Bem (Gąsiorowski, 1927)/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Bem
Podtytuł Powieść historyczna z XIX w.
Wydawca Dom Książki Polskiej
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXIX.

Noc zapadała przy huku armat, łunach pożarów i śmiertelnych zapasach walczących ze sobą wojsk.
Już nie na redutach, nie na szańcach, lecz na okopach warszawskich, na ostatniej ościeni, u wylotów ulic podrogatkowych trwał teraz bój, bój krwawy, morderczy bój. Bój fal nieprzebranych, łomoczących tysiącami ostrzy, kul, piersi ludzkich z broniącymi okopów upiorami. Bój potężnych, karnych, prowadzonych dzielnie a wymyślnie dywizji ze szczątkami polskich brygad, z bezładnemi, potarmoszonemi kupami żołnierzów. Bój strategji, bój siły, potęgi z rozpaczą.
Z jednej strony sztab Tolla, ciżba czujnych dowódzców, generałów, świadomość ruchów, stopniowanie ataków, rezerwy, podniecanie ducha, karność — a z drugiej, z drugiej już ani odzewu bębna, ani sygnału trąbki, jeno mrok, ciemń, jeden szereg dla wszystkich rang, jedna szarża i dola jedna; z drugiej strony, poza tą wstęgą, płużącą krwią, poza Thermopylami, miasto wylękłe, klnące tych, co zań giną, no i sejm ciągle niezgodzony, no i most natłoczony gromadami, uchodzących na Pragę, patrjotów, klubistów, mieszczuchów, ratujących worki złota, tchórzów wszelakich, nawet i co zabiegliwszych posłów.
Na warszawskich okopach żołnierze własnemi ciałami nowy budowali szaniec, na warszawskich okopach pulsa, serca zlewały się w pragnieniu wielkiem, świętem, ofiarnem — a tam, w murach Warszawy, mizerne szalało klopotarstwo, tam, w murach Warszawy męstwo, dzielność polskich bataljonów poczytywano za nieszczęście, za lekkomyślność, która mieszkańców przyprawi jeno o tem cięższą kontrybucję, o rabunek, o rzeź może.
I pośród tego mrowia sobków była tylko garść takich, co darli się ku walczącym, co szli śmiało ku okopom, co nie baczyli na kule, na granaty, co nie uciekali. Imię tej garści było sieroctwo. Ono to, w uniesieniu bólu, szukało tej samej śmierci, co w żałobie je pogrążała. Ono oblegało ambulansowe wozy, ono miało i kubek wody dla umierających i ozwanie braterskie i posłuch na szept ubogich testamentów — ono jedynie pozostało głuchem.
O dziesiątej w nocy zaledwie armaty umilkły. Wojska szturmujące ustąpiły nieco i, na odległość strzału karabinowego, zaległy pod okopami.
Bem, który, od strony cmentarza ewangelickiego, dwiema baterjami trzymał w szachu cały korpus grenadjerski — odetchnął. Od godziny blisko gonił ostatkiem amunicjów — od godziny, już tylko ośmioma armatami się opędzał. Dowóz nabojów ustał zupełnie. Ordynansi przepadali dotąd. Rozejm chwilowy zdał się Bemowi ocaleniem. Byle teraz jeszcze ze dwie baterje wysunąć od lewego skrzydła — a tym zabezpieczyć spiżę — cha, to w pół godziny krzyżowym ogniem zmusi nieprzyjaciela do prawdziwego rozejmu.
Na ten koniec Bem, jeszcze pełen żaru bitewnego, ruszył do Dembińskiego. Dowódzca wolskiego skrzydła — w uliczce podokopowej, sprawiał ład między niedobitkami brygady Bogusławskiego.
Na pierwsze ozwanie się Bema, Dembiński targnął się desperacko:
— Ani mowy, generale! Niema nabojów, ładunków niema!
— Co, generał!
— Wywieźli zapasy już na Pragę! Arsenał główny do Modlina spławiają!
— Więc kapitulacja przyjęta, zatwierdzona?!...
— Wiem tylko, że w połowie dokonana!
Bem osunął się na pudło przewróconej bryki. Dembiński podał mu manierkę z wódką. Bem pił długo, chciwie — aż pewniej odetchnął.
— I cóż — cóż teraz!?
— Mamy odejść i my! — Milberg już poszedł do mostu.
— A potem, a dalej?
— Dalej! — powtórzył głucho Dembiński. — Nie wiem. — Będzie rada. Jeszcze prawy brzeg Wisły zostanie. Modlin, Zamość, korpusy Ramorina, Różyckiego... Łubieński... Do czterdziestu tysięcy luda... Ale — generał podobno masz stanowić arjergardę. Pozwól, właśnie adjutant naczelnego wodza.
