Bankructwo małego Dżeka/XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Ostatni tydzień szkoły przeszedł bardzo poważnie. Nawet Fil nie błaznował. Dla Dżeka wszyscy byli bardzo dobrzy. Doris chciała go poczęstować wiśniami. Przez pierwsze trzy dni mówili do Dżeka szeptem.
O bankructwie kooperatywy wiedziały już wszystkie oddziały, a tylko jeden Allan raz tylko pozwolił sobie zażartować. Miał się z pyszna. Nawymyślali mu, tak go zawstydzili, że inny pod ziemięby się schował. Przypomnieli mu zaraz skradzioną przed dwoma laty książkę, sprawę z Rosą przed rokiem, jak go ojciec w zimie na korytarzu w szkole tak trzasnął w twarz, że aż huknęło i dopiero kierownik powiedział, że ojciec może w domu robić co chce, ale w szkole bić nie pozwala. Każdy inny pod ziemięby się schował ze wstydu, a on nic: ręce wsadził w kieszenie i śmieje się. Fil aż splunął, a Iim tak go pchnął, że się mało nie przewrócił.
Tak, szkoła cała okazała wiele współczucia Dżekowi. Siódmy oddział chciał nawet zmusić Hortona, żeby oddał wszystko malcom.
— Nikt Hortona nie upoważniał do kupienia futballu, łyżew i scyzoryków. Horton cały rok nic dla kooperatywy siódmego oddziału nie robił, a teraz zbogacił się na krzywdzie młodszych kolegów. Niech zatrzymają te dwa dolary: jak będą mieli, to zwrócą na przyszły rok. A oddać, co wziął od nich Horton.
Ale Dżek urządził posiedzenie — i nie.
— Wpisałem do książki handlowej, a w książkach mazać nie wolno, — mówi Dżek. — Jeżeli koniecznie chcecie, no to mogę odebrać. Ale kooperatywy prowadzić nie będę i wybierzcie innego.
Więc siódmy oddział tylko bierze do gry w futball tych, którzy lepiej grają. I dali kilka książek do bibljoteki.
Bibljoteki Dżek nie przerwał. Teraz nawet biorą więcej książek, żeby pokazać Dżekowi, że się nie gniewają i że jest im potrzebny.
Pani powiedziała, że dzięki bibljotece dzieci lepiej czytają. Ale znów w szafie jedna półka jest zupełnie pusta.
Do Forda i Taylora oddział ma żal, chociaż im tego nie pokazuje wyraźnie. Trudno: przecież nie stracili rowerów naumyślnie. Ale dlaczego zaraz nie powiedzieli, tylko kręcili? No, trudno: bali się.
Bo naprzód powiedzieli, że rowery są na kolei, bo był tłok i nie mogli odebrać. Potem, że magazynier nie wydał, bo kwit się zarzucił. (Taki kwit kolejowy nazywa się: fracht). Ale dlaczego nie mówili, że fracht był przez nich zgubiony? Niby wychodzi, że to wina kolei. No i powinni byli w niedzielę zawiadomić Dżeka. A już najpóźniej w poniedziałek, jak tylko przyszli do szkoły. Może pani pozwoliłaby opuścić szkołę i od rana zająć się tą sprawą?
Strata kilku godzin, gdy idzie o pościg za złodziejem, ma duże znaczenie. I gdyby Dżeka nie tchnęło złe przeczucie, byliby może zwlekali do wtorku, a może i środy.
Taylor przynajmniej widać, że zmartwiony, bo prosił, żeby rodzicom nie mówić, że będzie spłacał po dwa centy tygodniowo. I to dobre, bo można przynajmniej bułki dla staruszka kupować.
— To i przez wakacje mamy dawać mu bułki?
— A ty coś myślał? Finansowo to się nazywa — zobowiązanie. Dziadek, układając budżet, liczy na bułkę, więc nie możemy robić mu zawodu.
Taylor nie wyjeżdża na lato, więc mimo bankructwo, wypełnią zobowiązanie. No, tak: Taylor. Ale Ford jeszcze zaczął urągać.
— Każdemu, — powiada, — mogą ukraść. Tak jakby to pierwsza na świecie kradzież.
— No, a dlaczego Dżekowi nic nie ukradli?
— Bo na rowerze nie jeździł.
Wychodzi, że Dżekowi dlatego nie ukradli, że nie jeździł.
— Co z głupcem gadać?
A Dżek naprawdę: ani w futball nie grał, ani się nie ślizgał, ani na rowerze nie jeździł.
A co najgorsze, bardzo się zaniedbał w nauce. Pani tylko na prośbę oddziału nie dała mu poprawki, ani robót wakacyjnych.
Tak, Dżek był naprawdę »osobliwym chłopcem«.
Bo są ludzie, których nic nie obchodzi. Aby jemu było dobrze. Wszędzie pcha się pierwszy, nie pomyśli, że innym też się należy. Mówią o nich:
— Samolub, sobek, nieużyty, sknera.
Dorośli mówią:
— Egoista.
Wszystko tylko dla siebie.
A są, którzy nie myślą o sobie, a chcą każdemu usłużyć i pomóc.
Dżek był właśnie taki. I dlatego bankructwo kooperatywy, chociaż z winy Forda i Taylora, a właściwie wskutek nieszczęścia, dotknęło go tak bardzo.
Co teraz będzie?
Na pauzie, prócz paru, którym z łaski pozwalają się bawić w futball, inni nie mają co robić. W niedzielę nawet ci pięciu, którzy z wsiadaniem jeżdżą na rowerze, nie mogą wyjechać za miasto. A na przyszły rok czy uda się odbudować kooperatywę, żeby znów mogli kupować, czego im potrzeba?
