Banialuki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Banialuki
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


BANIALUKI

a.

Żył sobie Kukuś, matysek kuty, filut szczwany, pijaka litrowy, hulaka przytupny, łysek glancowaty. Żył w przysiółku pod borem u brata żonatego, dzieciatego, od wieczora do rana żył, jak umiał, jak mógł i jak mu się podobało. Żył, robił, co Bóg i ludzie do roboty dali, obrączki ślubne, pierścionki zdobne wykuwał, garnczki i wiadra lutował, koszyki wyplatał, beczki klepał, radia, detektorki, jak kto miał, naprawiał.
A jak do roboty nic nie było albo robić mu się nie chciało, gołębniczki, latawce, fłigry z drzewa dzieciom majstrował, gazety czytał, nad tym i tamtym medytował.
Był Kukuś głowacz wielki, mądrala niedocieczony, fikus niezwyczajny. Czasami miotłę skręca cały dzień, tydzień jedną beczkę opukuje, klepki w rękach z nagła ogłupiałych, niewydarzonych, przewraca, gdzieś ponad topole patrzy za wronami, coś swojego myśli. Albo w nocy wyłazi, za kotami gania, po borze się błąka, po polu, po roli, pomaleńku, jak duch; aż niektórzy myśleli, że go co prowadza, miesiąc albo co gorsze.
Albo też siadał na spróchniałym balu przed swoim ulem: do pszczół z dawna miał nabożeństwo niezwyczajne, nieobyczajne zgoła. Co rano tak siadywał przed ulem, słuchał cierpkiego pszczelego szumu; czasami zaś umiał przesiedzieć tak pół dnia. Całkiem nie było wiadomo, czemu on tak koło tego ula się osiewa a koluje, gaci na zimę perzem i ściółką, cukier w chude lata podkłada — a miodu nigdy nie podbiera ani podbierać nikomu nie da. Tak to już było z tymi Kukusiowymi pszczołami i nikt mu nic, nawet brat, przepowiedzieć nie mógł. Dobrze było, widać, Kukusiowi z tymi pszczołami, nic od nich przez to nie chciał, tyle aby, żeby były. Zresztą, wydawało się, że Kukuś nic od życia nie chciał; a jednak pokazało się, że to nie całkiem tak było. A najbardziej dziwne było to, choć znów może nikt nie powinien dziwować się temu, że Kukuś chciał właśnie czegoś od pszczół, a nie od ludzi.
