Bajki (Ejsmond)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Julian Ejsmond
Tytuł Bajki
Data wydania 1927
Wydawnictwo nakładem autora
Drukarz Zakł. Druk. F. Wyszyńskiego i S-ki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Julian Ejsmond podpis Bajki page003.jpg

JULJAN EJSMOND
BAJKI
D
  
D
D
NAKŁADEM AUTORA

Okładkę rysował Stefan Norblin[1]. Odbito 3100 egz.

na papierze bezdrzewnym oraz 10 egz. na
papierze czerpanym w Zakł. Druk.
F. Wyszyńskiego i S-ki
w Warszawie
1927 r.



Motto:


ŚPIEWAK I PARTJE


Pytano się raz Ptaka, co bujał w lazurze,
czy jest z lewa, czy też z prawa?
„bo to bardzo ważna sprawa...“
Odparł na to: „Jestem — w górze...“




I.
PSIA DOLA

Psia dola

I.

Do miasta nieprawości pełnego i łez,
do miasta nikczemności ludzkiej i nadużyć,
dostał się uczciwy pies,
ażeby uczciwie służyć...

Jego pan, człowiek dobry, rzekł: „Wierny mój psie,
źle na świecie dzieje się...
Proszę cię przeto, przy nodze mej biegaj:
gdziekolwiek zwęszysz złodzieja — nie czekaj,
lecz głośno szczekaj —
wszystkich ostrzegaj.“

Pies wolę pańską zrozumiał odrazu.
Przyjaźnie merdnął ogonem,
co znaczy: „Wedle rozkazu
wszystko będzie wypełnionem“.

Ledwie wyszli na miasto, a uczciwa psina
niezwłocznie warczeć zaczyna.
Płynie ulicą przechodniów gromada,
dyrektorzy, paskarze,
sklepikarze, luminarze,
a pies warczy i ujada...


Aż go pan uspokaja: „Cicho bądź, kochanku.
Bez powodu, piesku, szczekasz.
Ten pan — to ceniony lekarz...
A ten — to dyrektor banku...
A ten — piastuje referat...
A ten — to prawie literat...“

Lecz pies uczciwy perswazji nie słucha.
Próżna nadzieja!
Gdzie tylko zwęszy złodzieja,
szczeka, psia jucha...

Pan o poranku
dąży do banku
podjąć pieniądze, które ma na koncie,
Czeka
na swoją kolejkę w kącie...
A pies szczeka
bezustanku...

Pan, jako państwa obywatel prawy,
idzie załatwić podatkowe sprawy.
Czas ucieka.
Pies się dokoła rozgląda i szczeka.

Szczeka nieuprzejmie
przed ogródkiem w sejmie,
przechodząc Wiejską nawet nóżkę czasami podejmie...


Szczeka na ulicy.
Szczeka w kamienicy.
Nawet w urzędzie.
Jednem słowem — wszędzie.

Od ciągłego ujadania
Pan się słania.
Głowa mu puchnie.
Głuchnie.

Wierny pies ciągle u nóg pańskich biega
i szczeka w ciszy...
Swojego władcę ostrzega,
lecz ten już ogłuchł — nie słyszy...


II.

Gromadzą się zwierzęta.
Krótka narada:
„Bestja przeklęta
ciągle ujada!“
„Psie! jeśli widząc złodziei
nie będziesz niemy,
niemasz dla ciebie nadziei!
Jutro cię zredukujemy.
Bo po co tyle hałasu?
Szkoda czasu i atłasu!“


„Świata nikt nie polepszy“,
rzekł jeden z wieprzy.
„I na cóż szczekać tak brzydko?
Bezprawie? Prawo jest jak to korytko:
można się najeść — gdy doskwiera głód,
można je obejść — gdy jadła masz wbród.“
„Złodziej?“ — rzekł lis — istotnie, to brzmi niezbyt ładnie...
Stare dewotki
roznoszą plotki,
że złodziej podobno kradnie...

„Złodziejstwo to jest jednak sport, to umiejętność,
pojętność,
sztuka, namiętność,
majętność...“

Przemówił osioł. Bowiem jakażby narada
doniosła,
gdy każdy gada,
mogła się obejść bez osła?
Rzekł: „Ustawa? Paragraf? A cóż mi ustawa?
Prawa? Różnie się dają komentować prawa!“
Brawa.

„Pies zanadto się naraża.
Zawielu możnych obraża.
Zły to efekt wywiera,

to niepedagogcznie,
nieetycznie,
niepatrjotycznie...
To prestiż państwu odbiera.
Pan trzeba za to skarcić — wychłostać.
Musi dostać! Musi dostać!
Bardzo, bardzo smutna sprawa...“
(Na bydlęcych ławach brawa).

„Zgon mu, zgon!“
Zakrzyknęły zgodnie świnie
o szczecinie
obciętej à la garçonne.
Osioł zaś rzekł urzędowo:
„Cisza! Pies oskarżony ma ostatnie słowo.
Nim ukończymy narady
poznajmy, jakie zasady
ma ten oszczekiwacz zły...“

Pies na to: „Mam ja jedną jedyną dewizę:
wszystkich nieuczciwych — gryzę!“
To rzekłszy — pokazał kły.



Naprawa przyrody

I.

Rzekł do poety prawnik raz:
„Ten świat jest pełen cudnych kras,
śpiewacie w wierszach wy, poeci...
Lecz nie widzicie tego, jak
przyrodzie prawnych podstaw brak,
wy, niepoprawne, duże dzieci!..

Przyrodę normami prawnemi
naprawić trzeba,
poczynając od nieba,
kończąc na ziemi...

Określić muszą ustawy,
by wiedział kwiat, słońce i ptak,
niebo i ziemia, drzewo i trawy,
(w przedmiocie sprawy)
co, gdzie i jak?

Kręci się ziemia, kręcą gwiazdy,
latają planety,
komety
we dnie i w nocy...

No, dobrze... Ale na mocy
jakiego rozkładu jazdy?


II.

Weźmy naprzykład słońce. To aż boli,
Rozrzuca wokół złoto bez żadnej kontroli.
Wolno mu świecić i tu i tam,
i tym i tamtym, wam i nam,
i dostojnikom, którzy chodzą w glorji,
i urzędnikom — jedenastej kategorji!!

Choć stwierdzić to jest rzeczą niewątpliwie smutną,
gospodarką tak rozrzutną
nie ujętą w paragrafy
każdyby swój skarb zakopał
i dlatego każdy zrzędzi!
Co na biegunie słońce zaoszczędzi
na opał
to zmarnuje w Afryce, by ogrzać żyrafy,
albo hipopotamy...
Ale my się nie damy!
Wszystko to musi być ściśle ujęte
w normy praw.
Nie może rządzić traf.
Przepisy muszą być święte:
co, gdzie i jak...


Roślinny świat
Poprostu kpiny!
Czyż taki głupi kwiat
zna prawa choćby podwaliny?

Aż bierze śmiech!
Nie zliczy trzech!
Więc zkąd ma wiedzieć
— proszę powiedzieć —
kiedy ma kwitnąć, gdzie i jak?
Zarządzeń brak, przepisów brak!
Prawnika może trafić szlag!..



V.

A taki śpiewający ptak —
to smutne tak,
że aż zabawne —
gwiżdże na wszelkie normy prawne!
Lekceważenie jest tu jawne...
Kiedy chce jajka nieść,
to je ptaszyna
znosić zaczyna
bez względu na ustawy treść!


I niesie tyle,
ile
chce,
ustawą nie krępując się...
I niesie wtedy,
kiedy
chce,
terminem nie krępując się!..

To wszystko musi być unormowane:
kiedy ma jajka znosić ptak,
kiedy ma śpiewać, gdzie i jak...
Czasami myślę, że bzika dostanę!
Przepisów wszelkich w tej materji brak:
prawnika może trafić szlag!..“



Piórokracja

I.

Niedawno jeszcze
Trzy obce orły naszą krainą władały
Przeszły te czasy złowieszcze.
Odzyskał znowu wolność Orzeł Biały,

Lecz Polska nie jest z symboli,
ani z soli, ani z roli,
ale z tego, co Ją boli.

Orzeł przeszedł do legendy,
a pomniejszych ptaków nacja
obsiadła różne urzędy:
tak powstała piórokracja.

Gdzie spojrzeć wokół
do niej posady należą:
tu siedzi szlachetny sokół.
tam jastrząb, żyjący grabieżą.


Kruk ponury,
czarnopióry
w urzędowej godzinie
żeruje na padlinie.
Żadne mu „sprawy“ śniadania nie przerwą!
Na pracy nadmiar kracze i narzeka,
a interesant czeka.
Niech sobie czeka,
ścierwo!

