Banita (Conrad)/Część IV/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Indeks stron
VI.

Luigard obrócił się i patrzył poza siebie. Na brzegu, od którego odbił, Willems stał nieporuszony, a u stóp jego słaniała się Aïsza. Po chwili powstała i kapitan spostrzegł, że zdartą ze swych ramion ciemną szatą, którą umaczała snać w wodzie rzeki, zmywała skrzepłą na twarzy kochanka krew, czego Willems zdawał się nie czuć zgoła. Luigard rozparł się w fotelu, wyciągając zmęczone członki. Głowę oparł o poręcz, wiatr rozwiał mu siwą brodę, odpychając łódź od brzegu, na którym pozostawiał swego więźnia, tę jedyną w swem życiu plamę, którą pragnął skryć na zawsze.
Wzrok Willemsa mógł biedz jeszcze za łodzią, rysującą się mknącym cieniem na stalowej ciemni rzeki, na czarnej ścianie lesistego brzegu. Ha! odkąd pamięcią sięgał, pamiętał postać kapitana Luigarda, zawsze gotowego nieść mu pomoc, radę, przyjacielskie ostrzeżenie, zachęcającą pochwałę; postać wzbudzającą ufność mocą swą, pewnością siebie, prawością, serdecznością i prostotą, słabością samą tkliwego, pod pozorem nieugiętości, serca. Widząc go oddalającego się, Willems zrozumiał, jak bardzo był do niego przywiązany, jakie miejsce człowiek ten zajmował w życiu jego i w sercu, w nadziejach, we wspomnieniach. W walkach z losem i z samym sobą, z pokusami przeróżnemi, w upadku i wyrzutach sumienia, w ostatecznej rozpaczy, mimowoli polegał jeszcze na tym, który się teraz odeń odwrócił, odpływał.
Wołał za nim, krzyczał, chciał, by głos jego prześcignął szum rzeki i padające na nią groźniejsze poszumy lasu, syk burzy i gromu; by słowa z pod serca paść mogły do stóp odpływającego. Krzyczał, wołał! Daremnie! Ani go już mógł słyszeć. Kapitan Luigard nie wróci! nie wróci! Zamilkł, okiem goniąc biały cień na ciemnych wodach, co się zdawał bezdusznym, głuchym, okrutnym.
Burza, jak to bywa czasem, cichła na chwilę. W ciemnościach rzeka zdawała się wówczas gładką jak zwierciadło, po którem barka mknęła pod drzewami przeciwległego brzegu. Chmury kłębiły się, rozświecane oddalającemi się błyskawicami, grzmoty huczały ciszej, dalej, a Willems oczu oderwać nie mógł od oddalającej się łodzi. Płynęła nieodwołalnie w krainę wspomnień, ku mogiłom nieziszczonych, trupem ległych nadzieji.
Czuł na czole podmuch burzy, podobny do rozpalonego oddechu; czuł spadające krople ciężkiego jak ołów deszczu i widział wyciągniętą po tamtej stronie rzeki linję czarnych, słaniających się tu i tam drzew nad bladą poświatą wody. Kłęby chmur zmieniały kształty, lecz wisiały nad ziemią niezmiennie. Czasem wicher, do nowego zbierając się rozpędu, zawieszał podmuchy na chwilę, a w chwilowej ciszy na ziemi i na niebie huk grzmotu rozlegał się groźniejszy, przyciszony, przeciągły, podobny do mruczenia, rozgniewanego bóstwa. Cichł, nadbiegał nowy prąd wichru, wszystko drgało, wirowało w powietrzu, a łódź i rzeka i szeregi drzew na przeciwległym brzegu przestawały być pochwytne dla oka. Willems dreszczem zdjęty, oślepiony smugami deszczu, cofał się do zagrody, gdy zatrzymany został ulewą. Upusty chmur się rozwarły, woda, jak potok rwący, spadła mu na głowę, na ramiona, oddech tamując, kroki plącząc. Wicher targał nim na wsze strony, niby gałęzią złamaną. Zdjęła go trwoga. Woda strumieniem lała się z chmur, strumieniem spływała z pochyłości dziedzińca, oblewała go zewsząd, z twarzy zmywała zapiekłą krew, mieszała się z nią, huczała, pluskiem, niby nieustającym jękiem i płaczem, wypełniała powietrze.
Chciał biedz, uciekać, nie mógł. Ślizgał się na rozmokłym gruncie, zapadał w trzęsawisko, próżno pod wodą szukał drogi, potykał się. Przez smugi deszczu i wichru przedzierał się jak przez tłum zwarty, z rękoma wyciągniętemi przed się, głową spuszczoną, wtuloną w ramiona. Dawał krok naprzód, natychmiast odpychany w tył lub na bok, potykał się, zatrzymywał. Aïsza szła za nim krok w krok, zatrzymując się, gdy zbierał siły do dalszej walki z rozhukanymi żywiołami, słaniając się, starając się wraz z nim i za nim przebić przez deszcz, wicher, ciemności, do zalanego upustami z chmur domostwa. Nic się już rozróżnić nie dawało: ni rzeka od lądu, ni ziemia od chmur na niebie, ciemności opuściły się z ulewą i zalały jak ona drzewa, krzaki, domostwo, płoty.
