Bardzo dawno

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Bardzo dawno
Data wydania 1908
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BARDZO DAWNO.



Dawno już temu, bardzo, bardzo dawno, w ogromnym lesie, który nazywano puszczą, mieszkali dzicy ludzie.
Nie mieli oni chat wcale, spali w gąszczu, na gałęziach, w wypróchniałych starych drzewach lub w kryjówkach między skałami. Na pokarm zabijali leśne zwierzęta: wilki, niedźwiedzie, zające, — odbierali miód pszczołom, dzieci zbierały jagody. Za broń służyła im potężna pałka z twardego drzewa i kamienie, którymi bardzo celnie rzucali. Polowanie było też jedynem ich zajęciem i dostarczało oprócz mięsa i krwi ciepłej, jeszcze i skóry na odzież. Bo innego ubrania nie mieli.

∗             ∗
Ludzie ci nigdy nie wychodzili ze swej puszczy; myśleli, że świat cały pokryty jest lasem, który nie kończy się wcale.

Tymczasem jednego razu pewien dziki człowiek, powróciwszy z polowania na płochliwą sarnę, której dogonić nie mógł, opowiadał dziwne dziwy.
Mówił, że las się kończy, a za lasem rozciąga się ogromna, nieskończona równina, pokryta tylko trawą. Drzew na niej niema wcale.
Inni wierzyć mu nie chcieli. To nie może być — mówili — tobie się chyba zdawało.
Dziki człowiek się rozgniewał i postanowił raz jeszcze iść do końca puszczy, przypatrzeć się zielonej, nieskończonej równinie i opowiedzieć braciom wszystko, co tam zobaczy.
Jak postanowił, tak zrobił. Zabrał swoją pałkę, parę kamieni i wyruszył w drogę.
Będę mądrzejszy od was wszystkich — myślał — zobaczę tyle rzeczy, o których wy nawet nie wiecie.
Szedł cały dzień, do wieczora. Przespał się pod drzewem i szedł znowu w tę samą stronę, uważając na słońce, bo inaczej byłby zabłądził i nigdy nie wyszedł z puszczy.

∗             ∗

Całe trzy dni szedł w ten sposób dziki człowiek, ale dopiero czwartego dnia przed wieczorem wyszedł na koniec lasu i ujrzał przed sobą ogromną łąkę, pokrytą bujną, soczystą trawą i kwiatami. Kwiatów była moc wielka: żółte, różowe, białe, aż się w oczach mieniło, a trawa zielona, puszysta, miękka, jak najpiękniejszy kobierzec[1].
Łąka ciągnęła się tak daleko, że końca jej dojrzeć nie mógł, ale pomyślał sobie, że to zapewne z powodu zapadającego już zmroku. Jutro obejrzy ją lepiej, tymczasem spać się położył.
Zasnął, lecz zbudził go wkrótce chłód nocny. W lesie cieplej mu było w szałasie[2] z gałęzi, na posłaniu z mchu miękkiego, pod dużą wilczą skórą. Biedny dziki drżał z zimna, bo wiatr powiał mroźny i kropelki rosy na trawie w biały szron[3] się zmieniły. Ciężko doczekać ranka i słonka ciepłego.
Mieli słuszność moi bracia, że nie chcieli iść ze mną — pomyślał sobie dziki — tu pewno nikt nie mieszka; ani drzewa na schronienie, ani zwierzęcia na pokarm; wolę, wolę swoje lasy, puszcze nieprzebyte.
— Schronił się pod pierwsze drzewa, lecz daleko odchodzić nie chciał, gdyż był niezmiernie ciekaw, jak ta łąka w dzień wygląda.