Sowa
urzędowa
w dziupli się chowa.
Zabrania
wchodzić do siebie bez meldowania.
Melduje woźny jedynie
w pewnej godzinie.
Chcesz się rozmówić z sową
ową
interesancie?
To taki pan cię
pouczy, że jej niema, bo... wyszła „służbowo“.

Gołębiarz inspekcje odbywa
gołębi. Pieczone gołąbki
nie idą same do gąbki,
więc je — porywa.


Sroka, zalotna kokotka, —
dla niej błyskotka
to cel żywota.
Gromadzi niemało
złota
w gnieździe, jak w jakiem Pekao.

Pustułka bystra,
gdy do niej ktoś przychodzi w urzędowej sprawie,
zawsze prawie
jest „właśnie u pana ministra“...

Zaś śpiewające ptactwo
tępi robactwo
wszędzie.
Myśli naiwnie, że wszystkim dogodzi.
Jest w błędzie!
Na urzędzie
śpiewać nie wolno: to szkodzi.


II.

Poczyna burzyć się drób:
„Dość oszczędności!
Każde z nas pości
i niema co włożyć w dziób!


Ogarnia złość!
Puchną wątróbki!
My mamy dawać podróbki?
Przenigdy! Dość!“

Ptaki sprawują sąd.
Kto winien złej sytuacji?
Dość malwersacji!
Wyrozumiałość — to błąd!

Jastrząb-gołębiarz, obywatel prawy,
srodze krytykuje rząd,
sanacji
żąda
i wgląda
w publiczne sprawy:
„Wiem
co nas gnębi:
wina w tem...
gołębi!

Dziś, gdy zatruwa nam ducha
myśl o budżecie,
najidjotyczniej w świecie
gołąbek sobie grucha!..

Gdy dach nad głową nam płonie,
wkoło skandale, afery, —

luby ptaszeczek Wenery
rozmyśla o swojej żonie
i o tiropiżonie...
Należy walczyć ze złem:
bezprawia gnębię!
Gołębie
jem.“

Jastrząb krogulec
głos zabrał mądre zdanie wygłaszając,
iż zając
musi redukcji ulec.
Ten szkodnik pusty
ma tylko w głowie zaloty,
parkoty!
Niszczy kapusty!
Tego nie można znieść:
jest „w takich czasach“ tłusty!
Trzeba go zjeść!“

Przemili
rozmówcy nasi
choć różne zdania głosili
wszyscy mieli rzecz jedną podobną: mózg ptasi.

*

A w górze
w lazurze
smutnie nad nimi krążył Orzeł Biały,
symbol Polski zmartwychwstałej...
Lecz zdał im się bardzo mały
na oko,
albowiem latał dla nich wszystkich zbyt wysoko...



Sprawność urzędowania



Owce, gdy im obrzydły już wilcze napady
rozumiejąc, że coraz gorzej z niemi będzie,
postanowiły szukać na to rady
w urzędzie.

Niedola minie.
Wróg nas przestanie gryźć.
W tem sęk jedynie
leży,
gdzie tu należy
po sprawiedliwość iść?


*

„Po sprawiedliwość?“ — stary baran rzekł:
„Kiedy nas trapi wilcze ździerstwo,
jedyny lek
sprawiedliwości ministerstwo!“ —

Wchodzą owieczki. W milczeniu beztroskim
śpi groźny gmach.
Ach!
strach...
Cicho, jak zasiał makowskim...


Jedynie czuwa groźny
woźny:
„Czego?“

„Niebezpieczeństwo!“ rzekł baran „Kolego!
źle nas owczarki przed wilkami strzegą,
przychodzimy więc szukać tu sprawiedliwości..“

Jak się woźny nie rozzłości!
Jak nie wyjedzie na nie, jak to mówią, z pyskiem!
Jak nie ochrzci ich szpetnie paskudnem przezwiskiem!
„To tu idziecie? tu? Psia krew!
Od bezpieczeństwa — to jest M. S. Wew.
Czyś pan tu z księżyca spadł?“


*

Owieczki więc udały się na Nowy Świat.
Delegacja została przyjęta
przez samego referenta.
Rzekł im: „Wilk toczy dziś z Wami bój krwawy?
Leje się krew?
To nie obchodzi B. P. M. S. Wew.
Wojskowe sprawy!“


*

Poszły tam. „Wilki tępić? To głupie barany!
Nie dać się strzydz!
W najlepszym razie może zostać który
dekorowany.
Poza tem — nic!

Robią z was jatki?
Rzeź?
Mam was gdzieś!
Gagatki!

Drą z was, wilczury,
skóry?
Gdzie iść? Skarb. Wydział: podatki“.


*

Obeszły tak nieszczęsne
wszystkie ministerstwa,
skarżąc się na rabusiów
rozboje i zdzierstwa,
aż im ktoś, rad nierad,
łowiecki wskazał referat
w ministerstwie rolnictwa i państwowych dóbr...


*


Referent płakał jak bóbr.
„Owce!“ — rzekł — „w tym względzie
wydam grzmiące orędzie.
Urządzę polowanie
i żaden szkodnik żywym nie zostanie!
(Chyba na jakim urzędzie...)



Bajkopisarz i obrażeni



Smutny jest w naszej Polsce los bajkopisarza:
Po każdej bajce ktoś się na niego obraża.
Po każdej bajce dziesięć telefonów dzwoni:
„Czy osioł — to ja jestem?“ „Czy psy — to są oni?“
„Dlaczego w pańskiej bajce występuje Dziadek?“
„Czy mnie pan miał na myśli, pisząc słowo: „zadek“?..

Bajkopisarz, jak wiemy, używa symboli...
Lecz brak sprawiedliwości martwi go i boli:
gdy kto siebie poznaje w ośle albo świni,
niech siebie o to, a nie bajkopisa wini...




II.

NIE ŚWIĘCI GARNKI LEPIĄ...



Droga służbowa



Nie znaliby wielcy ni mali
co znaczą trwogi,
gdyby służbowej drogi
pilnie przestrzegali...

Jeśli ją ktoś pominie, —
zginie!

Mór, dzika wściekłość ognia i żelaza,
wojny, pożogi,
głód i zaraza,
redukcje, rozpacze, smutki —
to wszystko widome skutki
pomijania służbowej drogi...

Był chaos. Świat ginął w zamęcie...
Dokoła ciemność gościła złowroga,
jakby przekleństwo losu...
Wówczas z chaosu
na firmamencie
powstała pierwsza mleczna służbowa droga.


W urzędowania dalszym toku
zrodziły mgławice
w mroku
wyższe instancje Światła — promieniste słońca,
gwiazd mnogość bez końca,
niższe instancje — planety,
podróżujące służbowo komety
i referentów — księżyce...

Od tego czasu dużo upłynęło lat,
powstali ludzie i zmienił się świat.
W prochy runęły przeszłości posągi —
Pyłem nie jeden stał się miecz...
Stuleci złośliwość sroga
niejedną zburzyła rzecz,
ale służbowa droga
obowiązuje dziś tak, jak i ongi...


*

Po tym wstępie do rzeczy przechodzę
i zwolennikom bajek
opowiem bajkę o służbowej drodze
o kurze i niesieniu jajek.

Była raz kura,
która,
jak głosi wieść,
pragnęła jajko znieść...


Chce jajko znieść w oborze
na sianie,
ale nie może,
bo groźnie patrząc na nią, ryczy krowa:
„Co znaczy to gdakanie?
A gdzie droga służbowa?“
Nie może znieść nieboga,
bo gdzież tu służbowa droga?

Więc pytanie
zadaje,
do kogo
iść, aby być w porządku ze służbową drogą,
a jednocześnie znieść jaje?..

Krowa powiada:
To trudna rada!
Służbowa droga — to nie są przelewki!
to w regulaminie przecież, jak wół, stoi!..
Z odnośnym referatem udaj się do dziewki,
która mię, że się tak wyrażę, doi...
Od dziewki, co ma przydział do mlecznego skopka
idź do wyższej instancji, kuro, do parobka.
Od parobka do pisarza
(niechaj cię to nie przeraża!)
od pisarza do dziedzica,
który dzierży w ręku wieś,
gdy pozwoli — jajko znieś!“


Kura widzi: nie przelewki!
Z referatem mknie do dziewki,
która ma przydział do skopka,
a w wolnych chwilach kury skrzętnie maca...
(Żadna nie hańbi praca!..)
Od dziewki mknie do parobka,
który
jest tem dla dziewki, czem dziewka dla kury...
Od parobka do pisarza
kwoczka nasza nareszcie zjawić się odważa..
Od pisarza — do dziedzica,
który ją wreszcie audjencją zaszczyca
i przyjmuje — marszcząc lica...

