Barbara

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Barbara
Pochodzenie Poezye J. I. Kraszewskiego
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1843
Drukarz M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

X.
BARBARA.
PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1 s 15.png
I.

W pałacu cicho było, bo wszyscy usnęli,
Cicho, tylko pod oknem pieśń rybaka brzmiała.
Barbara siedząc smutna na wdowiéj pościeli,
Na szumną Wilią patrzała.

Cicho było. A z bala do złotéj alkowy,
Dochodził śpiew i rzeki z brzegami rozmowy.
Ona siedziała smutna, zamyślona,
Na okno, na drzwi, lampę obracała oczy,
I od niechcenia plotła miękki włos warkoczy,
I tuliła go rączką do białego łona.


Barbara nie zasypia, w jakichś myślach tonie,
Spleciony znów rozplata włos wieńczący skronie,
Potém perły na szyi niedbale przebiera,
Potém, chciała już westchnąć, lecz ktoś drzwi otwiera.
I na ustach, w uśmiechu skonało westchnienie.

— To on — August! — i lekko skoczyła z pościeli.
Słychać dźwięk pocałunku i dwojga serc drżenie.
Słowa — któremi, witam, sobie powiedzieli.
Chwilka i cicho znowu, bo te szczęścia hasła
Ustały nagle — i lampa zagasła.

II.

Było ich dwóch. Po cichu weszli do komnaty,
Jeden niósł lampę, blask jéj tuląc krajem szaty,
Drugi, palcem na łoże wskazywał w alkowie,
I jak jad po kropelce, tak cedził po słowie
Jakąś mowę okropną; — bo drugi się zżymał,
Słuchał jak dzik wystrzałów i za miecz się trzymał.

Szli i przy blasku lampy, wnet łoże ujrzeli,
Na nim Barbara w objęciu Augusta.
Ręce około szyi obwinione mieli,
Serce biło przy sercu, a przez sen ich usta
Drgały, jakiemiś jeszcze poruszone słowy.
Był to koniec zapewne wieczornéj rozmowy.


— Czas wstawać! — wrzasnął pierwszy, czas wstawać ospali,
I pochwycił ich, wstrząsnął rekami ze stali,
Śmiejąc się tak jak piorun w obłokach się śmieje.
— Nadtoście długo spali — patrzajcie! już dnieje!
August zbudził się, porwał z pogromem na twarzy,
I spojrzał jak na zbrodniarzy
Pogardliwie i zimno. A oni patrzali.

Jak gdyby w piersi, serca książęcia szukali.
— Książę zawołał pierwszy — jeszcześ był dziecięciem,
Kiedy za ciebie przed Bożym ołtarzem
Przysięgli, że gdy Litwy zostaniesz książęciem
Będziesz nas kochał, rządził i bronił nas razem.

W imieniu téj przysięgi, pozwól się zapytać,
Jaka na zbrodniarza kara,
Który kobietę uwodzić się stara,
Śmie cześć jéj, pokój — śmie szczęście jéj chwytać?
Powiedz książę, Ty milczysz? patrz na miecz w mém ręku,
Nimbym zbrodniarza krajał pomaleńku
W drobne kawałki, by cierpień godziną
Każdą chwilę roskoszy wypłacił niecnota.
Ty siostro powiedz, co zrobić z dziewczyną,
Która cnotą i sławą bezwstydnie pomiota?
Milczysz? więc powiem — ją żywcem do grobu

Z trupem kochanka zakopać bym kazał.
Bo kto raz imię, kto swą sławę zmazał
Wartże, by dłużéj wlokąc się po świecie
Swój i rodziny swojej, nosił srom na grzbiecie?
— Broń się książę! przerwał drugi,
Broń się, cierpiałem czas długi —
Widziałem cię w tém łożu — broń się bo zabiję!
Ty siostro patrzaj, jeśli on przeżyje,
Jeśli Bóg występnemu poszczęści w téj chwili,
Módl się, dziękuj, że on nas, nie my go zabili,
Dziękuj niebu za śmierć braci!
Wszakżeś miłość przeniosła nad cnotę i sławę,
Rzuciłaś w serce swoje cierpienia obawę.
Miłość ci pewnie, miłość to wszystko opłaci!
Broń się! — I August z łoża z mieczem w ręku skoczył,
Milczał, lecz wzrok okropny, po dwóch braciach toczył,
Tym wzrokiem im urągał, przeszywał ich, mierzył,
Chciał ich pobić oczyma, nim mieczem uderzył.
— Precz broń! krzyknął nareście, precz z bronią zuchwali
Czy pamiętacie żeście wierność przysięgali?
Taż to wierność poddanych, taż to we mnie wiara?
Za serce, które dała mi Barbara
Śmierci méj chcecie? — Śmierci! — powtórzyli oba.
— Dnieje, a nim się nowa hańby zacznie doba

