Bankructwo małego Dżeka/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Nareszcie.
Nareszcie będą wiedzieli, że i Dżek Fulton coś znaczy. Bo do tej pory Dżek mógł być albo nie być, i nikt nawet nie wiedział. Kiedy dwa dni miał gorączkę i nie przychodził do szkoły, tylko sąsiad i Nelly pytali się go, dlaczego. Nelly doszła i powiedziała:
— Pewnie byłeś chory?
Dżek odpowiedział:
— Tak. Miałem gorączkę i kaszel.
— A teraz jeszcze kaszlesz?
— Troszkę — odpowiedział Dżek.
Potem na lekcji Dżek naumyślnie głośno zakaszlał: czy Nelly spojrzy na niego. Ale Nelly nie spojrzała, i od tej pory nie rozmawiał z nią ani razu. Ale ona jest bardzo miła: taka cicha — i tak się przyjemnie uśmiecha, i takie ma mięciutkie włosy.
No tak. Nikt go w klasie nie zna, nikogo Dżek nie obchodzi. Nawet pani tak jakby go wcale nie znała. Pani zwraca się zawsze do kilku: jeżeli coś trzeba zrobić, przynieść albo rozdać kajety. A o innych jakby zapomniała. Tamci się nie wstydzą, rozmawiają, proszą, jak im czego potrzeba. A tak to się dochodzi, jak do obcej.
Teraz jest zupełnie inaczej. Dżek musi z panią rozmawiać, bo jest bibljotekarzem. Dżek nie może chorować, bo ma klucz od szafy. Klaryssa w żaden sposób nie chce trzymać klucza: jeszcze zgubi, albo zapomni, boi się, jednem słowem.
Pani wydawała książki w poniedziałki i czwartki, Dżek wydaje pięć razy na tydzień; tylko w sobotę nie warto, bo na niedzielę daje bibljoteka szkolna. Dżek korzysta z wolnego dnia i porządkuje szafę.
Z początku woźny się trochę krzywił:
— Czego ty nie idziesz do domu?
Ale widzi, że Dżek spokojny i można go w klasie zostawić. Nawet czasem pomoże przy zamiataniu. Po dwóch tygodniach powierzył mu kawałek kredy na zapas, i Dżek był bardzo zadowolony, bo kiedy pani od rysunków powiedziała, że małym kawałkiem niewygodnie rysować, Dżek podczas lekcji otworzył szafę i zamienił mały kawałek na zapasowy duży. I zaraz po lekcjach oddał woźnemu i znów dostał inny.
Klaryssa właściwie nic mu nie pomaga, bo nawet nie ma w czem. Po ostatniej lekcji pyta się:
— Czy jestem ci potrzebna?
Dżek odpowiada:
— Nie.
Więc idzie do domu. A potem się i pytać przestała.
Wszystkie książki zajmowały w szafie tylko jedną półkę i kawałeczek drugiej. A właściwie nawet tylko jedną, bo kilka książek było w czytaniu. I prawie zawsze te same — najładniejsze. Z książek Dżeka chłopcy brali Robinsona, a dziewczynki — Chatę wuja Toma i bajki. Kota w butach nikt nie chciał, bo za dziecinna. Dziewczynki brały więcej, niż chłopcy.
Kiedy po paru tygodniach pani się zapytała, czy są z Dżeka zadowoleni, wszyscy powiedzieli, że tak, a najgłośniej krzyczeli tacy, którzy wcale książek nie brali. Ale Dżek był im mimo to wdzięczny.
Myliłby się, ktoby sądził, że Dżek był zadowolony. Na początek i tak dobrze, ale Dżek musi zrobić, żeby wszystkie półki były pełne. Tymczasem pani chowa do szafy to jakieś wypchane zwierzęta, to globus, to kamienie, liście suche, to karton. Ale szafa z pustemi półkami drażni Dżeka.
