Barcie i kłody w Polsce/Barcie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Blank-Weissberg
Tytuł Barcie i kłody w Polsce
Wydawca Polskie Towarzystwo Zootechniczne
Data wydania 1937
Druk Drukarnia Techniczna Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Barcie.

Najprymitywniejszymi pomieszczeniami, w których człowiek na ziemiach naszych hodował pszczoły, były naturalne dziuple drzew, powstałe czy to wskutek próchnienia, czy też wykute przez dzięcioły. Ponieważ jednak dziupli naturalnych już w czasach przedhistorycznych było znacznie mniej niż ilość rojów, które człowiek zamierzał hodować, więc od czasów wczesnego średniowiecza zaczęto wyrabiać w odpowiednio grubych, nadających się do tego drzewach dziuple sztuczne zwane barciami (ryc. 1) oraz tak przerabiać zamieszkałe przez pszczoły dziuple naturalne, aby się do stałej eksploatacji bardziej nadawały. Zamieszkałe przez pszczoły dziuple eksploatowano niejednokrotnie na równi z barciami aż do początku XX wieku i nazywano je świepietami albo ślepietniami.
Barcie były we wczesnym średniowieczu jedynym znanym w Polsce sztucznym mieszkaniem pszczół, a ponieważ w tych czasach miód, a w szczególności wosk, stanowił jeden z najważniejszych artykułów nie tylko handlu wewnętrznego, ale i ważnego pod względem gospodarczym eksportu, więc możliwe, że ilość ich przekraczała niegdyś ogólną ilość uli obecnie w Polsce użytkowanych.
Jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku, w czasie okupowania Pomorza przez Prusy, miało się znajdować w Puszczy Tucholskiej około 20000 barci. A nawet w roku 1827 w czasie, kiedy bartnictwo było już wyraźnie w okresie swego upadku, w lasach rządowych Królestwa Kongresowego było zarejestrowanych jeszcze 17736 barci. Ponieważ lasy rządowe zajmowały podówczas 25% ogólnej powierzchni lasów Królestwa, więc można z dość znaczną dokładnością przyjąć ogólną ilość eksploatowanych podówczas w Królestwie barci na ±70000.
W chwili obecnej bartnictwo jest już u nas w zupełnym zaniku. Istniejące jeszcze do niedawna barcie w Puszczy Kurpiowskiej zniszczyła ostatnio okupacyjna gospodarka niemiecka. Jedyna barć i to barć jeszcze będąca w użyciu, którą udało mi się odnaleźć na terenie dawnego Królestwa, znajduje się we wsi Teodorowo, 7 km na północo-wschód od Ostrołęki (ryc. 2). Poza tym kilkadziesiąt użytkowanych barci znajduje się w powiecie grodzieńskim w okolicach Druskienik i w puszczy Bersztowskiej. Tam też znajduje się ponadto według informacji udzielonych mi przez pp. inż. J. Kochanowskiego i inż. J. Kuleszę około 200 barci obecnie już nie eksploatowanych. Kilkanaście takichże barci znajduje się w Parku Narodowym w Puszczy Białowieskiej i różnych punktach woj. poleskiego. Parę znajduje się na Pomorzu... Niewątpliwie wyliczenie to nie wyczerpuje wszystkich barci znajdujących się w Polsce, ale nie sądzę, żeby wiele jeszcze do tego można było dodać.
Jak z powyższego wynika jedynym terenem, gdzie bartnictwo jest do dnia dzisiejszego, jak za dawnych czasów, uprawiane, jest północna część powiatu grodzieńskiego. Okolica ta była też z tego powodu w ostatnich czasach aż trzykrotnie pod względem bartniczym opisywana. Pierwszym, który się nią pod tym względem zainteresował był Niemiec Stechow, który przebywał tu podczas okupacji niemieckiej w r. 1918. Na jego to obserwacjach oparta jest praca Klosego (1925) p.  t. „Uber die Waldbienenzucht in Lithauen und einigen Nachbargebieten”. „Lithauen” oznacza u Klosego puszczę Bersztowską, która znajduje się w granicach Rzeczypospolitej i która nawet pod względem etnograficznym z Litwą niewiele ma wspólnego (gminę Bersztowską zamieszkuje 30% Polaków, 57% Białorusinów i 12% Litwinów), a praca sama, poza 30 mało interesującymi fotografiami, przedstawiającymi wyłącznie ogólny pokrój drzew bartnych, zawiera na 60 stronach in folio słabą kompilację z literatury odnoszącej się zresztą przeważnie do owych wymienionych w tytule „Nachbargebiete” jak np. Łotwa, Estonia, Prusy Wschodnie i Pomorze.