Bo jednego rana Kukuś pszczół nie zastał. Otworzył ul, ale ani jedna robotnica nie błądziła po plastrach. Zakrzyczał Kukuś, pobiegł w las. Gnał od drzewa do drzewa, przystawał chwilkę, nasłuchiwał, węszył. Aż pobiegł do starej leszczyny, rosnącej pośrodku polany. Leszczyna była żółta, dźwięczna od pszczelego roju. Kukuś podbiegł do drzewa, stanął, chwil parę patrzył. Potem ruszył ku rojowisku, gołe ręce wyciągnął ku królowej. Pszczoły osiadły go i poczęły żądlić, ale on nie odstępował i ciągle gołe ręce wyciągał ku królowej. Wtedy rój zerwał się i pożeglował niby wielki złoty statek. Kukuś zakrzyczał i pobiegł za nim z wyciągniętymi rękami; ale nie nadążył. Stanął i patrzył, jak rój płynie na południe ponad szczytami najwyższych sosen, kole oczy blaskiem jak słońce.
Patrzył Kukuś, dopóki nie stracił ich z oczu. Wtedy pędem wrócił do domu, jak był, w portkach i koszuli tylko, wskoczył na rower i pojechał południową ścieżką.
Widzieli go ludzie na tym rowerze, nie myśleli, że ostatni raz. Kukuś do wsi, do brata swojego, nie wrócił; przychodziły za to, z bliska, to z dala dziwne wieści, ludzie domyślali się, że to o nim. Chłop jakiś, mówiono, szedł trop w trop za koczującym rojem, spuchnięty, na oczy ledwie widzący. Gołe, oropiałe ręce wkładał w jądro roju, chciał pochwycić królową. Ludzie, którzy go widzieli, dobrzy, życzliwi, znający się na rzeczy, radzili mu rękawice włożyć na ręce, drucianą siatką osłonić twarz albo choć okadzić gęstym jałowcowym albo olchowym dymem. Ale on, mówią, nie słuchał nikogo, tylko przed siebie szedł z gołymi rękami ku królowej, strzeżonej przez tysiące żądliwych robotnic. Pchał swoje ręce tak długo, dopóki rój nie zrywał się i nie odlatywał. Kukuś, pewnie on to był, siadał na rower i pędził za rojem... Wieści przychodziły z dalszych coraz powiatów. Rower mu się zepsuł, porzucił go, nie sprzedał nawet, porzucił w rowie i na piechotę ścigał swój rój. Rano pastusi płoszyli go, śpiącego w stertach siana albo kopkach żyta; w zimniejsze dni gospodynie zastawały go na strychach, drzemał, rękami obejmując komin. Kobiety podnosiły wrzask, a on uciekał przed nimi chyłkiem. Mówili, że gwałcił te kobiety; ale to najpewniej nie była prawda.
Tak szły o nim wieści coraz mętniejsze, z powiatów i stron dalszych coraz; aż ucichło pod zimę i nie słychać nic do dziś dnia.