Kokosza argumentów całą moc podaje,
„w przedmiocie“ wniosku, że trzeba znieść jaje.
„Bajka bajką,
ale ja muszę znieść jajko!“

„Ilość argumentów suta. —
rzekł Dziedzic — tak, to prawda, droga kuro...
Lecz... (by wniosek podpisać już bierze za pióro),
lecz... czyś już uzyskała parafę.. koguta?
Nie masz jej? Więc służbową śmiesz pomijać drogę?
Bez parafy koguta — zatwierdzić nie mogę!..“



Nie święci garnki lepią...



„Nie święci garnki lepią“,
czytelnicy mili.
Nie święci to przysłowia
również ulepili.
Ulepili zaś je po to,
aby tryumfowało
nieuctwo z głupotą...


*

Obywatelu! Przezornie się chroń
od takich przysłów zdradliwej tendencji:
wkładają one w rękę
broń
niekompetencji.

Wypadłeś sroce z pod ogona.
To znakomicie!
Błogosław życie!
Przyszłość twoja ustalona.
Jesteś fachowiec?
A toś pechowiec!
Masz fach?
Szukaj posady we łzach!


Spójrz, co się dokoła święci:
garnków nie lepią święci.


*

Przysłowiem tem nie bez racji
urzędnicy powagę swą krzepią:
„Co? brak
nam
kwalifikacji?
To kłam!
Wszak
nie święci garnki lepią..“


*

Obce ci ministerstwo wali się na barki,
otrzymujesz — że tak rzekę —
niefachowcze fachową tekę —
wierz:
śpiesz!
bierz!
Nie święci przecież lepią garnki.
Na garnkach znają się nawet kucharki.


*

Pastuch — analfabeta,
tylko patrzeć do Sejmu się wkręci.

Nie będzie śmiał? „Gdzie ta!
Abo to garki lepią święci?“
Już siedzi, już się „rozpiro“,
już po ministerstwach się kręci,
już „popiro“.
Po dyecie
tkwi w bufecie.
Rozgląda się dokoła:
i to nęci i to nęci...
pożera, popija —
czy podoła?
Już pyta woźnych: „Gdzie tu je stodoła?“
Garnków nie lepią święci.


*

Naopak wszystko u nas dziś w Polsce się dzieje.
O, jakże inne były dawne, dobre czasy!
Hulali kołodzieje — hulają złodzieje,
Nie popuszczają paska — popuszczali pasy.

Dziś, gdy Polska znów wolna szeroko zakwita,
dobrze o zapomnianej przypomnieć dewizie:
„Pilnuj szewcze kopyta“, bo Rzeczpospolita,
zamiast iść naprzód, jak rak ku tyłowi „lizie“.


Ale u nas na szewców jest ogromny popyt:
w literaturze, w biurze — mamy ich do syta!
I dlatego pilnują wszystkiego — prócz kopyt,
aż stąd Rzeczpospolita wyciągnie kopyta...


*

Zaznaczyć tu się odważę
jedynie dla pamięci:
garnków nie lepią święci,
to prawda, — ale garncarze.



Uzgadnianie



Wśród zwierząt i wśród ludzi różne bywa zdanie:
do jego uzgodnienia służy „uzgadnianie”.
Kiedy kto się wszystkich radzi,
to mu nigdy nie zawadzi

Było wprawdzie wśród rosjan przysłowie utarte,
iż rozum jeden — dobry, dwa — gorsze o wiele,
a trzy — mili przyjaciele —
to już całkiem djabła warte...
Lecz u nas wszyscy są innego zdania:
stąd konieczność uzgadniania.

(W ten sposób
moc osób
odpowiedzialność zwala dziś ze siebie
na ziemi, w czyśćcu, w biurze, oraz w niebie.)


*

Dziki zwierz dziś przejmuje się ludzkim przykładem.
Wilk zanim pożre barana,
już idąc jego śladem

i myśląc o zbrodni,
zastanawia się nad tem, z kim akta uzgodni...
Czy o parafę poprosi brytana?

Lis, gdy mu się nawinie apetyczna kura,
chociaż mu z głodu gra marsza żołądek,
oświadcza: „Przedewszystkiem — służbowy porządek,
Bierzmy się najpierw do pióra!”
I systematyczne zwierzę
tak się bierze do pióra, że aż lecą pierze.


*

Kot, bestja dzika,
kiedy mu chętka przyjdzie na słowika,
musi dziś (ryzykując nawet łupu stratę)
uzyskać kontrasygnatę
trzech właściwych ministerstw, trzech departamentów,
trzech odnośnych wydziałów i trzech referentów.

Zanim więc prośba biednego kociska
kontrasygnaty powyższe uzyska
z opinją o słowiku kultury i sztuki, —
słowik w czasie uzgadniania
za morze dawno poleci
i wróci, i będzie miał dzieci,
wnuki, prawnuki, potem praprawnuki,

a petent będzie musiał zaczynać starania
drogą służbową
na nowo.

*


Kiedy za morze zechcą odlecieć bociany
na urlop wypoczynkowy
ku gorącej, słonecznej krainie Etjopów,
sam minister jedynie jest dziś powołany
do udzielania urlopów
(chociażby urlop miał być jednodniowy).

Każdy ptak,
którego szlak
zmierza do ciepłych krain — drogi panie —
musi pisemne „przedłożyć“ podanie,
że to niby tak, a tak..
A potem chodzić bez względu
na stanowisko
i na nazwisko,
od urzędu do urzędu.

Gdy formalności ukończą się, zima
przeminie,
a starający się o odlot ptak
chłody przetrzyma

w ojczystej krainie,
z wyjątkiem tych nieszczęsnych śpiewaków jedynie,
których, podczas „uzgadniań“ różnych, trafi szlag.


*

Słuchacze mili!
Nawet psiak,
chociaż go nakaz przyrodzony pili,
musi służbową zachowywać drogę:
wpierw zapytać Ministra — potem podnieść nogę.



Słońce i ludzie



I.

Gdy upał się piekielny nad miastem rozżarzy
w letnie południa gorące,
płonące,
jakże jest miło na plaży...
(Nie byłeś? Szkoda.)
Słońce i woda.
Woda i słońce.

Rzeka
orzeźwiająca
w blaskach owego słońca
szybko ucieka,
kusząca...

Policjant stoi na straży.
A skutek ztąd:
gdy komu utonąć się zdarzy
idzie pod sąd!
„Surowo wzbrania się tonąć,
pod wodą ginąć. —

Za władzy nadzorczej zgodą
najwyżej wolno dać nurka
i nie wypłynąć...“

Piaszczysty brzeg
pełen jest ludzkich ciał.
Kto się opalić chciał,
ten na nim legł.

Jakżeż jest brzydki
człowieczy ród!
Ten brzuch!
te łydki!
uch!
rozmiar tych ud!
Ta pierś na miarę więcej, niż Fidjasza,
przestrasza...



II.

Paskarz nawet na piasku
myśli o pasku.
Wchodzi odważnie w wód tonie,
bo co ma wisieć, to nie
utonie.


Izraelita,
choć za swoje pieniądze do rzeki „lizie“,
trwożliwie pyta,
czy ta
woda nie gryzie?

Pijak
strasznie się nudzi,
z wejściem do wody marudzi
tęskni nad wodą do wódzi...



III.

Słońce,
z natury
istota poetyczna oraz marzycielska
widząc te brzydkie cielska
ryczałtem się grzejące,
ukryło twarz za chmury...

„Co? taki widok mieć?
Dziękuje wam serdecznie!
Nie będę świecić.
Niech noc trwa wiecznie“.

Minął pogody czas.
Nastały pluchy.

Zniknęły z plaży
opasłe brzuchy.

Nie zalśni słońca blask,
jako za dawnych czasów.
Boi się Słońce
ujrzeć golasów...



IV.

Słońce wolności, cierpliwszej natury,
obywateli
oczy weseli
i nie przestaje lśnić...

Marsz do kąpieli,
brudy zmyć!
Inaczej skryje się za chmury...



Tonąca królewna



Starożytna japońska baśń nam opowiada
o tonącej w odmęcie fal córce mikada.
By nie popełnić grzechu przeciw etykiecie
nie mogli jej ratować rycerze ni kmiecie,
bowiem tylko dostojnik co rządzi i włada
może bezkarnie ręką tknąć córkę mikada...

A gdy tłum próżno szukał takiego, co godny
uratować królewnę, ją wir porwał wodny...
I, choć wszyscy na brzegu nieść jej pomoc chcieli,
zginęła, nieszczęśliwa, w otchłannej topieli...




III.

I W PARYŻU NIE ZROBISZ Z POSŁA
RYŻU...

(Bajki poselskie).