Niedawno zajął się bartnictwem na Grodzieńszczyźnie Kochanowski, którego piękna praca ukazała się w roku 1935 oraz Kulesza, który opierając się w znacznym stopniu na badaniach poprzednio wymienionego autora ogłosił na tenże temat bogato ilustrowany artykuł w „Przewodniku po Druskienikach” (1935). Na ich też badaniach opierają się przeważnie umieszczone tu poniżej dane o barciach na Grodzieńszczyźnie. Barć z Teodorowa notowana jest na tym miejscu po raz pierwszy.
Wyraz barć oznacza bądź to drzewo, w którym wyrobiona jest sztuczna dziupla mająca służyć za mieszkanie pszczołom, bądź też samo wydrążenie w tym że drzewie. Barcie wyrabiane (dziane) były przeważnie w sosnach, czasami jednak do wyrobu barci używano też i innych gatunków drzew jak lipy, wiązy, jodły, świerki a nawet dęby. Barcie dziane były w przeważającej ilości wypadków na wysokości od kilku do kilkunastu metrów nad ziemią, w niektórych jednak razach i niżej (2 m) lub powyżej 20 m.
Drzewo przeznaczone na barć musi posiadać odpowiednią grubość. Średnica jego na wysokość piersi wynosi co najmniej 1 m, gdyż inaczej pień mógłby łatwo ulec złamaniu przez wiatr w miejscu wydziania barci. To też sosny do tego celu używane posiadają wiek powyżej 120 lat. W dawnych czasach, gdy bartnik obrał sobie odpowiednie drzewo do wydziania, znaczył je wyrąbaniem na pniu własnego znaku, co oznaczało objęcie danego drzewa w posiadanie do celów bartniczych. Nazywało się to nakłodzeniem barci, a znak wyrąbany nazywał się klejmem. Oczywiście każdy bartnik posiadał klejmo odrębne, różniące się od innych.
Szereg klejm bartnych opisali Leciejewski (1919) i Namysłowski (1927), podając też ich rysunki ze źródeł archiwalnych. W naturze widział je na Łotwie Conwentz i to w jednym przypadku nakłodzone nie tylko na pniu, ale też i na dłużycy barci. O znajdowaniu ich w ostatnich czasach w Polsce pewnych danych w literaturze brak. Ostatnio według informacji udzielonych mi łaskawie przez p. inż. J. Kochanowskiego znalazł on je w puszczy Bersztowskiej nakłodzone na korze pni na wysokości około 1,5 m. Od starego bartnika Michała Chyli (ur. w 1841 r.) ze wsi Gnojno pow. pułtuskiego, który jako zawodowy bartnik w młodości służył u hr. Potockiego, dowiedziałem się, że klejma w tej okolicy kłodzono przeważnie wewnątrz barci na plecach, a to z tego powodu, żeby trudniej je było zniszczyć. Informacja ta wyjaśniła wątpliwości Hedemanna (1934) co do umieszczania i odnajdywania w pewnych wypadkach klejm przez zakłuwanie barci, co według danych archiwalnych miało psuć sosnę (wyraz sosna użyty w tym wypadku dla oznaczenia barci). Oczywiście jeżeli klejmo nakłodzone jest wewnątrz na plecach barci, odnalezienie go musi powodować zepsucie całej budowy pszczelej.
Dla przerwania wzrostu wzwyż, a jednocześnie dla spowodowania szybkiego zwiększania grubości pnia, drzewa bartne są przeważnie ogławiane tj. wierzchołek ich zostaje odcięty i przykryty z wierzchu, celem uniknięcia zamakania, kawałkiem kory brzozowej lub deski i często jeszcze obciążany z wierzchu kamieniem. Powoduje to z biegiem czasu zmiany ogólnego pokroju drzewa bartnego, to też z daleka już łatwo odróżnić sosnę bartną od innych po jej kopulastym kształcie. Drzewo takie z obciętym wierzchołkiem zwie się w języku bartniczym podcin i to niezależnie od tego, czy barć już w nim została wydziana, czy też jest ono dopiero przeznaczone do wydziania barci.