Bem siedział odrętwiały. Tuż przed nim Dembiński wadził się z adjutantem, piorunami sypał, pienił się, klął na czem świat stoi. Bem nie rozumiał nawet, co Dembińskiego tak poruszyło. Aż Dembiński położył mu rękę na ramieniu.
— Kolego-generale! — Słyszysz, do miljon! — Rozkaz! — Masz z zapalonymi lontami cofać się od rogatek do placu Bankowego!
Bem dźwignął się i powlókł bez słowa odpowiedzi.
Ale teraz pojął. Wyśmienicie pojął. Najpierw ściągnie armaty bezamunicyjne — a dopiero, w ostatku, tamte. Praca wielka, bo koni padło chyba połowa a i przodków całych licho co!
Trzeba i natychmiast trzeba... Jeno że odstał mocno i nogi, nogi uginają mu się i plączą...
Bem potknął się raz i drugi i przystanął pod opłotkami.
Wytchnie aby chwilę.
Zmrużył nieco powieki — ale jaskrawe, miedziane światło łuny ocknęło go.
Bem rozejrzał się z zadowoleniem.
Widno, jak w dzień. I dobrze, bo chybaby nie zdołał. Gdzie bo tyle piecuchów tarza się wszędy... O, jak to stęka, nicpoń! Okopy! — Oczywiście, a tam, z prawej, widać baterję... Chociaż nie podobna, bo coby tu robiła ta ciżba wyjąca!
Bem zmógł się. Okraczył z trudem, zagradzające mu drogę, ciało żołnierza i szedł pod opłotkami.
Naraz jakiś chrapliwy zew osadził go na miejscu.
— Edwardzie! — Edwardzie!
Bem rozśmiał się sucho. Juści biorą go za Edwarda.
Twarz skurczona zbliżyła się doń.
Bem wyprostował się przytomnie.
— Jesteś w błędzie, przyjacielu! Na imię mi Józef! Ależ tak... parol! Czy jestem z artylerji?! Czekaj waćpan!... Cha-cha! Przecież łatwo poznać... chociaż, prawda, jestem w ogólno generalskim... — Edward — Edward Plater... był — kanonierem!!?
Bem potarł czoło.
— A, Plater, czekaj waćpan, był, był niezawodnie! Wielu ich było... jeszcze przed południem! Cóż, kartacz wpół!
Twarz wykrzywiła się tak cudacznie, że Bema tknęło. Chwycił się opłotków i odszedł.
— I naprzykrzony jakiś! Jest o czem! Był — był! — Dwustu siedmdziesięciu ludzi winno być w baterji według regulaminu. A niema i stu! Kartacz! Tęgi nabój!...
Bemowi w oczach pociemniało. Nogi splątały mu się. Pod czaszką łysnęła mu myśl złowroga. Jeszcze ostatkiem sił szarpnął się ku przodowi i padł nieprzytomny.
Aż z pomroki, która go spowiła, zbudziło go dotknięcie małych, drobnych rączek.
— Tak, były to niechybnie jej rączki, Anusine, ukochane. Zabałamucił się, świta dawno, a on się wyleguje. A rączyny muskają go po czole, chłodzą rozkosznie...
Bema opanowała nieprzezwyciężona chęć ucapienia ich i przyciśnięcia do ust. Więc zemknął chytrze powieki, zaczaił się i porwał za nie, otwarł powieki i osłupiał...
Chyliła się nad nim drobna postać dzieweczki...
Bem nie zdołał jeszcze ogarnąć zjawiska, pojąć, gdzie się znajduje, gdy tuż nastręczyła mu się zamaszysta, opiekła baba i jęła mu prawić, jako właśnie, kiedy go z nóg ścięło, widziała, jak lepiej niż godzinę chyba przeleżał i jako zaniechałaby go, bo sama z trwogi, co ją drugi dzień łamie, ustać na jednem miejscu nie może — lecz że właśnie smarkula, czyli Antoszka, przylgła, że to pan oficjer najpewniej wie, co z dziadkiem, czyli Pietrzusiem.
Generał otrzeźwiał.
W kilka chwil później z pozycji pod cmentarzem jęły dźwigać się pierwsze armaty i wlec się smutnie a zgrzytać w stronę placu Bankowego.

Zanim purpura brzasku zdołała przyćmić purpurę łun — już ozwały się tarabany i fajfry grenadjerów Szachowskiego, już w ulicach Warszawy zadudniły, gotowe do strzału baterje Gorczakowa.
Wojsko polskie ustąpiło, odeszło bez warunków, razem z deliberującym dalej sejmem...
Bem stał na opozycji przed mostem od strony Pragi z armatami, wymierzonemi ku murom, których wczoraj jeszcze tak gorąco bronił, w moc których jeszcze wczoraj tak święcie wierzył.