Interwencja osła



Wobec groźnej sytuacji
zwierzęta postanowiły
wziąć się ostro do sanacji
w polu i kniei...
„Dość mamy nadużyć wszędzie
i złodziei
na urzędzie.
Czas wielki łeb ukręcić leśnej biurokracji“.

„Taki wilk — rabuś — powiada, że zbiera,
cholera,
podatki,
a w samej rzeczy pożera
owce, gęsi i świnie. Dosyć już tej jatki...“

„Taki lis — chytry Mykita —
bestja przebiegła i śmiała,
kiedy ci zająca schwyta,
mówi, że służbowo działa...
że zając... skakał... w zabronionym czasie,
że się nie zameldował jeszcze w chorych kasie
i że za to — według artykułu prawa —
będzie wpierw z niego strawa, no a potem sprawa“


„Niema władzy, niema praw...
Same udręki...
Brak silnej ręki...
Gdy kogo skarzą — to traf“.
„Nawet kuna, nawet tchórz
staje się śmiałkiem...
Bezkarnie całkiem
porywa, dusi — i już“.

Rzekł pies: „Chociaż przysłowie głosi, że psie głosy
nie idą pod niebiosy,
jedno wam powiem
jedno bowiem
wiem:
sytuacja jest pod psem...“

Śród leśnych zwierząt powstał szloch:
te — „Ach...“ — wołają, tamte — „Och...“
„Zginął żubr...
Ginie bóbr...
Zginie łoś...
Poradzić trzeba coś...“

„Ale co? — bóbr płaczliwie rzekł... „Namysłu chwilka...
Nosił wilk razy kilka — ponieśmy dziś wilka“.
„Dobrze, dobrze,
mości bobrze...“


Wszyscy chcą wilka ukarać za zbrodnie.
Pomstują przeciw niemu zgodnie
jeleń, łoś, dzik i sarna
i ryś, którego owiał duch z Locarna,
i lis, co zwolnił kury ze swej kurateli,
byle go kuratorem kur obrać zechcieli...

Wszystko poszłoby bardzo gładko, gdyby
z wiejskiej sadyby
nie nadszedł Osioł ze swą interwencją:
„Witaj, witaj ekscelencjo“,
rzekł jeleń, łoś, dzik i sarna
i ryś, którego owiał duch z Locarna,
i lis, co zwolnił kury ze swej kurateli,
byle go kuratorem kur obrać zechcieli...

Osioł rzekł: „Choć wilk sytym nie bywa przez posły,
może być sytym przez osły.
Proszę was zatem poufnie... prywatnie...
osobiście...
abyście...
zważyli wilka pewne wartości dodatnie..
Mówię to całkiem prywatnie:
pewne wartości dodatnie...“

Z racji
takiej interwencji,

bojąc się interpelacji
obiecał oślej ekscelencji
patrzeć na wilka postępki przez szpary
i jeleń stary,
i łoś, i dzik, i sarna
i ryś, który zapomniał o duchu z Locarna,
i lis,
co znowu kury po dawnemu gryzł...



Wstać czy siedzieć?



A jednak Wiejski Człowiek czasami coś działa!


*

Narady rozpoczęły wszystkie części ciała,
co robić, skoro odezwie się głowa?
To trzeba wiedzieć!
Sytuacja całkiem nowa!
Wstawać — czy siedzieć?


*

„Głowie trzeba cześć oddawać“ —
rzekło Serce.
„Zbyt długo Głowa w Polsce była w poniewierce.
Skoro się odezwie — wstawać!“


*

Rzekł Nos: „Źle na świecie słychać,
mojem zdaniem.
Nic się tu nie pomoże siedzeniem czy staniem.
Na Wiejskiej jedna rada tylko: Nie oddychać.


Nie wiem czy zespół Wiejski obraża sumienie:
wiem jedno, że obraża moje powonienie.
A zresztą, niech się w sprawie tych odorów
wypowie Konwent seniorów“...


*

Język rzekł: „Wiecie wszyscy: kolor mój czerwony.
Bywam biały jednakże, gdym jest obłożony,
to znaczy, gdy się objem zadużo delicji
w czasie kolacji albo koalicji...
............
Pytacie mię o zdanie:
siadanie czy wstanie?
Przyszłości pod tym względem łatwo się dowiedzieć!
gdy cały lud powstanie — możni będą siedzieć“.


*

Wątroba
przerwała tak:
„A bodaj was trafił szlag!
Choroba!...
Cóż wielkiego owa
Głowa?
Kto niema miedzi,
psia jego mać,
nie będzie stać —
siedzi!“


*

Pozwoliwszy się wszystkim do woli wygadać
odezwała się pewna część, co zwykła siadać:
„Pyskujecie, że aż strach,
a siadanie — czyj to fach?
Serce, Nosie, Języku, Wątrobo — odpowiedz,
kto tu z nas wszystkich fachowiec?
Więc mię pocałuj ładnie, kłótliwy narodzie,
i rzecz rozstrzygnijmy w zgodzie...
Jak? chcecie wiedzieć?
Jeśli ktoś będzie siedzieć — to ja będę siedzieć!“



Posłaniec i Poseł



Przyjął się dawniej taki podział kompetencji:
Poseł był od gadania, nie od interwencji
Choć zawsze na dyecie — miał dobry posiłek,
Posłaniec zaś na mieście służył do posyłek.

Dziś się stosunki nieco zmieniły, niestety.
Poseł wprawdzie nie wyrzekł się dawnej dyety
Lecz go w obstrukcję wpędził nadmierny posiłek,
Ażeby się jej pozbyć — wziął się do posyłek.

Posłaniec smutnie duma na rogu ulicy.
Poseł nosi posyłki po całej stolicy.
Ktoś coś przeskrobał? Jakaś afera doniosła?
Cóż pomógłby posłaniec? Posyła się posła.

Posyła się, by deptał natrętnie po piętach
Po ministerstwach różnych i departamentach,
Aby interweniował i groził w urzędzie,
Aż wreszcie prośba jego uwzględniona będzie.

Gdy suwereny robią to co sutereny,
Jedna rzecz pozostaje sporną: kwestja ceny.
Mamy prawo zapytać narodu wybrańców,
czy przynajmiej trzymają się taksy posłańców?



Klacze zarodowe i Sejm



Sejm, który koi wszystkie narodu rozpacze
pod swoją wziął opiekę zarodowe klacze.
„Niechaj nie znają troski szlachetne zwierzęta.
Nasza w tem głowa, aby rodziły źrebięta.
Musimy ich zachęcać do tego rzemiosła..
Niech wiedzą, jak wydajna bywa pomoc posła“

Widząc, że stary ogier płacze żałościwie,
„Czemu łkasz“? stary poseł spytał go w podziwie...
„Ja dawniej obdarzałem źrebiętami klacze,
rzekł ogier — dziś nie mogę i dlatego płaczę.
Co do niektórych posłów mam przytem skrupuły,
że klacze pod opieką ich — urodzą muły“.



Złote myśli o posłach
(Trochę mitologji)



Zbyt często się Rodaków moich w czambuł gani,
że posłowie są przez nich niemądrze wybrani...

Niezawsze mądrze posłów swoich wybierały
nawet Bóstwa, które świat ongi wielbił cały.
Skrzydlaty Amor słodkim był posłem Wenery,
posłem z listy miłosnej z okręgu Cythery...
Strzela z łuku prawicą, płomień na lewicy
w sercu rozpalał poseł ów różanolicy.
Gdy mówił, to nie było mowy o obstrukcji:
mogła być tylko mowa o stroju redukcji!
A kiedy w sprawie Centrum zrobił propozycję,
wówczas najzacieklejszą zwalczał opozycję!

A Zeus? Chociaż brzmi to, jak ironja sroga,
Zeus, którego mądrość cały świat przerosła,
kogóż ten Zeus stale wybierał na posła?
Merkurego — dojlidziarzy[2] boga...




IV.

ŚLIMAK, ŚLIMAK POKAŻ ROGI...

(Bajki urzędnicze).



Referent w niebie



Pewien referent, gdy go śmierć zredukowała
w czasie pozasłużbowym, pozbywszy się ciała
poszedł prosto do nieba... W prezydjum niebiosów
oczarowany chórem archanielskich głosów,
widząc światłość i błękit i wesele wszędzie,
pytał, przy jakiem biurku urzędować będzie?

Choć jednak święci byli z pośród różnych ludów,
chociaż święci, jak wiemy, zdolni są do cudów,
lecz zwołana ze wszystkich stron elita święta
nie rozumiała wcale mowy referenta,
bowiem ten w urzędowym przemawiał języku
urgując, anulując przedaktów bez liku...

