Beniowski (Sieroszewski, 1935)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Gdy Beniowski z książkami i wokabułami w ręku wszedł nazajutrz do stołowego pokoju Niłowowów, zastał już tam dzieci, siedzące za długim jadalnym stołem. Pani Niłowowa przedstawiła mu je kolejno, kładąc pieszczotliwie rękę na czochratych główkach; poczem wyszła odwołana do gospodarstwa. Ale starsza córka, Nastazja, która z nią weszła, została. Beniowski bawił ją chwilkę rozmową, przystojną okolicznościom, o pogodzie, o miasteczku, o trudnościach morskiej w zimie podróży, o dziwacznej jeździe na psach, o futrzanej odzieży tutejszej... Widząc wszakże, że gawęda przeciąga się bez końca, i że dziewczyna nie odchodzi, zwrócił się do niej otwarcie z uśmiechem:
— Pani daruje, że przystąpię do spełnienia mych obowiązków, mało interesujących dla pani, ale włożonych na mnie przez rodzica pani. Czas ucieka!
— Owszem, bardzo proszę! — odrzekła skromnie i usiadła na ławce obok sióstr.
Beniowski zmarszczył zlekka brwi, lecz natychmiast wypogodził czoło i z zupełnym spokojem zadał kilka pytań Grzesiowi Niłowowi. Ponieważ ten umiał już czytać i pisać po rosyjsku i znał początki arytmetyki, kazał mu robić małe zadanie, a sam zajął się całkowicie dziesięcioletnią Adelajdą i młodszą od niej o rok Martą. Rozłożył przed niemi ruchome litery, skreślone na kwadracikach papieru, i zaczęła się uciążliwa lekcja sylabizowania.
Dziewczynki były dość pojętne, ale nużyły się szybko. Beniowski cierpliwie powtarzał z niemi dziesiątki razy to samo ćwiczenie, lecz czuł się coraz więcej nieswojo, coraz dotkliwiej ciężyły mu agatowe oczy pięknej dziewczyny, nie spuszczającej na chwilę wzroku z jego rąk, ust i twarzy. Nie mógł nie dostrzec jej urody, zwiększonej lekkim wykwitłym na policzkach rumieńcem, nie mógł nie widzieć jej wdzięków pełnych dziewiczego czaru. Chmurniał więc coraz bardziej i starał się nie zwracać do niej wcale. Nagle srebrny śmieszek przerwał mu wykład i rozległ się przyciszony głos piersiowy:
— Pan mię unika, pan nie chce zająć się mną ani chwilki!... Przecież ja też jestem uczennicą pana.
— Jakto?... — zwrócił się ku niej.
— A tak! Ja też nic nie umiem; umiem mniej, niż mój brat! A takbym chciała poznać cały ten świat, z którego pan przybył! Przecież nie na zawsze pozostaniemy tutaj, w tej... głuszy!? Przypuszczałam, że pan zechce też mię do tego tam życia przysposobić... Prosiłam rodziców... i oni zgodzili się... Dlaczego więc uczyć mię pan nie chce?
Podniosła się i stanęła przed nim z opuszczoną głową, kręcąc w palcach końce opadłych na piersi warkoczy. Była teraz blada i wzburzony oddech wysoko unosił gronostajową opuszkę jej kaftanika. Musiał na nią spojrzeć i wnet gorący rumieniec zalał mu męską twarz, aż po białe czoło.
— Ach, to co innego!... W takim razie proszę!... — odrzekł sucho.
Podsunął jej książkę i kazał czytać. Czytała źle, jąkała się, pisała jeszcze gorzej. Zadał jej przepisywanie i zwrócił się do młodszych dzieci, a pod koniec lekcji jął wszystkich z surowym spokojem w twarzy wtajemniczać w nazwy i kształt liter francuskich, oraz ich składanie.
W tym czasie pan Niłow z żoną weszli do pokoju i przysłuchiwali się długo wykładowi.
— Nowym pan uczy, widzę, sposobem! Za naszych czasów kazano wymawiać inaczej: Az, buki, wiedi... Ale, owszem, pochwalam tę metodykę, jest łatwiejsza, krótsza, oszczędza kunszta pamięciowe! — ozwał się wreszcie łaskawie naczelnik.
