Banita (Conrad)/Część I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Indeks stron
IV.

— Mam cię wreszcie — rozległ się za nim głos ochrypły i silna dłoń kapitana Luigarda opuściła się na jego do skoku w morze podane już ramiona. Tym razem stary wilk morski zabiegł mu drogę, jak on Willems, pacholęciem będąc, zabiegł mu ją w którejś z mnogich przystani, archipelagu, a głos Luigarda orzeźwił go z samobójczych zamysłów. Strącił dłoń kapitana ze swych ramion, w mgnieniu pamięci wskrzesła mu chwila świetnie zapowiadającej się karjery. Rozgoryczenie swe zwrócił ku swemu pierwotnemu protektorowi.
— Z twojej to winy — zawołał — a teraz największą mi wyrządzisz łaskę, strącając w te głębie. Dłoń masz potężną, dopomóż u kresu, jakeś dopomógł u wnijścia w życie.
— Dłoń moja — odrzekł chłodno stary — zda się na coś lepszego i nie moja rzecz dostarczać strawy rekinom. Od samego rana szukałem cię po mieście i... a no! dowiedziałem się, co się święci. Powiem ci prosto: świętym nie jesteś i nie ma w tobie materjału na świętego. Fakt to i kamieniem na ciebie nie rzucę. Każdy upaść może, a dźwignąć się musi. No! nie wyrywaj mi się, jak krnąbrny na uczynku pochwycony przez nauczyciela sztubak. Musimy z sobą pomówić spokojnie, rozważnie.
Willems zwyciężony zimną krwią i siłą woli Luigarda, spuścił czoło i oparty o barjerę biegnącej w morze grobli, słuchał. Luigard opowiadał, co słyszał w mieście, czego się domyślał, co wywnioskował. Willemsa śledzili, szpiegowali kasjer Vinck i Leonard Da Souza. Podkupili podwładnych mu chińczyków, biegali z donosami do Hudiga, podkopali jego kredyt, nadużycia rozdęli, przedstawili w najczarniejszych barwach i niebywałych rozmiarach...
Vinck! dobrze! To rozumiał Willems, tego się mógł spodziewać... zazdrość podwładnego... ale Leonard...
— Buty mi lizał! — mówił Willems z goryczą.
— Właśnie! właśnie! — potakiwał Luigard — znamy takich i tych to warto rozdeptywać, gdy do stóp nam się ścielą, bo się mszczą potem za swe własne upodlenie.
— Karmiłem tę zgraję, pieniądze im dawałem, niczego nie skąpiłem — mówił Willems.
— Właśnie! właśnie — potwierdził Luigard — karm ich, pój, obdarzaj, a nienawidzieć cię i upokorzenia twego szukać będą. Zresztą, niema co mówić! Hudig grubsza od ciebie ryba! Tanim kosztem obciąć ją tem wygodnie, gdy się zdarzy sposobność.
— Co rozumiesz przez to, kapitanie — spytał Willems.
— Psy! psy! psy! — zagwizdał Luigard pomału — nie wmówisz we mnie ptaszku! żeś nie wiedział, żeniąc się z Johanną, czyją jest córką? Posądzałem cię nawet, żeś się dla dogodzenia jej ojcu tylko z tą żółtodzióbą ożenił.
Willems cofnął się:
— Słowo honoru! nie wiedziałem... potem dopiero domyśliłem się...
— W takim razie żal mi ciebie — zamruczał, fajkę z ust wyjmując kapitan. — Hm! hm! — pochrząkiwał. — Byłaż dobrą przynajmniej żoną?
— Doskonałą! — odrzekł Willems, patrząc w dal morską, a mroki skradły wzgardliwy i gorżki uśmiech, z jakim wykrztusił ironiczne słowo.
— O! — zdziwił się i jak gdyby uradował się Luigard — ho! to niema jeszcze nic straconego! Ale powiedz mi, czyś doprawdy był dość naiwny, by sądzić, że stary lis, Hudig swata ci kobietę i podarowuje dom piękny, dla twoich pięknych oczu?