Sama barć, inaczej dzienia, jest to wydrążenie w pniu wysokości około 1—1,5 m, głębokości 30—40 cm, szerokości przy otworze 10—14 cm, a w głębi 25—30 cm. Otwór barci (ryc. 3) w kształcie wysokiego prostokąta nazywa się dłużnią, ściana położona naprzeciw otworu — plecami, spód czyli pięta albo nogi wydziany jest w kierunku pionowym do dłużni celem łatwiejszego podmiatania, góra zaś zwana głową wznosi się nieco w kierunku pleców barci. Dłużnia znajduje się w przeważającej liczbie przypadków po stronie południowo-wschodniej pnia. Zamknięta jest ona jednolitą względnie przeciętą poprzecznie na pół deską zwaną też dłużnią lub dłużycą albo zatworem.
Na Grodzieńszczyźnie wylot dla pszczół znajduje się koło niezbyt dokładnie dopasowanej jednolitej dłużni albo wycięty jest w jednej z jej rozpiłowanych deseczek (por. ryc. 29)[1]. W innych okolicach wylot (oko) zrobiony jest oddzielnie, przy czym służy do tego albo dziura po wybitym sęku (ryc. 4), albo też specjalnie zrobiony kwadratowy otwór (ryc. 5). W obu wypadkach wetknięty w niego jest długi klin (oczkas), który zwęża światło otworu i sięga aż do przeciwległej ściany barci, podtrzymując w ten sposób całą budowę pszczół. Niezależnie od oczkasa wewnątrz barci umieszczone jest w różnych kierunkach kilka innych lasek (snoz) do podtrzymywania budowy. W wyżej wymieniony sposób urządzone są wszystkie barcie na terenie całej Słowiańszczyzny. W niektórych jednak okolicach np. na Polesiu, Pomorzu i w Prusach Wschodnich, a czasami na Kurpiach i na Grodzieńszczyźnie, barcie posiadają jeszcze urządzenie dodatkowe w formie zewnętrznej pokrywy zasłaniającej z zewnątrz dłużycę. Jest to tzw. śniot, deska lub kawał dranicy, zawieszony na dwu grubych drewnianych hakach, z których jeden znajduje się nad dłużnią, a drugi pod nią. Służy on do lepszego zabezpieczenia dzieni od wpływów atmosferycznych. Przypuszczenie, że ma być on pewną ochroną przed niedźwiedziem, nie wydaje mi się prawdopodobne. Jeżeli barć jest zaopatrzona śniotem, to jak to miałem sposobność zauważyć w Puszczy Białowieskiej, z boku na tej samej wysokości, co podtrzymujący go górny hak, znajduje się dodatkowy kołek, na którym bartnik zawieszał śniot podczas pracy. Istnienie tego dodatkowego kołka do odwieszania śniotu jest, logicznie rzecz biorąc, nieodzowne, gdyż trudno jest wyobrazić sobie, co by z nim robił inaczej bartnik podczas pracy na wysokości kilkunastu metrów (patrz ryc. 6). Innym urządzeniem dodatkowym jest widoczna na ryc. 7 deska przybita w formie półeczki koło dłużni na barci w Teodorowie. Służy ona do odkładania narzędzi podczas pracy.
Na ryc. 8 widoczne są dwie dzienie: górna obecnie nieczynna oraz dolna do dnia dzisiejszego gospodarowana. Widać na niej przykrycie ze słomy (ogacenie) służące do ochrony przed zimnem. Słomę jako materiał izolacyjny barci spotkałem i to zarówno w terenie jak i w literaturze tylko w tym jednym przypadku i przypuszczam, że użycie jej do ogacenia barci jest zjawiskiem wtórnym spowodowanym tym, że obecnie barć ta stoi prawie samotnie na terenie bezleśnym. Normalnie rzecz biorąc do ogacania barci służy chrust względnie cienkie gałązki, jak to widać na ryc. 16. W razie istnienia śniota ogacenie znajduje się między nim a dłużycą.