Był w dobrym humorze, wąsy miał podkręcone do góry i rozmarzone spojrzenie; przyjemny zapach dubelt-anyżówki zalatywał odeń z oddala. Pani Niłowowa niespokojnie spoglądała na córkę, na męża, na Beniowskiego.
— Staramy się w ten sposób wyćwiczyć w sprawności obrotów przedewszystkiem język i usta, aby zczasem przystąpić do gramatyki. Na szczęście znalazłem niemiecką i francuską u pana Chruszczowa, co wiadomo, jak trudno jest znaleźć w takiej odległości od wszelakiego centrum... Wprost cud!.... Musiałbym z pamięci uczyć, co zawsze o wiele gorzej!...
— Tak, tak!... Grammaire française... — wymówił z trudnością Niłow.
— Uczyć ich takoż należy i układności, i ruchów ciała, żeby łokci nie opierali na stole i nie smarkali się w palce... co sama przestrzegam z wielką pilnością, ale bez skutku!... Może panu srogość ta łatwiej się uda z nimi, jako obcemu... — dodała pani Niłowowa.
— Żeby zaś pan od dziś czasu nie tracił na chodzenie do nas piechotą i mógł nam go jak najwięcej udzielać, proszę przyjąć ode mnie jako przedpłatę... sanki z uprzężą psów oraz poganiacza niewolnika-tubylca na własność.
— Wielmożny pan zapomina, jako sam jestem niewolnikiem i pozbawion praw wszelkiej własności... — odrzekł z głębokim ukłonem Beniowski.
— Kto to mówi? Niech tylko kto piśnie! Ja ci dałem, to wystarcza! — mruknął, czerwieniąc się, Niłow. — Zresztą, jeżeli zasłużysz, przedstawię waćpana do łaskawości Imperatorowej dla wrócenia praw, gdyż sprawdziłem, że, ratując okręt od rozbicia, salwowałeś istotnie życie i majątek znacznej liczby Jej poddanych, oraz skarb rządowy i inne papiery... Mam nadzieję osiągnąć ulgę doli pana, o ile nie zepsowasz tego złem swojem zachowaniem się...
Odwrócił się, nie czekając odpowiedzi, i wyszedł majestatycznie.
— Widzi pan, jak się dobrze wszystko składa. Zwolna zmieni się i ułoży wszystko jak należy, a i my do owego czasu może stąd wyjedziemy, może razem... — zagadała pani Niłowowa, zaglądając wygnańcowi w oczy.
Ten uśmiechał się, kłaniał i dziękował, ale smutek nie uciekł mu całkowicie z twarzy, jeno skrył się głębiej w źrenicach. Zauważyła to Nastazja i przycichła sama zasmucona, kłoniąc głowę nad książkami pokornie, blada, wiotka, śliczna, jak lilja wyrosła w ciemnych czeluściach zbójnickiego boru.
Beniowski udał, że zmiany jej nie spostrzegł, skończył swobodnie lekcję, wyszedł, siadł na świeżo podarowane sobie sanki i, czując, że za nim śledzą z domu ciekawie liczne oczy, kazał głośno Kamczadalowi wieźć się nie do domu, lecz do komendanta. Lotem błyskawicy poniosły go psy przez miasto.
Szczęśliwie trafił, gdyż zaskoczył setnika na wychodnem na przydźwierzu domu.
— Cóż to za nabytek? — spytał oficer, obrzucając okiem znawcy piękną psią uprzążkę.
— Podarunek naczelnika kraju!
— Aaa!...
— Aby ułatwić mi przyjazdy na lekcje!
— To uczy pan doprawdy dzieci naczelnika!? Oho, doskonale się składa. W takim razie nie będzie z tej strony przeszkód i dla naszej spółki... Szukam dla niej partnerów.
— Właśnie o tem chciałem pomówić... Czy dla uniknięcia ostatecznie wszelkich kwasów i nieporozumień nie należałoby panu zaprosić do udziału na trzeciego pana sekretarza powiatowego Nowosiłowa, co?
— Sekretarza?... Ba... On mię ograł... On zażąda trzeciej części, a może i więcej!... Sknera! Właściwie może żądać połowy, ha!... A to za dużo!... Wolałbym kogo innego...
