Beniowski (Sieroszewski, 1935)/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.

Odtąd co dnia rano wiózł niewolnik Jędrzej Beniowskiego do forteczki na lekcje. Leciał, jak wicher; usuwali mu się z drogi nietylko krajowcy i mieszczanie, ale nawet kozacy...
— Gna, jakby wiózł jaką osobę!... — mruczeli, spoglądając z zawiścią na syte psy i ładnie rzeźbione sanki.
— Wszyscy go honorują, a w gruncie rzeczy taki sam „rab“, jak ten, co go wiezie...
Ponieważ jednak widzieli, że sam naczelnik odpowiada na ukłony Beniowskiego skinieniem głowy, a komendant wita się z nim nawet za rękę, wszyscy czapkowali mu, a kupcy zabiegali nawet mu drogę, prosząc, aby za wygrane u nich pieniądze kupował dalej u nich.
— Wy, Auguście Samuelowiczu, nie mijajcie sklepu naszego; w razie czego my na pieniądze poczekamy... — wabił go Kazarinow.
— Dzień dobry, Auguście Samuelowiczu! Na lekcje jedziecie!... Tak, tak!... Cenimy wysoce waszą uczoność; sami mamy synów, z których ludzi uczynić pragnęlibyśmy, cóż kiedy kieszeń na to nie pozwala!... — dowodził Proskuriakow, drugi z ogranych kupców.
— Załóżcie szkołę! — radził Beniowski. — W szkole, wspólna nauka o wiele taniej kosztować będzie!
— Nie w naszej to mocy, nie w naszej!...
— Na to już nic nie poradzę, sami sobie radzić musicie, Tomaszu Sidorowiczu!...
Rozstali się, uścisnąwszy się za ręce.
W gruncie rzeczy zaraz po paru pierwszych lekcjach Beniowski zaczął o takiej szkole przemyśliwać. Wybawiłaby go ona od wielu trosk, kłopotów i niedogodności.
Podzielił się swemi myślami z Chruszczowym:
— Nie uwierzysz, jak mi te lekcje ciężą. Przedewszystkiem: stary Nilów nudzi się i wciąż przyłazi, wtrąca się w wykłady, robi swoje uwagi, zaprowadza zmiany... Możesz sobie wyobrazić, co za chaos... Nadomiar niezawsze jest trzeźwy... Pani Niłowowa... również ze swej strony... uważa za swój obowiązek... mieszać się i stawiać rozmaite wymagania... Wprost ręce opadają... Takoż dzieci w tym bezładzie wychodzą ostatecznie z rygoru, a wtedy każą mi je karcić, a ja tego wcale nie chcę... Prócz tego zabierają mi nad miarę wiele czasu; siedzę tam cały prawie dzień, zamiast paru godzin umówionych... — i jeżeli tak dalej pójdzie — ciągnął Beniowski — na nic nasze zamiary, nie uda mi się nic zorganizować, gdyż nie będę mógł ani oddalić się z miasta niepostrzeżenie, gdy zajdzie tego potrzeba, ani podtrzymywać potrzebnych stosunków w samem mieście!... W szkole mógłbym zdać na kogo zastępstwo, przybrać pomocników... Nareszcie byłbym wolny od obserwacji osobistej naczelnika!... Tysiące, tysiące jest do tego powodów. A i pieniężnie by to opłaciło się, gdyż od innych dzieci bralibyśmy opłatę... Co?... Jak myślisz, przyjacielu? Jeżeli każde dziecko da pięć rubli...
Obliczał szczegółowo wydatki i dochody, opłatę nauczycieli, światło, opał... Chruszczów wciąż chodził z rękami założonemi za siebie i dumał...
— Tak, tak!... Byłoby dobrze... Ale jak to uczynić? Na taką szkołę potrzebny jest dom, dom porządny, osobny, gdyż ani urzędnik, ani żaden z zamożniejszych kupców do takiej, jak moja naprzyklad, budy dzieci nie pośle...
— Ależ, rozumie się, dom, dom powinien stanąć niedaleko stąd, ale nie w naszej wsi... No, i powinien być ufortyfikowany... na wszelki wypadek!...
Chruszczów aż podskoczył.
— Ufortyfikowany?... Człowieku, czyś zmysły postradał... któż ci to pozwoli?...
Beniowski zmarszczył brwi:
— A jednak on musi stanąć i musi stanąć niedługo...