W wypadkach kiedy barć nie jest pokryta śniotem ogacenie przywiązywane jest do dębowych szpilek, które wbite są w pień po obu stronach dłużycy.
Barcie wydziewane są w drzewach zwykle pojedyńczo. Niekiedy jednak wydziewane są też i po dwie i to pod sobą (patrz ryc. 9) względnie koło siebie (patrz ryc. 37) i wtedy noszą nazwę dwojnic. Jeżeli w jednym drzewie bartnym wydzianych jest jeszcze więcej barci, a ilość ich dochodzi niekiedy na jednym drzewie na Grodzieńszczyźnie nawet aż do pięciu, barć taka zwie się królową.
Do wyrobu barci służą oczywiście narzędzia dość proste. Są nimi siekiera zwana bartą albo serką, o ile mi wiadomo niczym nie różniąca się zresztą od wszelkich innych siekier, i piesznia (patrz ryc. 10). Piesznia jest to dłuto szerokości i około 5 cm osadzone za pomocą tulejki na półtorametrowej rękojeści obciążonej na drugim końcu na Grodzieńszczyźnie, względnie nie obciążonej na Polesiu. Pieszni kurpiowskich nie udało mi się oglądać.
Do ochrony barci przed niedźwiedziem służyły w dawnych czasach najczęściej samobitnie (dzwony) tj. kloce drzewa albo nawet ciężkie kamienie zawieszone przed śniotem lub dłużycą na linie konopnej lub łyku. Schemat samobitni przedstawiają ryc. 11 i 12. Działały one w ten sposób, że niedźwiedź, chcąc dostać się do barci, odpychał samobitnię w bok, a im mocniej ją odpychał tym ona powracając z większą siłą go uderzała. Oczywiście obecnie, kiedy niedźwiedzi praktycznie rzecz biorąc już od dawna w kraju nie ma, nikt nowych samobitni nie robi, a stare, z powodu przetarcia i przegnicia lin, dawno już nie istnieją; starzy bartnicy jednak pamiętają je w całym kraju bardzo dobrze. Poza samobitniami pospolitym było dla ochrony przed niedźwiedziem wbijanie w pnie barci poniżej i około dłużni ostrych haków żelaznych, na których niedźwiedź darł sobie skórę i łapy. Z danych literatury tylko znamy jeszcze służące w tym samym celu tzw. koszałki lub kolebki tj. deski przymocowane do zgiętej i zaczepionej o dłużycę gałęzi, które, jeżeli niedźwiedź na nich siadł, samoczynnie odskakiwały na pewną odległość od pnia i unosiły z sobą rabusia. Pod kolebkami miały być wbite w ziemię ostre pale, na które się niedźwiedź wyskakując z kolebki nabijał.
Obwieszanką zwano gładkie dyle albo deski, którymi drzewo bartne obite było poniżej dzieni i które uniemożliwiały niedźwiedziowi wbicie pazurów w pień i dostanie się do barci.
Urządzeniem przeciwniedźwiedziowym wreszcie, które i do dziś dnia w niektórych okolicach na Polesiu zobaczyć można jest odenek albo podkur (ryc. 23) tj. pomost z dartych belek zaopatrzony spod spodu w ostre kołki podobne do kołków bronowych. Przeszkoda ta, jeżeli jest odpowiednio mocno wykonana, jest dla niedźwiedzia nie do przebycia. Inna sprawa, że i bartnikowi nie ułatwia ona dostania się do barci, gdyż bez poniżej opisanej ostrzewy dostać się on na nią nie może.
Pozostają mi jeszcze do opisania sposoby dostawania się bartników do barci. Ponieważ drzewa bartne posiadają średnicę co najmniej metra, nie należy to do rzeczy łatwych.
