Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XL

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XL.

Nazajutrz wielki ruch trwał dzień cały w osiedlu wygnańczem. Beniowski kazał Panowowi rozdać spiskowym pieniądze i zalecił im kupić niezwłocznie, gdzie kto będzie mógł, jak największą ilość prochu i ołowiu. Jednocześnie surowo im zabronił wstępować do szynkowni i wszelkich spelunek, gdzie łacno było o zwadę przy kieliszku i białogłowach z miejscowym garnizonem lub kozakami. Mieli chodzić zawsze parami, aby jeden drugiego pilnował i od lekkomyślnych kroków odwodził. Część na zmianę pozostawała wciąż pod bronią we wsi oraz w szkole. Dziesiątek umyślnych łączników kursował między Czekawką, miastem i osadą wygnańczą, przynosząc wieści o ładowaniu statku, o ruchu lodów, o prowadzonem przez sekretarza śledztwie w sprawie Izmaiłowa. Wieść o jego aresztowaniu dodała wszystkim otuchy. Po południu przybył do Beniowskiego w towarzystwie podręcznego kozaka sam Sergjusz Mikołajewicz Nowosiłow, przepraszał go za niesłuszne swe podejrzenia, upewniał o swej przyjaźni, opowiadał szczegółowo przebieg śledztwa, które niezbicie wykazało płonność złośliwych oskarżeń Izmaiłowa.
— Zadurzył się i głupstw narobił, których sam teraz żałuje!... — mówił urzędnik o siostrzeńcu. — Aby ostatecznie przyszedł do siebie, kazałem mu wyjechać do Wierchniego Ostroga i nie ruszać się stamtąd nigdzie bez mego pozwolenia. Tymczasem Kuzniecow wywiezie ową trojańską Helenę tutejszą, powód nowej wojny domowej. Proszę was więc, Auguście Samuelowiczu, nie mówcie nic o tem naczelnikowi do czasu, aż się wszystko uspokoi. Stary bardzo się tem wszystkiem przejmuje, a jest ogromnie ostatniemi czasy, może z braku zdrowia, a może z nadmiaru wesołości... drażliwy!... Sam mu przy sposobności w wesołym tonie opowiem owo homeryckie uganianie się za wdziękami niewieściemi... niezwykłe w tak zimnym klimacie!... Tymczasem zaś przyjmijcie ode mnie, Auguście Samuelowiczu, podarunek ślubny, który zdawna w przyjaźni swej gotowałem dla was, ale wręczyć nie miałem okazji!...
Tu położył na stole kiesę złota oraz kazał kozakowi rozłożyć przyniesiony w zawiniątku błam soboli.
— Królewski to zaiście podarunek, pozwolicie jednak, przyjacielu, iż ze względu na skromne me stanowisko i małe zasługi, nie mogę uważać się za godnego... — bronił się dworsko Beniowski.
Kazał przynieść kielichy i długo ugaszczał sekretarza drogiemi wódkami oraz zamorskiemi winami, których miał zapas znaczny na podobny wypadek.
Sekretarz pił, śmiał się, dowcipkował, śpiewał, ale „duszy“, jak to bywało dawniej, Beniowskiemu nie otwierał. Nie robił z nim planów o zawojowaniu Kalifornji i zabraniu obu brzegów Oceanu Spokojnego pod swoją władzę. Nie mówił o dochodach, o orderach, nawet o wdziękach białogłowskich nie wspominał. Beniowski, który pić umiał i miał najmocniejszą w miasteczku głowę, zrozumiał, że go tym razem nie spoi, a sam przeciwnie czuł w myślach lekki zamęt. Gdy więc sekretarz o zmierzchu zaczął wybierać się do domu, nie zatrzymywał go bardzo, choć zwykle takie hulanki ciągnęły się tu przez noc całą do białego dnia, a bywało i dłużej.
Po odejściu gościa wsadził zaraz Beniowski głowę w zimną wodę, umył się i posłał po Chruszczowa, który w jego zastępstwie przyjmował w tym czasie wieści i wydawał rozporządzenia.
— Izmaiłow wysłany do Wierchniego Ostroga!... — krzyknął ten radośnie, wpadając do izby.