— Służyłem mu przecie z pożytkiem dla niego, przez lata, jak to sam wiesz najlepiej kapitanie — odrzekł Willems, a w sercu wzbierała mu coraz większa gorycz. O zasługach swych, pożyteczności, niezbędności był tak głęboko przeświadczony, a tu nawet to powodzenie, w które tak wierzył, którem tak się szczycił, zawdzięczał nie własnym zasługom a pobocznym jakimś, upakarzającym względom. Tak! niedola, w którą popadł, ściągała osłony z pięciu ostatnich lat jego życia.
Po raz pierwszy spotkał Johannę w jeden z tych wiosennych poranków, gdzie kwiat każdy i każda młoda kobieta tchną i nęcą świeżością. Sąsiadką jego była, zamieszkiwała z matką i bratem w schludnym domku. Odwiedzał ich tylko od czasu do czasu ksiądz, pochodzenia jak się zdawało portugalskiego. Z Leonardem Willems spotkał się w mieście; pochlebiała mu usłużność młodzieńca, uwielbienie, jakiem go otoczył. Leonard opowiadał o swym „nieboszczyku“ ojcu, agencie rządowym w Koti, który zmarł na cholerę. Ofiara sumiennie spełnianego zawodu — mawiał. Zresztą Willems chwalił się tem, że niema przesądów i nie dba o krew mieszaną, o niepewność rasy. Przyjął zaproszenie Leonarda na werandę mieszkania jego matki, na kieliszek likieru. Johannę pamiętał w dniu tym w pół leżącą w hamaku wówczas nawet z potarganym warkoczem i w poplamionej, jaskrawej sukni. Nie miał czasu bawić się w zalecanki, lecz zapraszany wstępował coraz częściej do sąsiadki-wdowy, która za każdym razem krzykliwym głosem przywoływała Johannę, by „zabawiała dżentelmana od Hudig et Cie“, pozostawiając go sam na sam z córką. Potem przypomniał Willems sobie niespodziane odwiedziny księdza, przyjaciela rodziny Da Souza; jego obwisłe, żółte policzki, wązkie ramiona, czarne, błyszczące oczy, pojednawcze uśmiechy, napomknienia, których znaczenia na razie nie rozumiał. I przypomniał sobie spotkanie z księdzem na progu gabinetu szefa i niespodzianą zgoła ze starym Hudigiem rozmowę.
— Hm! — odchrząknął był raz z poza ksiąg rachunkowych, biurową przerywając pracę, stary Hudig. Hm! bywasz tam często, ustawicznie, zbyt często. Chyba że... a! tak! młody jesteś i pora by ci... Szanowna, ze wszech miar szacunku godna rodzina! Ojca... znałem dobrze, tak! hm! doskonale. Radziłbym, winszowałbym... z całego serca winszowałbym — hm! winszuję!
Tak to Willems dał się złapać! Trzebaż było być osłem! I nie domyślił się, jaki interes mógł mieć stary Hudig w swataniu mu Johanny, której „znał“ ojca! Brał to za życzliwość szczególną, za ocenienie swych niepospolitych zdolności. Jakże dumnym był z zaproszenia szefa „na wieś“, gdzie pod gościnnym jego dachem spotykał się na stopie równości towarzyskiej, z największemi miejscowemi znakomitościami. Jakże musiano drwić z niego za jego plecami, a Hudig tak mu na pozór serdecznie winszował szerokości jego rasowych poglądów, braku niemądrych przesądów!
Ha! wpadł w pułapkę, związał sobie ręce, zgubił siebie i swą przyszłość... I pomyśleć, że „lis“ przeklęty, Hudig ośmielił się nazwać go „złodziejem“. On to, Willems, został haniebnie oszukany, okradziony, odarty z czci, wiary, swobody, przyszłości...
— Puść mię, kapitanie — zgrzytnął przez zaciśnięte zęby — puść, zabiję starego lisa!
