Bankructwo małego Dżeka/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Bardzo łatwo nauczyć się czytać i pisać po polsku; prawie wszystko czyta się tak, jak się pisze i pisze się tak, jak się czyta. Tylko er zet czyta się, jak żet, no i ce zet, es zet i de zet. Trochę kłopotu ma się z o kreskowanem; no, a że chleb pisze się przez be, a ławka przez wu, to bardzo łatwo pamiętać; bo mówi się chleba a nie chlepa i ławeczka, a nie łafeczka. Więc trzeba już być zupełnie gapą, żeby nie umieć.
O wiele trudniej czytać po francusku. Napisane beaucoup, a czyta się boku, pisze się trois, a czyta się trua, pisze się: je vous prie, a czyta się: że wu pri, — to znaczy: proszę.
Ale od biedy i z tem można sobie dać radę. Zato w języku angielskim dzieją się straszne rzeczy. Znam tylko jeden wyraz angielski i mam dosyć na całe życie. Bo pomyśleć tylko, że Shakespeare to znaczy Szekspir. Chyba już tylko chiński jest trudniejszy.
W Ameryce najwięcej piszą po angielsku, i dzieci muszą w szkołach bardzo dużo czytać, żeby zrozumieć nawet najłatwiejszą powiastkę, a co dopiero książkę.
Więc chociaż w szkole była bibljoteka, pani postanowiła urządzić własną bibljoteczkę trzeciego oddziału.
Pani tak powiedziała:
— To wielki wstyd, że nie wszyscy uczniowie trzeciego oddziału płynnie czytają. Kto płynnie czyta, ten po pracy, spędzonej w fabryce, weźmie sobie książkę...
— O Pinkertonie, proszę pani, — wtrącił Fil.
— Fil, nie przeszkadzaj, bo pójdziesz do kąta.
I pani dalej objaśnia o pożytku czytania.
— ...Naprzykład spieszysz się do roboty, a tu na murze wisi nowe ogłoszenie...
— Że policja poszukuje morderców, — dodaje Fil.
— Fil, uspokój się, bo cię za drzwi wyrzucę, — mówi pani, i dalej tłumaczy. — Płynnie powinien czytać każdy człowiek. Wymaga tego godność obywatela...
— Proszę pani, kto w kinematografie nie zdąży przeczytać napisu, to potem siedzi, jak tabaka w rogu.
— Fil, wyjdź w tej chwili z klasy.
— Uj, już nie będę.
— Ruszaj za drzwi.
Fil spuścił pokornie głowę, idzie — ale zatrzymuje się przed stolikiem i pyta się:
— Ale prawda, że mam ruchliwy umysł?
— Skąd ci to przyszło do głowy?
— A jak nauczyciel śpiewów się na mnie skarżył, pani sama przecie powiedziała.
— A ty skąd wiesz, co mówiłam?
— Bo bałem się, że będę miał grandę, więc sobie z boczku słuchałem, co powie.
— No, dobrze: brzydko jest podsłuchiwać. A teraz wyjdź, bo przeszkadzasz.
— Uuu—rozz—maaa—icam lekcję — powiedział Fil we drzwiach.
Pani spokojnie już teraz skończyła.
Szło o to, że każdy ma w domu parę książek, wiec niech je na rok pożyczy szkole. Jeżeli każdy da dwie książki, a uczniów jest czterdziestu, więc bibljoteczka liczyć będzie ośmdziesiąt numerów. Każdy będzie mógł przeczytać ośmdziesiąt książek. I wtedy nietylko Dżems i Harry będą chętnie czytali, ale wszyscy.
— Ale trzeba, żeby ktoś się podjął bibljoteczkę prowadzić. Z początku będzie nawet duża praca, żeby nalepić kartki z numerami, ułożyć katalog, zaprowadzić kontrolę.
Pani, rozumie się, dopomoże, ale odpowiedzialność za wszystko musi ktoś wziąć na siebie.
— Więc kto? — pyta się pani.
— Ja, — odzywa się Fil przez uchylone drzwi. I tak to śmiesznie i nagle krzyknął, że wszyscy zaczęli pękać ze śmiechu. I pani naprawdę się już rozzłościła.
