Bajki i przypowieści (1856)/Gołębie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Krasicki
Tytuł Bajki i przypowieści
Data wydania 1856
Wydawnictwo Kazimierz Józef Turowski
Drukarz Karol Pollak
Miejsce wyd. Sanok
Indeks stron
CXXVI. GOŁĘBIE (z indyjskiego).

Dwa gołębie razem żyły,
I szczęśliwe z sobą były.
Jeden się zwał Bezendech, Newazendech drugi.
W jednem jadły korytku, z jednej piły strugi,

Razem po polach bujały,
Razem do domu wracały.
Zgoła czy w wieczór, czy rano,
Zawsze je razem widziano.
Nie masz w świecie rzeczy stałej.
Zażyłości poufałej
Nie najdłuższe było trwanie.
Mimo prośby, odradzanie
Rezendech chciał świat odwiedzić,
Uprzykrzyło się na miejscu siedzieć.
I poleciał....Miło było,
Co obaczył, to bawiło.
Gdzie siadł, nowe widowiska.
Wtem, gdy już noc była bliska,
A odpocząć sam gdzie nie wie:
Usiadł na drzewie.
Nadeszła burza, grad i ulewa,
Spuścił się z wierzchołka drzewa,
I tak jeszcze gorzej było.
Wspomniał sobie, jak miło
Spokojnej chwili używać,
W gołębniku odpoczywać.
Po smutnej porze
Nastały zorze.
Deszcz, grad, grzmoty ustały,
Wskróś przemokły, zmartwiały,
Widząc już rzeczy postać okazalszą,
Otrzepawszy skrzydełka, wziął lot w drogę dalszą.
A gdy coraz nowemi widoki się cieszy,
Postrzegł, że ktoś za nim spieszy,
Był to jastrząb w pędzie lotny.
Gołąb zwrotny

Jak mógł uciekał....w tem orzeł z góry
Straszny pazury
Padł na jastrzębia....i gdy walczyli,
Korzystając z dobrej chwili,
Przecię tę miał pociechę,
Iż się dostał pod strzechę.
Nazajutrz gdy dzień nastał pogodny,
Lekki, bo głodny,
Postrzegł gołębia, a on się pasie.
I to zda się,
Pomyślał sobie, więc się z nim wita,
Strawa obfita
Potrzebna zdrowiu
Na pogotowiu.
Nie długo myśląc, jął się do jadła,
Wtem sieć zapadła,
I wraz z kolegą został w więzieniu.
Gdy więc w srogiem utrapieniu
Płakał stroskany,
Postrzegł, iż tamten był uwiązany.
Więc mu złorzeczył mądry po stracie,
A on — nie krzycz bracie!
Płacz tu i krzyk niepomoże.
Jakeś wpadł, tak siedź nieboże.
I mnie się to przydało.
Lecz poweźmy myśl wspaniałą,
Kto wie, czy wspólni
Nie będziem wolni. —
Jakoż tyle pracowali,
Iż się z więzów wydostali,
I każdy w swoją poleciał stronę.
Bezendech kontent, iż miał ochronę,

Nie mówiąc nic nikomu,
Powędrował do domu.
Już widział z bliska
Miłe siedliska.
Już do swojego domku się spieszył,
Gdy strzelec skrzydło strzałą wskróś przeszył.
Wpadł w studnię i ostatnia ginęła otucha,
Szczęściem niespodziewanem studnia była sucha.
Więc kiedy się ocucił,
A do lotu jak mógł powrócił,
A raczej gdy sił zdobywał,
Ponad ziemię podlatywał
Pełen wesela,
Znalazł dóm i przyjaciela.
A doznawszy, jak podróż i trudzi i smuci,
Przysiągł, iż więcej do niej nie powróci.