Bajka o Żelaznym Wilku/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Bajka o Żelaznym Wilku
Podtytuł z 14 rycinami i winietą okładkowa Jana Rembowskiego
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator Jan Rembowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XII.

Chmurność Króla, niby obłok, przyćmiła całe życie zamkowe.
Nawet przyjęcia i igraszki, które urządzała od czasu do czasu Królowa, nie rozpraszały panoszącej się nudy. Ci sami rycerze okoliczni: Purpurowy, Błękitny, Biały, ze swemi nadętemi żonami, te same wiecznie ukłony, uśmiechy, wyrazy; te same kłamstwa i przechwałki rycerza Rondla, te same surowe napomnienia Strażnika Koronnego Tatury...
Nawet Bączuś stracił na humorze i z żałosną miną powtarzał te same żarty:
— Mój dowcip... został za zwodzonym mostem! — Pozwólcie mi nos wysunąć za kratę, a zobaczycie, jak poweseleję... Rozsypię wam podnóżki słóweczka lśniące jak perły, palące jak zamorskie korzenie... Może nawet i prawdę wam powiem!... Tutaj zapomniałem za temi murami, jak prawda wygląda. Wiem tylko, że nie jest podobna... do... gwiazdy!... Chciałem powiedzieć... do imci pana Dydki na Słomianych Nóżkach.... — poprawił się Bączuś pośpiesznie, widząc, że Król brwi marszczy. — Ani... do rury z kryształami w środku!... Ani do... zamkowej... ciszy... Aj!... aj.... Boję się!... Ani... do zamkowej wieży!... Ani do... zamkowego kucharza!... Ani... do zamkowego ogrodnika!... Ani do... zamkowego kanału!... — trzepał z płaczliwą miną, spoglądając z udanym przerażeniem na coraz silniej zasępiające się czoło królewskie.
— Ani do... rycerza Tatury! — zakończył wreszcie cichutko i beknął jak małe dziecko.
Król się rozśmiał, ale zato Królowa spojrzała gniewnie na wesołka.
— Aha, wiem już! — krzyknął Bączuś radośnie. — Zaraz wszystkim dogodzę. Prawda podobna jest do mojego kołpaka. Oto on! Widzicie: czerwony, ostrokończasty i ma złote dzwoneczki... A teraz wywracam go na drugą stronę, jest zupełnie inny, ale tensam!... Może nie!... Kto śmie zaprzeczyć!... A teraz, patrzcie, klapię go, jest płaski... wydymam go — robi się okrągły... Jest takim, jakim jest, jakim chcę, żeby był!... Więc zgoda! Chodź, prawdo moja, do rycerza Rondla! On jeden poznał się na Tobie!...
Królewicz Jaś bardzo lubił te żarty. Przytulony do kolan matki przysłuchiwał im się pilnie i nieraz długo potym rozpytywał się swego nauczyciela:
— Co to za prawda, co może być podobna do zamkowego kucharza?... Czy ona ma taki sam czerwony nos od piwa i brzydki jak beczułka żołądek!?
— Jak królewicz Jaś dorośnie, to się królewicz dowie!... A teraz nie trzeba się wdawać z błaznami!... Prawda to jest to, co jest prawdziwe!... A wszystko co prawdziwe, to dobre, bo prawda jest cnotą!... — pouczał nauczyciel, margrabia Korek, w tabaczkowym stroju. —
Królewna nie lubiła słuchać ani błazna, ani nauczyciela.
— To takie nudne! Wiesz co, pójdźmy lepiej do tego... ogrodniczka. — Widziałam go, że poszedł z ogrodnikiem gracować aleje... Ach, on ogromnie zajmujący... Tak strasznie brzęczy żelaznemi pętami!... Co, braciszku?... Nieprawda?...
Wzięli się za ręce i cichaczem wymknęli z pałacu. Poczym okolnemi ścieżkami przemknęli się w odległą część ogrodu, która leżała tuż koło strasznych murów i dokąd niewolno im było chodzić. Tu z bijącym sercem, schowani za grubym pniem grabu, spoglądali w głąb zielonej alejowej arkady, gdzie monotonnie brzęczały łańcuchy i rozbrzmiewała cicha tęskna piosenka. Ogrodnika nie było. Niewolnik wodził ostro gracą po zachwaszczonej ścieżynie. Wtym zatrzymał się, rozejrzał, zrzucił na chwilę baranią czapę z głowy, rozprostował ramiona i niespodzianie... odmienił się. Czarne kędziory opadły mu aż na kark, ciało urosło, zmężniało... opuszczona zwykle nad ślepym okiem powieka uniosła się i spojrzenie rozbłysło pogodą!... Rzucił w powietrze głuchy okrzyk, podobny do leśnego wycia!...