Rzekł Pan, który to okiem miłosiernem widział:
„Zostań, gdy już koniecznie chcesz mieć w niebie przydział.
Powiedz mi, czego pragniesz — a wraz to się stanie“,
Referent odparł na to: „Litościwy Panie!
Niechaj to sprawi łaska Twoja wszechmogąca,
by rok się składał z samych pierwszych dni miesiąca!“.



Referent w piekle



Że w biurku swem zbyt długo trzymał pod bibułą
urzędowe kawałki, że to życie truło
setkom obywateli, że siedząc w urzędzie
mówił interesantom: „jak się da, to będzie“. —
Szatan zredukowawszy go na tym padole
okólnikiem djabelskim dał mu przydział w smole...

Przybył biedny referent do piekielnej bramy.
Wita licznych kolegów: „No cóż? Jak się mamy?“
Gdzie spojrzy zatrudnionych widzi wszędzie czortów,
co dręczą urzędników przeróżnych resortów.
Powietrze drży od przekleństw, krzyków i anatem...
Zgrzytanie zębów przecież jest też referatem!

Rzekł Lucyper siedzący na tronie ponuro:
„Widzę, że moje piekło zmieniło się w biuro.
Życie staje się tutaj naprawdę nieznośne.
A ten przedziwny język! Te sprawy „odnośne“!
Te urgensy w przedmiocie przedaktu! Ten dziki
język! Te przedłożonej sprawy załączniki!“


Tu dodał, potoczywszy wkoło wzrokiem wściekle:
„Nawet ja nie wytrzymam w tak piekielnym piekle.
Podam się do dymisji... Niech moi szatani
rozpoczną likwidację „w przedmiocie“ otchłani...
Niechaj spieniężą smołę i widły sprzedadzą...
Zbyt czarne są dziś typy, by je czernić sadzą,..
Zamiast grzeszników smażyć w siarczanym ukropie
urzędując w mym piekle — marzę o urlopie!“



Bajka o zerze



Rzekło nadęte zero: „Mam dziś wpływ szalony.
z setek czynię tysiące, z tysięcy miljony
a z miljonów miljardy.
Dla wszystkich pełnem wzgardy“.
Któraś z cyfr zapytała: „Lecz cóż z władzy twojej
gdy nikt przed tobą nie stoi“?
Do zer, szanowny radco, w społeczeństwie zdrowym
Chodzi się z interesem — ale nie państwowymi!



Dwa grzyby



Psi grzybek per „ty“ zwraca się do borowika.
Ten go wreszcie upomniał: „Niech mię waść nie tyka.
Chociaż urzędujemy wśród boru jednego
różnimy się cokolwiek, szanowny Kolego!
Mnie ożywia dekretem deszczu strop niebieski,
ciebie zaś parafują — pospolite pieski“...



Ślimak, ślimak pokaż rogi...
  (Bajeczka o dodatku mieszkaniowym)



Żalił się mały ślimak: „Gdy wypuszczam rogi,
dzieci mi jeden grosik dają na pierogi.
Rzekł Urzędnik: „nie bluźnij, ślimaku, gdyż tanie
na własnym grzbiecie dźwigasz, szczęśliwcze, mieszkanie...
Mnie gorzej pod tym względem los doświadcza srogi.
Dodatek mi nie starczy nawet na pierogi...“
Ślimak na to mu odparł: „No, to pokaż rogi...“




V.

W PIĘTĘ MIERZYŁ...

(Bajki o sprawiedliwości).



Skarga oskarżonej
  (Bajka o sprawiedliwości)



Skarżyła się dziecięca pewna część ciała,
że ją natura srodze sponiewierała,
„Los już tak zrządził głupi;
Gdy co rączka uczyni
albo buzia zawini, —
na mnie się zawsze skrupi.

Kiedy języczek mówi — co nie przystoi,
kiedy rączka niegrzeczna psoci i broi,
mnie, nieszczęsnej sierocie
żyjącej w cichej cnocie,
Tatuś albo Mamusia skórę wyłoi.“

Po tych słowach westchnęła: „Smutne jest życie.“
A gdy się rozpłakała — znów było bicie...
Za to, że buzia mała
najpierw nie zawołała,
srogie cięgi dostała
pewna część ciała...



Chleb i szabla
(trawestacja z Krasickiego)



Chleb przy szabli gdy leżał, oręż mu powiedział:
„Szanowałbyś mię bardziej, gdybyś o tem wiedział,
jak ja na to pracuję i wieczór i rano,
żeby twoich bezpiecznie darów używano...
Dzięki mnie jest ci w naszym kraju, jako w raju“.
A chleb odparł mu: „Baju, baju, będziesz... w maju“.



Słowik i osioł



Pytano się raz Osła-Krytyka,
czy lubi śpiew liryka-Słowika?

„Ażebym krytykować mógł słowicze śpiewy“,
rzekł Osioł, „muszę przedewszystkiem wiedzieć,
czy śpiewając Słowik woli siedzieć
na gałęzi prawej, czy na lewej?...“



Chiński mędrzec i jego uczniowie
(Bajka o śmierci)



Chiński mędrzec oświadczył, że nie życzy sobie,
ażeby go po śmierci pochowano w grobie...
„Mistrzu!“, rzekli uczniowie, „ozdobo nauki!
Czyż chcesz, aby twe zwłoki żarły psy i kruki?“

„Dosyć już partyjnictwa“, odparł im uczony,
„Czemu to upośledzić chcecie psy i wrony?
Czemu to wam zależy, aby w moim ścierwie
znalazły żer jedynie robaki i czerwie?
Ze szkodą psów, przyjaciół ludzi, oraz ptactwa
zbyt popieracie brzydką zachłanność robactwa“.



Jak kto w Ciebie kamieniem...



Jak kto w ciebie kamieniem,
to ty w niego chlebem.
On to przypłaci piekłem,
ty — w nagrodę — niebem.

Twardym bochenkiem chleba
z najczystszym sumieniem
można zaś ubić chłopa
tak, jak i kamieniem.




VI.

NIE KŁADŹ PALCA MIĘDZY DRZWI...

(Bajki miłosne).



Fujarka i Bęben
(Bajka o miłości)



Muzyczne instrumenty
wiodły raz spór zawzięty,
który z nich jest najmilszy... Fujareczka tkliwa
tak się odzywa:
„Przy moich dźwiękach miłują się parki
pasterek i czułych pasterzy“...
Rzekł Bęben: „Mnie się palma pierwszeństwa należy:
Milej jest robić bębny, niż kręcić fujarki...



Gąski i gąsiory



Na łące raz zawrzała dyskusja zażarta,
czy gąsior jest wart więcej, czy gęś więcej warta.
Gęsi chwalą swój rozum i czary uroku,
gęsiory — wielkie męstwo...
Rzekł na to ktoś z boku:
„Wszystko jest względne. Wszystko ma swoje walory.
Dobre są młode gąski i stare gąsiory.
Puste gąski kochamy w swej młodości porze.
Starość milej spędzamy przy pełnym gąsiorze.



Bajki wielkanocne



I. DZIWY WIELKANOCNE
(Zamiast wstępu)

Człowiek najbardziej smutny czoło ma bez chmurki,
kiedy go Święconego urzekną powaby...
Staje się muzykalnym — i lubi mazurki...
Staje się romantycznym — i zerka na baby...
Choćby pycha i buta była mu ojczyzną
z usposobieniem dumnem i zawadjackiem
decyduje się głowę ugiąć przed głowizną,
albo niesmacznym plackiem paść przed smacznym plackiem...
W świątecznej chwili, kiedy kiełbasa się tuli
w kochającym uścisku do święconych jajek
i my się uściśnijmy, Czytelnicy czuli!
A za to Wam opowiem kilka nowych bajek...



II. PLACEK I STRUCLA
(Bajka o miłości)

Raz nadziewanej strucli prawił komplementy
słodki placek jej wonią i krasą ujęty:

„Jaką masz cudną kibić, jaką boską talję...
I pomyśleć, że w środku masz — same bakalje!
Śród ciast któż takie cudo ujrzeć się spodziewał!
O jakżeż ten szczęśliwy, kto Ciebie nadziewał!!“
Rzekła strucla: „Choć wygląd mój masz w dużej cenie,
najsmaczniejszą jest we mnie rzeczą, ach! nadzienie...
Chwalisz me apetyczne wdzięki? Dobrze: chwal je...
Lecz sam rzekłeś: jedynie w środku mam bakalje“...



II.[3] STARUSZEK I BABA
(Bajka o starości)

Był staruszek, choć bardzo zgrzybiały i słaby,
lecz skoro tylko dorwał się do jakiej baby,
nie pozostawiał po niej ani okruszynki,
najmniejsze pożarł rodzynki...
Próżno go ostrzegała żona jego stara,
próżno go od łakomstwa powstrzymać się stara
Staruszek jadł niepomny na ów głos niewieści,
aż biedak dostał boleści.
Stąd morał, gdy się starym już jest jak baobab,
nie należy brać się do bab...