— Tego by jeszcze brakowało — zawołał Luigard, ściskając ramię swego byłego pupila — zwariowałeś! Teraz gdy cię mam, to już pewnie nie puszczę.
Ciągnął go za sobą gwałtownie. Stróż nocny opowiadał nazajutrz swym zwierzchnikom, że dwóch pijaków brało się w nocy za bary na grobli, a było to dwóch „białych“, jak zwykle pijanych, walczących nie na noże, sztylety, lecz pięści. Za co? Kto ich tam wie! Kto powie, za co się „biali“ biorą za bary? Czarni i kolorowi, to zawsze wiedzą o co im idzie, ale tamci...
W chwili, gdy Luigard poczynał wątpić, czy zdoła utrzymać dłużej wyrywającego mu się wściekle Willemsa, poczuł, że muskuły jego przeciwnika się odprężają. Udało mu się przyparć go do obmurowania. Obaj oddychali głośno i szybko.
— Nie duś mię — wykrztusił Willems. — Mów, co masz powiedzieć, kapitanie! słuchać cię będę cierpliwie.
— Tak to lubię — odparł, oddychając ciężko stary. — Co bo cię wprawia w tę wściekłość.
I rozpuściwszy wzrok po mrokach przysłaniających morze, zatrzymał go na sylwetkach, stojących na kotwicy okrętów, mówiąc:
— Za chwilę podpłynie po mnie moja barka, o świcie będziemy na pełnem morzu. Pomyśl i decyduj się.
— Zdecydowany jestem — odparł ponuro Willems, patrząc w dół, poza parapetem.
— Nie w tem rzecz — mówił chłodno, stanowczo Luigard — nie w tem. Gdym cię przygarnął, pamiętasz? bezdomnego, na dalekiem, obcem wybrzeżu, wziąłem na się poniekąd odpowiedzialność za ciebie. Przez cały szereg lat wystarczałeś sam sobie, lecz dziś...
Przerwał mu rytmiczny plusk wody bitej wiosłami. Barka, o której wspominał, nadpływała.
— Słuchaj — mówił w wielkim pośpiechu Luigard — niceś już nie winien Hudigowi. Rachunek uregulowałem przed zachodem słońca, zwróciłem mu straty, koszta, procenty, do ostatniego szeląga i teraz możesz śmiało wracać do żony, mówię ci możesz...
— Do niej! — oburzył się Willems.
— Zaszedłem był do waszego domu — ciągnął kapitan — w poszukiwaniu ciebie. Zastałem ją w rozpaczy. Wzruszyło to mnie niesłychanie. Biedaczka oskarżała siebie, że cię zgubiła i tak dalej. Błagała, bym cię odszukał, ratował...
Willems słuchał w osłupieniu. Ależ naiwny ten „wilk morski“, ale łatwowierny. Chociażby zresztą żal i łzy tej kobiety szczeremi były, tem gorzej. Krew mu się ścinała w żyłach na samą myśl wrócenia do małżeńskiego z nią jarzma. Niech na nią, na nią samą spada zerwanie łańcucha, węzłów, których świętość Willems szanował, lecz w które się dobrowolnie znów oddać nie chciał... Bądź co bądź, w imię tkwiących w nim zasad, przyjął by ją nawróconą, lecz kołatać do jej litości nie będzie... Zawahał się: wtajemniczyć, czy nie wtajemniczać kapitana Luigarda w przebieg domowej sceny, jaką miał ze swą żoną, w ostateczne swe upokorzenie? Odwagi mu zabrakło dla odsłonięcia ran tak wstydliwych, zjadliwych.
Barka przybiła do brzegu, Luigard przerwał ciężkie, obustronne milczenie.
— Zdawało mi się zawsze, — mówił wzdychając, — że ci brak serca, że ci łatwo odtrącać tych właśnie, co ci najwięcej okazują przywiązania. Chciałbym przemówić do tego co dobrem i szlachetnem zostało w twej duszy, zakląć cię, byś nie opuszczał tej kobiety.