Przerażone dzieci prysnęły co tchu ze swej kryjówki ku pałacowi:
— A co: czy nie ciekawe!? Jaki on zajmujący, nieprawda? — pytała królewna.
— Przyjdziemy jeszcze kiedy, Jaśku! Co?... Czy dobrze!?
— Boję się!... Ty słyszałaś, jak on krzyknął!? On napewno nas zobaczył...
— To i cóż: on przecie na łańcuchu!...
— Ależ, siostrzyczko!... Niewolno tego robić!... Nas jeszcze kto zobaczy i powie matce!...
— Będziemy tak robić, żeby nas nie zobaczyli... Masz przecie dobre oczy, możesz się oglądać!...

— Tak, zapewne... ale... tak mi serce bije!... — wzdychał królewicz.
Wacław Sieroszewski - Bajka o Żelaznym Wilku p098.jpg
— Mnie też bije, ale... bez bicia serca to nic nie ciekawe!...

I stało się, że po kilku dniach znowu królewna z królewiczem przemknęli się niepostrzeżenie do części parku, gdzie pracował »człowiek z za muru«. Tym razem zastali tam i ogrodnika; ośmieleni podkradli się bliżej i zrobili odkrycie, że nieznajomy mówi, wprawdzie niezupełnie płynnie, ale dość zrozumiale.
— Ach, gdyby podsłuchać, co oni tam gadają? — szepnęła królewna.
— Więc podejdźmy do nich!... Przecie ogrodnik nie pozwoli nam zrobić nic złego!
— Nie o to chodzi!... Lecz oni zaraz zmienią rozmowę, jak nas zobaczą... Wiesz przecie, że wszyscy w pałacu zmieniają rozmowę, skoro się do nich zbliżamy... Nic więc się nie dowiemy... Usłyszymy tosamo, co codzień powtarzają margrabia Korek i ochmistrzyni Głos-Puszczalska!... A tego już mam dosyć!... Nie, braciszku, my lepiej upatrzymy chwilkę, kiedy nikogo nie będzie, i wypytamy się tego ogrodniczka o wszystko!... Zaniosę mu kawałek bułki z masłem!...
Tak się też stało.
Raz po obiedzie, kiedy wszyscy w zamku zazwyczaj drzemali, udało się dzieciom królewskim zastać jeńca samego. Gdy królewna zbliżyła się ku niemu, trzymając bułkę w wyciągniętej rączce, uśmiechnął się tak radośnie, że aż mu zęby błysnęły pod ciemnemi wąsami. Był okropny. Z baraniej czapy brud aż kapał; dłonie miał czarne od sadzy i ziemi, paznogcie krzywe jak szpony zwierza; dokoła chudego ciała zwieszały się niechlujne łachmany, podobne do leniejącego pierza, a przy najmniejszym poruszeniu dzwoniły na nim przeraźliwie łańcuchy. Jadł chciwie bułkę i czekał, co będzie dalej, przykrywszy swe jedyne żywe oko długiemi rzęsami sinej powieki.
— My, ogrodniczku, chcielibyśmy się dowiedzieć, co się tam dzieje za murami!?!.. — spytała nareszcie drżącym głosem królewna.
— Oho, za murami... za murami... — westchnął ogrodniczek — Tam cudownie!...
— Właśnie! Domyślamy się tego, więc możebyś nam opowiedział!
— Dobrze!... — odparł po chwili namysłu niewolnik. — Ale schowamy się tam za klombem kwiatów, gdyż tutaj mogą nas łatwo spostrzec.
— Dobrze, doskonale!... — krzyknęła radośnie królewna i zatupała z uciechy nóżkami. A wtedy stał się cud: brzydka, sina powieka ogrodniczka podniosła się i pod kosmami baraniej czapy zabłysło jak gwiazda śliczne szare oko. Świeciło ono ledwie krótką chwileczkę, ale zdumiona królewna zarumieniła się jak wisienka i mimowoli poprawiła fartuszek.
— A więc chodźmy!... — bąknął ogrodniczek i ruszył, brzęcząc żelazem i tocząc przed sobą swą taczkę.