— Wiem!
— Sam komendant go odwiózł z pięcioma kozakami!
— Oo! To mi się mniej podoba! Kiedyż wyjechali?
Dość dawno, pewnie przed południem. Nikt ich nie widział. Dopiero wieczorem jeden z naszych doniósł nam, że wracając z polowania, spotkał ich na drodze w górach, w dziesięciu wiorstach od miasta, że prowadzili z sobą juczne konie i byli w pełnem uzbrojeniu.
— Słuchaj, Chruszczów, my się tu im w naszej wsi ani szkole w razie zbrojnego napadu nie oprzemy. Zmogą nas. Otóż, mam pewien plan, który trzeba jednak szczegółowo obmyślić i na miejscu wykalkulować. Jutro rano pójdziemy obaj do Czekawki, zrób więc odpowiednie rozporządzenie na czas naszej nieobecności. A teraz, przyjacielu, muszę biec do naczelnika. Dawno tam nie byłem i dłużej wprost nie wypada... A potrzebuję się również dowiedzieć, jak stoi sprawa z sekretarzem, bo widzi mi się, że mię mocno okłamuje... Do widzenia więc, druhu!
Wybiegł z domu i szybkim krokiem skierował się po ciemniejącej drodze ku miastu, błyskającemu ogniami poprzez zarośla.
Była już dobra noc i wieczorne ognie gorzały w oknach domów, gdy stanął przed bramą fortecy.
Zatrwożył się, znalazłszy podniesione zwody; jednak straż, poznawszy go, przepuściła boczną furtką bez żadnej trudności.
Rodzina naczelnika zebrana była w jadalni, przyjęto go z ożywieniem, ale bez zwykłej radości. Nastazja zaraz mu podsunęła talerz i misę z pieczonem dzikiem ptactwem, naczelnik nalał mu kielich wódki.
— Cóżeś tak długo nie był?... — spytał go z surową wymówką.
Musiał Beniowski znów kłamać, opowiadać o swych kłopotach i trudach nad zorganizowaniem przewozu potrzebnych rzeczy, narzędzi oraz zapasów dla zakładanej osady rolniczej. W czasie tej opowieści od czasu do czasu rzucał smutne spojrzenie na wychudłą, znękaną twarz Nastazji, opływającą co chwila gorącym rumieńcem.
Naczelnik zwolna poweselał i z dawną ufnością słuchał pod koniec planów Beniowskiego, jak to on posieje na początku tylko jęczmień i jare żyto na miejscach suchych, mniej urodzajnych, ale wygrzanych słońcem, na południowych wystawach, aby zboża zwolna przyuczać do klimatu.
— Bo roślina, jak człowiek, boi się przeziębienia i może nawet dostać... kataru! — śmiał się wygnaniec.
— Co za szkoda, że nie można ich polewać wódką, bo to od kataru najlepsze lekarstwo!...
— Ryżkow, co już przed tobą, Auguście Samuelowiczu, tych rzeczy próbował, to w zimne noce jesienne, lękając się przymrozków, ogień na polach dookoła zbóż palił... Grzał je... Cóż kiedy od tego część plonu się spaliła. Ta co właśnie dojrzała. Zawiał wiatr i słoma zajęła się!... — opowiadała Marta Karłowna.
Szczery, dawny nastrój nie wrócił jednak i Beniowski wychodził od naczelnika w wielkim niepokoju. W korytarzu czatowała nań, jak za dawnych czasów, pani Niłowowa.
— Co to u was zaszło?... Dziewczyna znowu płacze, nie śpi po nocach, mizernieje... Pokłóciliście się, czy co?
— A tak, trochę... poróżniliśmy się. Nastazja Iwanowna chce, żebym... do greckiego przystąpił kościoła. A lubo jednakiem okiem spoglądam na wszystkie religje, brzydzę się jednak interesownem odszczepieństwem... Gdy więc mi oświadczyła, że upór mój może przeszkodzić naszym związkom, wręcz jej powiedziałem, iż wolę żyć nieszczęśliwym, aniżeli zasłużyć na najmniejsze wyrzuty sumienia!