— Zato już żadne znikąd nie będzie groziło nam niebezpieczeństwo, skoro on stanie po naszej stronie. Czy nie tak? Któż ośmieli się wtedy pisać donosy? A zresztą łatwo będzie przy jego pomocy uprzedzić je właściwem wyjaśnieniem. Wszakże on z urzędu odpowiada na wszelkie papiery rządowe... Co?... Nie!?
— Tak, to tak!... Jednak ograł mię on wtedy haniebnie, wyzuł podstępnie z tysiąca pięciuset rubli i jeszcze mię wyśmiał przed całem miastem, wykpił.
— Śmieje się ten, kto się śmieje ostatni!... Bez tej przygody nie poznalibyśmy się wcale. Nieprawda?... I nie powstałaby myśl spółki naszej w pana głowie.
— Niewiadomo jeszcze, co z tego będzie... Czy aby zechcą grać z tobą, Beniowski? Zawsześ ty wygnaniec, zbrodzień!
— Powoli przyzwyczają się! Nawet pies z kotem przyjaźnią się w jednem zamknięciu.
Tak rozmawiając, szli w kierunku domu sekretarza, a sanie jechały opodal za nimi.
Sekretarz wysłuchał propozycji komendanta z przymrużonem okiem, które rychło wszakże otworzył i, błysnąwszy niem znacząco na stojącego z boku Beniowskiego, strzepnął ręką z wesołym uśmieszkiem:
— Widzę, czyja to sztuka!... Och, mądrala! mądrala!... A kogóż tam masz na mecie, zacny Nikandrze Gawryłowiczu?
— W pierwszym szeregu Kazarinowa, który mię od jesieni ogrywa niemiłosiernie, zabrał mi już trzy tysiące; dalej Proskuriakowa, Olesowa, Rybnikowa... Wszystkich pokolei, ilu ich jest... Jest z czego brać!... Chyba, że ty, Beniowski, nie dasz im rady?...
— Nie wiem!... — odrzekł ten z roztargnieniem.
— Kto sprosta temu czarodziejowi — „brzuchomówcy“!... — odciął stanowczo Nowosiłow. — Tylko co na to powie naczelnik?... Jak ich wszystkich obedrzemy, będą wrzeszczeć...
— Naczelnik już nasz!... — krzyknął radośnie setnik. I opowiedział w przesadnych wyrazach o lekcjach Beniowskiego, o jego powodzeniu, o wielkim wpływie, jaki na cały dom naczelnika uzyskał.
— Niezupełnie, niezupełnie tak!... Przedewszystkiem żadnego wpływu... — bronił się Beniowski.
— A sanki?... Wyobraź pan sobie!... Sanki mu podarował i uprząż z sześciu psów, i niewolnika...
— Ho! ho!... A może to wpływ nie tyle naczelnika, co naczelnikowej!... Zmienna to pani... i zdaje się, że już dawno... wakuje! — śmiał się sekretarz, mrużąc oko. — W takim razie, bez gadania zgoda: sprawa w czapce! Aglaja, hej, Aglaja!... Podaj nam wódki!...
Klasnął w dłonie i gdy po niejakim czasie pojawiła się urodziwa białogłowa z tacą, obciążoną karafkami, w wypieszczonych rękach, kiwnął filuternie głową komendantowi w stronę szachownicy:
— Co? Może... spróbujemy?...
— Nie, Sergjuszu Mikołajewiczu, chowajmy siły nasze na wspólne nieprzyjacioły. Zresztą Beniowski coś dziś nie w humorze!...
Sekretarz jeszcze bardziej zmrużył oczki i z tych szczelin spojrzeniem ostrem jak igły świdrował zamyśloną, zagadkową postać wygnańca. Ten jakby o obecnych chwilowo zapomniał, patrzał na ścianę domu zamglonym wzrokiem, kręcił wąsy i popijał wódkę; wtem otrząsł się, podniósł na urzędników oczy i natychmiast wesoły uśmiech rozjaśnił mu piękną twarz...
— A widzisz: nic mu nie jest!... — wykrzyknął żartobliwie sekretarz. — A tylko widzę już, że trzeba go będzie ożenić!!... Solus tristus est! Czy jak tam u was po łacinie?...
