Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI

Znowu przed świtem, jak zwykle, Chruszczow zbudził Beniowskiego.
Na kominku już gorzał ogień, rozpalony przez wierną Alajdę; promieniujące stamtąd ciepło i aromat świeżo sparzonej herbaty przyjemnie rozlewały się po izbie.
Przyjaciele zajęli się przeglądaniem przygotowanych do podpisania rot przysięgi, dla której wszyscy mieli pójść do cerkwi. Wolni z miasta zobowiązali się już czekać tam na nich w tym czasie.
Wtem drzwi z trzaskiem otwarły się i wpadł bez czapki, w potarganem ubraniu wygnaniec Ziablikow.
— Niech was djabli wszystkich wezmą, niech was grom porazi! Nie bracia wy jesteście, jak powiadacie, a zbóje! Zabierzcie go zaraz, zabierzcie natychmiast tego łotra... albo wydam was wszystkich, opowiem natychmiast wasze zamysły komu należy!
— Zastanów się, chłopie, zastanów, co mówisz!... — powstał na niego Beniowski. — Za taką nawet obietnicę wiesz, co ci grozi?...
— A niech tam!... Nie pozwolę się krzywdzić, nie pozwolę!... Brat, brat!... Nic nie robi, żre moje, wylegiwa się na moich futrach, ubranie moje nosi, jak co do czego: brat, brat!... Niech zgnije w ostrogu, przeniewierca...
— Kto, co? Uspokój się i opowiedz porządnie...
— Któż, jak nie Stiepanow!... Dlaczego nie mam powiedzieć? Opowiem od początku!... — zaczął Ziablikow łagodniejszym, płaczliwym już głosem. — Przyjąłem go, wiecie, jak brata. Oficer, myślałem, pan — ja prosty człowiek, nauczę się od niego rozumu... Chociaż ciasno było w izbie i strawy szło więcej, nie żałowałem. Nie mówiłem mu nic, że nie pracuje; ma przecie ręce takie, jak ja, mógłby cośniecoś, choć po domu pomóc... Ale gdzie tam!... Niema go po całych dniach, zjawia się jeno do garnczka... A jak jest, to jeszcze gorzej, bo jeno leży do góry brzuchem, albo cielsko u komina wygrzewa, ludzi gorszy! Milczałem, choć nie widziało mi się!... — „Jak znajdę robotę, to wam zapłacę“ — mówi. — Jak znajdzie!? W tem rzecz, że jej wcale nie szukał... Ale milczę, orzę za dwóch, czekam cierpliwie końca, bo przecie... brat — do jednego zdążamy celu, a przysięgły brat i... starszy wreszcie... W Radzie jest... Staram się za dwóch, żyły z siebie wyciągam... Wiecie, jaki nasz wygnańczy dostatek!? Czego sam nie zdobędziesz, nikt nie da... Las, pustynia... Wyjeżdżasz o świcie, wracasz wieczorem... to drwa przywieźć, to sieci opatrzyć... Więc znowu dziś zwyczajnie wyjechałem; coś wpół drogi opatrzyłem się, żem zapomniał siekiery... Aby psów po próżnicy nie męczyć, przywiązałem uprząż do drzewa, a sam wracam piechotą... Coś mię tknęło, że ogień trochę przygasł w kominie, ledwie dymek się sączy, że głosów żadnych w izbie nie słyszę. Czyżby żona znowu usnęła?... Otwieram cichutko drzwi, a wtem on w samej bieliźnie wyskakuje z mojej łożnicy... Więc go za halc... Ale gdzie tam, mocniejszy ode mnie, jeszcze mię zbił, baba moja, suka, pomagała mu... Weźcie więc go, zabierzcie go, albo go ubiję!... Takie wy pany, jak i my, tacy sami piętnowani złoczyńcy...
— Idź, zawołaj go zaraz!... — kazał Beniowski.
— Ba, kiedy nie chce iść!...
Chruszczów zdjął z kołka czapkę i rękawice.