I poglądał Bem na rozwijające się wzdłuż przeciwległego brzegu wstęgi wojska. Poglądał na bramujące się paszczami, podzamkowe tarasy, dynasowskie wzgórza, bernardyńskie ogrody. Aż, snać dla połysku bagnetów, które w dźwigającem się z za Pragi słońcu lśniły coraz natarczywiej, uprzykrzył sobie poglądanie ku Warszawie, czyli innego zapragnął widoku, bo zawrócił nagle na tyły pozycji, kędy, za biwakami piechoty, rozpostarł swe namioty ambulans artylerji.
Tu oblicze Bema ożywiło się, tu bowiem byli ci, których on nie dał szpitalowi wojskowemu, których na lawetach, na przodkach wydarł niewoli, tu przecież leżeli pokotem ci, co tchnęli walką, bitwą, co jej jeszcze nie przebyli.
Tu podpułkownik, trawiony gorączką, huczał jeszcze na kanonierów, tu podporucznik Iliński nastawiał precz wysówki celownicze, tu biała, przeźroczysta twarz Zarzyckiego miała ciągle ten sam skurcz powieki, kiedy przed skorupą granatu, co mu bok rozwarła, kierował silnią.
I chodził Bem od noszy do noszy. Zagadywał sztabs-lekarza, pozdrawiał tych, co dosłyszeć mogli, krzepił, dodawał otuchy, żartował nawet. I sam czegoś już rozruszał się, tężyzny nabrał, siły, gdy, naraz, zamajaczyła mu się tonsurka na siwopłowem ciemieniu.
Bema dreszcz przeszedł. Zbliżył się, lecz miast spodziewanego obrazu, — trafił na cały spór, który krępa, opiekła baba wiodła na piękne z księdzem Mierzowskim i to u wezgłowia profosa Dziurbackiego.
Bem chciał zagadnąć księdza, lecz baba pierwsza ku niemu się zwróciła.
— Chwalić Boga, wielmożny generał najlepiej nas rozsądzi!
— Ależ moja kobiecino — sumitował się ksiądz — jeno in articulo mortis wolno mi śluby takie dawać. A tu wachmistrz w obliczu śmierci nie jest!...
— Ale był, ale całe dwa dni był, wielmożny generał zaświadczy! Dwa miesiące się wlecze. A jedna zapowiedź wyszła — a tak, u Pijarów... A wyszła! Wdowa jestem rzetelna, całe Stare-Miasto niech, powie! Gospody zaniechałam, aby z nim być. Aby tę skrzynkę, w ostatnim momencie, co Pietrzuś jęczał, przydźwigałam... W jednej kiecczynie dla niego ostałam!...
Baba rozgadała się na dobre. Aż generał skinął i dopiero mu ksiądz, że oto pani Madejowa gwałtem dopomina się o danie jej ślubu z Dziurbackim.
Bem aż się rozśmiał.
— Pozwól, księże kapelanie — a mości Dziurbacki jakże sobie układa?!
Profos westchnął.
— Cóż, mosanie, jedną Olesiową miałem, kumkę i poraziło ją z hukania! Zresztą, mnie nic — aby Antoszce sporzej byłoby...
— Waćpan masz dzieci!?
— Dzieci — są proszę generała!
Bem dostrzegł teraz piękną, opromienioną popielato blond włosami główkę, wychylającą się z poza ramienia Madejowej, i jednym rzutem myśli ogarnął wspomnienia.
— Więc ta dzieweczka? Ta, którą wówczas...
— Kurpianka!
— Dalipan, księże kapelanie!
Ksiądz strzepnął bezradnie rękoma.
— Chyba, że lekarz zaświadczy, jako stan rannego...
— Ręczę księdzu!
Madejowa chciała dziękować. Bem ujął profosa za rękę.
— No, stary towarzyszu — więc pierwszy ci pozdrowienia składam! A na wiano zwiastuję ci podporucznikowskie epolety...
Madejowa aż beknęła na tyli honor. Dziurbacki zwiesił głowę i odparł głucho:
— I cóż mi, generale... kiedy Polski nie będzie!
— Jakto nie będzie, do kroćset!? A dawne czasy pomnisz!? Pod Marengo byłeś a „póki my żyjemy“ — zapomniałeś!?...
Dziurbackiemu oczy łzami się uśmiechnęły.
— Boże cię błogosław...
I Bem opuścił ambulansowe namioty pokrzepiony, rozchmurzony i skręcił teraz w bok, między domostwa, kędy był ukrył w zaciszu swoje własne miłowanie, swoje własne szczęście, kędy, pod opieką poczciwej pani Dzikowskiej, przebywała pani Marchocka.