Nie dawały Dżekowi spokoju słowa Fila:
— Gdybym ja był bibljotekarzem, toby cały oddział tak czytał, ażby furczało, jak aeroplan.
Zwróciłby się chętnie po radę do Fila, ale się bał z nim zaczynać: niepewny człowiek; choć kto wie, czy nie ma słuszności. Gdyby tak jakieś wesołe książki, albo sennik egipski. Naprzykład coś się śni, chce wiedzieć, co znaczy — przychodzi do Dżeka. Dżek zajrzy, pozwoli poszukać — to się może zachęci i weźmie coś do czytania.
Zresztą Dżek wie, że nie wszystkie książki dali do bibljoteki: jedni się boją, że zginie, innym szkoda, innym rodzice nie pozwolili.
I Dżek musiał się pytać, czy rodzice pozwolą.
Bo jak się coś ma, nigdy niewiadomo, czy to jest zupełnie własne. Inna sprawa: ubranie. Chociaż i ubranie, jeżeli się podrze, powinni zostawić podarte, a nie krzyczeć i kupować nowe. Ale prezenty powinny być już naprawdę własne. Jeżeli się złamie zabawkę, albo chce podarować koledze, nie powinno obchodzić rodziców.
Aż Dżek nie miał innej rady, tylko poradził się Fila. Wybrał dzień, kiedy Fil był smutny, bo pani kazała przyjść jego matce na nieprzyjemną rozmowę: pewnie dziś nie będzie żartował.
— Nie martw się, Fil, pani ci pewnie przebaczy.
— A już: cztery razy mi przebaczyła, ale zapomniała i mówi, że trzy. Czy ja im się każę śmiać? I co ja takiego powiedziałem? Jak pani mówiła, że murzyni nie chcą być czarni, więc poradziłem, żeby pili dużo mleka, to może zbieleją. Dlaczego nie sprobować; przecież jak się je jagody, to się ma potem czarne usta i język. A te barany zaraz w śmiech, — a pani na mnie.
— Słuchaj, tyś wtedy mówił o jakiejś książce ze sztukami.
— Aaaa. »Bosko czarnoksiężnik«.
— Możesz mi ją pożyczyć na jeden dzień? Ja ci nie zniszczę.
— Niema już tej książki: ojciec ją w piec rzucił i spalił. Tam był taki doskonały przepis na fajerwerki. Wszystko można samemu robić: perfumy, atramenty różnych kolorów, — jak łykać ogień, jak przewrócić szklankę do góry dnem, żeby się woda nie wylała, jak zagotować wodę w papierze, jak nożyczkami krajać szkło.
— I udawało ci się?
— Nie bardzo, bo się dopiero uczyłem. I mama mi przeszkadzała. Wiesz przecie, jak dorośli lubią wszystko przesadzać. Troszkę się coś zapali, to zaraz mówią: pożar.
— A zapaliło się?
— No, zapaliło się: ważna rzecz. Przecież sam ugasiłem.
— I poparzyłeś się?
— Jak się poparzyłem, to mnie bolało, a nie ojca.
Fil był rozżalony.
— Wiesz, Fil, bo z tą bibljoteką. Myślę, żeby tak zrobić. Kupię trochę obrazków, wiesz — malowanki: aniołki, kwiatki, motyle — takie różne. I kto przeczyta pięć książek, dostanie obrazek. A kto przeczyta wszystkie książki, albo kto będzie miał dziesięć obrazków, ten dostanie order.
— A skąd będziesz miał ordery?
— Są, ale drogie. One się jakoś nazywają — kotyljonowe. Wiesz: ze złotego papieru. Nie widziałeś?
— Co nie miałem widzieć. Kotyljonowe? Skąd wiesz, że się tak nazywają?
— Pytałem się w sklepie, jakeśmy się w wojsko bawili. Już dawno.
— Także frajerska nazwa. Czy to dla kotów ordery?
— Nie. Jakiś taniec tak się nazywa, i panny dają kawalerom.
— Warjaty, — zadecydował Fil.
