Bajka o człowieku szczęśliwym (opowiadanie)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Bajka o człowieku szczęśliwym
Pochodzenie Bajka o człowieku szczęśliwym
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
BAJKA

O CZŁOWIEKU SZCZĘŚLIWYM


1905


Był sobie raz człowiek — zwyczajny, który nie różnił się niczem od innych zwyczajnych ludzi, chyba tem tylko, że był szczęśliwy. Jak się to stało, skąd przyszło, tego nawet nie umiał on sam opowiedzieć. I nie umiał także opisać swego szczęścia. Mimo to wiedziano, że jest szczęśliwy, bo się śmiał często i kochał słońce i małe dzieci, — więc czasem przychodzili do niego ludzie ci, którzy sami nie byli szczęśliwi i prosili go: „Mów nam, jak szczęście wygląda...“

A on za każdym razem chciał mówić, bo nie był zazdrosny, lecz owszem pragnął, ażeby wszyscy, jak on, śmieli się często i kochali słońce i małe dzieci. Nie potrafił jednak nigdy opowiedzieć tak, aby go zrozumiano. Czuł sam, że połowa słów więzgnie mu w sercu, a jeszcze pewna część pozostaje na wargach, rozlewając się tylko w uśmiech, a reszta dopiero, dziwnie biedna i przekształcona, wydobywa się na zewnątrz — do uszu słuchaczów. Ta reszta była naprawdę uboga, to też ludzie, słuchający szczęśliwego człowieka, kiwali głowami i odchodzili, mrucząc; „Nic nie rozumiemy. Temu człowiekowi zdaje się chyba, że jest szczęśliwy! Bo jeśli to tylko tyle...“
Lecz on czuł, że nie jest to „tylko tyle“, ale „aż tyle“, i jeno dziwno mu było, że nie potrafi wypowiedzieć tego wszystkiego... Więc czasem próbował sam myśleć o swojem szczęściu. I to mu się jednakże nie udawało. Zaledwie zaczął myśleć i rozbierać w pamięci te wszystkie rzeczy i chwile, z których się szczęście jego składało, czuł natychmiast gorący przypływ krwi do serca i wszystkie myśli jego rozpierzchały się naraz, pozostawiając w głowie jakąś ciepłą srebrną mgłę tęczową a w piersi uczucie niewysłowionej błogości. I znowu uśmiechał się tylko i szukał słońca i małych wesołych dzieci, albo też szedł do kobiety, która mu dała szczęście, i kładł głowę na jej kolanach i mówił: „Dziękuję ci“. I czuł wtedy, że jest bardzo, bardzo szczęśliwy, chociaż sam nie znał dokładnie szczęścia swojego.
Aż nareszcie pewnego pięknego dnia, myśląc o swojem szczęściu, posmutniał człowiek szczęśliwy. Zdało mu się, że serce jego jest jakąś skrzynią kosztowną, w której się chowa niezmierzony skarb, ale on nie ma klucza do tej skrzyni i nie może bogactw swoich obejrzeć. „Co mi z tego, że jestem szczęśliwy, — myślał, — kiedy to wszystko jest we mnie tak zamknięte? Są w sercu mojem wspomnienia uniesień dziwnych i żywe, drgające wyobrażenia jej pocałunków, i pamięć jej ciała, i echo jej słów, i tyle jeszcze niepojętych a kosztownych rzeczy, które szczęście moje stanowią... Cieszę się tym skarbem, że go mam, ale chciałbym jeszcze przesypywać czasem przez palce te przenajdroższe klejnoty, oglądać każdy z nich z osobna i pieścić się z każdym jeszcze raz, a nawet ludziom pokazać, aby wiedzieli, że ja jestem naprawdę tak bezgranicznie bogaty! A tymczasem to wszystko jest we mnie tak ukryte! Nie umiem szczęścia swojego wyśpiewać, wyobrazić ani opowiedzieć, nie umiem nawet przeżyć go w myśli jeszcze raz, i drugi, i setny, jakobym pragnął. Stanowczo, marnuję skarb, który posiadam“.