Najprostszym sposobem jest ma się rozumieć wejście za pomocą drabiny (patrz ryc. 13) lub ostrzewy (ostrogi) tj. cienkiego chojaka, którego gałęzie obrąbane są tak, że pozostają krótkie sęki, które służą jak gdyby za szczeble drabiny; lecz łatwe to jest tylko w tym wypadku, jeżeli barcie znajdują się niedaleko domostwa bartnika. W przeciwnym bowiem razie transport długiej drabiny nastręcza poważne trudności, względnie trzeba by było mieć tyle drabin ile barci. To też posługiwanie się w bartnictwie drabiną, mimo, że znane już było Schirachowi w XVIII wieku (1774) i używane także w dzisiejszych czasach przez właściciela barci w Teodorowie i z rzadka na Grodzieńszczyźnie, traktować należy raczej jako wyjątek.
Drugim sposobem dostania się do barci, również znanym już Schirachowi, a opisanym ostatnio z Grodzieńszczyzny przez Kochanowskiego (l. c.) jest opasanie się wraz z drzewem powrozem tak, żeby tworzył on zamknięte koło i pozostawiał między bartnikiem a pniem wolną przestrzeń około 70—80 cm. Po związaniu końców powroza bartnik wyrąbuje na wysokości metra stopień w pniu, a stając na nim wyrąbuje następny stopień i w ten sposób posuwa się powoli ku górze, mając stale powróz jako oparcie dla pleców. I ten jednak sposób włażenia na drzewa nie należy w bartnictwie do najpospolitszych. Prawdopodobnie gotowe wyrąbane stopnie podobnie jak pozostawianie przy drzewie bartnym drabiny ułatwiałoby za bardzo dostanie się do barci złodziejowi.
Sposobem stosowanym w bartnictwie najpospoliciej i jedynym znanym Kozłowskiemu (1846) i Glogerowi (1900) jest włażenie za pomocą leziwa.
Leziwo (rys. 14) składa się z właściwego leziwa i leżaja. Leziwo właściwe sporządzone jest z grubego powroza splecionego w kształcie warkocza długości około 40 m, na którego jednym końcu zrobiony jest jeden do trzech węzłów. Drugi koniec powroza przewleczony jest przez 4 otwory, znajdujące się po dwa na końcach deseczki długości 50 cm i szerokości 8 cm. Deseczka ta nazywa się łaźbieniem, siadanką lub siedlanką. Nawleczona ona jest na powróz w ten sposób, że wisi na nim jak gdyby huśtawka, a 4 kawałki powroza, na których jest zawieszona łączą się w odległości 60 cm od niej. W miejscu tym przymocowany jest koziołek zwany też inaczej kluczką względnie krukiem (lit. kumarogis), którego szczegóły budowy przedstawiają ryc. 14 i 15—odchodzą od niego cztery 60-centymetrowe części sznura do łaźbienia oraz piąta, której długość wynosi ponad 30 m.
Niekiedy, jak np. na Kurpiach powróz powyżej koziołka zrobiony jest na długości 30 m z taśmy zszytej cienkim szpagatem z dwu w przeciwne strony skręconych sznurów. Wtedy ta część leziwa nazywa się uzyskiem w przeciwstawieniu do znacznie krótszej części końcowej, którą tworzy już tylko sznur pojedyńczy zwany chobotem. Ma się rozumieć opisane wyżej węzły zawiązane są wtedy na końcu chobota. Zarówno plecenie leziwa w formie warkocza jak też sporządzenie go z taśmy zszytej z dwu różnie skręconych sznurów ma na celu, przez nadanie mu pewnej sztywności, przeciwdziałanie rozkręcaniu i zwijaniu się.
Leżajo jest to sznur na ogół nieco grubszy i znacznie krótszy (±  15  m), na którego jednym końcu znajduje się krótka pętla, a którego drugi koniec jest na długości 9 m złożony na pół i zszyty w kształcie koła. Przy końcu tak utworzonej 4,5-metrowej pętli wszyte jest tzw. lągło tj. półkolisty kawałek drewna, wygładzony na swej wklęsłej powierzchni, a z wyżłobionym rowkiem dla sznura na powierzchni wypukłej[2].