Gdyby nie Fil, możeby odrazu wybrano bibljotekarza, ale w hałasie trudno się porozumieć. Przytem i pani była zdenerwowana.
— Nieznośny chłopiec, — pomyślał Dżek.
Bo Dżek był zachwycony pomysłem pani. Była to dla Dżeka najciekawsza lekcja, jaką słyszał. A słuchał tak uważnie, jak nigdy. — Rzeczywiście, takie proste i mądre. — Dżek ma w skrzynce trzy książki w oprawie i pięć małych książeczek. Ma Kota w butach, Robinsona, Chatę wuja Toma, dwa stare kalendarze, bajki Andersena i jeszcze. I jest tak akurat, jak pani mówiła: że mu przeszkadzają, niepotrzebnie tylko zajmują miejsce, a potem nie mieszczą się ważniejsze rzeczy. Niech sobie koledzy biorą: bo Dżek jedne zna, a innych nie ma ochoty czytać.
Dżek bardzo chciał prowadzić bibljotekę. Bo książki będą w szafce, zamkniętej na klucz. I trzeba pilnować porządku: żeby nie niszczyli, jak biorą. Każdą zwracaną książkę trzeba obejrzeć, każde najdrobniejsze uszkodzenie podkleić gumowanym papierem. Dżek napewnoby umiał. Pisze niebardzo ładnie, toby którego poprosił. A zresztą jużby się postarał.
Kiedy pani zapytała się — kto, Dżek chciał podnieść rękę. Ale teraz za późno: może i jego wyśmieją, może pani chce kogoś innego. Więc się nie odzywa.
Gdyby pani dała czas do namysłu. Niechby każdy parę dni pomyślał, zastanowił się i poradził. Jak ojcu radzono, żeby rzucił fabrykę i poszedł do majstra, który lepiej płaci, — ojciec cały tydzień chodził, pytał się, dowiadywał. A to przecież nie byle co — bibljotekarz całej klasy, jeżeli się ma udać. Powiedzieć: »ja« — łatwo; to też Fil może nie błaznował wcale, może naprawdę myślał, że to przyjemnie i chciał się przydać na coś. Bo Fil jest lekkomyślny.
A pani była już zła, więc się jeszcze więcej spieszyła:
— No i nikt się nie zgłasza? No, więc dobrze: niech nie będzie bibljoteki, niech trzeci oddział nie umie czytać. — No, Harry, właściwie ty powinieneś się podjąć.
Ale Harry mówi, że nie może.
— Więc która z dziewczynek, jeżeli chłopcy nie chcą. Gdyby szło o futball, pewnieby było wielu amatorów. Może Klaryssa albo Fanny?
Klaryssa nie chce, a Fanny sama się boi.
— Ja mogę prowadzić, — mówi Dżems.
Klasa wie doskonale, dlaczego Dżems się zgodził: szło mu o to, żeby bibljotekarką nie została dziewczynka. Klasa wie, że się nie uda, jeżeli Dżems się do tego weźmie. Dżems jest zarozumiały, i on nie lubi i jego klasa nie lubi. Samolub — czyta dużo, ale żeby go nie wiem jak prosić, nie opowie nic, nie pożyczy, nie wytłumaczy. Kapryśny i obraźliwy, a przytem złośnik.
Ale pani odrazu się zgodziła.
— Brawo, Dżems. Uratowałeś honor klasy.
Dżems skrzywił się, coś bąknął pod nosem i napewno żałował już, że się zgodził.
Było źle: zaraz nazajutrz Dżems zapomniał klucza. Na przyniesione przez kilku kolegów książki, powiedział, że śmiecie. Jedna książka głupia, druga nudna, trzecią sto razy już czytały dwuletnie dzieci. (Sam głupi zarozumialec: szkoda, że nie powiedział — roczne). Wogóle tak mówi, jakby nie dla wszystkich miały być te książki, a dla niego tylko.
