernie Nowosiłow, zastawszy Beniowskiego u łoża naczelnika, gawędzącego z nim z dawną poufałością.
— Cóż to naplotłeś mi, Sergjuszu Mikołajewiczu? O mało nie wysłałeś mię na tamten świat!?... Tymczasem wszystko okazuje się babskiem gadaniem, spódnicową jakąś intrygą... Jakżeś śmiał mamić mię podobnemi głupstwami, co?... Jak się nie usprawiedliwisz, to popamiętaj sobie, że cię nauczę, jako ja tu jestem pierwszy, nikt inny! Rozumiesz, hę!? Dlaczegóż więc ponowiłeś swoje tutaj oszczerstwa, które sam uznałeś za niesłuszne i za które sam skazałeś wczoraj jeszcze na wygnanie swego synowca?... Co?... Ha!?...
Sekretarz rzucił zwężonemi oczkami w bok na Beniowskiego złośliwe spojrzenie i poprawił zwisający żołądek.
— Tak, istotnie, czas z tem skończyć i ponieważ główny ptaszek w rządowym znajduje się lokalu, żądam natychmiastowego przytrzymania go i gorącego nad nim śledztwa! Oto list, jaki otrzymałem w tym przedmiocie dzisiejszego rana!
Tu podał Niłowowi nowy list z drogi od Izmaiłowa, w którym ten nietylko ponawiał swoje oskarżenia, lecz wskazywał na Boskarewa i na Ziablikowa, jako na świadków.
Zmieszał się i spochmurniał naczelnik, ale Beniowski, nie tracąc ani na chwilę spokoju, zaproponował, aby stało się zadość żądaniu sekretarza, żeby wezwano natychmiast podanych przez Izmaiłowa świadków, a on zaczeka w sąsiednim pokoju na ich zeznania, aby ponieść karę, jeśli wina jego się potwierdzi.
— Wiadomo jest wszystkim, iż Stiepanow oddawna przysięgał mi zgubę, a i to nikomu nie tajno, w jak ścisłej z Boskarewym i Ziablikowym żyje on przyjaźni. Jakkolwiek więc świadkowie, na których szanowny Sergjusz Mikołajewicz powołuje się, są dla mnie nienawistni, zgadzam się na nich, aby raz koniec położyć potwarzom, które rząd niepokoją i grożą wszystkim moim pokojowym i kulturalnym planom!...
— Owszem, owszem!... Ale niech jednocześnie sprowadzą tu kata, żeby szczerą prawdę tym krętaczom i zbrodniarzom z wnętrzności wyrwał!... — srożył się sekretarz.
— Poco zaraz kata!? Tybyś wszystkich katował, wiadomo!... Jak nie dadzą należytych odpowiedzi, wezwiemy i jego... Lecz tak odrazu, bez śledztwa — na to i prawo nie pozwala!... — sprzeciwił się Niłow.
— Należałoby wciągnąć w to jeszcze jaką niewiastę, bo z nią ciekawsza byłaby igraszka!... Czy nie sprowadzić czasem Kuźmianki, aby ją przez kata rozdziać i na wolnym ogniu, gdzie należy, przypiekać!? — żartował Beniowski.
— Ha, ha!... — śmiał się Niłow. — Powiadają, Sergjuszu Mikołajewiczu, żeś znowu swoją Agafję przetrzepał!...
Zżymał się sekretarz i brzuch gniewnie co chwila poprawiał.
— Milcz, obieżyświacie!... — syknął wreszcie na Beniowskiego. — Jeszcześ nie wolny, jeszcześ „rab“, a i z wolnego za podobne twoim sztuczki skórę zdjąć należy!...
— No, no!... Dosyć!... Zapominasz z kim mówisz!... — wstrzymywał go naczelnik. — Zresztą zaraz to się okaże, z kogo ściągać skórę będziemy!...
Przyprowadzono Boskarewa i Ziablikowa. Zaczęło się badanie, podczas którego Beniowski zabawiał się rozmową z niewiastami w jadalni.
Pytani zosobna i pokolei zgodnie zeznali, że w ścisłej żyjąc przyjaźni ze Stiepanowym i słysząc go często utyskującego na Beniowskiego, znienawidzili tego i nawet szukali jego zguby, gotowi byli mu śmierć zadać, jednakowoż o żadnym spisku nie słyszeli.
— Wprawdzie Izmaiłow na kilka dni przed odjazdem ułożył sobie podobną bajeczkę, lecz pochodziła ona wyłącznie od niego i Stiepanow jej stanowczo zaprzeczył. Wtedy poznaliśmy, że Izmaiłow chciał nas użyć za narzędzie swojej osobistej zemsty i mocnośmy się na niego za tę niegodziwość oburzyli i gdyby nie nagły jego odjazd, zażądalibyśmy od niego z tego porachunku... Obecnie wstyd nam, że daliśmy mu się wplątać w tak szpetną sprawę i żałujemy naszych dawnych słów i podejrzeń z całego serca!
Po odejściu świadków powstał Niłow na sekretarza. Beniowski starał się gniew jego ułagodzić i nawet pozyskać znowu ufność zawstydzonego i poniżonego urzędnika.
— Cóżem ja winien?... — zaczął się ten wreszcie usprawiedliwiać. — Obowiązek służby kazał mi natychmiast o tak ważnej sprawie donieść wam, czcigodny Iwanie Piotrowiczu!... Czyż mogłem przypuszczać, że ten nicpoń tak mię okłamie!... Łotr i w dodatku rodzony synowiec... Już ja mu dam przy okazji, już ja mu za cały mój srom zapłacę!...
— Eh, co tam!... Dajmy temu spokój!... Małoż to głupstw i myśmy robili w młodości, szczególnie gdy nam krew zapaliła podwika!... Ale ognistego masz krewniaka, Sergjuszu Mikołajewiczu!... Widać, że to familijne!... Co?... Wszystko dobre, co się dobrze kończy! Co?... Wypijmy więc na zgodę i tyle, hę!? — radził rozweselony naczelnik.
Kazał sobie podać szlafrok kunami podbity, dźwignął się z loża i zasiadł na zwykłem miejscu przed stołem, na którym domyślna Marta Karłowna już postawiła kielichy i pełne wódek gąsiory.
Gdy na odchodnem opowiedział Niłowowej i Nastazji Beniowski o co go obwiniano i co mu groziło, zbielała z przerażenia Niłowowa jak płótno, a Nastazja nawet zemdlała. Gdy ocucono dziewczynę, Beniowski pożegnał się z niewiastami i wyniósł się co prędzej z fortecy z mocnem postanowieniem nie wracania tu już nigdy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.