Beniowski (Sieroszewski, 1935)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Zastał towarzyszy zebranych u Chruszczowa.
— Jesteś nareszcie! — zawołali radośnie, gdy ukazał się we drzwiach.
— A bo co?
— Bo nie wiedzieliśmy, co robić!
— Obawialiśmy się, żeś aresztowany!
— W nocy nie wolno nam chodzić po mieście... — objaśnił Chruszczów.
— Cóż więc nam wolno? — spytał z gorzkim uśmiechem Beniowski.
— Jakież przynieśliście nowiny?
— Bardzo dobre!
— Cóż więc znaczyły te ronty!
— Poprostu żołnierze szli do magazynów odbierać zaległe a obecnie przywiezione przez statek racje mąki, wódki oraz inne rzeczy.
— Widzicie, jak złym jest strach tłumaczem!...
— Wiemy, wiemy, ale już nie marudź!...
— A ciebie, książę, poco wzywał naczelnik?
— Chciał, żebym ciebie przyprowadził.
— Mnie?... Cóż tam znowu!?
— Nic złego, nawet dobre są wróżby, ale nie mogłem cię znaleźć... Gdzieżeś był?
— U sekretarza.
— Cały czas?
— Cały czas...
— A ten nicpoń stróż powiedział mi, żeś już wyszedł. Cóżeś tam robił tak długo?...
— Ach miałem zdarzenie! Doprawdy jakgdyby wyjęte z przygód Sinbada!
Opowiedział o swej grze w szachy z nieznanym mu Nikandrem Gawryłowiczem i wysypał srebro na stół.
— Źle!... Źle się stało!... Znam tego Nikandrę Czernych setnika... Nie przebaczy ci on przegranej, hrabio, życie całe!... Z nakładem odbierze swoje i jeszcze znęcać się będzie za drwiny, których z twego powodu doznał... Najlepiej będzie, jeżeli jutro pójdziesz mu sam te pieniądze zwrócisz... z naddatkiem! Dam ci skórkę lisa!...
— Bardzoby się jednak przydały te pieniądze dla naszych zamiarów!... — wstawił nieostrożnie Stiepanow.
— Jakich zamiarów?... Nie mamy żadnych zamiarów... Poprostu musimy pobudować sobie chałupy — zauważył spokojnie Baturin.
— Nie wiem, co jeszcze zrobię! W każdym razie... lisa mu nie dam! — powiedział spokojnie, wysłuchawszy wszystkich uwag, Beniowski. — Lecz doprawdy nie jest to rzecz najważniejsza... Najważniejszą, bracia, rzeczą jest, według mnie, dowiedzieć się, czy książę jest z nami, czy podziela nasze plany?
Zwrócił się do Chruszczowa. Ten poczerwieniał i milczał przez długą chwilę.
— Tak, jestem z wami... z warunkiem, że nie będziecie mnie zmuszali do udziału w mordach, zabójstwach, napadach. Mówiłem już o tem... Krew własną gotów jestem jednak przelać za cel tak szlachetny...
— Wolałbym... krew wrogów!... A jeszcze bardziej wolałbym... ich okręt... — zażartował Beniowski. — Zresztą nie o to chodzi!... Myślę, przyjaciele, że możemy księciu obiecać... Prócz finalnej walki istnieje tysiące spraw, których nikt lepiej od niego nie jest w stanie załatwić!... Musimy zorganizować wygnańców; bez tego żadne z zamierzeń naszych nie uda się; musimy wprowadzić ład i rygor w ich życie; zwiększyć nasze środki, a głównie podnieść ducha powszechności... Brak go, zupełny go brak i dlatego to ciemiężyciele tak śmiało depczą nas!... Proponuję, abyśmy zaraz tu nie zwlekając utworzyli tajną radę związkową, któraby zajęła się temi sprawami. Równość nieszczęścia porównała nas i wszyscy tu obecni jako bracia powinni wejść do związku z równym głosem... Doświadczenie uczy, że jak ciało bez głowy, tak żadne towarzystwo obejść się nie może bez szefa. Nad wyborem tego naczelnika najpierw się zastanowić należy. Będzie on naszym mentorem i jego obowiązkiem stanie się służyć wszelkiemi siłami interesom naszego związku, a zato wszyscy ślubują mu swą podległość i posłuszeństwo. W tym celu wybrany naczelnik zaprzysięże następujące warunki: iż użyje on swej zdolności i doświadczenia w niezwłocznem ułożeniu planu operacji, którego nieodstępnie nawet z hazardem życia trzymać się będzie, ten zaś plan ma się kłonić ku przywróceniu wszystkim towarzyszom jak najprędzej wolności; iż nie będzie miał nigdy preferencji dla nikogo oddzielnie z towarzystwa; lecz że całej radzie doniesie zawsze o wszystkiem, co tylko osądzi być potrzebnem do pomyślnego uskutecznienia ogólnych zamiarów; iż, gdyby chciał zaniechać swego przedsięwzięcia lub coś podobnego ważył się insynuować związkowej radzie, śmiercią bez żadnego pobłażania ma być pokaran!... — dyktował mocnym głosem Beniowski Sofronowowi, który, siedząc na rogu stołu, słowa jego skrzętnie notował. Opodal dookoła wsparci na łokciach chylili się nieruchomo wygnańcy, a łatająca przy ogniu obuwie Alaja coraz oglądała się na nich, zdziwiona i trochę jakby strwożona.