Tak myślał człowiek szczęśliwy i był smutny. Spostrzegła to kobieta, którą on kochał, i spytała go o przyczynę. A gdy usłyszała już wszystko, uśmiechnęła się tylko i powiedziała mu: „Jesteś niemądry; poco ci to? Czyż to nie dosyć, gdy czujesz, że jesteś szczęśliwy?“ „Tak, ale...“ — zaczął z wahaniem. Nie dała mu dokończyć. Schyliła się szybko i pocałowała go w usta — jednym z tych pocałunków, które krew jego zamieniały w ogień rozkoszny i jako wino mocne a wonne uderzały mu do głowy. „Oto masz jeszcze jeden klejnot, — rzekła, — schowaj go dobrze i bądź zadowolony!“ A on, pełen jeszcze dreszczu niewysłowionej błogości, pochylił głowę na jej kolana i szepnął: „Dziękuję ci“. I czuł znowu, że jest bardzo, bardzo szczęśliwy i nie pragnął więcej niczego.
I tak było zawsze, gdy był przy niej. Zaledwie jednak odszedł — z powiększonym a zamkniętym wciąż skarbem w swojej duszy, myśli powracały ciągle, a z niemi smutek...
„Dlaczego ja jestem zwyczajnym człowiekiem? — myślał. — Chciałbym być muzykiem. Układałbym wtedy przedziwne symfonje, w których byłaby cała miłość moja i całe szczęście niezmierzone! Wiem na pewno, że znalazłbym dźwięki i akordy i tęcze tonów bajeczne, które wyrażałyby wszystko, co się dzieje w mojej duszy. I byłaby jedna pieśń — prosta, jasna, niemal dziecięca, w którejby drżały te pierwsze uderzenia mojego serca, kiedy ją zaczynałem kochać. Byłoby tam pełno uśmiechu jej ust; a także, słuchając dźwięków, czułoby się przedziwny zapach jej włosów. I to jeszcze, co ja czułem, kiedy po raz pierwszy dotykałem dłonią, zlekka, zlekka — jej złocistych warkoczy i widziałem, że ona nie cofa głowy przed moją pieszczotą. A w innej pieśni wyśpiewałbym znowu rozkosz jej pocałunku i to szczęście obłędne, które mnie ogarnęło, gdy mówiła do mnie po raz pierwszy: kocham cię... Słońce-by się śmiało w tej pieśni, kwitnęłyby kwiaty i wiosna cała-by w niej była, taka rozkoszna, jakiej nigdy nie widziano na ziemi! I byłaby znowu inna pieśń, która wyobrażałaby moją tęsknotę. Wtedy, kiedy patrzyłem na słońce zachodzące nad morzem, a jej nie było przy mnie, i kiedy błądziłem wśród palm i po wzgórzach obrosłych cyprysami, i usta moje chciały całować, a ona była daleko... A także, kiedy myślałem w bezsenne noce, że śpi nieopodal, w tem samem mieście, a ja nie mogę podesłać ramienia pod głowę jej ukochaną; i wtedy, gdy patrząc na nią wśród ludzi, powstrzymywać musiałem dłonie, co się ku niej wyrywały i zakrywać oczy, całujące ją spojrzeniami... I tę jeszcze tęsknotę pieśń-by wyrażała, kiedy mając ją przy sobie, blizko, na piersi, w obłędnej rozkoszy pocałunków, pieszczot i uściśnień, wołałem nigdy nienasyconą duszą: jeszcze! jeszcze! A potem te pieśni cichych zmierzchów wieczornych, które spędzaliśmy razem, i świtów srebrzystych, na któreśmy patrzyli, przytuleni do siebie głowami. A byłyby też pieśni płomienne, pieśni uniesień najświętszych i upojeń tak wielkich, w których się umrzeć już tylko pragnie!... Dlaczegóż ja nie jestem muzykiem?“
„Chciałbym także bardzo być malarzem, albo umieć rzeźbić w marmurze! — mówił znowu kiedyindziej człowiek szczęśliwy. — Malowałbym wtedy na płótnie kosztownemi farbami jej głowę ukochaną, w złocistej włosów otęczy, albo całą jej postać, smukłą i wiotką, do snu podobną, lub do gałązki różowego krzewu, która się chyli pod ciężarem przepysznego kwiatu... I żal mi tylko, że barwy nie mają woni...
