Bajki ucieszne/Strapienia ludzkie i pchły

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Strapienia ludzkie i pchły
Pochodzenie Bajki ucieszne
Data wydania 1910
Wydawnictwo Nakładem L. Chmielewskiego
Druk I. Jaegera
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
STRAPIENIA LUDZKIE I PCHŁY.

Zeszło się dwuch przyjaciół gdzieś w jakiejś kawiarni.
Jak się masz? Było marnie, a dziś jeszcze marniej!
Kłopotów nadto dużo, sił mi już nie starczy —

Nie wytrzymam! Ej! zdrów-eś! Chyba uwiąd starczy,
Ten cię złamie, bo zresztą — zdróweś, jako ryba.
Zbyt kłopotów do głowy nie przybierasz chyba —
Tak się zdaje! odpowie pierwszy — Wie, kto płacze,
Co go boli, a cóż stąd, że inni inaczej
O tem myślą. Zdrów jestem, prawda, lecz kłopoty
Od niedzieli wieczorem do przyszłej soboty
I od soboty wieczór do przyszłej niedzieli
Żrą, gryzą... Ot, siwizną włos mój już się bieli
I nigdy odpoczynku! Strapienia jak osy
Nad głową wciąż mi brzęczą! Takie moje losy!
— Jak osy! powiedziałeś — ten drugi zawoła —
Moja pszczółko! Miód zbieraj, w braku miodu piwo,
A ja ci o strapieniach historyę prawdziwą
Dla rozrywki opowiem. Zacznę od początku:
Miałem do pcheł nieszczęście; gdzie jakiemu pchlątku
Przywidziało się tylko poszukać potrawy.
Jak bym pomiędzy niemi jakiejś głośnej sławy
Zażywał, wszyściusieńkie zbiegały się do mnie,
Przekazując pamiątkę mą, zda się, potomnie,
I, że ma krew im była dość dobra i słodka
Zawsze do mnie zbiegała się czarna hołotka.
Drapałem się, broniłem, jak mogłem — napróżno:
Niejednej wymyśliłem nawet męką różną,
By widokiem odstraszyć zmiażdżonego trupa.
Ja swoje — one swoje! gadaj do biskupa!

Tak poddać się musiałem. Tu zauważyłem,
Że me ciało najbardziej tym pchłom było miłem,
Które zmorzone głodem, całkiem wycieńczone
Przypadkiem los szczęśliwy zawiódł w moją stronę
Pchełki zjadliwe strasznie. Przeważnie z salonów
Wielkopańskich, gdzie nudą dławione bontonów
Nie mogły się nasycić krwią zimną, wodnistą
Jak się orzeł nie naje mokrą ziemną glistą.
Obieżyświaty również, schwytane w wagonie,
Były nazbyt żarłoczne i na dobrym tonie
Mało się rozumiały. Mniej już teatralne —
Te, nieźle odżywiane, miały idealne
Zachcianki i szukały miejsc czulszych, drażliwych,
Takto przy spostrzeżeniach uważnych, prawdziwych;
Łatwo zrozumieć mogłem, że i w pchlim narodzie
Tli przecież jakiś honor, że i z pchłami w zgodzie
Żyć się da. Gryzły chciwie i kąsały z głodu,
Lecz gdy do dzikiej walki nie miały powodu,
Kryły się gdzieś, znikały. Gdyś walczył, z powrotem
Wracały, choćbyś wszystkie położył pokotem,
Bo, bracie, pchły się rodzą wciąż, to trudna rada
Tej klęski nie usuniesz, jak siedmiu głów gada,
Co ciągle odrastają. I darmo dłoń szuka!
Jedną znajdziesz — dwie przyjdą. Stąd moja nauka;
Karmij pchły, ale karmij też dobrze i siebie,
A tak i razem z pchłami będzie ci jak w niebie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.