Musim cię zabić, albo powieść przed ołtarze.
Śmierć lub ślub jeden, twój występek zmaże.
Podziel z nią życie, szczęście i przyszłą koronę,
Wybieraj śmierć i hańbę, lub życie i żonę.

— I nie myśl książę — wnet drugi zawoła,
Że się splami korona, dotknąwszy jéj czoła.
Ród nasz pierwszy jest w Litwie, i w naszéj rodzinie,
Krew Królów, krew książęca niezmięszana płynie.
Nie pierwszy przykład w dziejach świata będzie,
Że poddanka na tronie królewskim usiędzie.
Nie chcesz? oto miecz gotowy!
Za imię nasze chętnie położymy głowy.
Imię, skarb nasz, któreśmy od przodków dostali
Niepokalane, czyste — zmazali,
Którego plamę krew, krew chyba zmyje,
A skarby, ani łaski nie zatrą niczyje.
Książę, zabić cię musim — chceszże naszéj zbrodni?
— Precz, krzyknął August — precz z oczu niegodni!
Kto w moje czyny, myślą śmiał się wkraść zuchwałą?
A cóż jeślim niewinny? — co wam pozostało?
Wstyd, wstyd! — Barbaro, powiedz braciom swoim
Że my się oczu ludzkich i mowy nie boim.
Powiedz jakem poprzysiągł, na mych przodków głowy,
Że będziesz żoną moją. Walczyć ja gotowy!

Teraz panowie bracia, miecz z pochew i śmiało,
Wolno mnie zabić, jeśli posądzać się śmiało.

I spójrzał dumny, zgruchotał ich wzrokiem.
Stali jak dwa posągi, nie zmrużyli okiem,
Nie ruszyli ustami, nie zatrzęśli głową,
A z ust otwartych jedno nie uciekło słowo.
Potém w ich myślach, dziwna robi się odmiana,
Rzucili miecze, padli na kolana.
Winniśmy! przebacz! — Czekaj drugi woła,
Nim prosząc przebaczenia uchylimy czoła,
Niech na tym krzyżu i księdze
Przysięże, że to prawda — uwierzym przysiędze. —
— Przysiędze macie wierzyć? słowu niewierzycie?
Miecz z pochew niedowiarki, ciężało wam życie.
I błysnął mieczem nad głową dwóch braci.
— Broń się! życie za twoje zuchwalstwo opłaci.
Wtém Barbara do szyi skoczyła Augusta,
I na twarz jego, lube przyłożyła usta.
— Drogi mój! daruj braciom, wszak za mnie walczyli,
Mojego chcieli szczęścia, szczęściu niewierzyli.
O! August wam przebaczy, jako mąż Barbary,
Jako książę nie zechce pomścić się téj chwili,
W któréj dwa drogie życia niosąc na ofiary,
Wszystkoście dla mnie święcili.


Patrzajcie! oto ranek budzi się na wschodzie,
Słońce chmury przebija, Wilią porą łodzie,
Idźcie — i nam już, mój drogi,
Dawno rozłączyć się pora!
Za tobą królewskiego zamku tęsknią progi,
Bądź zdrów Auguście, bądź zdrów, do, wieczora!

III.