— Nie jam ją opuścił — odparł szczerze i z przekonaniem Willems. — Nie ja. Wierną mi była i oddawałem jej kropka w kropkę com jej był winien... lecz wracać... pomiędzy ludzi, co wczoraj proch przedemną kapeluszami zmiatali a jutro traktować mię będą z lekceważeniem lub współczuciem, nie! lepiej, stokroć lepiej! iść na dno wody. Zresztą — widzę, że nie zdajesz sobie kapitanie, sprawy z tego jakie tam było i być może moje życie?
Tyle było szczerości w jego głosie, że Luigard westchnął.
— Trudno, — rzekł, — lecz czyjaż w tem wina?
— Kapitanie, — zawołał Willems szczęśliwą ruszony myślą, — jeśli mię pozostawisz na tem wybrzeżu, duszę mą weźmiesz na swą duszę.
Szerokim giestem wskazał uśpione, w mrokach nocnych czarnemi masami rysujące się miasto.
— Nie wrócę tam, za nic. Dla żony, czy nie dla żony, nie wrócę. Wepchnij mię raczej w nurty morza.
Wilk morski cofnął się.
— Nie próbuj straszyć mię, — rzekł rozważnie i surowo. Głos i słowa desperata poruszyły własne jego sumienie. Pokrywając wzruszenie próbował być ostrym, brutalnym.
— Najlepiejby było, — mówił, — nie przeszkadzać ci w wymierzeniu samemu sobie sprawiedliwości. Nie mieszałbym się w to co jest sprawą własnego twego sumienia, gdybym nie był poniekąd za ciebie odpowiedzialny.
— Pfuj, — splunął, — ani zrozumieć mogę twej głupiej, brudnej pychy.
Postąpił parę kroków naprzód i huknął na kołyszących się w łodzi wioślarzy.
— Zapalić mi lampę i podać ją tu natychmiast. Noc ciemna oczy wyżera.
Zanim spełniono jego rozkaz wyjął z kieszeni notatnik i niecierpliwie gryzł koniec ołówka mrucząc:
— Poradzę z tem sobie kiedyś, wszystko w swoim czasie... teraz pilniejszą mam robotę...
— Ho! — huknął niecierpliwie, — a nie poświecisz mi tu żółwiu ty jakiś. Czekam od godziny.
Światło mdłe lampy, na pustem, mrocznem wybrzeżu morza złagodziło odrazu zawodowy, że tak rzec można, wybuch jego gniewu i wrodzonej mu niecierpliwości. Szybko skreślił słów kilka na wydartej z notatnika kartce papieru.
— Zaniesiesz to do domu tego białego Tuan’a[1] mówił. Za pół godziny wyślę po ciebie barkę.
— Tego Tuan’a, — spytał murzyn świecąc w oczy Willems’owi.
— Niech cię porwą... a śpiesz mi. Wręcz samej pani.
Zwracając się zaś do Willems’a, — mówił spokojnie:
— Napisałem słówko do twej żony, żeby cię teraz nie czekała. Możesz odpłynąć ze mną tak jak stoisz. Biedna kobieta nie powinna się niepokoić. Dotrzymałem danego słowa i moja rzecz byście się coprędzej połączyli. Spuść się tylko na mnie.
Willems wzdrygnął się cały. Po chwili zapatrzony w bezbrzeżne morze uśmiechnął się.
— Niema się czego bać, — upewnił sam siebie w myśli, a głośno dodał:
— Polegam na tobie kapitanie.
Luigard wstępował już do łodzi świecąc sobie i towarzyszowi lampą, którą podnosił wysoko.
— Po raz to drugi, — uśmiechnął się, — biorę cię na mą odpowiedzialność, gotów jestem wyciągnąć z biedy, postawić na nogi. Po raz drugi, ale — zapamiętaj to sobie dobrze — ostatni. Różnica pomiędzy pierwszym a drugim razem ta tylko, żeś był wówczas bosy a dziś obuty jesteś w lakierki, niby londyński dandy! Lat czternaście, kawał życia! Jeśliś się przez czas ten zdobył jeno na lakierki, do nieosobliwych doszedłeś rezultatów.