— Coś wygląda jakgdyby Kamczadalowie szli na wojnę! — mruczała cicho.
— Od związkowych zaś — ciągnął dalej Beniowski — wybrany naczelnik otrzyma następujący jurament: iż każdy z nich dołoży wszystkich starań choćby z niebezpieczeństwem życia do uskutecznienia planu w celu odzyskania wolności. Iż, uznawszy władzę i zwierzchność naczelnika, podda się jej z ślepem posłuszeństwem. Że ponieważ niesprawiedliwość i despotyzm od wszelkich uwolniły go cywilnych i politycznych obowiązków, zatem słuchać winien bez żadnej restrykcji już tylko rozkazów obranego naczelnika. Iż gdyby zdradził położone w sobie zaufanie i odkrył zaraz od dnia podjętej narady najmniejszą okoliczność, odnoszącą się do zamiarów wygnańców lub też wyjawiłby najdrobniejszą decyzję rady, w takowym razie uznaje się być winnym śmierci. Rada wyrok niezwłocznie ogłasza, a każdy ze związkowych uroczyście obowiązuje się wymierzyć go na przeniewiercy bez względu na wszelkie przyjaźni lub krwi głosy i więzy pokrewieństwa...
Długo milczeli wygnańcy, nie patrząc na siebie, wreszcie ozwał się Baturin:
— Przecie nie dziś zaczęliśmy tę grę, gdzie stawką są nasze głowy, a wygraną wolność... Dlatego uważam, że nic z tych paragrafów ani dodać, ani ująć nie należy...
— Raczej dodać, że każdy z nas ścigać będzie zdrajcę do ostateczności w doczesnem i na; wet przyszłem życiu... Aby nie był pewny nawet w grobie spokoju!... — dodał zapalczywie Panow.
— Pozostaje przystąpić do wyborów!... — szepnął Sofronow. Podał małe kartki papieru, na których wygnańcy w skupieniu kreślili nazwiska.
— Beniowski... Beniowski... Beniowski... — czytał chwilę potem Chruszczów... — Jednogłośnie... Ach nie!... Na jednej jest moje nazwisko... To pewnie twoja, hrabio!... Ładniebyś wyglądał pod moją komendą!... — roześmiał się trochę chrypłym śmiechem.
— Przepraszam, towarzysze i bracia!... — znowu podniósł głos Beniowski. — Zanim przyjmę wasz wybór, musimy przyrzec sobie wzajem rzecz następującą: gdyby w przypadku zdrady naczelnik lub jakikolwiek członek towarzystwa dostał się w ręce rządu, zachowa wówczas jak najściślejszy względem sprzysiężenia sekret, a zaś wszyscy uczestnicy związku użyją wszelkich, chociażby z niebezpieczeństwem życia sposobów, iżby więźnia z rąk nieprzyjacielskich uwolnić; gdy zaś ani sztuką, ani otwartą siłą nic nie wskórają, wówczas podadzą mu truciznę lub oręż, aby rządowym wyrokiem przyciśniony jeniec wyznaniem swojem nie zgubił wspólników!...