W koło lud, księża w koło zbrojne szyki,
I dzwonów odgłos i ludu okrzyki.
W środku dwa trony — a na jednym tronie,
Barbara w królów koronie.
Zdaleka, z okien zamku widać panią Bonę,
Serce gniewem, zemstą zapalone,
Ale na ustach słodka Włochów mowa,
Z ust miluchne płyną słowa.
Ręką na trony wskazuje —
— To nowa wasza Królowa!
Niech wam szczęśliwa panuje.
I dwór cały potakuje.
I jak się tylko rozśmiała,
Taki sam uśmiech skrzywił wszystkie usta,
Jedna myśl wszystkie głowy przeleciała:
— Nie potrwa szczęście Augusta! —

Jest ziółko, które Włosi przywieźli nam z sobą,
Jest napój, który Włosi chowają dla wroga,
Jest sztylet śpiący we dnie, czujny nocną dobą,
Usty, sercem, do życia otwarta im droga.

Włoch umie ukryć, co się dzieje w duszy.
Wychyli puhar i uściśnie ciebie.
Ale jak zaśniesz, on z łoża się ruszy,
Zmówi pacierz, byś był w niebie,
I sam do nieba drogę ci otworzy.
Zabije cię z krwią zimną i spać się położy.
A potém z świecą idąc na twoim pogrzebie,
Rzewnie będzie płakał ciebie.

O! niewierz Włochom! — dziś Bona się śmieje,
Ale niewidzisz, co ten śmiech pokrywa;
Z jéj pocałunku jad węży się leje,
A w łonie zemsta dojrzewa.

IV.

Nie wszędzie zamek królów samém złotem błyska,
Nie wszędzie, przepych z nudą wziąwszy się za dłonie
Na tronach, w łożu królów, usłali siedliska
I makowym im wieńcem otoczyli skronie.


Jest jedna w zamku królów maleńka komnata,
Złoto murów nie tknęło, lecz szczęścia bogata
Ustroiła ją ręka, w wiejskie kwiatów dary.
Jéj okiem niewolnicza nie zagradza krata,
Z nich oko na dalekie wybiega obszary.

Jak zajrzysz góry, zarośla i lasy,
Tuż rzeka w poprzek i gród czarny leży.
Widać niebo wyszyte w różnofarbne pasy,
Słychać wiatru powiew świeży.

Komnata mała, szczęściu miejsca trzeba mało;
Nie raz zamkiem wzgardziło, a w budce mieszkało.
Tu znajdziesz lutnią, któréj dźwiękiem w nocnéj chwili,
Nie raz Król i Królowa w przeszłość uniesieni,
Z zapałem o swych dawnych miłostkach prawili.
Tutaj, nie jeden kwiatek się zieleni,
Który im Wilii brzegi przypomina,
Dawnych chwil i roskoszy pamiętnik tak drogi,
Który nieraz w przechadzkach zdeptały ich nogi,
Co przekwitł, nim rostania wybiła godzina.
Tu księga leży boskim palcem napisana,
Z niéj modlą się przed nocą i budząc się z rana,
Tu jest łoże małżonków, tu ich całe życie,
Tu szczęście — Szczęście jestże gdzie na ziemi?

Czy kmieć go schował w słomiane ukrycie,
Czy król go kupił skarbami swojemi?
Czy światu rozkazując, mógł wydać rozkazy,
By nad jego koroną, świeciło bez zmazy?...

Niema go — niema! — Oto pani Bona
Zbirów swych włoskich rozsyła na drogi,
Sto mieczów niewidzialnych kieruje do łona,
Przepaść otwiera pod nogi,
Próbkę trucizny w każdą sypie czarę,
Sciska, całuje — i zgubi Barbarę.

V.

Niema Barbary — zgasła! — z łoża królów, z tronu
Oderwała ją jedna, krótka chwila zgonu.
Jedna kropelka w czarę wyciśniona skrycie,
Jedna kropelka jadu, zabiła jéj życie.