IV. KIEŁBASA I JAJA.
(Bajka o skromności)

Pytały się kiełbasy wielkanocne jajka,
czy i o nich świąteczna ukaże się bajka?
Rzekła kiełbasa: „Choćby to było dowcipnie,
jeszcze bajkopisarza skusi jakie licho
i znów dwuznacznikami jakiemi nam sypnie...
Lepiej już niech będzie cicho...“



Gołąbeczki
(Bajka sentymentalna)



Kochał się w gołąbce małej
gołąbeczek śnieżnopióry.
Ulatywał ze swą lubą
hen — w słonecznych nieb lazury.

Upajały go zachwytem
czarodziejskich chwil słodycze,
gdy mógł gruchać o miłości
do swej śnieżnej Beatrycze.

Rzekł jej raz: „Różanodzioba!
Życie mi bez ciebie zbrzydło...
Powiedz mi, ach powiedz, zali
mogę prosić cię o skrzydło...?“

Gołąbeczka na to: „Luby,
wiesz, że wspólnie się kochamy,
lecz co się małżeństwa tyczy,
nie mnie pytaj, ale mamy.“


Mama rzekła! „Nie pozwolę.“
Próżno ją gołąbek błaga;
„Będę wiernym aż do śmierci...“
Mama na to z gniewem: „Blaga.“

„Ród nasz od gołębia z arki
wywodzi się w prostej linji...
Moja córka, drogi panie,
mezaljansu nie uczyni.

Po jej skrzydła konkurentów
śród hajlajfu pełno wokół.
Słodko zerka ku niej jastrząb,
o niej marzy nawet sokół.“

Nasz gołąbek na te słowa
bardzo, bardzo się zasmucił
i uleciał pod niebiosa
i już nigdy nie powrócił.

I już nigdy nie pomyślał
o swojej niedoszłej żonie
i z rozpaczy w Monte-Carlo
poległ na tiropiżonie...



Złota rybka
(Bajka liryczna)


I.

W cichym stawie, gdzie mrok gości,
zjawiła się rybka mała,
która jedna śród szarości
szczerem złotem migotała.

Skąd przybyła? z jakiej strony?
Różnie powiadają o tem...
Gdy przybyła — staw uśpiony
rozjaśniła szczerem złotem.

I dziwiły się szczupaki
i drzemiące liny w ile,
„Kto to taki, kto to taki,
który światła niesie tyle?“



II.

Był karp jeden. Choć leniwe
są z natury wszystkie karpie
on w swem sercu poczuł miłość,
co jestestwem całem szarpie...


W żyłach mu krew zimna, rybia
zagrała gorącem tętnem.
A choć ryby są bezgłose
on z westchnieniem rzekł namiętnem:

„Rybko! na twój widok złoty
głos zyskałem... Kocham czule,
Łaknę, jasna, twej pieszczoty...
Śnię o tobie w szarym mule...

Tyś tu wniosła słońca promień,
słońca radość.. Rybko, te twe
blaski złote mię urzekły.
Błagam ciebie.. o twą płetwę“.

Rybka rzekła: „Karp na szaro
wcale nie jest w moim guście.
Mam dziś schadzkę z jednym rakiem
nieborakiem przy upuście...

Raka kocham. On mi daje
upominki i prezenty...“
Karp pozostał z bólu — niemy...
I wypłynął wkrótce — śnięty...



III.

Była wiosna... Toń radosna...
Zapach mięty... Żab rechoty..,

Promieniała rybka mała,
jak cud złoty, jak klejnoty...

Czekał na nią rak — kochanek
mchem zielonym obrośnięty...
Podał w szczypcach swojej lubej
ścięte kwiecie wodnej mięty.

Rybka rzekła: „Schowaj dary.
Nie jest mi to wcale miłem
mieć kochanka zacofańca,
który zawsze chodzi tyłem...

Jestem bardzo postępowa.
Skoro staniesz się czerwony
na półmisku — wówczas zyskasz
miłość rybki twej wyśnionej...

Odpłynęła, jak zjawisko,
Rak załamał z bólu kleszcze...
Łamał kleszcze na dzień drugi,
łamał i na trzeci jeszcze...



IV.

Żył w sadzawce wdzięczny tryton,
który umiał tysiąc bajek...
Miast fujarki na dżdżownicy
grywał pieśni wodny grajek.


Grał o wiośnie, co sadzawkę
napełniała żab rechotem,
i o rybce, co staw szary
rozjaśniała szczerem złotem...

„Złota rybko, śliczna rybko!
Czas nieczuły chyżo leci...
Czas nieczuły leci szybko.
Rybak rzuca zdradne sieci...

Pogardziłaś sercem karpia,
dałaś kosza i rakowi...
Jest na brzegu rybak młody,
który w sieci ryby łowi..”



V.

Przestraszyła się pogróżki
lekkomyślna rybka miła
i zakochać się na dobre
póki czas postanowiła...

Każdy w stawie o niej marzy...
Każdy w stawie o niej roi,
za wyjątkiem małża, który
śpi ukryty w muszli swojej...

Zakochała się w nim rybka...
A on o tem nic nie wiedział,
nic nie wiedział o swem szczęściu
i ukryty w mule siedział.

W szarym stawie, w mętnej wodzie
była złota rybka mała,
co się w muszli nieruchomej
i nieczułej zakochała...




VII.

NIE MIAŁA BABA (SYRENA)[4]
KŁOPOTU...

(Bajki warszawskie).



Ojciec Miasta



Martwił się ojciec miasta nad zrządzeniem losu,
żałując ryb i dzieci, że nie mają głosu.
Pomyślała z ryb jedna z wody wynurzona:
przy takim, toby głosu nie miała i żona...



Magistrat i Król Batory



Magistrackie matadory
przezwały Aleję Szucha
twojem imieniem, Batory...
(Magistrat chciał sympatję wyrazić Ci tem,
bo Ty — byłeś pod Pskowem, a on — jest pod psem...)

Rodzina Szucha w prośby, aby dawne miano
Alei znowu przyznano...
Magistrat prośby tej słucha
i nazwę ulicy zmienia...

A mając wyrzuty sumienia
i ciesząc się w narodzie olbrzymim posłuchem
obmyśla coś bardzo mądrego:
nakazuje, by odtąd króla Batorego
także przezwać królem Szuchem...



Bajeczka o czekaniu



Czekał i czekał tramwaj widząc, że na torze
robotnicy w olbrzymiej grzebali się norze...
Czekali robotnicy, warszawskim zwyczajem,
nie mogąc rozkopywać toru — przed tramwajem...
Na ulicy dokoła zaś publiczność cała
patrząc na robotników stała i — czekała...

W Syrenim grodzie smutne jest życie człowieka,
zwłaszcza, jeżeli czeka na kogoś, kto czeka...
Ten zaś od szczęścia jeszcze bardziej jest daleki,
kto czeka na takiego, co czeka na czeki...



Pochwała pleców



Kłóciły się ze sobą ciała różne części,
o to, której najlepiej w Warszawie się szczęści.
Głowy są na to, aby nosić kapelusze,
Dzwony mają serduszka, a żelazka dusze...

Rzekły usta: „Gdy mieszkasz w Warszawie, nieboże,
bez głowy możesz posiąść najwyższe urzędy,
bez serca możesz zyskać dostojników względy,
Lecz jeśli pleców nie masz, — nic ci nie pomoże“.




VIII.

PAN STRZELA, A CHŁOP KULE NOSI...[4]

(Bajki myśliwskie).



Błotne ptactwo

Dzika kaczka pytała raz swojej krewniaczki,
dziennikarskiej kaczki,
na porannym zlocie:
„Co nowego słychać w błocie?“
Wtem zjawia się myśliwy. Strzela. Zdobycz zbiera:
po kaczkę dziką posłał aportera,
po kaczkę dziennikarską posłał reportera...
Miłe jest polowanie na błocie... Niestety
w tego rodzaju łowach — częste rykoszety...
Nieraz łowiec, któremu się tryumfy marzą,
powraca do redakcji z opuchniętą twarzą.




Cietrzewie
(Parabola o zgodzie).

Dwa polskie (lecz odmiennych przekonań) cietrzewie
tak się zacietrzewiły raz w gwałtownym gniewie,
że strzelec obcy widząc spór, co się rozsrożył
strzelił z budki — i oba je trupem położył.
Kiedy będziemy zgodni — ominą nas smutki.
Gdy będziemy się czubić — ustrzelą nas z budki.
Zwłaszcza się wyróżniamy we wzajemnym gniewie
my, poeci, co mamy liry — jak cietrzewie...