Generał szedł chyłkiem, onieśmielony, zawstydzony sam w sobie, że, w chwili tak bolesnej, tyle klęsk niosącej — tyle, tyle dźwiga w sobie radości, wesela tyle...
Pomięszana, zafrasowana twarz pani Dzikowskiej powitała go na progu izdebki ustronnego dworku.
— Wczas nadto wczas?! — ozwał się raźno Bem.
Pani Dzikowska potrząsła osobliwie głową, lecz, nim na wyraz się zdobyła, generał wpadł do izdebki — spojrzał i przystanął...
Kapitanowej nie było.
Pani Dzikowska podała mu kartkę papieru.
Generał podniósł ją machinalnie do oczu.
Czytał i nie rozumiał...
„Daruj — do innego nawykłam życia — wart jesteś lepszego losu — wracam do...“
Bem wpił oczy w trudny do pojęcia wyraz — aż wyraz pełnią swoich liter zaskowyczał doń — „Gendre’a“...
Około południa główna kwatera naczelnego wodza została zaalarmowana wiadomością, że Bem, dowódzca arjergardy, generał, co miał być osłoną w marszu do Płocka — zaniemógł, że odmawia szarży, że może — jako inni — wrócić do Warszawy zamierza...
Małachowski z Umińskim podążyli do generała.
Bem leżał w ambulansie polowym.
Tu atoli Małachowskiego i Umińskiego spotkała niespodzianka — bo oto Bem siedział przy Dziurbackim i słuchał powiadań starego — a gładził, tulącą mu się do nóg, główkę wątłej dziewczyniny.
Małachowki aż zakrzyknął z ukontentowania.
— Bywaj, generale! Na Boga, w tobie ufność, w tobie! Na ciebie oczy wojska zwrócone...
Bem za całą odpowiedź uścisnął dłoń Małachowskiego, spojrzał na wachmistrza i szepnął z wysiłkiem:
— Póki żyjemy...
I wojsko polskie ruszyło w dal i odchodziło, wlokąc na ogonie pochodowej kolumny baterję artylerji... a na ostatniej armacie, zamykającej marszową wstęgę, uwoziło zgarbioną postać generała, zwróconego twarzą ku rozpływającym się konturom Warszawy...
Generał poglądał, jeszcze linje murów chwytał — jeszcze wieżycom się radował, jeszcze z niemi był — aż jeno mgły, mgły, mgły tylko zostały...
I pierś Bema drgnęła i załkała.

Paryż w październiku 1911 roku.






BIBLJOGRAFJA.
dzieł, które posłużyły do opracowania niniejszej książki.

Barzykowski. Historja powstania listopadowego. Poznań 1883.
Dembiński H. Generał. Pamiętniki o powstaniu w Polsce roku 1830—31. Kraków 1877.
Mochnacki M. Powstanie Narodu Polskiego. Poznań 1863.
Puzyrewski A. R. Generał. Wojna Polsko-Ruska 1831 r. Warszawa 1899.
Mierosławski L. Powstanie Narodu Polskiego w r. 1830—31. Paryż i Poznań 1845—87.
Świtkowski Mieczysław. Wspomnienie o Tomaszu Świtkowskim. Lwów 1905.
Weyssenhoff Jan Generał. Pamiętnik. Warszawa 1903.
Łubieński hr. Rogier Generał. T. Pomian hr. Łubieński. Warszawa 1899.
Krasiński hr. Józef. Pamiętniki. Poznań 1877.
Mańkowska z Dąbrowskich B. Pamiętniki. 1830.
Wybranowski R. Generał. Pamiętniki. Lwów 1882.
Umiński generał. Relation de l’attaque de Varsovie dans les journées des 6 et 7 septembre 1831. Spectateur militaire. Paris 1833.
Prądzyńskiego Generała pamiętnik. Kraków 1908.
Gembarzewski Br. Wojsko Polskie 1815—1830. Warszawa 1903.
Domejko Ignacy. Pamiętniki. Kraków 1908.
Jabłonowski ks. S. Wspomnienia o baterji pozycyjnej. Poznań 1860.
Roczniki wojskowe Królestwa Polskiego 1822—1830.
Sierawski Napoleon. Pamiętnik porucznika strzelców konnych gwardji Królestwa Polskiego, w rękopisie.
Kraushar Aleksander. Życie potoczne Warszawy. Warszawa 1910.
Dwernicki Józef. Generał. Lwów 1870.
Szumski L. Wspomnienia o trzecim pułku ułanów. 1892.
Komplety czasopism z r. 1831. „Kurjera Polskiego“, „Nowej Polski“, „Kurjer Warszawski“, „Wolny Polak“, „Zjednoczenie“, „Niepodległość“, „Orzeł Biały i Pogoń“, „Merkury“.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.