Barbara gasła w objęciach kochanka.
I rokiem bliżéj śmierci wystawała co ranka,
Usta jéj różane bladły,
Niebieskie oczki zapadły,
Serce czuło bliskość zgonu.
Lecz nie żal było jéj tronu
Tylko kochanka, Augusta,
Którego milczące usta

I oko tęskne patrzące nieśmiało,
Także śmierć przepowiadało.
Co chwila też, co chwila bliżéj ona była!
I tak, jednego wieczora,
Zasnęła na chwilę chora
Lecz się już nie obudziła.
A wnet smutna pani Bona,
Biegła zobaczyć jéj ciała —
I w duszy zaspokojona,
Oczyma rzewnie płakała.
Uderzyły smutne dzwony,
Sto mszy śpiewano w kościele,
Król August niepocieszony
Dzień i noc płakał przy ciele.
W Wilnie, w królów kościele, koło zamku blisko.
Gdzie było pierwsze szczęścia, miłości siedlisko,
August z króla przepychem a kochanka łzami,
Popioły szczęścia, złożył pomiędzy grobami.
I pamiętał ją długo, długo żal po zgonie
W łożu nocą, a we dnie szukał go na tronie;
Długo na ziemi, rzewne łzy ronił,
I w niebie myślą ją gonił.

VI.
Król August — Maska.
Król August w sukni biesiadniczéj bez żadnych znaków, któreby go królem okazywały z maską w ręku. — Maska okryta białą długą suknią — niewidać jéj włosów i twarzy pod zasłoną. — Korytarz oświecony lampą, w zamku w Wilnie.

Król.

Maseczko! chwilkę poczekaj,
Na co ci lecieć tak skoro,
Chłodną nocą, późną porą
Nie uciekaj! nie uciekaj!
Próżno! dogonię cię wszędzie
Zmęczysz tylko nóżki twoje,
A z ucieczki nic nie będzie;
Bo musisz wpaść w ręce moje.
Przysięgam! złapać cię muszę!
Stań, ja się krokiem nieruszę,
Powiedz tylko imię swoje
I powrócim na pokoje.
Bo jak dworzanie spostrzegą,
Żem z ich masek umknął koła,
Choćby do tego kościoła,
To pewno za mną pobiegą.
No! twe imię? zkąd przybywasz?
Tyś z Wilna? jak się nazywasz?

Maska (staje).

Miałam ja imię przed laty,
Lepsze dawniéj miałam szaty,

Niż dziś ten całun grobowy,
Zwieszony od stóp do głowy.
Dziś umarło me nazwisko
Lecz mieszkanie tu mam blisko.
Chceszli ze mną przejść się panie?
Bardzo blisko mam mieszkanie.
Chodź! na co ci imię moje?
Żeby zapomnieć za chwilę?
Wszak zapomniałeś ich tyle,
A ja nie pytam o twoje!

Król.

Uparta! choć tutaj ze mną.
Tu lampa w kątku błyska,
Na korytarzu ciemno;
Nie chcesz mówić nazwiska,
Na cóżeś moja miła,
Piękne lice ukryła?
Uchyl trochę zasłony,
Pokaż niebieskie oczy
I ustek łuk pieszczony
I włos twoich warkoczy —
Nie chcesz? nieubłagana!
Mamże paść na kolana?
Powiedz choć imię twoje,
Ukryję w sercu na dnie,

Powrócim na pokoje,
Nikt nic nie odgadnie.
A jutro lub dziś jeszcze,
Poznam się z tobą z bliska,
Uściskam cię, popieszczę —
Cóż? niepowiesz nazwiska?

Maska.

Nie pójdziesz do mego domu?

Król.

Czemuż tu niepowiedzieć, wszak w tém nie ma sromu.

Maska.

Chodź ze mną.

Król.

Chciałbym prawdziwie,
Lecz na górze maski moje,
Czekają mnie niecierpliwie.
Co chwila nawet się boję,
Że nas i tutaj zejść mogą.
Muszę wracać — chwilę drogą
Użyj dobrze, moja miła,
Ktoś ty? skądeś się zjawiła?
Mów, a jutro, moje życie,
Albo dziś jeszcze o świcie,
Gotowem iść choć najdaléj,

Nie będą na mnie patrzali.
Lub — wstrzymaj się chwil niewiele,
Tłum ten gości wnet wyprawię,
A resztę nocy zabawię,
Z tobą, mój drogi aniele.
Poczekasz tu, krótką chwilką,
Klucz od drzwi tych ja mam tylko,
Komnata wszystkim ukryta —

Maska.