Włosy im lgnęły do czoła i ramion, ciężkie jak z ołowiu przemokłe suknie, lgnęły do ciała, tamując ruchów swobodę. Brnęli przez deszcz i ciemność cierpliwie, błyskawicami zielonkawemi oślepiani, słysząc nieustanny huk grzmotów, trzask walących się drzew, świst i jęk wiatru, łzawe deszczu szlochanie, podobni do widm topielców, wyłaniających się z nurtów rzeki, by zwiedzić wodami potopu zalaną ziemię.
Na lewo drzewa zdawały się występować z ustawionego przed wiekami szeregu, czarne, jęcząc skargą ustawiczną, płacząc każdą miotaną wichrem gałęzią, każdym liściem drżącym. Na prawo, śród smug drzew, zarysowały się czarne ściany domu, z którego śpiczastego i twardego dachu woda spadała zbitą, ciężką kaskadą, rozbryzgując się na schodach i ganku. Przed progiem uformowało się małe jezioro, a gdy Willems chciał je przebyć, czuł pęd wody, jak w górskim potoku. Parę stopni zaniesionych mułem, sterczało nad wodą. Udało mu się wskoczyć na nie. Odetchnął. Był pod dachem.
Na progu wstrzymał go jęk cichy, urwana skarga. Obejrzał się i w błysku błyskawicy ujrzał przy ścianie kupę zmokłych gałganów. Była to stara niewolnica. Gdy się pochylił nad nią, poczuł na swych ramionach obejmujące go ręce. Aïsza! Zapomniał był o niej, najzupełniej zapomniał. Tuliła się do niego, jak gdyby chciała powstrzymać mającego jej umknąć i tak, jak gdyby przebłagać chciała. Wzdrygnął się i zesztywniał we wstręcie, żalu, głuchym buncie całej swej istoty, a ona tuliła się doń coraz bliżej, szukając ucieczki i pociechy, chroniąc się przed burzą, strachem, zmęczeniem, rozpaczą. Wszystko to wyczuwać się dawało w jej namiętnym, milczącym, ponurym uścisku. Całą siłę woli i miłości wlała w pragnienie zatrzymania go tak przy sobie... bądź co bądź... na zawsze.
Zrazu nie odepchnął jej, wpatrzył się w nią tylko, usiłując ręce jej rozwiązać na swej szyi, a gdy mu się to nie udało, strząsł się jak więzień rwący kajdany, porwał ją za ramiona i oddalając od siebie, lecz z rąk nie wypuszczając i pochylając ku niej twarz zlaną krwią i wodą, syknął przez zaciśnięte zęby;
— Twoje to dzieło, ty...
Nie zrozumiała go. Przemówił do niej we własnej swej mowie, w mowie tych „białych“, co nie znają ni wstydu, ni litości. Zrozumiała jeno, że się gniewa. Teraz gniewał się bezustannie i ustawicznie przemawiał w niezrozumiałym dla niej języku. Stała pokorna, cicha, cierpliwa. Czemże go rozbroić, jeśli nie tą bierną pokorą, nie tą cichą cierpliwością? Patrzyła na niego swemi wielkiemi, śmiertelnie smutnemi oczami. Wypuścił jej ręce z żelaznego uścisku.
— Nie wchodź tu — rzekł sucho. — Chcę być sam.
Wszedł do domu, pozostawiając drzwi otwarte.
Nie poruszyła się, zrozumiała jeśli nie słowa, to głos... głos nie podobny do tego, którym niedawno szeptał jej zaklęcia i miłosne przysięgi, tam, nad strumieniem, w lesie, gdy się nie gniewał nigdy, a uśmiechał zawsze... Oczu nie odrywała od ciemni drzwi otwartych, lecz wypuszczone z żelaznych uścisków jego ręce podniosła w górę, opuściła na głowę i rozplatając czarne, zmokłe warkocze, stała pochylona i zadumana, gorzką zadumą daremnych żalów.
Grzmoty oddalały się, cichły, deszcz ustawał, wicher przeniósł lub przedarł chmur całuny, bielało światło wstającego gdzieś poza chmurami świtania. Z głębi domu dolatywał ją jego oddech. Był tam sam, nie chciał jej. Cóż było w jego sercu, w myśli, w zamiarach? Co? Nie wiedziała, wiedziała jeno i czuła, że coś nieodwołalnego a odmiennego bardzo od tego, co było w dniach słonecznych nad ruczajem, w gaju...
Z pół otwartych ust jej uleciało westchnienie ciche, głębokie, pełne żalu i trwogi, tej trwogi, z jaką stajemy przed rzeczą nieznaną, a nieuniknioną, wobec osamotnienia i opuszczenia, w zwątpieniu, bez nadzieji. Z rąk wypuściła rozplecione warkocze i opadając powolnym ruchem na ziemię, skryła twarz w ich żałobnych obsłonach. Myślała o nim, o dniach słonecznych, nad ruczajem, w gaju... Siedziała na ziemi, u drzwi domu, w opuszczonej postawie płaczki, czuwającej u rozwartej mogiły.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.