— Utrapienie! Przenieść go trzeba gdzie indziej, ale gdzie!?
— W każdym razie, każ mu się zaraz wynosić, rzeczy niech złoży tymczasem u Panowa... Sam wracaj, bo czasu mamy mało... Muszę być dzisiaj u gubernatora, opuściłem już dwie lekcje... Będą się dąsać!...
Jeszcze Chruszczów z obejścia nie wyszedł, jak przyleciał z epistołą zziajany wysłaniec od komendanta. „Przyjdzie ich ośmiu, cała niezwalczona drużyna przeciwna: Kazarinow, Proskuriakow, Czułosznikow, Oleskow, Rybników... Nadzieja w tobie jedyna, Auguście Samuelowiczu... Ograli nas przeszłym razem do nitki... Dziś spodziewamy się nietylko swoje wrócić, lecz z Bożą pomocą nawet zdobyć niejakie trofea. Bez tego będziemy cienko prząść, co też i Sergjusz Mikołajewicz potwierdza i nalega, abyś nie uchybił, żebyś przyszedł koniecznie wedle umowy... Może i sam naczelnik nas obecnością zaszczyci...“ — pisał niezdarnie setnik.
Nie zdążył Beniowski na list odpowiedzieć, a wpadł goniec znowu od naczelnika z rozkazem, aby stawił się niezwłocznie w kancelarji.
— O co chodzi? — spytał kozaka.
— Nie wiem. Jakowiś Kamczadale przyjechali zdaleka.
— Kamczadale!? — powtórzył ze zdziwieniem Beniowski.
Kazał zaprzęgać psy Jędrzejowi i ubrał się pośpiesznie. Chociaż się niepokoił, zwłóczył do powrotu Chruszczowa, któremu zaraz opowiedział po francusku wszystko i wydał odpowiednie rozkazy.
— Więc mimo wszystko mam podpisy odebrać i poprowadzić ich do przysięgi.
— Rozumie się, wszelka zmiana zwiększy tylko popłoch. Musi wszystko płynąć wyznaczonym biegiem!...
— A jeżeli nie wrócisz?...
— Wrócę...
— A jeżeli!
— Działaj w myśl naszej przysięgi!...
Chruszczów spojrzał markotnie na przyjaciela. Ten uśmiechnął się i uścisnął mu rękę.
— Niech nie widzą na twej twarzy najmniejszej wątpliwości i niepokoju, niech nie widzą...
Chwilę potem pędził, jak strzała, sankami do miasteczka, a za nim podążał, ile tchu w psach, goniec naczelnika okręgu. Przed bramą forteczną spostrzegł kupkę gawiedzi, otaczającej kilkoro długich sań nieznanego mu kształtu, i gromadę rogatych renów, strzeżonych przez rosłych, zaszytych w puszyste futra kamczadalskich wojowników. Stali wsparci na ratyszczach oszczepów, jak ciemne posągi, a wschodzące słońce grało krwawo na żelaznych grotach, wyskakujących ponad ich głowami. W sieniach kancelarji, pełnych żołnierzy i kozaków, czekało zupełnie bezbronnych trzech krajowców jeszcze wynioślejszych i odzianych w jeszcze bogatsze futrzane, wzorzysto wyszyte szaty. Gdy Beniowski mijał ich, zmierzyli go spokojnem, śmiałem spojrzeniem. Dostrzegł, że mieli twarze tatuowane i żółte zęby morsa wdziane głęboko z obu stron w ciemny miąższ policzków.
Niłow obrzucił go wymówkami; daremnie zasłaniał się Beniowski budową szkoły, usprawiedliwiał własnem Niłowa pozwoleniem; naczelnik wpadał w coraz gorszy humor.
— Ani słyszeć, ani wiedzieć nic nie chcę!... Musisz być codzień, jak ci to już zapowiedziałem. Pracę tu w kancelarji zaliczam ci, jako obowiązkową, i żadnych uchybień nie zniosę!... krzyczał, stukając pięścią w stół. Żyły mu na skroniach nabrzmiały i cała twarz poczerwieniała, jak miedź. Beniowski stał wyprostowany z ręką u czoła i powtarzał posłusznie, po żołniersku:
— Wedle rozkazu, Wasza Wysoka Szlachetność!