∗             ∗

Błysnął wreszcie promyk słońca, i w tej samej chwili ruch wielki powstał na łące: rozległy się krzyki ptaków, głosy zwierząt, wśród których zdawało mu się, że rozróżnia nawoływania ludzi.
— Czyżby tu ludzie żyli? — pytał sam siebie z wielkiem zadziwieniem. Jeżeli są naprawdę, to muszę zobaczyć, czy podobni do nas, i zapytać ich, co tu robią.
Nagle spostrzegł całą gromadę ogromnych zwierząt z rogami na głowie, postępujących zwolna i skubiących trawę. Stąpały dosyć ciężko grubemi nogami, a niektóre wydawały ryk przeciągły.
Dziki człowiek stał i patrzał. Myślał sobie, ile to mięsa na jednem takiem zwierzęciu! Już sięgnął nawet po największy kamień, aby ugodzić w głowę piękną zdobycz, gdy inne głosy zwróciły jego uwagę. Był to jakby płacz dzieci. Spojrzał w tamtę stronę — a tu mnóstwo białych i czarnych zwierzątek, także z rogami na głowie i krótkimi ogonkami, biegnie, pobekuje, cisnąc się jedne na drugie, jakby przed kim uciekały.
Dziki człowiek teraz dopiero spostrzegł, że za pierwszem i drugiem stadem biegły niewielkie, do wilków podobne zwierzęta, poszczekując, naganiając i nie pozwalając rozpraszać się rogaczom.
— A to dziwy, dziwy! — powtarzał dziki człowiek. — Tyle zwierzyny! To się najeść można dopiero!
Z wielkiego zdziwienia zapomniał, że ma kamień i pałkę i mógłby sobie zaraz upolować śniadanie bez trudu. Jeszcze mu to na myśl nie przyszło, gdy rozległ się głośny tętent i nadbiegło kilkanaście zwierząt tak pięknych, jakich nigdy w życiu nie widział. Wysokie, zgrabne, bez rogów, ale z piękną grzywą i długim, rozwianym ogonem, biegły lekko, rżąc i podskakując, jakby cieszyły się słońcem, wilgotną trawą i dzionkiem Bożym.
— Oo!! zawołał dziki człowiek i więcej nic powiedzieć nie mógł z powodu niezmiernego zachwytu.

∗             ∗

Największe jednak zdziwienie teraz dopiero czekało dzikiego, gdy ujrzał na jednem z tych zwierząt człowieka. Koń pędził, człowiek krzyczał, trzymając się grzywy, wywijał długą witką i kierował całą gromadą.
— Za pierwszym jeźdźcem ukazał się drugi, potem trzeci, czwarty... Dziki człowiek sam już nie wiedział, co myśleć, więc przyłożył do ust obie ręce, niby trąbę, i huknął z całej siły.
Przestraszone zwierzęta pomknęły galopem, lecz jeden z jeźdźców zatrzymał swojego rumaka i podjechał do nieznajomego.
— Coś ty za jeden? — zapytał zdziwiony. Skąd się tu wziąłeś?
— Ja jestem mieszkańcem puszczy, ale ktoś ty taki?
— Ja jestem mieszkańcem stepu. (Wielka bardzo łąka stepem się nazywa).
— A cóż ty tutaj robisz? Jak żyjesz? Czem się żywisz?
— O — rzekł jeździec — dawniej trudno nam żyć było, ale odkąd zaprzyjaźniliśmy się ze zwierzętami, niczego nam nie brakuje.
— Jakto: zaprzyjaźniliście się ze zwierzętami? Alboż zwierzę może być przyjacielem człowieka?
— Nawet bardzo pożytecznym. Czy widziałeś te wielkie zwierzęta, co szły naprzód? To woły i krowy, dają nam wyborne mleko, oprócz mięsa, skórę na namioty i wiele innych korzyści. A te małe — owce i barany — też dają mleko, mięso i ciepły kożuch, którym okrywam się od zimna. A jakie to miękkie i ciepłe posłanie! A moje psy, poczciwi, wierni pomocnicy! A mój koń dzielny, co mię na grzbiecie nosi, w pracy pomaga, dźwiga ciężary, którym podołaćbym nie mógł — czyż to nie przyjaciele moi najwierniejsi? Poczciwe, oswojone, domowe zwierzęta! Cóż jabym bez nich robił? Musiałbym prowadzić życie, podobne do życia zwierząt.
Zamyślił się mieszkaniec lasu.