— Teraz, w zimie?...
— Cóż wielkiego?... Właśnie teraz najlepsza pora, bo cieśle mają czas. A ziemię dla kopania pod fundamenta można odtajać zapomocą wielkich stosów ognia...
Chruszczow znowu chodził po izbie, kręcąc głową.
— Zresztą budynek nie potrzebuje być trwały — roześmiał się Beniowski.
— Mówisz o nim, jakby był!...
— Będzie, musi być... — odrzekł Beniowski z zaciętością i zamyślił się.
Stanęły mu nagle w oczach te rysy dziewczęce, takie zasłuchane we wszystko, co opowiadał, te przejrzyste agatowe źrenice, śledzące każdy ruch jego ust, zrywające z nich chciwie niedopowiedziane wyrazy. Już zaczynał się ich lękać, gdyż rozumiał wybornie, jakie mu z tej strony grozi niebezpieczeństwo. W założeniu szkoły szukał więc i dla siebie ratunku.
— Nie odważą się pewnie dziewczyny posyłać do szkoły... A jak przyjdzie, to zginie w tłumie innych uczni... Będzie zresztą miała innych młodych ludzi przed oczami!... — rozmyślał ze szczyptą żalu.
— Szkoła być musi. Przygotuj zwolna naszych do tego! — rzekł, wstając.
— Zrobię, co każesz, ale pozwól sobie powiedzieć, Beniowski, że i twoje fantazje mają granice...
— Ach, Chruszczow, Chruszczow, przyjacielu! Dzieją się na święcie i stokroć trudniejsze rzeczy! Czy ty wiesz, że do otoczonego pierścieniem potężnych wojsk nieprzyjacielskich Krakowa przeprowadziłem w jedną noc sześćset sztuk wołów i półtorasta wozów zboża... Tam też nikt nie chciał wierzyć, aż stało się! Woleli z głodu umierać, nawet poddać się, niż się targnąć na niepewną imprezę...
— Zapewne, zapewne! Są to dzieła niezwykłe, lecz miałeś choć coś, jakiekolwiek oparcie, miałeś wojsko, wiernych, posłusznych żołnierzy, tutaj nic, zgoła nic!...
Beniowski wykrzywił usta.
— Tutaj mam też... ludzi, a przecie ludzie tworzą wszystko!...
— Daj Boże, daj Boże, żeby ci się udało!
— A więc chodź, poszukamy dogodnego miejsca!...
Wdzieli futra i wyszli.
Nie było jeszcze ciemno, ale zmrok i mroźna mgła już zalewały okolicę mętną powodzią. Dwaj przyjaciele długo błąkali się po zaroślach, brnąc w sypkim śniegu po kolana; wreszcie wyszli nad parów rzeki już skutej grubym lodem... Mroźny tuman wypełniał go po wręby i sunął ku morzu, jak korytem woda, kołysząc się, burząc jednocześnie jak dym. W szczerbie lądu, w ujściu rzeki blado przebłyskiwało żywe morze a nad niem gorzały tracące się w oparach północne gwiazdy. Beniowski długo wodził oczyma po zmierzchłych lasach świerkowych i modrzewiowych, po osypiskach stromych brzegów, usłanych grubemi śniegami, wreszcie wskazał ręką mały wzgórek w widłach zlewu z rzeką główną, Bystrą, bezimiennej rzeczułki.
— Tutaj stanie!... Tu będzie łatwo postawić palisadę, a od tamtej strony bronią dostępu obie rzeki!
Chruszczów patrzał na niego napoły z zachwytem, napoły z niedowierzaniem.
— Czyś ty czasem nie pił wczoraj za dużo, Beniowski, tutejszej zatrutej muchomorami gorzałki?
— Co?...
— Nic!... Zwyczajne marudzenie starego niedowiarka!...
— Nie będziesz miał bogów cudzych nade mnie!... Pamiętasz, coś obiecał?
— Pamiętam, szalony bałamucie, pamiętam...
— Więc do widzenia tymczasem.
— Dokąd idziesz?...
— Ograć przyszłych budowniczych szkoły!...
— Co ty mówisz!...
— Mówię prawdę. I tak już za długo kazałem im czekać... Ale i to leży w planach naszych!...
Kiwnął głową Chruszczowowi i skierował się przez chrzęszczące i rozstępujące się przed jego rękami i nogami zarośla ku miasteczku, migającemu poprzez sieć gałęzi czerwoną łuną ogni.