To rozbroiło wkońcu naczelnika.
— Obejrzyj te tam sobole, co leżą na stole. Chcę usłyszeć twoje o nich zdanie! — rzekł łagodnie.
— Znam się na futrach bardzo mało, tyle co nic!
— No, widziałeś pewnie delje rozmaite na magnatach i osobach koronowanych... Sam powiadasz, żeś bywał na dworach, i w papierach twoich stoi to samo... — zawołał gwałtownie Niłow, znowu rozdymając nozdrza.
Rad nierad Beniowski przystąpił do rogu stołu, gdzie stał pisarz Sudiejkin, poglądający z pożądliwą lubością na ciemne lśniące skórki. Uprzedzając wygnańca, wziął jedną z nich, strzepnął, że cała zalśniła się srebrnemi skrami, poczem owinął ją koło ręki i podsunął pod nos Beniowskiemu.
— Rarytas!... Co?... Warta grzechu!...
Istotnie futerka były cudowne; pokryte długą, siwą ością, pod którą słał się równióchno czarny włos, podbity gęstym, jak aksamit, brunatnym podpuszkiem, wydawały się głębokiemi, jak leśna ciemna woda, i były równie jak ona zmienne i wrażliwe na każdą zmianę światła, na kolor zbliżającego się do nich przedmiotu; odbijały je natychmiast, zabarwiając się w przeróżne odcienia, mierzchnąc od chmur przepływających po niebie, rozświetlając od żywszego przebłysku słońca.
Beniowski widział, że były ładne, i szczerze je pochwalił.
— Przeznaczam je na upominek dla Jej Cesarskiej Mości... — z dumą oznajmił Niłow. — Wyślę, nie czekając lata, jeszcze zimą z umyślnym gońcem... Ale widzisz, Beniowski, zachodzi tu jeszcze jedna mała okoliczność, o której chciałbym twój sąd usłyszeć, jako że statysta jesteś i znasz nauki prawne... Te sobole przysłali na okup krewniacy i zadrugowie Orunczy, zakładnika Ankalów, żądając zwolnienia jego, i jeszcze proszą o proch i muszkiety na wytępienie potworów — niedźwiedzi, co zeszły z gór i trapią teraz ludność ich, rozpędzają i niszczą im stada renów, napadają na namioty myśliwców, porywają niewiasty i nawet wojowniki... Ale ja myślę, że jest to fałsz, a raczej zasadzka, wybieg wojenny, aby wymamić od nas broń na naszą zacz zgubę, i myślę zatrzymać porówno sobole i gońców... Co?... Jak myślisz?
Beniowski długo ważył odpowiedź z opuszczoną głową, z oczyma utkwionemi w cudne futerka.
— Czy ci ludzie są poddanymi władzy Waszej Wysokiej Szlachetności?... — spytał wreszcie.
— Tak, podbici są już dawno, ale nie dają inaczej jasaku jak zbrojną ręką, albo za zakładniki. Czy nie puścić więc ledwie dyszącego Orunczy, a zostawić którego z tych wojowników, co przyszli?...
— Niech Wasza Wysoka Szlachetność każe im raz jeszcze wyłożyć wszystkie okoliczności swej prośby, byśmy mogli dokładnie wymiarkować, azali mają myśl ukrytą lub są prostymi i bezradnymi dzikusami.
Nilów kazał porucznikowi Norinowi wprowadzić wojowników oraz kozaka tłumacza.
Weszli, wnosząc ze sobą zapach skór reniferowych, woń dymu i skrzepłej krwi, właściwą koczownikom-myśliwcom. Na rozkaz tłumacza zdjęli czapki, ale nie kłaniali się nisko do kolan, jak to mieli zwyczaj czynić krajowcy podmiejscy. Beniowski lubował się w cichości ich dumną postawą i hardem spojrzeniem.