„Malowałbym ją tak, jak ją widziałem oczyma mojemi, pełnemi szczęścia i cudu: w domu, kiedy siedziała, oparłszy głowę o poręcz krzesła, z włosami prześwietlonemi z tyłu pałającem słońcem i uśmiechała się do mnie. Widziałoby się w tym obrazie pocałunek, zrodzony dopiero przez jej wargi purpurowe, pocałunek, który nie przybiegł jeszcze do mnie, ale już drży na wargach i woła... Albo znowu w ogrodzie-bym ją malował, na tle zieleni, pod staremi lipami, które długie cienie rzucały na jasną jej suknię. Pamiętam, że świecił wtedy księżyc, a ona stała z rękoma skrzyżowanemi na piersi, zalękniona nocą i długiemi cieniami lip i upiornem światłem księżyca — i garnęła się mimowolnie do mnie, patrząc szeroko rozwartemi oczyma gdzieś w dal, na łąkę pełną kwiatów i drobnej, jak kurzawa pereł w miesiącu lśniącej rosy... Albo znowu tam w górach, kiedy patrzyłem na nią, jak pieszczotą obezwładniona leżała na miękkim mchu, a ponad ukochaną jej głową chwiały się na tle czerwonej i złotej zorzy zachodzącego słońca żywiczne, czarne, szumiące jodeł gałęzie... Ptak tam wtedy, już usypiający, zbudził się i świergotać począł z cicha, dyskretnie, dziwując się wielkiemu szczęściu ludzkiemu... Żałuję tylko, że barwy nie umieją śpiewać, jak ptaki...
„Chciałbym ją także malować tak, jak ją widywałem oczyma swej duszy: na tle wielkiego, błękitnego morza z pół zastygłemi w ciszy na niebie palmami, i znowu w przepychu wnętrza bajecznego pałacu, pod sklepieniami pełnemi barw i ciężkiemi od złota, wśród kolumn z krwawego porfiru albo starożytnego marmuru zielonego i egipskiego albastru, w którego wnętrzu świeci zawsze słońce i nadaje mu kolor ciała kobiecego, kiedy przez miękką skórę siatka żyłek przegląda. Odziałbym ją na tym obrazie złotogłowiem najdroższym, na którego tle, tak złotem niemal jak włosy jej nieprzepłacone, kwitnęłyby kwiaty, jedne kolorem do ust jej podobne, a inne o dziwnej barwie jej świetlistych oczu. Klejnotami wyszukanemi, jasnemi jak słońce i uśmiech jej, głowę-bym jej przystroił, a drobne białe stopy obułbym w złote trzewice, aby deptała po kobiercach wzorzystych albo przedziwnych wzorach lśniącej, z różnobarwnych marmurów składanej posadzki...
„A jeślibym ja był rzeźbiarzem, wybrałbym głaz marmuru najczystszy wyłupany z Paros albo z Karrary i rzeźbiłbym w nim jej ciało..., ramiona drobne i nieskazitelne, wiecznie dziewicze piersi — i biodra, cud cudów, których zazdrościćby jej musiała owa Afrodyta Praksytelowa, co duma nad nieporównaną pięknością swą na rzymskim Kapitolu... Wiem, że dzieło moje miałoby miękkość i pieściwość mej dłoni, kiedy ją przesuwałem zwolna po boskich, ukochanych jej członkach, i żar i świętą cześć moich ust, gdy całowałem jej białe stopy i kolana. I wiem, że stworzyłbym cud, i przyszliby ludzie z blizka i z daleka i zbudowaliby białą świątynię memu posągowi i paliliby wonne kadzidła i rzucaliby gałęzie palmowe, sławiąc w kamieniu odblask jej piękności...
„Ale ja, niestety, nie jestem rzeźbiarzem i pamięć jej ciała najcudniejszego żyje tylko w mych oczach i w sercu mojem zamknięta“.
„A znowu, — myślał, — gdybym ja był poetą, nie wyszukiwałbym zdarzeń nadzwyczajnych ani złotych baśni nie składał, ale opisywałbym po prostu to, co z nią przeżyłem, a wiem, że stworzyłbym rzeczy najpiękniejsze ze wszystkich, jakie ludzie dotychczas czytali. I nie dziwionoby się już wtedy, że ja jestem szczęśliwy, lecz dziwionoby się już raczej, że tak bardzo można być szczęśliwym. Zazdroszczonoby mi także pewnie, ale i dziękowano zarazem, że szczęście swoje opisałem i pozwoliłem biednym, którzy go nie mają, cieszyć się jego echem przynajmniej... A ja sam byłbym coraz szczęśliwszy, bo przeżywałbym ciągle na nowo przeżyte już chwile szczęścia swojego“.