Chcąc wleźć na drzewo bartnik przepasany pasem boso lub w postołach zakłada leziwo i leżajo na ramiona (patrz ryc. 15) tak, że zarówno łaźbień jak i koziołek ma na plecach. Stojąc koło drzewa, na które zamierza się wspiąć, zarzuca on (pacha) podwójnie złożony uzysk na wysokości głowy dokoła drzewa, przekłada pętlę (strzemię) (ryc. 16A), w którą wstępuje stopą i unosi się w górę (ryc. 16B). Następnie robi to samo wyżej dalszą częścią uzysku na wysokości głowy i wstępuje w następne strzemię drugą nogą. Oczywiście strzemiona trzymają się na drzewie z powodu chropowatości kory, obciążenie strzemienia nogą zaciska je tym bardziej. Z chwilą, gdy przez wyjęcie nogi z pierwszego strzemienia zostanie ono odciążone, lekkie pociągnięcie sznura rozprzęgnie je, nie naruszając przy tym strzemienia następnego. W ten sposób robiąc coraz to wyżej strzemiona bartnik osiąga wysokość, na której znajduje się barć (ryc. 16C—F). Uniósłszy się jeszcze nieco wyżej, zdejmuje on z siebie leżajo, pacha lągło dokoła drzewa powyżej jakiegoś sęka lub gałęzi, a w braku takowych powyżej specjalnie wbitego w pień kołka (chmala), aby nie obsunęło się przy pracy i przesuwa lągło między sznury leżaja w miejscu ich zszycia. Wtedy przewleka sznur leziwa najpierw przez małą pętlę, która znajduje się na przeciwnym wolno wiszącym końcu leżaja, a następnie przez lągło i zawiesza się na lągle jak gdyby na bloku (ryc. 16 H). Opuściwszy się do pożądanej wysokości i umieściwszy się dokładnie naprzeciw barci, zawiązuje bartnik sznur leziwa na koziołku i siada na łaźbieniu (ryc. 16J—L). Wolno zwisający koniec leziwa służy mu wtedy jako dźwig do transportu z ziemi potrzebnych narzędzi. Bartnik tym sposobem zawieszony może wykonywać wszystkie czynności w barci już wydzianej. Przy wydziewaniu jednak nowej barci, co oczywiście wymaga siły fizycznej i punktu oparcia, tego rodzaju pozycja byłaby niewygodna, to też przy wydziewaniu barci obwiązuje on jeszcze drzewo na wysokości nóg leziwem i wtyka między nie a pień dwa sękate kołki zwane kulami (ryc. 17) w ten sposób, że dają mu one oparcie dla nóg.
Spuszczanie się z drzewa (zjazd) odbywa się w sposób znacznie prostszy od włażenia. Rozwiązuje wtedy bartnik sznur leziwa z koziołka (rozkozłuje się) i popuszczając powoli sznura opuszcza się na bloku, za który służy znowu lągło leżaja (ryc. 16 M). Stanąwszy na ziemi, pociąga teraz silnie za koniec leziwa, a węzły znajdujące się na końcu chobotu przechodzą swobodnie przez lągło lecz zaczepiają się w pętli znajdującej się na drugim końcu leżaja. Pociągnięcie tejże pętli powoduje, że lągło zmyka się pośród sznurów leżaja i całe leżajo spada na ziemię.

Przypisy

  1. Schemat zamknięcia barci narysowany przez Klingego (1901) na podstawie informacji, udzielonych mu ustnie przez Puuseppa zupełnie odbiega od rzeczywistości. Niezrozumiałym jest, jak można było wymyślić podobny schemat, który nie tylko różni się od znanych wymienionemu autorowi fotografii Conwentza, na których wyraźnie widać, że śniot zawsze zakrywa całkowicie dłużycę, ale który poza tym a priori, nie widząc nawet nigdy żadnej barci, należało by odrzucić z tego powodu, że podobnie nieszczelne zamknięcie uniemożliwiało by zimowlę pszczół.
  2. Zupełnie to samo, co już zaznaczyłem w stosunku do schematu zamknięcia barci Klingego, należy powiedzieć i o rysunku leziwa, a specjalnie łaźbienia i koziołka, który podaje Klose. Rysunek ten, tak jak rysunek Klingego oparty jest na ustnym opowiadaniu Puuseppa, oparty jest na opisie Bielensteina (1896). A przecież, znowu nawet i w literaturze niemieckiej znajduje się fotografia z Pomorza, przedstawiająca bartnika siedzącego na drzewie bartnym na oryginalnym leziwie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Blank-Weissberg.