— Jabym kupił złoty papier, kupiłbym na wzór jeden kotyljonowy order, i możeby pani pozwoliła na robótkach. Morris by potrafił — jak myślisz?
— Bo ja wiem: on robi ładne rzeczy; ale czy zechce?
— Nie szkodzi poprosić.
— Nie przypominam sobie, — dodał Fil, — ale w Bosko czarnoksiężniku musiało być także, jak się robi ordery. Bo tam wszystko było. A matka zaraz: »oczy sobie wypalisz, oślepniesz, spalisz dom, do więzienia przez ciebie pójdę«. No, patrz tylko: tu trochę sparzone — już nawet nie znać. A serwetę siostra zacerowała. Słuchaj, Dżek, pomów z panią: ty jesteś przecież bibljotekarzem. Okropnie mi akurat teraz nie na rękę ta cała historja. Powiedz, że przez cały tydzień będę cicho siedział na lekcji, — od poniedziałku, rozumiesz?
— Dlaczego nie od dzisiaj?
— Tak odrazu nie mogę. Bo jak się nie wiedzie, to już cały tydzień jest jakiś — kotyljonowy. — Powiedz pani: co szkodzi, jak się trochę pośmieją? Mnie to pani już nie wypada przebaczyć, ale tobie uwierzy. Bo pani mnie lubi: jak nie jest zła, to też się lubi pośmiać. Wiesz co pani powiedziała nauczycielowi śpiewów: że ja urozmaicam lekcję. Rozumiesz?
Fil wziął Dżeka pod pachę i siłą wepchnął do kancelarji.
— Tylko pamiętaj: spraw się dobrze.
I pani rzeczywiście — ostatni — już najostateczniejszy raz przebaczyła.
Potem był dzwonek, a na następnej przerwie Fil uczył klasę grać na zębach, więc nie miał czasu rozmawiać z Dżekiem.
Na zębach gra się w ten sposób, że się uchyla usta i paznogciami uderza się w zęby, i można raz ciszej, raz głośniej — wygrywać wszystkie melodje. Właściwie nie Fil zaczął, tylko Barnum, który się nauczył od chłopca ze szkoły sto trzeciej. Ale Barnum grał tylko dla siebie, a Fil, uczeń Barnuma, utworzył naprzód kwartet, potem całą orkiestrę. Od trzeciego oddziału nauczył się drugi i czwarty. A potem już wszyscy umieli, — i sam kierownik zapowiedział, że dosyć, bo będzie sadzał do kozy. Bo już naprawdę zanadto: na pauzie, na ulicy i rozumie się, na lekcjach — kto miał chwilę czasu, już nawet sam nie wiedział, tylko grał na zębach.
Dżek więc nie mógł dokończyć rozmowy z powodu zarazy. Bo kierownik powiedział, że to zaraza, i jeśli nie odzwyczają się, mogą zgłupieć zupełnie.
Jakże szczęśliwy byłby Dżek, gdyby taka zaraza czytania książek ogarnęła oddział. Dżek otwiera szafę, a tu się wszyscy pchają:
— Mnie, mnie. Ja długo czekam. Ja pierwszy. Ja zamówiłem.
Dżek mówi:
— Nie mogę się rozerwać.
Zupełnie jak w składzie wędlin przed Wielkanocą.
Tak marzył Dżek, schodząc do szatni po lekcjach. A tu go nagle Fil trzasnął w plecy, że mało nie spadł ze schodów.
— Dżek, nie bój się, ja ci pomogę. Ty też masz ruchliwy umysł.
I robiąc po trzy stopnie, zbiegł na dół.
No i masz: zacznij tu z takim.
Samotny i stroskany wraca Dżek do domu — i ani się domyśla, jaka go czeka wiadomość.
Wiadomość tak niezwykła, tak nadzwyczajna, że sprawie bibljoteki nowy nadała obrót.
Nie mniej, nie więcej, tylko Dżek dostał pocztą — dolara.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.