Baba i zając


Martwiła się raz baba do domu wracając,
że jej drogę przeleciał (zła to wróżba) zając.
Zając zaś stokroć większą uczuł w sercu trwogę
mówiąc: „Zła wróżba, bo mi baba przeszła drogę“.




Szczęśliwy kozioł
(Parabola o radości życia)


Pysznił się kozioł: „Nie znam lęku ani grozy.
Cieszę się nawet wówczas — gdy idę do kozy.
Nawet fakt, że mam rogi, zmartwić mię nie może...
Nawet gdy beczę — jestem w wybornym humorze“...




Zając


Skarżył się szarak w wielce żałosnej przemowie,
że dziś nic o zwierzynie nie myślą posłowie...
Kiedy tak na biadaniu próżnem czas swój trawił,
wpadł w sidło, które poseł pod lasem zastawił...




IX.

KRUK KRUKOWI...

(Bajki prasowe).



Mądry i głupi


Pytał głupi mądrego, na co rozum zda się?
„Na to, aby nie wierzyć żadnym wieściom w prasie[5]
i aby jednocześnie zgarnąć grosza masy
za wiadomości owe, dawane do prasy“.




Pióro i Atrament


Straszna kłótnia, srogi zamęt!..
Za łby się biorą Pióro i Atrament...
Czyja wina, że na Papierze
głupstw się teraz tyle bierze?

„Tyś winien“, woła Pióro, „tyś te głupstwa zrodził!“[5]
Atrament zaś: „Tyś winne — bo któż mną przewodził!“

A Człowiek, który całą spowodował kłótnię,
zacierał tylko ręce rad z siebie okrutnie...



Prasa i zwierzęta



I

Kochany czytelniku! wierz,
nadejdą czasy,
iż nawet dziki zwierz
korzystać będzie z dobrodziejstwa prasy.

Wilk, lis czy ryś,
niedźwiedź, a nawet zając,
pisma czytając
mędrszym się stanie, niż dziś.

Drapieżny życia tryb
zmieni i będzie czuły
czytując artykuły
sentymentalnych skryb.

Wilk, który dziś się pasie
rżnąc nieszczęśliwe barany,
w ów dzień zaczarowany
poprostu zerżnie je w prasie.


Rudy Mykita, który
gnębi dziś kury, —
przeciwko nim ułoży złośliwe pamflety
do którejkolwiek gazety. —
Niech wie o tem cały kraj:
„Szantaż przy znoszeniu jaj!“.

Do tego postęp zmierza,
po siewie przyjdzie czas żniw.
Już dzisiaj przeczuwam wpływ
prasy na zwierza.



II.

Wilk, gdyby w takiej atmosferze pobył,
w której potępia się owieczek mordowanie,
mordować je przestanie,
kochany panie...
(i weźmie się do kobył?)

Lis, gdyby dożył tego czasu, mimo głodu,
czytając, jak morderstwa kur piętnuje pismak,
plunąłby na ten przysmak
(i wziąłby się do gęsi rodu).


Zmieniłby się drapieżny ryś,
śród puszcz, co urągają zawieruchom,
w dzikiej gęstwinie
gwiżdżący na opinję...

Zmieniłby się niezgrabny Miś
i swym partyjnym druhom
w biedzie —
zapomocą ryku
w dzienniku
oddawałby przysługi niedźwiedzie...

Zmieniłby się i ryś i Miś
i tylko Osioł, tak jak dziś,
wierzyłby ślepo prasie całej
czerwonej, różowej i białej...



Żmija i Kwiaty



Żmija wpełznąwszy milczkiem do kwietnego sadu
upominała kwiaty: „Mniej jadu, mniej jadu...“
Na to królewskiej Róży odezwał się kwiat:
„Na jad wyrzekasz, żmijo? A kto z nas ma jad?“



Błoto



Ustaliły się wreszcie w Polsce obyczaje:
Każdy mąż wybitniejszy błotem w łeb dostaje.
Błotem dziś wywieramy polityczne gniewy...
Gdy jest u władzy lewy dostaje nim lewy.
Błotem dziś przesądzamy polityczne sprawy...
Gdy jest u władzy prawy, dostaje nim prawy.

Dobrze, że zapas błota jeszcze ma Polesie:
Starczy nam na każdego, kogo los wyniesie.
Inaczej straszna byłaby dla nas zgryzota
myśleć o dniu, gdy w Polsce zbraknie wreszcie błota...




X.

KARCZMA NA ROZDROŻU.



Parabola o Białym Orle



Daremnie chcieli zbrukać Jego pióra śnieżne
i dumne, orle serce zamienić w gołębie...
Mając nad sobą niebo jasne i bezbrzeżne
bez obawy w otchłanie spoglądał i głębie...
Małym zda się patrzącym ze śmietnika kurom.
Pogardza krwiożerczością jastrzębi zuchwałych...
Ale urąga czarnym chmurom i wichurom
i żadna z burz nie złamie jego skrzydeł białych..



Koń i jego rząd



Był koń ogromnie dumny stąd
że umiał zrzucić każdy rząd,
choćby przez niego był wybrany.
Stanąwszy dęba, dziko rżał,
potem naoślep naprzód rwał,
zły, narowisty, rozwierzgany.

Chociaż przepaście były wkrąg,
choć trzeba było mocnych rąk,
aby nie złamać karku marnie,
każdy się jego złości bał,
nawet rząd na nim z lękiem drżał,
a on ponosił wciąż — bezkarnie...

Rzekł Pan: „Niech twój rozstrzygnie sąd!
Sam sobie, koniu, dobierz rząd
lecz go szanować musisz potem.
Nie wolno ci ponosić w dal...
Ręka ma będzie, jako stal...
Pamiętaj, mój wierzchowcze, o tem“.


Koń wybrał rząd — i znowu w płacz:
„Mój panie — zmienić rząd ten racz
albowiem nazbyt mię uwiera...
To, o co proszę — zaraz zrób.
Od jazdy milszy mi jest żłób:
oszczędność w żłobie zbyt doskwiera!“

Rzekł Pan, którego zdjęła złość:
„Masz dobry rząd. Wierzgania dość...
Choć twe narowy dotąd zniosłem,
zadużo już. Przepaści wkrąg!
Okiełznam cię mocą mych rąk,
jeżeliś koniem jest — nie osłem...



Karczma na rozdrożu



Była raz karczma wiejska, w której gospodarze
„urzędowali“ w nieustannym swarze.
Pod hasłem: „Niech się Ojczyzna pokrzepia!“
jeden drugiemu wydrapywał ślepia.

W dyskusjach swych ciskali wszelakie wymysły,
znane nad brzegami Wisły...
„Rugał się“ młody i stary,
co drugie słowo powtarzał: „Cholera“,
i wszystkie ludowe gwary,
jak w podręczniku Glogera,
przez „kadencji“ przeciąg cały
w owej karczmie rozbrzmiewały...

Gdy kto chwalił inny obóz
mówiono o nim,
że łobuz...
(„Złodziej“ — dodawał anonim.)
Gdy kto chwalił przeciwnika,
mówiono o nim,
że dostał bzika...
(„Oszust“ — dodawał anonim...)


Czasem
z hałasem
wybuchała brzydka
bitka
w tem zatraconem karczmisku...
W towarzystwie mocno spitem,
przytem
ten i ów obywatel obrywał po pysku.


*

Z tej karczmy wiodły trzy drogi
w świat obojętny i wrogi...
Jedna droga w dół leciała
pośród bagien cała...
Tych, co drogą tą wyruszą,
rajskie kwiaty wonią kuszą.
Tych, co pójdą w błotne szlaki,
nęcą śpiewem rajskie ptaki...

Puszcza wilgotna
jest pełna cudów przeróżnych...
Pod skwarnem słońcem
zakwita storczyków tysiącem...
Ich woń zawrotna
upija,
zabija
podróżnych...


Kto drogą tą pójdzie pijany
oplączą, zaduszą go ljany...
Zabłądzi w zdradzieckiej gęstwinie,
w krainie
czarów
pośród moczarów
zaginie...


*

Druga droga w górę sięga,
gdzie moc i potęga...
Urąga nizinom błotnym,
pnie się ku szczytom samotnym,
ku orłom królewskim,
ku gwiazdom niebieskim,
ku halnych wichur szlakom bezpowrotnym...

Tych, co drogą tą wyruszą,
drogocenne kruszce kuszą.
Tych, co zajrzą w górskie groty,
olśni złoto i klejnoty...