„Naprzykład, opisując dzień ów, który z nią razem spędziłem na morzu... Nie potrzebowałbym dodać ani jednego zmyślonego słowa; wystarczyłoby, gdybym umiał napisać wszystko tak, jak było... Opisać słońce na drobnych, łyskliwych falach zatoki i czarne skały na brzegu, i gęste zarośla wawrzynów ze sterczącą tu i owdzie palmą albo smukłym cyprysem. Było nas dwoje na kołyszącej się łodzi: a z nami było tylko słońce i to wielkie szczęście właśnie, którego opowiedzieć nie umiem. W słońcu i szczęściu przymykała oczy i opierała głowę o moje ramię, a ja bałem się mówić, aby nie spłoszyć snu, bo doprawdy, snem mi się ten dzień wydawał! Albo innym znów razem, gdyśmy się znaleźli oboje w jakiemś wielkiem mieście — i wracaliśmy po nocy hucznej do domu, aleją wysadzaną ogromnemi drzewami... Świt już wstawał poranny, perłowy, a ona twarz miała zadumaną i cichą, i ręce białe, które tuliłem w swych dłoniach. Powóz pędził i konie parskały raźno w rzeźwem powietrzu — i nagle na stopień powozu wskoczył chłopiec jakiś, rzucając na jej kolana pęk róż rozkwitnionych i rosą okrytych... Uśmiechnęła się do mnie usty i oczyma i wzniosła kwiaty do twarzy, aby zrobić z nich zasłonę pocałunkowi naszemu...
„Ale ja tego nie umiem opowiedzieć. Nie zdołam też powtórzyć jej słów, które są wonniejsze od kwiatów i więcej upajające, niż wino; nie potrafię złożyć poematów, skądby się ludzie dowiedzieli, że ona jest różą i ptakiem złotym i perłą przedziwną, że włosy jej droższe są od promieni słonecznych, a usta rozkoszniejsze od snu i od śmierci. Napróżnobym także silił się, aby ułożyć piosnki, w którychbym mógł pięknemi słowy powiedzieć, jak ja ją kocham. Gdy myślę o tem i dobieram wyrazów i szukam dźwięku jakiegoś nadziemskiego, który jeszcze w ludzkich ustach nie postał, aby określić nim to, co czuję, nie mogę znaleść innego słowa, jak to jedno biedne „kocham...“ I boję się nawet, że i jej wreszcie znudzi się to słowo wiecznie powtarzane, jak znudziło się go słuchać ludziom, którym, gdy mnie pytają o przyczynę szczęścia mojego, nic więcej ponad to proste „kocham!“ odpowiedzieć nie umiem. A takbym chciał, tak bardzobym chciał umieć powiedzieć, jak ja kocham jej oczy i usta, każdy palec jej drobnych dłoni i każdą jej stopę z osobna, i słowa jej wszystkie, i włosy, i jej pocałunki, zamyślenia i sny, zamiary, nawet suknie, które jej ciała dotykają, kwiaty, na które ona patrzy, i słońce, mimo że jestem o nie czasem zazdrosny, gdy widzę, jak jej w uśmiechu rozchylone usta całuje...
„Ach, jakaż to wielka szkoda, że ja, człowiek zwyczajny, będąc szczęśliwym, nie jestem poetą!“
Tak mówił pewnego dnia niezadowolony ze szczęścia swojego człowiek szczęśliwy i błądził po lesie, wzdychając. Dziwowały mu się ptaki w zaroślach i na drzewach wysokich, bo dnia poprzedniego widziały go tutaj z kobietą ukochaną i były pewne, że jeżeli przyjdzie tu nazajutrz, choćby sam, to — promieniejąc szczęściem, podobny będzie do słońca, które się przedziera złote przez gęstwinę. Ale on nie zważał na to i szedł wciąż dalej, aż zeszedł do miejsca, gdzie człowiek właściwie zachodzićby nie powinien. Była to bowiem słoneczna polana wśród nieprzebytej puszczy, pełna zieleni i kwiatów, na którą schronił się był jeden z bogów starożytnych, kiedy zburzono mu już ostatnią świątynię i ubito ostatniego wiernego kapłana. I mieszkał tu teraz — między kolumnami jodeł, jak niegdyś wśród marmurowych kolumn, i grywał wieczorami na muzycznem narzędziu o dziwnym, z dawna już zapomnianym kształcie... Słuchały go łanie leśne i ptaki od niego uczyły się śpiewać, a czasem, nad źródłem, co biło nieopodal ze skały ukrytej w gęstwinie, siadał bóg drugi, z koźlemi rogami na głowie, pan tych puszcz, który dał wygnańcowi gościnę, i słuchał również, myśląc o dawnych, przeminionych niepowrotnie czasach.