Gdy zbliżył się do mieszkania Nowosiłowa, gromadki ubielonych szronem psów, śpiące kupami obok stojących rzędem sanek, zerwały się i skoczyły ku niemu z groźnem warczeniem. Natychmiast z za węgła wysunęły się figury kamczadalskich psiarków-niewolników, a na ganek wyszła z sieni ciemna postać, pobłyskująca metalowemi guzami.
— Czy to ty, Auguście Samuelowiczu?...
— Ja, Nikandrze Gawryłowiczu! — odpowiedział Beniowski, poznając komendanta.
— Cóż tak późno!?
— Nie mogłem wcześniej. Naczelnik zatrzymał mię dłużej na lekcjach... Wogóle wątpię, abym miał zczasem nawet wieczory wolne, będę więc musiał z gry skwitować.
— Bój się Boga!... A myśmy już spisali kontrakt z kupcami, że gramy z nimi najmniej pięćdziesiąt partyj, każda po 300 rubli... Oni na gracza mogą stawiać kogo chcą i my też... Z każdej wygranej 120 biorę ja, 120 sekretarz, pozostałe 60 ty, Beniowski... Można grubo zarobić...
— Cóż, kiedy naczelnik...
— Przepadliśmy! Strona, nie dotrzymująca umowy albo zrzekająca się gry, płaci kary osiem tysięcy rubli. Oni stawiają przeciw nam Koleskowa. Zgubiłeś ty nas, Auguście Samuelowiczu, jeżeli grać nie zechcesz!... Oj, bieda! Chodź zresztą, powiedz wszystko sekretarzowi...
Gruby Nowosiłow siedział chmurny na swojej kanapie, nie wstał na powitanie, nawet głową nie kiwnął na ukłon Beniowskiego. Pięciu kupców i pisarz Sudejkin mieściło się na stołkach pod ścianami. Na stole jarzyły się woskowe świece, błyszczały rznięte gąsiorki z wódkami, cynowe misy z przekąskami i srebrne czarki.
— Naczelnik go zatrzymał — tłumaczył Beniowskiego komendant.
— Mógł się wykręcić!... — burknął Nowosiłow.
— Ba, on powiada... — zaczął kozak, lecz urwał trącony w łokieć przez Beniowskiego; mrugnął jeno znacząco na sekretarza.
— Cóż, nie traćmy czasu!... — nalegał Proskuriakow, którego oczu nie uszło zmieszanie komendanta.
Ustawiono szachy i obecni otoczyli zwartem kołem grających.
Grano do białego dnia. Z pięciu partyj Beniowski wygrał cztery. Gdy po rozejściu się gości gospodarz i komendant liczyli i dzielili pieniądze, Beniowski wstał nagle i poprosił, żeby mu pozwolono się umyć i oporządzić odzież, gdyż wprost stąd iść musi do naczelnika na lekcje.
— Nie będziesz spał?...
— Nie. Kiedyż mam spać?...
— A wieczorem przyjdziesz?... Słyszałeś, że to ma być u mnie!... — zauważył komendant.
— Słyszałem, ale nie wiem, czy co z tego będzie... Z niewyspaną głową łatwo przegrać i długo tak nie pociągnę!
— To prawda!... Więc chyba w niedziele i święta tylko grać będziemy!
Nowosiłow słuchał napozór obojętnie rozmowy i dłubał palcem w zębach.
— Pięćdziesiąt partyj z rok potrwa, jeżeli raz na tydzień... Ładna rzecz!... — mruknął z niechcenia.
— Mogą się nie zgodzić tyle czekać!...
— Dałoby się całą rzecz ułożyć, gdyby... — zaczął Beniowski i zaraz, nie zwłócząc, wyłożył im plan szkoły, gdzie uczyliby prócz niego i inni nauczyciele, a w ten sposób oszczędziliby mu dużo czasu i pozwolili niekiedy wyręczyć się kimkolwiek.
— Taka szkoła mogłaby i od rządu uzyskać poparcie i pochwałę... Imperatorowa chętna jest, słyszałem, wszelkiej nauce!
Nowosiłow przytakiwał głową, ale milczał. Zato komendant bardzo się zapalił do projektu, wypytywał o rozmaite szczegóły i snuł dalsze plany.