— Widzisz, — ciągnął poprawiając coś w lampie, — skoszlawiałeś tak śród tych gryzipiórków, że sam sobie drogi utorować nie umiesz. Ot! rezultat życia na lądzie. Człek tak się wyuczy łgać, że potem sam siebie oszukuje.
— Pfi! jedno jest tylko miejsce dla porządnych i uczciwych ludzi, — ciągnął stając przy sterze i zdmuchując lampę, — jedno: morze! Ono was nie zadawalnia, za surowe, za ubogie dla was, mieszczuchów.
Willems usiadł przy nim. Przez chwil kilka słychać było tylko plusk wody, widać srebrzące się w mroku nocnym, pod uderzeniem wioseł fale.
— Widzę, — przerwał milczenie zbieg-banita, że wszystkie twoje, kapitanie, sympatje są dla mej żony. Dla niej współczucie! Miałżebyś mię za wybrańca losu?
— Nie, nie! — odrzekł Luigard z niezwykłą serdecznością. — Znam cię od twego pacholęctwa i niema co mówić o tem kto komu, jak i w jakiej mierze sprzyja. Zbyteczne. Młody jesteś, życie długie...
Westchnął.
— ...Niechże ci to co zaszło przynajmniej za naukę posłuży.
Położył dłoń szeroką i mocy pełną na ramieniu swego towarzysza. W milczeniu dopłynęli do okrętu.
Tu kapitan wydawszy załodze stosowne rozkazy, wiódł gościa na tyły, gdzie sam usiadł na jednym z dział, w które okręt był uzbrojony. Barka odpłynęła po wysłanego z listem wioślarza, tymczasem rozwijano żagle. Zwisały z masztów ciężkiemi fałdami w ciszy gwiaździstej i wilgotnej nocy. Na horyzoncie dniało.
— Być w pogotowiu i skorzystać z pierwszego powiewu wiatru, — zakomenderował kapitan, a pochylając się nad towarzyszem, który siedział ze spuszczoną głową, mówił:
— Zawiozę cię do Sambiru. Nie znasz tej miejscowości? Leży nad moją złotodajną ręką, o której ludzie mówią tak wiele a wiedzą tak mało. Znalazłem tam dopływ dla statku tej co mój oto „Flash“ objętości. Rzecz nie łatwa, zobaczysz. Wytłómaczę ci to, zrozumiesz, bo znasz morze... szkoda jeno żeś w jego służbie nie wytrwał. Twarda to służba lecz zacna, najzacniejsza. Tam gdzie płyniemy mam dom handlowy, placówkę. Almayer’a dopuściłem do spółki. Znasz Almayer’a z czasów gdy służył u Hudig’a. Dziś, na nowem stanowisku żyje sobie niby udzielny książę, jak królewiątko, radży całą gębą. Miejscowy Radży sprzyja mi, wszystkich ich mam w kieszeni i w ręku, posłusznych na me skinienie, gdyż we mnie mają jedynego na swój towar kupca i jedynego dostawcę. W miejscowości tej Almayer jest jedynym białym osadnikiem, ty będziesz drugim zanim wrócę z obecnej mej wyprawy, a potem zobaczym co się da zrobić. Nie bój się, dobrze ci tam będzie, jak w ulu, tylko miód zbierać! cała rzecz byś mej tajemnicy nie wydał. Ani mru, mru, gdy wrócisz do swoich. Rozumiesz, ani mru-mru. Polegam na tobie i więcej ci o tem powiem z czasem. Pfi, niewyczerpane, mówię ci, źródła gumy... nie wyczerpane! A jakie ratany[2].