W takie to miejsce zaszedł człowiek szczęśliwy i przeląkł się też bardzo, zobaczywszy znagła wśród boru boga promienistego przed sobą.
— Kto ty jesteś? — zapytał go bóg.
— Jestem człowiek szczęśliwy, — odrzekł, drżąc jeszcze i patrzył z podziwem na piękną i spokojną choć smutną twarz nieśmiertelnego.
A ten zagadnął go znowu:
— Więc dlaczego wzdychasz, jeśli jesteś szczęśliwy?
— Niedostaje mi wiela, — rzekł człowiek i opowiedział bogowi wszystko, jak boleje nad tem, że szczęście jego jest w nim ukryte i nieme.
Bóg słuchał, a gdy człowiek skończył mówić, zamyślił się głęboko. Cień jakiś przemknął po twarzy boskiej, ale zaraz usta rozjaśniły się uśmiechem i z oczu trysnął znów dziwny blask...
— Niech ci się stanie wszystko, jako chcesz, — rzekł, — aby się dopełniło szczęście twoje!...
I człowiek szczęśliwy uczuł nagle, jak pękły pieczęcie, które zamykały skarb jego, i zapomniawszy nawet podziękować promienistemu, począł biec do domu, chcąc jak najprędzej ludzi mieć około siebie. Nie dosłyszał też już śmiechu, co wybuchnął za nim z gęstwiny, z miejsca, gdzie nad źródłem bijącem ze skały siadywał czasem bóg z koźlemi rogami na głowie. Śmiech brzmiał długo, nieposkromiony, głośny, aż ptaki przestraszone pokryły się w zaroślach, a bóg promienisty schylił czoło, po którego nieskalanej bieli przebiegło coś, jakby cień smutku czy wstydu.
I odtąd w życiu człowieka szczęśliwego zaszła zmiana ogromna. Coraz rzadziej widywał się z kobietą, która mu szczęście dała, ale zato coraz częściej szedł między ludzi, aby im szczęście swoje pokazać. Układał melodje i symfonje, które zachwyt i podziw wzbudzały w słuchaczach, tyle w nich bowiem było wyrazu szczęścia i blasku wielkiej miłości... Słuchając ich, czuło się wszystko, co on czuł w najrozkoszniejszych dniach swojego życia: i błogość, i uniesienie najwyższe, i tęsknotę, a także zapach jej włosów przedziwny i niewypowiedzianą słodycz jej warg. Przed obrazami jego stawali ludzie z zapartym oddechem i chłonęli oczyma szczęście, którego one były pełne. I widzieli ją tak, jak on ją widział, w domu, na tle zieleni i morza, i tak, jak on śnił o niej, na tle nieba i krajobrazów bajecznych i wśród pałaców niesłychanego przepychu. Widziano wyraz jej oczu i myśli jej wszystkie, a nawet pocałunki niezrodzone jeszcze, ale drgające dopiero jak słońce na ust rozchylonej róży. Jednemu z posągów zaś, które on wyrzeźbił, postawiono rzeczywiście białą świątynię nad brzegiem morza, i schodzili się ludzie z blizka i z daleka, aby oglądać cud i bić czołem przed pięknością, zaklętą w marmurze.
Pisał też książki i układał poematy nieśmiertelne, które drukowano potem w różnych miastach i przekładano na wszystkie języki. A ludzie, czytając opis chwil i dni, które on z nią przeżył, i te słowa wonne, które on słyszał od niej, i znowu te, w których on jej piękność wysławiał albo mówił jej o swej wielkiej miłości i szczęściu niezmierzonem, drżeli jakimś dreszczem wewnętrznym, tajemniczym a nader rozkosznym, jak ci, co raz pierwszy wjeżdżają na drobnej łódce do onej groty lazurowej na wyspie i widzą nagle, że morze jest pełne błękitnego słońca i wszystko świeci nieziemskim blaskiem błękitnym, którego dotychczas nie zaznały ich oczy. I nikt już nie wątpił o szczęściu człowieka szczęśliwego, owszem, dziwiono się tylko, że może być szczęście tak wielkie i takie niezmącone...