— Solus tristis est! — poprawił go Beniowski.
— Dobrze, dobrze — ożenimy go, ale niech pierwej ogra Kazarinowa i Proskuriakowa... A to młoda żona w pierwszych ogniach wszystkie zeń siły i myśli wysączy!... Wtedy co?... — sprzeciwiał się komendant.
— Mnie bo się nie śpieszy — mam swoją Aglaję, której dopilnuję, bądź pewien! Ale ty, Nikandrze Gawryłowiczu, oraz inni żonkosie i starzy samce — strzeżcie się... On wam tu z tymi wąsami wszystkie baby pouwodzi, wszystkie dziewuchy popsowa! Na to mi patrzy... Hej, jenerale, może nie lubisz białogłowskich wdzięków? Co!? Ino nie łżyj!...
— Po tylu trudach i tylu ranach została ze mnie jeno mamiąca złuda powierzchowności: nic tam pod nią się nie kryje, jeno popiół... Stąd omyłka miłościwych panów!... — uśmiechnął się znowu Beniowski.
— Kto cię tam wie!... Tak się jakoś zamyślasz, że nie puściłbym cię blisko do mojej sypialni, choć Aglaja zna mores, oj zna!... Może nie? Stój, powiedz! — zwrócił się do zmieszanej kobiety.
Ta spłonęła jednolitym, bolesnym rumieńcem i zatrzymała się z opuszczonemi oczami u progu; jej palce, ubrane w pierścienie, mięły kurczowo rąbek białego fartucha.
— Czego milczysz?... Gadaj!... Zdradziłabyś mię z tym gładyszem? — nastawał urzędnik, wskazując na Beniowskiego.
— Nie, panie! Jestem twoją tylko niewolnicą... Tobie jednemu posłuszną istotą! — szepnęła wyuczonym głosem.
— I kocham całem sercem, całą duszą i całem ciałem do najmniejszej jego składeczki pana mego wszechmocnego, Sergjusza Mikołajewicza Nowosiłowa...
— I kocham całem sercem, całą duszą... — szeptała Aglaja pobladłemi ustami.
— Przestań, Sergjuszu Mikołajewiczu... Nudne to i niezbożne, doprawdy, i wiemy już wszyscy, żeś chwat do niewiast! Lepiej pogadajmy, jak zmusić kupców, żeby grali!...
— Jak zmusić?... Rozumie się, kontrakt spisać... kto nie dotrzyma, karę zapłaci... Stary ruski sposób! Przyprowadźcie ich do mnie, już ja całą rzecz obrobię... Pij, Beniowski, pij... zdrowie... damy swego serca, a nie zamyślaj się, bo to... niebezpieczne!...
Beniowski znowu się uśmiechnął i po kieliszek sięgnął.
Zabawiali się tak do późnego wieczora.
Gdy rozgrzany ucztowaniem Beniowski wyszedł wreszcie na ganek, już mroźna, blada noc zawładnęła niebem i ziemią.
— Jadłeś co, Jędrzeju? — spytał wychodzącego z za węgła niewolnika.
— Nie, panie!... Skąpy gospodarz tutejszy!...
— Ani krzty ci nie dali?
— Ani krzty!... Gospodyni boi się... Każdą on jej krupę liczy... Dobrze, że choć w ciepłej sieni przytulić się pozwoliła.
— Cóż więc poczniemy?... Nic przy sobie nie mam... chyba do miasta pojedziemy?... Co?...
— At, głupstwo, panie. Myśmy tego zwyczajni!... Droga niedaleka!... Zjem w domu!
— Na przyszłość zawsze będziesz na wyjazd brał z sobą suszonych ryb, Jędrzeju!... Słyszałeś!?...
— Dobrze, panie!...
Zbudził uderzeniami buta zwinięte w kłębuszki, śpiące w śniegu psy, poustawiał je, uporządkował splątane szleje, zawrócił i uszykował sanki. Siedli bokiem na wąskie siedzenie. Zgłodniałe, przeziębię zwierzęta szarpnęły, porwały sanie i poniosły lotem strzały po wyślizgłej drodze ku zasnutym białą mgłą białym od szronu i śniegu zaroślom.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.