— Jesteśmy z pod przełęczy gór, od Malki, z pod Sukacza i Ganali. Stało się nieszczęście. Na jesieni zapaliły się lasy od góry ognistej i pożar wypędził moc niedźwiedzi z zimowych barłożyn na doliny, gdzie pasiemy reny zimową porą. Osiadły bestje nad rzeczkami i jeziorami, gdzie łowimy ryby. Z początku radzi byliśmy obfitej zdobyczy z polowania na nie. Więcej niż czterdziestu zakłuła oszczepami, zastrzeliła z łuków młodzież nasza, drugie tyle pojmano w doły i potrzaski. Ale zostały najgorsze, w których sam duch Księcia Lasów zamieszkał. Ani wyjść z jurty, ani oddalić się na krok od ogniska... Zjawiają się, jak cień, wyrastają z ciemności, jak duch Złego, w swych lodowatych pancerzach, po których ślizga się bezsilny oszczep, niby tępa trzcina... Nocami skaczą na namioty, obalają je na śpiących i wyciągają pojmanych ludzi z pod skór, jako ryby z sieci... Są niektóre rodziny całkiem wyżarte, są inne wyżarte do połowy, ale niema już żadnej bez uszczerbku... Próbowaliśmy odkoczować z tych miejsc — poszły za nami, gdyż wśród śniegów nie mają innego pożywienia prócz nas i stad naszych... Wychodziliśmy całym ludem przeciw nim... Lecz strzały najtęższych łuczników odskakują od nich, jak od opoki. Daj nam więc, Wielki Taju, broń ognistą, abyśmy się mogli zratować od zguby, i wypuść Orunczę, który jeden z pośród nas umie nią władać...
Tym razem pochylili się nisko do stóp Niłowa i rzucili mu pod nogi nowy pęk drogich, czarnoburych lisów oraz srebrzystych kastorów. Niłow futra nogą nadeptał i spojrzał wyczekująco na Beniowskiego.
— Miłościwy Panie! — rzekł ten po ponownym namyśle. — Ci ludzie zdają się mówić prawdę. Słyszałem w drodze opowiadanie sybirskich myśliwców, że spłoszone z zimowych legowisk na jesieni niedźwiedzie, nie mogąc zbudować sobie drugiej nory, nie kładą się spać już wcale, lecz, dręczone wściekłością i głodem, błądzą po okolicach, ciągną do ludzi, a kąpiąc się po rzekach, które wbród przechodzą, załamując się na jeziorowych lodach, których nie znają, tarzając się następnie mokre w śniegu, obrastają lodową skorupą, nie do przebicia grubą i śliską, niedostępną nietylko dla słabego oszczepu, lecz nawet dla kuli... Takie niedźwiedzie zwą tam „szatunami“ czyli bezsennymi włóczęgami... Są one postrachem gmin, wsi, osad nieraz przez zimę całą...
— Widzisz, więc nawetby im się broń nasza na nic nie przydała. Zresztą mowy o tem być nie może, żeby im dawać muszkiety i proch... Zabroniono to surowym ukazem... Co najwyżej, powiedz im, że mogą... tu przyjść pod miasto, przykoczować tutaj ze swemi stadami! — zwrócił się Niłow do tłumacza.
Ten powtórzył odpowiedź; wojownicy zamienili ze sobą kilka gardłowych dźwięków.
— Cóż oni mówią?
— Nic nie mówią. To między sobą po „alacku“. Tego ja nie rozumiem!
Wtem jeden z wojowników znowu pokłonił się nisko. — Dziękujemy ci, Wielki Taju, za łaskę twoją, ale one przyjdą za nami...
— To prawda, Wasza Wysoka Szlachetność — wtrącił Norin. — Niedźwiedzie przyjdą za nimi!...
Niłow zamyślił się.
