Przejdź do zawartości

Baśka i Krzychna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Baśka i Krzychna
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


BAŚKA I KRZYCHNA.

 Dwie ich tylko.
 Dwie, a przecież w nich zawarta cała kobieta, cała wiekowa z pra-zmierzchu się wyłaniająca, okryta długą szatą swych jedwabistych włosów, niepewna i wahająca się, z ręką do piersi przyciśniętą — zalękniona, a przecież tak bohatersko śmiała, kobieta złożona z miljonów istot kobiecych, które były, które są w tej chwili, które po nas przyjdą!...
 Baśka, Krzychna!...
 Dwie wiecznie żywe, wiecznie piękne, wieczne czarujące. Jedna w promieniu słońca, druga w blasku księżyca. Jedna w różanej jutrzence wesołego uśmiechu, druga w królewskim majestacie smutku i żałoby. I z tych dwóch jedna całość, jeden kwiat napoły lekki i barwny, jak skrzydło motyla, napoły o ciemnym fiolecie aksamitnych bratków. Oczy Krzychny czarne, wielkie, lśniące brylantową łzą — usta Baśki purpurowe, wilgotne, roześmiane całe w jasności południa. A ponad niemi dwa białe, srebrne, cicho stulone skrzydła anielskie. Z tych skrzydeł wychylają się dwie główki i patrzą w świat, patrzą, zali nie wypatrzą rycerza, rycerzy dwóch, dla każdej po rycerzu sławnym, zacnym i pięknym...
 Wypatrzyły rycerzy i główki ukryły się w anielskie skrzydła. Tam, wśród tych srebrnych piór, blada Krzychna marzy o jasnowłosym Szkocie, złotowłosa Baśka aż ręce składa i prosi...
 — Aniele Stróżu, a daj mi małego rycerza! Niech on będzie mój! mój! mój!...

———————————————

 Krzychna, to majestat, który ma w sobie każda Polka. — Smukła, wiotka, sunie się, nie idzie. Rysy ma posągowe, oczy wielkie, któremi z pod długich rzęs spogląda dziwnie, nawpół sennie, nawpół rozkazująco. Krzychna musiała mieć długie, wąskie, białe ręce, usta trochę wąskie i zaciśnięte, stopy takie, jakie malują u średniowiecznych kasztelanek, wiecznie pod zbyt długą suknią ukryte. I choć Sienkiewicz o tem nie wspomina, to Krzychna musiała chętnie siadać w wysokich fotelach, koło okna, przez które padał blask księżyca, a w białych rękach panny Drohojowskiej więdła powoli śnieżna róża i rozsypywały się jej płatki, jak deszcz śniegowy, na czarną szatę dziewczyny. Krzychna opierała zapewne głowę o wysokie oparcie krzesła i siedziała tak nieruchoma, podobna do świętej królewny z jakiegoś starego witrażu. Krzychna mówiła mało i na białej szyi musiała nosić cały sznur różanych stambulskich paciorek, które powoli rozgrzewały się od jej ciała i otaczały ją nieuchwytną wonią róż, która śladem jej ciągnęła się za nią, gdzie tylko Krzychna przeszła. I Krzychna umiała tym potężnym czarem wielkiej kobiecości porażać, jak gromem. Znała urok całej siebie i urokiem tym kierowała, jak wabiącym gołębiem, trzymanym na czarnej plecionce.
 Gdy Krzychna szła, to było tak, jakby czarny łabędź płynął w noc księżycową po szklanej tafli stawu. Łabędź płynął sam jeden, powoli, bez szmeru. Za nim, którędy przepłynął, ciągnęła się lśniąca, srebrna linja. I do tej drżącej linji, jak do otchłani, biegły i wpadały drobne wodne muszki. Łabędź płynął dalej, nie oglądając się poza siebie.
 Panna Drohojowska „pogrążała“ tych, co na nią patrzyli.
 Aż wreszcie przyszedł mały rycerz, przyszedł złotowłosy Ketling i pogrążone muszki z lśniącej linii wydobyte, stanęły przed nią groźne i drogę jej przecięły.
 Ale Krzychna, choć była majestatem, choć była taka smukła, taka królewska, i taka z witrażu, była... kobietą, więc chwyciła bron kobiecą i dalej... w płacz...
 Kordy już złożone w śmiertelny krzyż — ten płacz je rozsunął, bo niema gniewu, niema żalu, niema buntu, niema nienawiści w sercu mężczyzny, których nie zdoła wyplenić taka płacząca ciemnooka, czarnowłosa, bladolica i słodko z pod długich rzęs patrząca Krzychna, choćby cała fala gronostajowej bieli królewskich majestatów jej postać opływała. Podniesie rzęsy, oczy zamigocą całe w brylantach, spojrzy przeciągle jak zraniona sarna i z rycerza... dzieciuch, przy kolanach klęczy, przeprasza, błaga o zmiłowanie.
 Krzychna miłościwie przebacza, uśmiecha się, chwilę jeszcze się droży, a potem swą wąską, białą rękę poda i śnieżną różę nąna znak zgody do pancerza przyczepi. Biały kwiat aż drży na srebrze pancerza, Krzychna osuwa się na swe wysokie krzesło, wspaniała, milcząca, biała — trochę rada ze sporu dwóch tak znamienitych rycerzy i z pod rzęs spuszczonych patrzy aksamitnemi oczami na „pogrążonego“ rycerza, sama cała aksamitna i ciałem i duszą, uosabiająca powab i ponętę kobiety.
 U stóp Krzychny musi spoczywać wielki biały chart, jako symbol wierności, bo tylko takie kobiety są bardzo wiernie i bardzo stale kochane.