O! niemogę, nie, niemogę,
Niedługo pewnie zaświta,
Do domu czas mi już w drogę.
Prośba będzie daremną,
Jeśli nie pójdzisz ze mną.

Król.

Pójdę, lecz nim się stąd ruszę
Wprzód cię jeszcze widzieć muszę.

Maska.

Twarzy odsłaniać nie pora;
Może, gdybyś ją zobaczył,
Więcéjbyś spojrzeć nie raczył,
Lub uciekł, jak od upiora.
Chodź!

Król.

Poczekaj! w późną porę
Zawsze z sobą pazia biorę.

Maska.

Z tobą jednym, lub uciekam.

Król.

Idę, idę —

Maska.

Jeszcze czekam!

Król.

Ależ — tak — spoźnioną dobą
Nie mogę sam pójść za tobą;
Paź pójdzie sobie — z daleka.

Maska.

Niechcę! — ni cienia człowieka!
My tylko królu, we dwoje.
Boisz się?

Król.

Kto? ja się boję?
Szedłbym dawno, lecz zważ proszę,
Na co wlec się późną nocą.
Dla nas wszędzie są roskosze.

Dla czego? dokąd iść poco?
Tu nas komnaty czekają
Kędy spojrzysz, dla nas wszędzie
Raj, dom, pałac — niebo będzie!

Maska.

Żegnam!

Król.

Ach! moje kochanie,
Czas porzucić to wahanie,
Znam się na figlach płci waszéj.
Na pozór wszystko was straszy,
Ale wiem też, moje życie,
Że z wszystkiém się oswoicie.
Chcesz żebym tu stał do rana?

Maska.

Żegnam.

Król.

A! nieubłagana!
Więc nim pójdziem, powiedz, kto ty?
Pokaż twarz, daj ścisnąć ręce,
Niech wiem za kim wśród ciemnoty,
Gdzieś może i głowę skręcę!
Zdejmiéj maskę.

Maska.

Żegnam panie.
Próżne prośby, słowa twoje,
Niedaleko mam mieszkanie,
Po nocy się iść nie boję.
Pójdę.

Król.

I ja.

Maska.

Idziesz ze mną?

Król (idąc).

Daj mi rękę! co tak skoro?
Czego lecisz? obacz wprzódy
Ciemne tędy idą wschody,
I światła żadne nie gorą.
Lecz jakże dobrze znasz drogę,
Ja się z tobą zejść nie mogę.
Tu krużganek — schodów dwoje.
Ej powoli! bieżysz przodem
O twoje nóżki się boję,
Zmęczysz je tak szybkim chodem.
W tę stronę? mylisz się może?
Tu kościół stoi w téj stronie?

I nieśpiesz się w imię Boże,
Wszak ja ciebie nie dogonię.

Maska.

Wybacz, bo ja śpieszyć muszę,
Dom mnie niecierpliwie czeka,
A choć droga niedaleka,
Kto pożyczył suknię — (ciszéj) duszę,
Kto oddać przyrzekł za chwilę
Niema czasu do stracenia.
Mijamy zamku przedsienia
Jeszcze drogi, drugie tyle
I

Król.

Czy widzisz jak z zamczyska
Rzęsiste światło połyska,
Słyszysz brzmi muzyka cała!
Tam reszta gości została.
I nam lepiéj zostać było
Niż wlec się poźną nocą
Niewiedzieć gdzie i poco.

Maska.

Wróć, gdy ci iść niemiło,
Lecz i do mnie niedaleko.
Słyszę jak mnie dom mój woła,
Widzę go tęskną powieką,

Zbliżamy się do kościoła,
Tu mój dom.

Król.

To nasze groby!
Nie żartuj, bo myśl żałoby,
Źle z miłości myślą chodzi.
Patrz, jak ta katedra stara
Grozi nam krzyżami swemi.
Któż jesteś?

Maska (zrywa maskę i zasłonę).

Twoja Barbara —
A dom mój tutaj jest w ziemi.
Drugi dom duszy mam w niebie,
W obudwóch — czekam na ciebie!

(— znika —).



PL Kraszewski Poezye 1843 ornament2.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.