b.

Żyli sobie dziad i baba, starzy bardzo oboje. Żyli w chatce maleńkiej, stara była jak oni, do betlejemskiej, w której Chrystus się narodził, podobna. Żyli, choć i ćwierci nie brakowało im do śmierci. Zimę całą ich chatka, podwórko i chlewik zasypane były śniegiem nienaruszonym; ale z komina smużył się dym i ludzie wiedzieli, że dziad z babą żyją. Nikt też na oczy nie widział ich całą zimę, za starzy byli oboje, żeby choć do kościoła iść.
Wylegali na świat razem z wiosennym słońcem, kogutem, kotem i wszystkimi wszami. Babka biegała po podwórku jak szara mysz, dziad, szerokotwarzy, białobrody, rozkładał się na ławce pod chałupą, z kocicą, która grzała go, na kolanach. Siedział nieruchomo, czasami tylko podnosił ku słońcu dłonie, wielkie, blade, ściągnięte powrozami tężejących żył. Siedział tak, póki kocica nie budziła się i nie poczynała miauczeć z głodu. Kotka stara była jak oni, ślepa prawie i ledwo chodząca po zimowym wylegiwaniu się pod piecem.
Razem z rosnącym słońcem ożywali wszyscy troje, baba po podróżach we wszystkie kąty podwórka wyłaziła na pola, podbierała znajomym kobietom, sadzącym kartofle, po parę sztuk; potem rozzuchwalała się coraz bardziej, aż któregoś dnia wyruszała do lasu. Wracała z wielką jak ona byrdą na plecach, pełną gałęzi sośniny i świerku. Dziad przegrzebywał gałęzie, brał świerkową szyszkę i pordzewiałym klupkiem zeskrobywał krupki żywicy do cybucha fajki.
Teraz bowiem, wiosną, powracał do swojej fajki sypał do niej zeszłoroczny tytoń, zeschły, miałki jak piasek. Odrobina żywicy dodawała mu smaku. Z fają w dziąsłach, z kotem pod pachą błąkał się po podwórku, potem z wolna, za przykładem baby, wyłaził na pola już zroszone zielenią kiełkującej jarowizny. Zciągał swój kożuch i siadał na ziemi, wśród pączkujących mleczów i gmerających się motylich gąsienic. Czasami, później już, zapuszczał się dalej, aż nad drogę, stawał w rowie i mruczał, ilekroć ktoś przejeżdżał albo przechodził; głuchy był jak skuta lodem studnia, nie słyszał, co się do niego mówiło.
Prawdziwie ożywał dziad dopiero w czerwcu, w początkach lipca. Działo się coś z nim wtedy, nie siedziało mu się w domu, wstawał zaraz, skoro tylko budził się ze swego tchórzliwego snu. Na nic były warkoty i krzyki baby, łaził gdzieś po łąkach, siadywał nad strumieniem, patrzył, jak skaczą nowo wylęgłe żaby i w głębi przeźroczystej wody pływają śliże. Mruczał coś i pchał do wody swój kostur. Śliże uciekały, żaby skakały w popłochu, o koniec kostura zaczepiały się zgniłe trawy i wodorosty.
Do chaty i wrzaskliwej teraz baby wracał dziad późnym zmierzchem, nie zważał na krzyki, białą swoją twarz oprószał mąką, spod pierzyny wyciągał prześcieradło i miedzami szedł ku smętorzowi.
Przede żniwy ludzie mają czas, pełno wtedy kobiet na smętorzu. Zrywają chwasty na ścieżkach i grobach, sadzą kwiecie, podlewają: dziewuchy mogą tak pół dnia na smętorzu przesiedzieć i długo jeszcze w noc. Dziad wkradał się na smętorz przez dziurę w błynku, w krzach obwijał się w prześcieradło i szedł ku dziewuchom. Blaski fajki raz po raz objawiały lękliwą białość prześcieradła, szeroką, z czarną wnęką ust, twarz dziada; kocica, której lato, podobnie jak staremu, przynosiło życie i werwę, puchocząc, z rozwartymi szeroko fosforyzującymi ślepiami i wzniesionym ogonem, krążyła wokół jego nóg. Dziewuchy, wrzeszcząc, krzycząc, piskocząc ze strachu, rzucały swoje konwie, wiadra z wodą, motyki i kwiaty, uciekały w ciepły, żytni mrok lipca.
— Do baboka! — straszył dziad. Potem śmiał się: — Huhuhu!
Zostawał na smętorzu sam ze swoim kotem. Pomału chodził między grobami, czasami siadał na jakiejś nagrobnej płycie i dumał. Koło północy wyłaził na drogę i wlókł się powoli w swoim białym prześcieradle; albo też błąkał się po miedzach, nurkował w dojrzewające, sypkie żyto. — Huhuhu — śmiał się, napotkawszy młodych. — Do baboka!
Jednego lipcowego dnia grobowy zastał na smętorzu kota, spał na postrzępionym prześcieradle. Dziada nie było. Ludzie poczęli go szukać, ale nie odszukali po dziś dzień. Ślad po nim przepadł; baba szybko zmarła ze zgryzoty; kot, mówią, też.


c.