— Łaskawy panie, jest środek i bardzo prosty! — rzekł nagle Beniowski. — Puść nieszczęśnika Orunczę, który, słyszałem, krwią już pluje i zemrze pewnie niedługo, ale broni nie dawaj. Natomiast każ kapitanowi Sybajewowi zebrać na ochotnika partję strzelców w mieście, zaopatrz ich we wszystko ze składów rządowych i poślij, aby ubili te straszydła...
— Ha!? Co!? Co ty bajesz!?
— W ten sposób zaskarbisz sobie wieczną wdzięczność dzikusów — ciągnął dalej Beniowski — wrazisz im w pamięć pojęcie niezwalczonej swojej potęgi, że na przyszłość będą ci nosić jasak bez zakładników i słuchać twoich rozkazów bez przymusu, czego zapewne nie omieszka ocenić w dobroci swej Imperatorowa, skoro jej to odpowiednim raportem, załączonym przy sobolach, opiszesz...
Niłow wstał.
— Sam pojadę! — rzekł stanowczo. — Sam pojadę!...
— O, to będzie zbyt wiele honoru... na jakieś tam niedźwiedzie! To może źle przedstawić władzę Waszą, Panie, w oczach tubylców.
— Ale dlaczegóż podajesz Sybajewa?... Sybajew pijak i awanturnik!
— Właśnie dlatego! Przeznaczono rządcom przezornym wady poddanych zużywać, jako i cnoty innych! — dowodził wnikliwym głosem Beniowski.
Niłow po krótkiem wahaniu zgodził się na wszystko; posłał po sekretarza oraz komendanta, a wojownikom korjackim kazał przyjść po ostateczną odpowiedź po obiedzie.
Beniowski pchnął natychmiast niewolnika z listem do Chruszczowa, rozkazując, aby wszyscy spiskowcy, za wyjątkiem jego, Chruszczowa, Kuźniecowa, diakona Protopopowa i Bielskiego, zgłosili się na ochotnika do oddziału Sybajewa, skoro pobór zostanie ogłoszony, oraz żeby Sybajew ich przyjął, a również zapisał na listę i jego, Beniowskiego.
Sam Beniowski tymczasem opuścił pełną ruchu i rozmów kancelarję forteczną i udał się do domu naczelnika.
Zastał w stołowym pokoju Nastazję samą. Była chmurna i blada i powitała go ledwie dostrzegalnem skinieniem głowy. Gdy chciał jej opowiedzieć, co przed chwilą w kancelarji zaszło, poszła, nie słuchając, ku drzwiom i powiedziała, że zaraz dzieci zawoła. Niezadługo zjawiła się z niemi i pani Niłowowa.
— Co też to pan z nami wyrabia? Nie widać pana dwa dni!... Mąż się gniewa, dzieci chodzą jak strute, ja sama miejsca sobie znaleźć nie mogę. Już przyzwyczailiśmy się do pana, niech pan o tem pamięta!...
— Psuje mię pani!... A jestem jako człowiek istotą ułomną i gotówem uwierzyć... — bronił się. — Słyszała pani o tych straszydłach, co nawiedziły lud Korjaków z gór Ganali...
Malowniczo opowiedział przyjęcie wojowników przez naczelnika, ich prośbę, ich biedę.
Znowu, jak gwiazdy, zabłyszczały śliczne oczy panny Niłowówny.
— Kto pojedzie? Nikt nie pojedzie!... Nie znajdą pewnie takich warjatów!? — twierdziła naczelnikowa.
Beniowskiemu rwało się na usta przyznanie, ale w porę się spostrzegł i odrzekł jeno tajemniczo:
— Kto wie! Są jeszcze na świecie... dziwacy!
Lekcja upłynęła w zwykłem ożywieniu i na wychodnem Nastazja, ściskając rękę nauczyciela, szeptała prosząco:
— Nie zapominaj pan! Nawet gdy się spóźniasz, czekamy cię już z niepokojem... Czasu tak mało, a ja chcę, ja muszę wszystko to umieć, co uważa pan, że umieć... należy! Wszystko!...