Za klombem kwiatów taczkę przewrócił, posadził na niej królewnę i królewicza, sam przysiadł na ziemi i jął im opowiadać: o wschodach i zachodach słońca, jakich tu nigdy z poza murów nie widać, o mgłach różowych, tłukących się o świtaniu na perlistych rozłogach, o puszczach nieobeszłych, pełnych drzew niebotycznych, wszelkiego ptastwa i zwierza, o wielkich rzekach, o srebrnych jeziorach, o polach, szumiących zbożem różnorakim, o wsiach i miastach, o tym, jak ludzie tam żyją, pracują, weselą się, walczą, zwyciężają i giną... o błędnych rycerzach, zmagających się po całym świecie ze swym losem i cudzym nieszczęściem, o ludach szczęśliwych, posiadających krainy piękne, i ludach dzikich, ubogich, nie mających ziemi i przytuliska...
— Ty pewnie jesteś dziki lud?... — spytała z przejęciem królewna.
Ogrodniczek nic nie odpowiedział, ino znowu podniósł na królewnę swoje śliczne błyszczące oko. Dziewczyna odwróciła głowę, i dobrze, że się to stało, gdyż w sam czas spostrzegła w końcu grabowej alei tabaczkową figurę margrabiego Korka. Rozglądał się na wszystkie strony i, stojąc na jednym miejscu, obracał się jak na łodziach na swych wielkich żółtych trzewikach. Trzęsła mu się siwa broda i siwa głowa i migały z pod pół opończy chude starcze nogi.
— Uciekajcie!... Tędy!... — krzyknął ogrodniczek, wskazując dzieciom na krzaki leszczyny.
Gdy znikły, wstał i potoczył taczkę ku zaniepokojonemu nauczycielowi.
— Nie widziałeś gdzie tu dzieci królewskich, smoluchu?
— Uuu!... — zawył ogrodniczek i ukłonił się czapą do ziemi.
Margrabia zatknął czym prędzej nos kraciastą chustką i poszedł dalej. Dzieci tymczasem poza grabowym szpalerem przemknęły się szczęśliwie mimo niego i mimo dwunastu służebien, które Naczelna Ochmistrzyni Głos-Puszczalska rozesłała po całym ogrodzie.
Pogoń wróciła z niczym przed ganek, gdzie dzieci spokojnie bawiły się na schodach.
— Gdzieżeście byli? — pytała w rozdrażnieniu Ochmistrzyni.
— Myśmy byli... tutaj!... — odpowiedziała królewna, robiąc nieokreślony ruch różowym paluszkiem.
— A to ładnie!... Królowa Jejmość chce was widzieć, a was niema! Chodźcie!
Poszła przodem po marmurowych schodach.
— Pewnie matka znowu posprzeczała się z rycerzem Taturą, skoro chce nas widzieć! — szepnęła do brata królewna.
— Słuchaj, ja powiem całą prawdę. Nie mogę, nie mogę utaić!... — bąknął cichutko królewicz.
— Ani mi się waż!
Jaś smutnie kiwał głową i niewiadomo, coby się stało, gdyby nie to, że Królowa już pogodziła się ze Strażnikiem Koronnym i, poklepawszy dzieciaki po buzi, wyprawiła je zaraz do dziecinnego pokoju.
A w parę dni znowu królewicz i królewna siedzieli na ogrodowej taczce, zakryci wśród kwiatów, a przykucnięty u ich nóg ogrodniczek opowiadał im swoje cuda.
I działo się to tak dość długo i królewicz już zaczął marzyć, że zostanie błędnym rycerzem, a królewna ogromną poczuła ochotę doić krowy i pasać na górach barany, gdy oto stało się nieszczęście: złapał ich na rozmowie z ogrodniczkiem tabaczkowy margrabia.
Wznikł w całym zamku wielki z tego powodu rwetes, gniewała się bardzo Królowa, mdlała ochmistrzyni, wreszcie doszło wszystko do samego Króla. Kazał dzieci przywołać do siebie i długo milczał, gładząc złotą brodę. Dzieci stały cichutko przed ojcem, czekając, aż spojrzy na nie, by, według rady matki, rzucić mu się do kolan. Ale Król nie spojrzał, jeno w roztargnieniu zamiast za brodę pociągnął się za nos i powiedział:
— Aha, Rak wstępuje w znak Panny!... Zobaczymy, co z tego wyniknie!
Kiwnął ręką, żeby dzieci poszły, i zagłębił się w zapisane zwitki.
Całe szczęście, że Wielki Strażnik Koronny wziął zdarzenie bardzo do serca i wydał odpowiednie rozkazy. Przyjrzał się uważnie królewnie i poradził Królowej urządzić dla córki osobny dwór z młodych, szlachetnych dziewcząt. Królewiczowi przydzielił sześciu nowych guwernerów. Ogrodniczkowi zaś, za to, że odważył się rozmawiać z księżniczką krwi, kazał dać pięćdziesiąt kijów i zamknąć na miesiąc do lochu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.