— To się samo przez się rozumie!... — powiedział Stiepanow, podchodząc i biorąc za rękę Beniowskiego.
Ten przyjął ją trochę chłodno, zajęty własnemi myślami.
— Panowie!... — dodał znowu, podnosząc głowę. — Nie uchylać się od życia społeczności, nie uchylać się od życia, gdyż tam tylko odnajdziemy substancjum dla naszych planów!... Chodzić będziemy wśród ludzi, jak inni, chowając głęboko w sercu nasze zamierzenia. Nie kłamać bez potrzeby, ale i nie śpieszyć z prawdą, gdzie ona może być zgubą. Przeciwnik pod hańbą żąda od nas prawdziwości, podczas gdy sam w fałszach i okrucieństwie względem nas nie przebiera.
— Właśnie. Chciałem takoż zaproponować kilku nowych członków, wypróbowanych moich przyjaciół, gdyż w rozszerzeniu towarzystwa i ja widzę jego skuteczność!... — dorzucił Chruszczow.
— Bez wątpienia. Podaj pan ich listę, abyśmy mogli się o nich wywiedzieć, co należy, zanim wniesiemy ich przyjęcie na następnem zebraniu, które odbędzie się również tutaj za dni cztery!... — postanowił Beniowski. — Czy nie przejdziemy się, przyjaciele... bo jakoś duszno? Ale za progiem tej izby wara mówić o sprzysiężeniu...
— Dziwny człowiek!... — szeptał, wychodząc, Chruszczów. — Z chwilą jego przybycia wszystko zdaje się z błyskawiczną toczyć szybkością!... Co zdarzeń w dni parę!?
— O tak!... Tak było wszędzie i zawsze, o ile wiem!... Tak było w Kazaniu, tak powiadali było i w Krakowie... On z tych, co to, gdzie stąpi wszystko się wkoło kolebie, mury kruszą, wszystko drży, żyje, walczy... — odszepnął z zapałem pocichu Winblath.
Skręcili z drogi i zagłębili się w śpiący pod śniegami las. Jeno chrzęst śniegu pod ich nogami naruszał ciszę; jeno ruch potrąconych przez nich gałązek naruszał spokój. Milczeli, poglądając na niebo, gdzie tysiące gwiazd drgało, iskrzyło się, mrugało, sunąc w majestatycznym, ledwie dostrzegalnym korowodzie. Beniowski szedł przodem i mówił do Chruszczowa i najbliższych:
— Słyszeliście pewnie o neotryzmie, czyli nauce recentiorum, według której ziemia obraca się około słońca, nie słońce koło ziemi, tak jak pieczeń obraca się koło ognia, nie ogień koło pieczeni... Takoż gwiazdy nie chodzą koło nas po sferach, lecz niby my sami lecimy wśród mrowia gwiazd... Taż nauka twierdzi, że koloru niemasz żadnego w; rzeczach, tylko te barwy, które na nich widzimy — białe, czarne, zielone, czerwone, żółte — sprawuje temperament oczu i światła... Czego wielkim jest dowodem jabłko, naprzykład, w dzień zielone, a w nocy przy świecach wydaje się być granatowem... Powiadają też, że i ból, świerzbienie i inne uczucia nie mają swego placu w ciele, tylko w duszy, ponieważ ciało bez duszy nic nie czuje. A mnie się zda, iż tak ciało nie czuje bez duszy, jak dusza bez ciała, że organy nie grają bez organisty i organista bez organów, że jeżeli czucie nie jest w ciele, tylko w duszy, to też i głos nie jest w organiście!...
Śmieli się wygnańcy z tych dowodzeń i rozmaite robili uwagi, aż wyszli na małą polankę, skąd otwierał się widok na łańcuch gór, uchodzący z kamiennym spokojem ku mrocznemu widnokręgowi północy. Nagle jakaś łuna krwawa buchnęła na gwiazdy i zgasła. Z drzew posypały się szrony.
— Co to?... zorza północna, czy piorun!?...
— Piorun w zimie?...
— Rozmaicie bywa w naturze. Kto ją poznał?... Pamiętam raz...
— Nie, to pewnie gra któryś z wulkanów!... — przerwał sprzeczki Chruszczow.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.