Przebiegł pośpiesznie Beniowski dziedziniec, gdyż zauważył ruch szczególny przed bramą oraz tłum ludzi i domyślił się, że idą oswobadzać Orunczę.
Istotnie wyszedł z kancelarji naczelnik, wyszedł sekretarz ze zwitkiem papierów w ręku, wyszedł komendant; przed nimi porucznik Norin prowadził mały oddział żołnierzy. Gdy stanęli przed nieszczęsną budą zakładników, żołnierze zrobili front, poczem paru kozaków i klucznik więzienny zaczęli otwierać ciężkie, przyschłe, przymarzłe zawory klatki. Straszne kudłate cienie niewolników przypadły twarzami do dyli więzienia. Oruncza dostrzegł swoich i wydał dzikie, przejmujące wycie. Zakołysały się na chwilę postacie wojowników, lecz po chwili znowu zamarły nieruchomo obok swoich sań i renów.
W otwartem niziuchnem przejściu pojawił się, pełznąc na czworakach, groźny niegdyś wojownik, Oruncza, wyjrzał, znów się schował i znowu wyjrzał z jakimś bolesnym uśmiechem. Aż go kozak porwał za ramię i wyciągnął przemocą na śnieg; wtedy wyprostował się i zawył znowu dziko obłąkanym głosem, a usłyszawszy za sobą trzask niespodzianie zawieranych wrzeciądzów, odskoczył naprzód, łyknął głęboko powietrza i zatoczył się, jak pijany. Podchwycili go pod ramiona rodacy. Beniowski widział, jak drżą ręce wojowników, naciągając na nieszczęśnika futrzaną odzież, niektórym biegły łzy po miedzianych twarzach. Gdy nareszcie posadzili uwolnionego na saniach, obrócili się ku stojącej przed tłumem starszyźnie i złożyli jej ukłon, przykładając dłonie do czół i piersi, a jeden, najmłodszy, skoczył ku niej i, wyszukawszy w szeregu Beniowskiego, rzucił się przed nim na kolana, padł na twarz i stopę wygnańca postawił pokornie na swej głowie.
— Mylisz się, mylisz... Idź do naczelnika, to on!... on tam!... — bronił się ten.
Lecz dziki zerwał się, raz jeszcze przyłożył dłonie do czoła i kilkoma skokami dopędził odjeżdżających towarzyszy.
— To syn Orunczy... — szeptali kozacy. — Wojownik!...
— Zawczasu was honorują, jakbyście już im te bestje pobili... — szydził po drodze sekretarz.
— Zwykła omyłka. Byłem bliżej, więc mnie ułapił zamiast naczelnika. Pewnie nie rozróżniają nas, jak i my ich — bronił się Beniowski.
— Zresztą słusznie się wam należy, Auguście Samuelowiczu, gdyż wasza to myśl — wstawił łaskawie Niłow.
— A teraz jedziemy do mnie. Zjemy obiad, a potem zaraz przyjdą kupcowie!... Może i pan naczelnik będzie łaskaw oglądnąć te nasze boje!?
— Może, może!... Zobaczymy!
Noc całą do świtu grał Beniowski z kupcami, rozegrał siedem partyj, z których pięć wygrał, a dwie tylko im oddał. Wygrał dwa tysiące rubli oraz moc kunich, bobrowych i lisich skórek.
Bawił niezmiernie obecnego przy tych turniejach naczelnika hazard grających.
Spólnicy podzielili się sumiennie i oddali niezwłocznie część należną Beniowskiemu w pieniądzach.
Gdy wracał do domu o brzasku, był śmiertelnie znużony, a musiał jeszcze opowiedzieć wszystko Chruszczowowi. To też, gdy nareszcie padł na posłanie, przygotowane mu przez poczciwą Alajdę w łożnicy Chruszczowa i gdy zasunęła się nad nim gruba irchowa zasłona, gasząc dzień, wkradający się do izby przez okna, usnął snem nagłym i ciężkim jak śmierć.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.