Po tygodniu już i pani spostrzegła, że się pomyliła. Dżems najwyraźniej w świecie robi łaskę. Kiedy mu pani wreszcie ostro zwróciła uwagę, że lekceważy dobrowolnie przyjęty obowiązek, Dżems powiedział, że nie umie i nie chce. I niesłusznie się pani na niego gniewała, bo naprawdę nie umiał. Przecie co innego samemu czytać, a co innego — książki do czytania wydawać.
Fil triumfował:
— Dobrze pani tak; jabym się postarał o różne wesołe takie śmieszne książki, różne bandyckie bujdy od brata, rozmaite mocium dzieju bajaderskie piosenki. Cały oddział takby czytał, jak aeroplan, — ażby warczało.
Ale bibljotekarką została Fanny, i rozumie się, najprzód chłopcy powiedzieli, że od niej ani jednej książki nie wezmą, a potem i dziewczynki dały spokój. Brały tylko lizuchy, żeby pani się przypodobać. Fanny udawała panią.
— To będzie dla ciebie za trudne. Nie dam ci tej książki, bo nie zrozumiesz.
A sama smarkata nawet nie wiedziała, o czem tam pisze.
Raz nawet ośmieliła się powiedzieć:
— Przeczytaj na próbę pierwszą stronicę i opowiedz, to może ci wydam.
Zato brudasowi Dżonowi dała zupełnie nową książkę Pennella, i Dżon oderwał kawałek okładki, a w środku zamazał masłem. Całe szczęście, że Pennell gamajda, i każdy z nim robi, co chce, bo inaczej miałaby za swoje.
Wreszcie pani się zniechęciła.
— W tamtej szkole, gdzie byłam, doskonale się udało, a tu doprawdy, że się zniechęciłam. Jeżeli nie chcecie, powiedzcie szczerze: »nie chcemy«.
Fil nie wytrzymał.
— Proszę pani, jabym powiedział, ale żeby mnie pani za drzwi nie wyrzucała.
— Więc powiedz.
— Ale pani mnie nie wyrzuci?
— Fil, tylko nie żartuj, bo to doprawdy niewesoła sprawa.
— Ja nie żartuję, tylko niech pani powie, żeby się nie śmieli.
— No, już mów.
— Proszę pani, trzeba kupić ciekawe książki: jakieś takie wesołe, albo Bosko czarnoksiężnik, zagadki, Eddi Polo, sennik egipski, różne sztuki z kartami. Ja nawet mogę buchnąć siostrze ten sennik: jak się komu śni naprzykład pożar, to znaczy, że złodzieje. Widzi pani, już się zaczynają śmiać.
Pani powiedziała, że na próbę będzie sama przez miesiąc prowadziła bibljotekę. A potem się zobaczy.
Fanny wszystko oddała pani w największym porządku. Kartki już były ponalepiane, katalog ułożony. Klaryssa pomagała trochę. I niby jakoś szło, ale widać było, że biorą książki tylko dlatego, żeby pani nie obrazić.
A tymczasem Dżek umacniał się w postanowieniu, że nikt inny, tylko on zostanie bibljotekarzem. Już wszystko dokładnie naprzód sobie ułożył, pewien był wygranej, więc przyglądał się, jak to pani robi, słuchał uważnie, co mówi klasa, — i czekał. A kiedy po miesiącu pani się znów zapytała, kto weźmie klucz od szafki, Dżek spokojnie, ale stanowczo oznajmił, że chce i może. Pani się zgodziła odrazu.
Pani kazała dać książkę Dżeka i Dżona i tak powiedziała:
— Patrzcie, książki szkolne Dżeka są czyste i porządnie obłożone, a Dżona pomazane z rogami pozawijanemi, brudne i zakleksane. Dżon wszystkim obrazkom dorabia wąsy, nazwisko swoje namazał prawie na każdej stronicy, a jak już chce coś wytrzeć, to ślini brudny palec i robi w stronicy dziurę.
Potem pani powiedziała coś, co nie było prawdą:
— Kto lubi czytać, ten szanuje książki. Powiedz Fulton, prawda, że ty dużo czytasz?
Dżek nie chciał kłamać, a niegrzecznie z panią się sprzeczać. Więc chrząknął tylko i mruknął, co mogło znaczyć — i nie, — i tak. A pani myślała, że dużo, tylko nie chce się chwalić.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.