Obruszyła się na córkę pani Niłowowa, zawołała ją i zaczęła surowo strofować. Dziewczyna pełnemi łez oczyma patrzała na matkę, ale nic nie odpowiadała i dopiero kiedy ta kazała jej uścisnąć Beniowskiego, wybuchła głębokiem łkaniem już na piersiach narzeczonego.
Wybiegł z duszą starganą, z sercem uciśnionem. Przebiegł szybko bramę i mostek warowni i ruszył przez śpiące miasto ku czerniejącym wdali lasom.
— Nie, nie mogę! Już i ja nie mogę!... — szeptał suchemi ustami.
Aby uspokoić się, poszedł dookoła brzegiem rzeki, gdzie zimna wstęga lodów bielała tajemniczo w głębokim parowie. Patrzał na nią z jakąś zabobonną trwogą.
Wydało mu się, że lody nie ruszą się nigdy. Poczuł potrzebę dotknięcia się ich dłonią i spuścił się po gliniastem osypisku na samo dno. Ogarnął go wilgotny grobowy wiew; gdy wszakże zbliżył się do trupio połyskujących cielsk lodowców, spostrzegł wartką, szeroką płoń żywej wody, oddzielającą stężałe kry od rozmokłej ziemi. Chcąc dostać się na sam lód, podążył z prądem i znalazł się pod cyplem wyniosłego przylądka. Obszerny widok otwierał się stąd na długą, zamgloną płosę rzeki, ginącą w zmieszanych cieniach brzegów i nocy. Wtem zauważył nieopodal figurę człowieka, stojącego na szczycie kry i tak samo jak on zapatrzonego wdal.
— Hej, kto tam?... — zawołał.
Nieznajomy szybko się obrócił.
— To ja, Sybajew!... Aha, Beniowski!
— Jakże się to stało, że tu przyszedłeś?... Anim myślał, że cię tu spotkam!...
— Przyjechałem już dawno. Znudziło mi się czekać w pustem mieszkaniu, więc wybiegłem zobaczyć jak tam stoją sprawy z lodami... Co, niezgorzej!...
Zamilkł na chwilę i uszu nadstawił. Beniowski również zwrócił nagle uwagę na ciche szmery, pluski, kapanie, oraz głuche mamroty nurtów, strumyków, strumyczków i kropel sączących się na całym obszarze rzeki w lodowych wnętrzach skuwającego ją pokrowca.
— Zupełnie jak my teraz!... nurkują... pod jarzmem despotyzmu!... — roześmiał się Sybajew.
— Czemuż nie mówisz, jak udała ci się wyprawa?... Czy przyprowadziłeś wszystkich towarzyszy?... Czy zauważyli w Niżnim wasze wyjście?... Czy nie przeszkadzali wam?... Wielki był czas!... Już zaczynałem się obawiać!...
— Zaskoczyło nas bezdroże. Nawet w górach śniegi miejscami zupełnie rozmokły, psy sani przeciągnąć nie mogły. Stąd zwłoka... Dobrze jednak i to, że się połączenie z Niżnim przerwie, gdyż podły tamtejszy protopop coś przewąchał; naszego diakona puścić nie chciał. Z trudem udało nam się go wyrwać, tem bardziej, że sam on również zląkł się i iść wzdragał. Przemocą nieledwie uprowadziliśmy go. Gdyby został, Boże broń, wydałby nas. A tymczasem podburzeni kozacy i mieszczanie nastawali na nas. Widząc, że zabieramy rzeczy, dobytek, broń, nie chcieli nas puszczać i rzeczy wydawać. Gdyby nie Norin, któremu zgodnie z twoją instrukcją przedstawiliśmy oficjalne do kolonji wezwanie, nie obeszłoby się bez bijatyki i krwi rozlewu...
Opowiadał szczegółowo przebieg wyprawy, zdawał sprawę ze stanu ducha, sił i zdrowia swego oddziału.
— Owszem nie są nawet od tego, żeby się pobić, a szczególniej mają ochotę zawładnąć kasą rządową i rządowemi składami futer!... — roześmiał się wkońcu.
Beniowski szedł w ciemnościach obok rozgadanego oficera, chmurny i milczący.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.