............................................

 Baśka nie myła się wodą. E! cóż znowu! Baśka musiała wczesnym rankiem pędzić do ogrodu, prosto w grzędy, tam, gdzie rosną wysokie, a jak koronka rozłożyste i delikatne warzywa, tam, gdzie kapusta rozkłada swe szerokie wachlarze i tam pochyliwszy się, Hajduczek musiał myć swoją białoróżową twarzyczkę w rosie porannej. Z rosą zbierała razem różowe promienie słoneczne i nacierała nimi swoją twarzyczkę. Dlatego tak wdzięcznie śmiała się potem słońcem dzień cały, dlatego teraz jeszcze Baśka Wołodyjowska śmieje się do nas takiem słońcem w wyobraźni każdego. Zimą — Hajduczek musiał wypadać w swych trochę wykrzywionych bucikach na śnieg i schyliwszy się chwytał w piąstki trochę śniegu, tarł nim pyszczek, wołając:
 — Hu! hu! dobry śnieg!
 Wróble się chowały po kątach, bo wiedziały, że skoro ta mała pani je dojrzy, zacznie może strzelać! Będzie więcej huku, niż szkody, ale zawsze wróble przezorne chowały się pod dach stannicy i tylko ukradkiem spoglądały, bo nawet wróble lubiły patrzeć na Baśkę Wołodyjowską.
 Ta nie siadała pewnie na wysokich krzesłach, jak święta z witraża, nie pieściła białych róż i nie owiewała się w mgły księżycoweksiężycowe. Ale Baśka musiała skakać po sofach, po stołach, — musiała mieć co najmniej dwa razy zwichniętą nogę i jeden paluszek wybity ze stawu.
 Że tam szatki tej panienki musiały być przeważnie bez guzików, a buciki często nieparzyste, nie ulega wątpliwości. Gdy weszła do komnaty, musiał się z niej owies sypać nie żartem, a słomę rozwłóczyła aż do księżycowego okna Krzychny.
 Ale gdy się zakręciła, gdy wbiegła, to wbiegła i dobroć i wesele i wielka prawość kobieca. Każdy czuł, że to małe, okrągłe ptaszę nie popełni nic skrytego, nic fałszywego, że ona jest cała, jak z kryształu, a w tym krysztale goreje śliczne, czyste, kochające serce, że te drobne, odmrożone, z poobcinanemi krzywo paznokciami rączki, wyciągają się tylko do prawych i uczciwych rąk, i że na tym Hajduczku polegać można moralnie, jak na twierdzy niezdobytej, bo łacniej Baśka życie utraci, zanim wiarę złamie. I Baśkę kochamy wszyscy. Gdy o niej się myśli, to coś w sercu kręci. Baśka musiała śpiewać fałszywie, musiała jeść nieestetycznie, ale musiała mówić „kocham cię Michałku“ tak serdecznie, jak nikt na świecie. Baśka była promienną, migoczącą gwiazdką, a gdy uklękła na swem białem posłaniu i modlić się wpółsenna zaczęła, to ze swemi złotemi włosami, spadłemi na ramiona, zdawała się być chyba jednym zbiegłym z nieba aniołem, który poto błąka się po ziemi, aby ludzi nauczyć, jakie powinno być serce kobiety, serce czyste, niewinne, promienne, serce kobiety — dziecka, której królestwem jest królestwo uległej, bezgranicznej miłości.
 U stóp Baśki musiał najczęściej spoczywać duży wyżeł, łaszący się i miły — jako symbol wierności — bo takie kobiety jak Baśka Wołodyjowska najwierniej i najstalej kochają.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.