Tylko on sam... Dziwne rzeczy dziać się z nim zaczęły. Widział szczęście swe dokoła siebie, odbite w dźwiękach, barwach, kształtach i słowach, przechadzał się wśród niego, jakby pośród ogrodu bajecznego, w którym rosną drzewa najpiękniejsze i najwonniejsze kwitną kwiaty, ale nie czuł wewnątrz siebie owej błogości, jak wówczas, kiedy jeszcze tylko w sobie miał ten ogród przedziwny, o którym powiada Pieśń, że pełen jest mirrhy, szafranu i aloesu i wszystkiego ziela najprzedniejszego, jakie tylko zrodziły święte stoki Libanu.
Przeląkł się bardzo, gdy to spostrzegł i poszedł co prędzej do kobiety ukochanej, której dawno już był nie widział, zbyt zajęty swemi dziełami. „Daj mi znowu trochę szczęścia, — rzekł do niej, — bo obawiam się, że wydałem już to wszystko, com miał...“ A ona wówczas schyliła się nad nim, jak dawniej, i pocałowała go w usta i uśmiechając się, poczęła pieścić białemi dłoniami bujne włosy jego głowy i układać je, rozrzucone bowiem były od wieńca wawrzynowego, który nosił był od pewnego czasu. On patrzył na nią i widział znowu, że jest piękna, i pomyślał mimowoli, że trzeba będzie namalować obraz, na którym taki właśnie wyraz będą miały jej oczy. Uczuł, że tęskni za jej słodkiemi ustami, i przyszła mu zaraz na myśl melodja przedziwna i nowa, która wypowie tę całą jego tęsknotę. A kiedy ona — rada, że ma go znów przy sobie (kochała go bowiem), zatarłszy ślady wieńca wawrzynowego na skroni, mówić do niego poczęła szeptem upajającym i pieściwym, pełnym czułości niewysłowionej i bezbrzeżnego oddania, pełnym zwrotów jakichś dziwnych, które są podobne do snów o kwiatach a tylko w ustach kobiety bardzo kochającej czasem się jawią, — on, przymknąwszy oczy, z głową opartą na jej kolanach, układał sobie bezwiednie te słowa przenajdroższe w cudny poemat miłości, jakiego dotychczas jeszcze nie słyszano...
I gdy po pewnym czasie odchodził od niej, uczuł nagle w drodze, że niesie ludziom nowy obraz, poemat nowy i nową pieśń, ale szczęścia nie niesie dla siebie. Myślał, że zapomniał wziąć je z sobą i chciał zawrócić, ale przeląkł się, że uroni tymczasem żywe w nim już i narodzin chciwe pomysły, więc poszedł do domu i zamknął się, aby pracować nad nowemi dziełami, obiecując sobie po szczęście wrócić nazajutrz.
Ale nazajutrz było tak samo i wszystkich dni następnych także. Stracił zdolność zachowywania skarbu i zdawało mu się czasem, że dusza jego jest teraz podobna do sita, na które wylana woda ze źródła rozpryskuje się w perły i tęczami na słońcu połyska, ale go nie napełnia... Posmutniał tedy naprawdę, — trawiła go dziwna gorączka, przestał się śmiać, unikał słońca i nie kochał już małych igrających dzieci. A ludzie tymczasem, których on słońce kochać nauczył, sławili go i dziwili się z każdym dniem więcej szczęściu jego niezmierzonemu, które jest tak wielkie, że odblaskiem swoim tylu nasycić może!
I stało się raz, że ten człowiek szczęśliwy, spędziwszy długie godziny w milczeniu obok ukochanej kobiety, która posmutniała też była od pewnego czasu, rozpłakał się nareszcie gorzko i powiedział: „Znam szczęście moje i umiem je opisać, ale go już nie mam! Powiedz mi, co się stało z mojem szczęściem?“ — A ona mu odrzekła: „Darowałeś je ludziom, — ludziom darowałeś szczęście nasze, o ukochany!“ — I także płakać zaczęła...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.