∗             ∗

— Ja znałem dotąd tylko dzikie zwierzęta — rzekł wreszcie mieszkaniec puszczy — wilki, sarny, jelenie, niedźwiedzie, zające, wiewiórki; te nie przyjaźnią się nigdy z człowiekiem i nie pomagają mu w niczem.
— A człowiek co dla nich robi? spytał mieszkaniec stepu.
— Dobrego nic. Gdy jest głodny, zabija je i zjada.
— Więc za cóż one mają mu być przyjaciółmi? Ja dbam o swoje stada, chronię je od zimna, dostarczam paszy, bronię przed niebezpieczeństwem, dlatego też mam prawo korzystać nawzajem z ich pomocy, sił, z pokarmu, którego mi dostarczają.
— To prawda — rzekł dziki człowiek — ja i bracia moi nie wiedzieliśmy dotąd, jaki to pożytek być może z oswojonych zwierząt, i znaliśmy tylko dzikie, ale gdy powrócę do nich, opowiem im, co widziałem, aby i oni mogli prowadzić życie wygodniejsze.
— Pewno, że wygodniejsze — rzekł pasterz — co to za przysmak świeże, ciepłe mleko — jak dobrze podczas deszczu w namiocie ze skóry — jak przyjemnie w zimie w baranim kożuchu! Spię spokojnie, bo pies czuwa, dziki zwierz nie napadnie już na mnie znienacka; — chcę gonić wroga, dosiadam konia i pędzę jak wiatr po stepie! Nigdy nie bywam głodny.
— Właśnie gdy dziki człowiek rozmawiał z pasterzem, którego towarzysze oddalili się wraz ze stadami, w poblizkiej puszczy rozległ się ryk groźny i straszne niedźwiedzisko ukazało się o kilka kroków. Pasterz się przeląkł, bo nie miał z sobą żadnej broni, ani psa do pomocy, ale myśliwy w mgnieniu oka zmierzył i trafił napastnika między oczy potężnym kamieniem, a na ogłuszonego wpadł ze swą maczugą[4]. Teraz i pasterz przybiegł mu na pomoc i psy — ryk usłyszawszy — mknęły po zielonej łące. Wkrótce też trup niedźwiedzia leżał rozciągnięty na trawie.
— Dzielny jesteś — rzekł pasterz do dzikiego człowieka — ty pokonałeś niedźwiedzia, ale zabrać go z sobą nie możesz. Za ciężki. Pozostaw nam tę zdobycz, a zato wybierz sobie dwoje zwierząt domowych, które ci się podobają.
Myśliwy się zamyślił. Konia rzeczywiście wziąć nie mógł: piękne zwierzę nie przedarłoby się przez gąszcz leśny; — krowa także; — wziął więc dwa psy młode, aby je nauczyć polowania, a pasterz dodał mu jeszcze owieczkę, ażeby bracia jego skosztowali świeżego mleka.
Potem zasiedli wszyscy razem do śniadania. Pili mleko z worków skórzanych, jedli suszone owoce, ziarna jakieś i korzonki, wkońcu po kawale niedźwiedziny.
Zaspokoiwszy głód, myśliwy z psami i owieczką ruszył do swoich braci, aby ich przekonać, że las całego świata nie pokrywa, że na stepach czyli łąkach niezmierzonych żyją ludzie pasterze i hodują oswojone zwierzęta.





Przypisy

  1. Kobierzec — dywan.
  2. Szałas — budka z gałęzi.
  3. Szron — zmarznięta rosa.
  4. Maczuga — gruba pałka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.