Dżek miał piękne plany na początek roku: nawet książki szkolne chciał sprzedawać w kooperatywie. Bo w czwartym oddziele potrzeba wiele książek, a są chłopcy biedni. Już miał Dżek dwie konferencje z mister Taftem. Nikt z chłopców nie myślał, co będzie po wakacjach, najwyżej umawiali się, kto z kim chce siedzieć razem. Ale Dżek z góry chciał już przygotować.
I tak jest właśnie w handlu, że w lecie przygotowuje się wszystko na zimę, a w zimie na lato.
Już w lecie szyją krawcy zimowe palta i ubrania, a w zimie zamawiają kupcy na lato w fabrykach i u rzemieślników.
Dzieci wtedy dopiero myślą, kiedy im zaraz potrzeba. A dorośli już wcześniej wiedzą, że za miesiąc trzeba coś mieć albo zrobić.
Bo dorośli są przezorni.
I pani też była przezorna.
To też na długo przed wakacjami zamówiła pani statek, żeby na pożegnanie roku szkolnego urządzić wycieczkę. Pójdą pieszo do rzeki, wsiądą na statek, popłyną w dół rzeki, gdzie jest piękna góra w lesie ze starym zamkiem. Ten zamek warowny był oblegany przez indjan, a potem się spalił podczas rewolucji. A teraz widać tylko jedną ścianę i kupę gruzów, porosłych mchem i trawą. Przyjemnie być w takiem miejscu, gdzie chociaż dawno, odbywały się boje.
Tu kiedyś stały wojska. Tu strzelali. Może akurat w miejscu, gdzie teraz stoję, padł człowiek, przeszyty zatrutą strzałą?
Naprzód miały iść na wycieczkę tylko cztery wyższe oddziały, a potem cała szkoła.
Dżek zrazu nie chciał. Zdawało mu się, że nie wypada bawić się człowiekowi, który zbankrutował.
— Nie mam czasu, — mówi, — muszę powtórzyć wiersze. Pani ma mnie wyrwać na poprawkę.
Ale poskarżyli się:
— Proszę pani, Dżek mówi, że nie pojedzie.
Dopiero pani na niego:
— Dżek, nie bądź dziwakiem. Jak wszyscy, to wszyscy.
I zaczęli prosić, żeby Dżek nie miał poprawki.
— Proszę pani — mówi Iim. — Dżek nie mógł się dobrze uczyć, bo miał z nami tyle kłopotów i zmartwień. Byłoby niesprawiedliwie, gdyby mu się krzywda stała.
— Tak, — mówi Fil. — Wytoczymy, proszę pani, za Dżeka ostatnią kroplę krwi. Bez namysłu oddam głowę pod miecz katowski.
I tak śmiesznie palcem przesunął po szyi i tak wytrzeszczył oczy, że klasa nie mogła się nie śmiać. I pani powiedziała, że jeśli Dżek pójdzie na wycieczkę, to może nie mieć poprawki.
Było naprawdę przyjemnie.
Szli czwórkami przez miasto. I nawet samochody się zatrzymują, żeby im zrobić miejsce. Zupełnie jak wojsko. Potem dziewczynki niby się boją, żeby się nie utopić.
— Czy statek może utonąć?
Nie boją się wcale, tylko — udawalskie.
Harry i Dżems urządzili bitwę pod zamkiem.
Kiedy było śniadanie, Dżek, Fil i Nelly usiedli na murku.
Nelly z matką wyjeżdża do brata na lato.
— A ty Fil, co będziesz robił w wakacje?
— Boję się, że się rozdokazuję, potem znów będzie mi trudno. A dałem sobie słowo, że w czwartym oddziele nie będę robił małpy ze siebie. Znudziło mi się. Jak jestem wesół to nic. Ale jak mi smutno, strasznie nie lubię, kiedy się ze mnie śmieją.
Jedzą, nic nie mówią. Ale nagle Nelly przechyliła w bok głowę, że jej się włosy tak w jedną stronę zebrały i mówi:
— Mamusia kazała się spytać, czy nie chcesz z nami pojechać, Dżek? Tam jest bardzo ładnie. Las taki, ale gęsty. Można zbierać poziomki.
Nie, Dżek musi zostać: będzie pracował u mister Tafta.
Mister Taft powiedział, że w lecie jest mały ruch w sklepie, bo niema szkoły, więc chce wziąć chłopca. Mister Taft będzie miał czas zająć się chorą matką i porobi zakupy na nowy rok szkolny. A Dżek sam zostawać będzie w sklepie.
I mister Fay chciał go wziąć na lato, bo jego chłopiec wyjeżdża na wakacje; to się nazywa: urlop. Nawet mister Fay miał więcej płacić — Dżekowi nieprzyjemnie było odmówić, ale powiedział, że otrzymane od Tafta pieniądze zapłaci panu Fay za skradziony rower.
— A możeby mister Fay mnie przyjął? — mówi Fil. — Co tam trzeba robić?
— U mister Faya najwięcej zajęcia na mieście. Potrzebny mu goniec: na pocztę, z listem.
— Pewnie rowerem?
— Nie wiem.
— Dżekuńciu kochany, poleć mu mnie. Tylko nie mów, jaki ja jestem. Zobaczysz, że się będę starał.
I tak rozmawiali przyjemnie.
A kiedy wracali razem do domu, Fil zapytał się Dżeka:
— Jak ci się zdaje, Dżek: czy Nelly i mnie troszkę lubi? Bo ona jest bardzo przyjemna.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.