— Nic łatwiejszego!... — wołał. — Tych pięciu, co tu byli, sami w stanie taką rzecz opłacić! Bogacze!... A zgodzi się i wielu innych. Szkoła pożyteczne urządzenie. Sama Imperatorowa jej sprzyja! Ja sam dzieci posyłać będę. Dla każdego pochlebnie jest okrzesać swe potomstwo!... Języki cudzoziemskie, liczenie, pisanie piękne — a więc droga do urzędów otwarta!... Zaiste Bóg cię nam zesłał, Auguście Samuelowiczu!...
Nawet bezdzietny Nowosiłow rozgrzał się pod koniec.
— Zapewne — sprawa użyteczności publicznej i państwowej!...
Postanowili wpływać w tym duchu na naczelnika, a jednocześnie wywrzeć nacisk na kupców i mieszczan.
— Biorę ich na siebie! — postanowił komendant.
— Ty zaś, Beniowski, przygotuj grunt przez naczelnikową...
— Nie tyle grunt, co łóżko! — mruknął zjadliwie sekretarz, ale pomoc swą obiecał.
Tegoż dnia Beniowski mocno się skarżył pani Niłowowej na brak własnego kąta, gdzieby mógł się do nauczania spokojnie przysposabiać, oraz na brak kolegów ich dzieciom, postronnych uczni, którzyby zachęcali ich swym przykładem do pracy.
— Tylko zdrowa emulacja stwarza zapał — dowodził.
— Tak, tak! — zgadzała się pani Niłowowa, siadając blisko niego na ławie. — Idźcie dzieci do swego pokoju! Nastka, czego się tu jeszcze wałęsasz?... Wygląda to na duże dziewczynisko, ale w istocie jeszcze bardzo młoda, bo ja bardzo młodo, bardzo młodo zostałam wydana przez matkę zamąż. Dzieciątkiem prawie byłam i pojęcia nie miałam o małżeńskim stanie... Nie miałam żadnego do tego gustu... Tem bardziej, że Iwan Piotrowicz był o wiele lat ode mnie starszy, już przedtem pił, a i potem nie przestał... Tak przetrwałam do tej pory, nie poznawszy prawdziwej miłości... Czegóż ty znowu chcesz Nastka?...
— Mamusiu, przyszedł posłaniec od Taju z Czekawki i przyniósł jarząbki...
— Więc cóż, niech poczeka, albo sama weź i złóż w śpiżarni.
— Kiedy, mamusiu, tatuś go przysłał, kazał wódką poczęstować...
— Ach, że też chwilki niema wytchnienia. Zaczekajcie, Auguście Samuelowiczu!...
Wyszła, a na jej miejsce na ławie przysiadła Nastka.
— Widzę, że pan dziś bardzo smutny!?... Panu coś dolega?... Niech pan powie... Może będę w stanie dopomóc!
— Chciałbym nauczyć panią, chciałbym szczerze nauczyć i panią, i siostry pani, i brata wszystkiego, co sam umiem... Ale pani widzi, że tego tu uczynić niepodobna, że wciąż ktoś przeszkadza, że nareszcie wszystkiemu podołać sił mi nie starczy. Nieustannie tysiące innych narzucają mi rzeczy... Odrywają wciąż...
— Istotnie, blady pan i mizerny dzisiaj!...
— Więc kłopoczę się o to, myślę wciąż i przyszło mi do głowy, czyby nie można otworzyć tu szkoły, gdzieby różni profesorowie wykładali różne nauki, wzorem szkół stołecznych. Wtedy starszym uczniom mógłbym więcej udzielać czasu...
— Cudownie, cudownie! — zawołała i klasnęła w ręce dziewczyna.
Ciężko skrzypnęła w sieniach podłoga i wszedł Niłow.
— Czego tu klaszczesz? Sami jesteście?... A gdzież matka?...
— Przed chwilą wyszła i zaraz wróci... Poszła po jarząbki... po jarząbki... — bąkało wylękłe dziewczę.
— Chodź-no pan do mnie, pokażę ci mapy, które mi przysłano z Admiralicji... do poprawienia. Żadna według mnie nie podobna do swej naturalności... Tak mi się zdaje! Ale co ja wiem? Kara Boża! Skąd ja, oficer piechoty, mogę znać nawigacyjne sekrety!? A wymagają ode mnie i tego, i tamtego, i wciąż coś nowego! — wzdychał Niłow, uprowadzając od córki wygnańca.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.