Podniebne skały
są pełne skarbów przeróżnych...
W bieli lodowców
sięgając wyżyn niebieskich,
skrzą ogniem królewskich
grobowców...


Ich blask wspaniały
upija
zabija
podróżnych...

Kto drogą tą pójdzie pijany —
zginie, wśród skał roztrzaskany...


*

A zaś trzecia droga polna
była ciężka i mozolna
przez piaski i przez kamienie,
przez wyboje i strumienie...

Nie kusiły ku niej kwiaty zawrotne,
Nie latały nad nią orły polotne...
Nie szemrały srebrne głosy w ruczajach
Nie śpiewały rajskie ptaki w jej gajach —
Nie wodziły błędne ognie w jej błotach —
Nie jaśniały drogie kruszce w jej grotach...

Na owej drodze
piętrzą się groźne
przeszkody —
Wichury mroźne,
złe niepogody
wędrowców nękają srodze...


Na owej drodze
cierń rani podróżnych stopy —
Pochmurne stropy
ulewą trapią ich srodze...

Lecz kto się ku niej obróci —
ten do karczmy złej nie wróci
i wyjdzie na złote słońce
i minąwszy przejścia trudne,
posiądzie krainy cudne,
mlekiem i miodem płynące...



Wróble świegoty


MOTTO:
Wróbelki straszny czynią gwar
(Dziecięca piosenka).


Był pewien gród,
w którym wróbli gwarny ród
tworzył powszechną opinję...

Wróblom z tego powodu zarzutów nie czynię,
gdyż to gadatliwe
ptactwo,
pozatem, że plotki lubi,
gubi
szkodliwe
robactwo...
Ztąd można mu darować, jeśli nie umyślnie
spożyje czasem marną
wiśnię,
lub zje niechcący ziarno...
Lecz to nie powód jeszcze,
by każde słowo wróbla było wieszcze!
Wróbel, gwar straszny czyniąc, jest okrutny krytyk[5]
ma dla wszystkich jakiś przytyk,
a przytem — bestja — polityk...



*

Nadchodzi maj,
miłości miesiąc słodki...
Wróblom w to graj!
O Wiośnie szerzą plotki:
ćwierkają świegocą od rana do wieczora
iż Wiosna musi mieć — adoratora...

„Moja pani!... Panowie moi!
W dzisiejszych czasach
nikt za swoje pieniądze tak się nie wystroi!
A te kosztowne kwiaty po polach i lasach
— mój panie! moja pani! —
Czy to teraz produkt tani?“


*

Świeci słońce — wszystkich cieszy —
z wyjątkiem wróblowej rzeszy...
„Słońce rozrzutnością grzeszy“
wołają gniewnie. — „W oszczędności dobie
zadużo pozwala sobie!
Bezczelnie chce by je chwalić
za to, że rozprasza cień!...
Słyszane rzeczy: tyle światła palić
i to jeszcze — w dzień!“


*
.

Płynie Rzeka... „Rzeka? co nam
wróblom
z jej nurtów wilgotnych,
chłodnych?
To niepotrzebny resort ad personam
ptaków błotnych
i wodnych!
Kaczka, kulik, siewka?
Przestarzała śpiewka!
To tylko skarb obarcza!
Zbędne posady!
Trzeba mieć jakieś zasady;
wróbel wystarcza“...


*

Albo te Chmury podniebne,
czyż to, u licha, potrzebne?
Pędzi to bezcelowo całkiem — niebem czarnem —
po wichrze. —
Gdybyż za te pieniądze pobudować spichrze
z ziarnem!
Polityka rozumna:
dla wróbli pełne gumna.
Uzdrowienia drogi:
— stogi
Ale biurowe różne gryzipiórki
wolą, psia krew, chmurki!“


*

„Wogóle Niebo — inny krzykacz woła —
rzecz zbędna zgoła!“
„Rzecz szkodliwa!“ — brzmię dokoła
okrzyki.
„Niebo? W niebie czyhają na nas drapieżniki!“
Niebo? A czyśmy to skowronki, które
głupie w miejscu nie usiedzą
i wzlatują z ckliwemi piosenkami w górę
nad miedzą? —
czyśmy orły, przeżyte dawno „majestaty“,
co ulatały w błękit — po co? — djabli wiedzą —
jak warjaty?...“
„Niebo? Gdy brak nam pomocy —
i głód zagląda do gniazd —
ileż się tam na niebie marnuje co nocy
złotych ziaren gwiazd!“


*

I tak dalej, i tak dalej,
nasi wróbelkowie mili
szczebiotali, oczerniali,
plotkowali i bruździli
„między innemi“
niebiosów szlakom,
rodzinnej ziemi,

gwiazdom i słońcu
i w końcu
wszystkim ptakom...


*

A ziemia rodzinna,
miła,
jak żadna inna,
ziarnem ich złotem karmiła...

A Niebo ojczyste,
czyste,
jak żadne inne,
lało na nich promienie słońca dobroczynne...

I uśmiechał się Poranek złoty,
choć miał w oczach łzy srebrzystej rosy:
„Czemu tych wróbli swarliwe świegoty
tak oczerniają naszą ziemię i niebiosy?“



Przeszłość i teraźniejszość.



Wspominała raz Przeszłość dawne, dobre czasy,
gdy ziemia, młoda i miła,
radosna i szczęśliwa,
rodziła
dziwa!

Świat był zaczarowany
cały...
Pod obłoki wzlatały
fruwające dywany
nad góry i nad lasy...

Światła cudowne paliły się nocą,
kierując w zwarty, niebezpieczny mrok,
za wróżki życzliwej mocą,
zbłąkanych wędrowców krok...

Czapkę-niewidkę włożywszy na głowę,
niknąłeś z oczu wrogom,
podobnie bogom...
Obuwszy buty zaś siedmiomilowe,
przebiegałeś w parę chwil
siedem mil!


A jeśli cię nagrodzić chciały czarodzieje,
trafiałeś do krainy szczęśliwości wiecznej,
gdzie świat w jasności słonecznej
dniem i nocą radośnie się śmieje!...
Rosły tam zaklęte drzewa
ponad zaklętym strumieniem...
I słyszałeś ze zdumieniem,
jak drzewo i strumień śpiewa...

Dziś wszystko przeminęło — jakby świat ktoś urzekł[5]
Niema czarów ni cudów, złych ni dobrych wróżek[5]
Nigdy już żywych baśni na świecie nie będzie!
Została nam tylko żałość,
małość
i smutek, po umarłej na wieki legendzie!

Gdy tak Przeszłość płakała, z rozpaczą i żalem,
rzekła jej Teraźniejszość: „Płacz twój jest skandalem[5]
Czem były twe dywany mizerne, do góry
w bajkach jeno wzlatujące,
w porównaniu do moich chyżych samolotów,
z których każdy gotów
lecieć ponad chmury
w słońce!
Przeszłość nieśmiała
paliła skrzydła Ikarów —
zaś Teraźniejszość, dumna i wspaniała,

i pełna czarów,
nie lęka się złamanych skrzydeł ni bezmiarów!

Czem były światła twe niby czarowne,
niby cudowne,
co zapalały się, kędy mrok gości,
z nakazu duchów —
aby olśniewać ludzki ród —
jeśli porównać z niemi złoty cud
elektryczności!

I czem były twe grające drzewa,
i twe śpiewające strumyki —
dziś, gdy całe powietrze, cała ziemia śpiewa
i całe niebo jest pełne muzyki!

Gdy wielka pieśń natchniona,
szczęśliwa,
z ziemi poczęta,
wniebowzięta,
leci — i spływa
radośnie
w wyciągnięte ku niej miłośnie
anten ramiona!“



Stół i Nożyce



Uderz w stół, a Nożyce odezwą się zaraz.
Z każdą bajką poeta ma potem ambaras.
Choć nikogo obrażać nigdy nie zamierzam,
gniewają się Nożyce — skoro w Stół uderzam.[5]




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Okładka autorstwa Stefana Norblina (1892-1952) będzie możliwa do udostępnienia w 2023 roku.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego używano określenia „dojlidy“ lub „dojlidziarze“ jako synonimu korupcji, afery i degrengolady parlamentaryzmu. O historii ziem Dojlidy więcej w artykule dziennika internetowego Fakty Interia pt. Dojenie Dojlidów.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – III.
  4. 4,0 4,1 Przypis własny Wikiźródeł Brak części tekstu. Treść (zaznaczoną kolorem szarym) uzupełniono wg układu redakcyjnego poprzednich rozdziałów.
  5. 5,0 5,1 5,2 5,3 5,4 5,5 5,6 Przypis własny Wikiźródeł Brak części tekstu. Treść (zaznaczoną kolorem szarym) uzupełniono na podstawie kontekstu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Julian Ejsmond.