Słuchając starego przyjaciela Willems ożywił się zrazu, lecz w prędce opuścił znów w ostatecznem zniechęceniu czoło. Przypomniał sobie jak dalece tajemnica kapitana Luigard’a zaciekawiała Hudig’a. Gdyby był mógł wówczas udzielić „szefowi“ upragnionych informacji! Wszystko przychodzi za późno, nie w porę.
— Tymczasem, — ciągnął Luigard, — tak, dla zabicia czasu, zanim wrócę z teraźniejszej mej wyprawy, będziesz pomocnikiem Almayer’a. Sprytny jesteś i przydasz się mu tam bardzo, ja zaś wrócę prędko, za jakie sześć, siedem tygodni.
Ponad ich głowami pierwszy wietrzyk poranny poruszał z cichym szelestem żagle, szyper stanął przed kapitanem.
— Wszystko gotowe, w jaką pan kapitan rozkaże kierować się stronę, — pytał?
Luigard obrzucił wzrokiem przybitą, niechętną, apatyczną postać siedzącego poniżej, na zwoju powrozów, swego towarzysza, zawahał się przez oka mgnienie a potem rzekł:
— Na północ i nie tracąc czasu, każdy powiew wiatru wart stos złota na tych ciężkich wodach.
Powstał z miejsca lecz stał zamyślony, milczący, z zadumy zbudził go dopiero bosy, cicho przed nim przesuwający się okrętowy chłopiec.
— Nastawić ster, — huknął głosem idącym z hukiem morza w zawody a z cienia wychyliła się twarz sternika nad oświeconą budką z kompasem. Ustawiono reje, okręt wypływał z przystani. Morze było spokojne, ledwie lekką marszczyło się falą, szemrząc tkliwym szeptem kochanki, nucąc kołysankę piastunki. W szepty te i kołysanki Luigard, oparty o barjerę pokładu, wsłuchiwał się z tkliwem rozmarzeniem w siwem oku. „Flash“ mijał jedyny pozostający w przystani na kotwicy okręt.
— Spójrz, — zwrócił się do siedzącego ciągle ze smutnie obwisłą głową Willems’a, — okręt ten należy do pewnego araba. „Biali“ nie poradzą sobie ze mną, chociażby nie wiem jak usiłowali podpatrzeć mą tajemnicę, ale ten syn pustyni, nieraz mi w drogę tak włazi, że żywi chyba nadzieję pobicia mię na głowę.
Zaśmiał się.
— Lecz nie uda mu się, dopóki żyję, — ciągnął. Widzisz, wyspie, z której czerpię skarby, dobrobytem się wypłacam i nie samym materialnym dobrobytem. Załatwiam tam zawilsze sprawy, rozstrzygam spory, staram się o pomyślny rozwój tubylców, widzę z radością jak się rozwijają, rosną w dobrobyt pod mem okiem i jestem tam panem nie mniej wszechwładnym jak wice-król Indji. Nie, nie dopuszczę do mych źródeł chytrych arabów, zatruliby mi tam — a nie mnie samemu tylko — powietrze! Nie dopuszczę, chociażbym to całem mem mieniem miał opłacić.
„Flash“ mijał stojący na kotwicy okręt, na którego pomoście zjawiła się postać w białe spowita burnusy, a głos donośny i dźwięczny zawołał:
— Czołem! przed Radży Lat’em:
— Czołem przed szeikiem Abdulla! — odkrzyknął z niemniejszą uprzejmością, chociaż z nietajonem zdziwieniem Luigard — królem mórz zwany, a zwracając się do swego towarzysza zauważył:
— Skąd mu się wzięła ta nagła uprzejmość? W tem coś jest? Mniejsza z tem! Uprzejmość jego tyle waży co i zuchwałość, pociskiem za mną leci... Mniejsza z tem. Moje są wód tych tropy, moje!
Obejrzał się w koło, okiem brał w posiadanie przestworza.







Przypisy

  1. Tytuł, nadawany przez tubylców europejczykom i znamienitszym krajowcom.
  2. Drzewo cenne.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.