Żył sobie też Jónek Zawada; powinien być Jasio, Janek albo i Jan; ale był Jónek i tak już został, nie starał się zresztą być inny. Haderlą był, szmaciarzem, gałganiarzem, jak mówią w innych stronach; a haderlami bywają zwykle ludzie z gębami jak wrota. Jónek cichszy był od wody, niższy od trawy, bał się wszystkiego jak baba pierzyny, nie zapierdział głośno, bździł po kątach boleściwie. A jakoś ta jednak żył i nie ginął, choć nigdy nikogo nie oszukał; inni go za to oszukiwali, pyskate baby i dzieciaki, które mu na wóz właziły i co im się podobało, pchały pod koszulę. Godził się jakoś z tym, a jak na swoje wychodził, siebie, a już szczególnie konia głodem nie zamorzył, to już całkiem nie było wiadomo. Bo konia miał tęgiego, belgijskiego buldoga z wielkim zadem i przepastnym kałdunem; dwie krowy wyżywiłyby się z tego, co on zżerał. Dobry był koń, twardy i na wiele wytrzymały, ale ciężki do utrzymania, tak wiele żarł; ale Jónek jakoś tam sobie z nim radził i zamieniać nie myślał, choć niejeden gospodarz dałby za niego innego i jeszcze dobrze dopłacił. Ale Jónek-haderla nie chciał, co ta, co ta, mówił, a jak kto mocno był namolny, opędzał się i jechał dalej.
Aż raz... wraca właśnie Jónek do swojej wsi. Szkapa człapie powoli, powolutku, wiecznie wywieszonym jęzorem (ludzie nazywali go „fają”) zbiera rozrzucone po drodze siano. Wóz turkocze równo, szeleszczą uschłe liście pod kołami. Pora jest przedwieczorna, Jónek patrzy na zachód, pociemniały już, brunatny jak torfiasta ziemia. Odwiązuje lejce od kłonicy, szuka bicza, który zawieruszył się gdzieś na dnie wozu. Wreszcie i bicz znajduje, woła:
— Kasztanka! A wio, a wio!
Kasztanka odwraca wielki łeb, flegmatycznie przesuwa faję z jednego kąta pyska w drugi.
— A żeby cię święty Michał, psiakruśka — denerwuje się Jónek i biczyskiem łoi kasztankę po kanciastym jak komoda tyłku. Kasztanka zadziera łeb, jeszcze wyżej unosi zadek i rusza takim galopem, że wóz skacze po szosie jak piłka, tyłki mało nie wyskakują ze skrzyni... Józek kołysze się, by nie stracić równowagi, wrzeszczy ciągłe:
— A wio, psiakruśka, a wio!
Ale kasztanka poczyna powoli zwalniać, wóz potulnieć, tylko Jónek ciągle jeszcze śluga batem tam i sam, gęba mu marsowieje, klątwy stają się coraz groźniejsze... Ze swoją szkapą umie Jónek być śmiały! Kasztanka jakby nie czuła i nie słyszała, idzie znów powolutku z wywieszoną fają i od czasu do czasu macha związanym w lśniący węzeł ogonem...
— A wio! — wrzeszczy Jónek i kasztanka znów rusza niechętnie.
Jónek, odsapnąwszy, kładzie się na worku z obrokiem i leży chwilę z zamkniętymi oczyma. Potem otwiera je i wydaje wrzask śmiertelny, wrzask niesamowity. Bo oto miesiąc odrywa się nagle od nieba i leci wprost na Jónka, jest jak bocianie gniazdo, jak koło od wozu...
— O święty Idzi! — szepcze Jónek. Zamyka w wielkim przerażeniu oczy, a kiedy znów je otwiera, jest znów spokojny zmierzch... Jónek złazi z wozu, rozgląda się wokoło... W piachu obok drogi jest wielki lej. Piach jest jeszcze gorący, wokół leżą odłamki dziwnych kamieni...
To ta dziura była na zgubę Jónka. Ranem następnego dnia zabrał się do kopania. Sam widział, że coś z nieba spadło i zaryło w miejscu, gdzie był lej. Wszystko Jónek zostawił, wóz, konia, szmaty i żelastwo, kopał a kopał. Z początku myślał, że łatwo się dokopie, ale ciągle jeszcze się nie dokopywał, coraz głębszy był wykop, a niczego nie było. Wtedy Jónek postawił sobie koło dziury budę i w niej spał, nie zawiele, bo ciągle kopał: tak był ciekaw, co tam jest. Wyciąg Jónek zrobił i codziennie chłopak, którego najął, spuszczał go na łańcuchu na dół, a potem wyciągał wiaderka z żółtym, czarnym, a nawet niebieskim piachem: bo tak już głęboko dokopał się Jónek, że piach był niebieski. Wóz sprzedał Jónek, potem i konia, za tanie pieniądze — i nic, tylko kopał i kopał. Aż jednego dnia chłopak go spuścił — a potem już nie wyciągnął, wołali, ale nie wyszedł na wierzch. Potem jeden odważył się i zjechał, ale Jónka nie zastał. Musiał się do środka ziemi dokopać albo co.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.