Bańka mydlana/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Bańka mydlana
Podtytuł Obrazek miejski
Pochodzenie Z różnych sfer
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

W ładnym domku z ładnym ogródkiem, który był przedmiotem marzeń Mirewiczów, w niewielkim i nader skromnie urządzonym pokoju, panował przedwyjazdowy widocznie nieład. Dwie osoby zajmowały się tam pakowaniem w tłomoki pościeli, sukien i książek. Jedną z osób tych była Józefa Skiwska, drugą siostra jéj, piętnastoletnia Helka, ładne, żywe dziewczę, z bardzo pojętnemi, bystremi oczyma i cerą twarzy, jak u siostry, przybladłą nieco i zmęczoną. Pracowały zawzięcie, ale nie długo, bo wcale niewielkie bogactwa do dwóch niewielkich tłomoków zapakować im przyszło. W jednym pomieściła się pościel i odzież, drugi napełnionym został książkami. Tym to ostatnim wyłącznie zajmowała się Helka. Drobne jéj ręce zręcznie ułożyły biblioteczkę tę, złożoną w znacznéj części z przeróżnych szkolnych podręczników, poczém przysiadła obok tłomoka na ziemi i, twarz oparłszy na dłoni, zamyśliła się smutnie. Józefa, ściągając taśmy swego tłomoka, na siostrę spójrzała.
— A toż to, Helciu, czego płaczesz?
Po twarzy dziewczynki płynęły istotnie łzy. Otarła je szybko i z zawstydzeniem. W głosie starszéj siostry dosłyszała niezadowolenie.
— Nic to, Józiu, nic! żal mi się zrobiło pokoiku tego, ogródka... Wszystkiego!
— Ogródka! — powtórzyła Józia — wiész dobrze, że nie masz jeszcze prawa myśléć o kwiatkach. Dopóki były, mogłaś bawić się niemi, gdy ich nie będzie, powinnaś umiéć nie myśléć o nich.
Helka potakująco wstrząsnęła głową, ale usta jéj drżéć zaczęły od tłumionego żalu.
— Widzisz, Józiu — zaczęła — tam w Onwilu wszyscy nieznajomi będą, wszystko cudze i... sama mówiłaś, że będzie nam daleko, daleko gorzéj, niż tu.
Zamknąwszy tłomok, Józefa wyprostowała się i odrzekła:
— Mieszkanie nasze będzie ciaśniejsze i ciemniejsze, i jedzenie gorsze, ale za to, i ja i ty, więcéj i lepiéj uczyć się będziemy. Mówiłam ci już o tém nieraz i zawsze cieszyłaś się... Zkąd-że ci teraz przyszło do głowy mazać się nad tém, co jest nieuniknione.
Mówiła to z pewną surowością w głosie i spójrzeniu. Zbyt ostro nawet gromiła młodziutką siostrę za żałowanie kwiatków i obawę nieznanéj przyszłości. Ale Helka nie darmo miała lat piętnaście. Oczy jéj zaszły nowemi łzami.
— O, Józiu, Józiu! — zawołała — dlaczegoż-to my jesteśmy tak same na świecie? Inne mają rodziców, którzy opiekują się niemi i dopomagają im we wszystkiém... inne mają i naukę, i kwiatki, wszystko... wszystko... a my...
— A ty? czy nie masz siostry? — krótko zapytała Józefa.
Helka podniosła głowę, popatrzała na siostrę i, porwawszy się z ziemi, z krzykiem czułości rzuciła się jéj na szyję. Chłód młodéj dziewczyny stopniał, surowy wyraz ust jéj i oczu zniknął.
Usiadła, i piętnastoletnie dziewczę, jak małe dziecko, na kolanach swych posadziwszy, i ramieniem je do piersi przyciskając, drżącym trochę głosem mówiła:
— Ty wiész, Helko, że inaczéj być nie może! Ubogie jesteśmy i sieroty. Po śmierci ojca sześć lat przemieszkałyśmy już u stryja. Spostrzegałaś nieraz sama, że przykrzy mu się pobyt nasz w jego domu i nie powinnyśmy mu brać tego za złe, bo żywić nas i odziewać przez całe życie, nie ma on obowiązku żadnego...
— Przecież ty, Józiu, pracowałaś zawsze i zarabiałaś!...
— To prawda, ale nie wystarczało to na utrzymanie nas obu, i zawsze coś kosztowałyśmy stryja. Wiész dobrze, żem ja skończyła mizerną tylko pensyjkę, i tak mało umiałam, że lekcye moje były długo niezmiernie tanie. Teraz umiem już daleko więcéj; w Onwilu płacą za lekcye drożéj; zarabiać tam będę sporo, tyle, ile nam trzeba. Najważniejszą zaś rzeczą jest to, że ty tam miéć będziesz lepszych nauczycieli, z których pomocą przygotowywać się będziesz mogła do... wiész czego?
Helka, bez śladu już łez i smutku, owszem, rozpromieniona, twarz siostry pocałunkami okrywała; Józefa uścisnęła ją wzajemnie.
— Jesteś już dość dużą i roztropną, abym ci mogła wskazać ten piękny cel, do którego ażebyś doszła, dopomagać ci będę wszelkiemi siłami. Jesteś zdolną do nauk i to takich szczególniéj, które w zawodzie tym są najniezbędniejsze; jeśli więc mocno i wytrwale zechcesz... Tylko — zakończyła — nie myśl nigdy, że ci to łatwo przyjść może...
— Wiem — krótko i poważnie odpowiedziała Helka i, zsunąwszy się z kolan siostry, energicznie tłomok swój z książkami zamykać zaczęła.
Nic już więcéj czułego nie powiedziały sobie, tylko Józefa, włożywszy na głowę kapelusz, pocałowała siostrę w czoło.
— Idę pożegnać się z Mirewiczową. A ty idź tymczasem, jak zwykle o téj porze, gazetę stryjowi przeczytać. Nie trzeba, aby przypuszczał, że urazę jaką do niego mamy. Bo choć tam czasem uczynił nam on coś nieprzyjemnego, wdzięcznemi mu być powinnyśmy. Żyłyśmy pod jego dachem i jadłyśmy chléb jego.
Wszedłszy do mieszkania Mirewiczów, Józefa zdziwioną była głęboką ciszą, która w niém panowała. Dawniéj słychać tu było zawsze turkot maszyny do szycia Anny, głośne rozmowy jéj ze służącą i z dzieckiem, skrzypienie pióra i szelest papierów Mirewicza, albo gwarne głosy jego klientów. Teraz nic. W kuchni tylko Kasia zawzięcie siekała kotlety, a mała Jańcia, klęcząc na stołku i przypatrując się jéj robocie, daremnie zadąsaną dziewczynę do rozmowy wezwać usiłowała. W jadalni, pracowni i bawialni pusto było i cicho, a z sypialnego dopiéro pokoju, przez drzwi przymknięte, dochodził odgłos jakiegoś monotonnego i zawziętego mruczenia. W mruczeniu tém Józefa poznała głos Anny. Weszła i dość dziwny ujrzała widok. Blask zachodzącego słońca uderzał wprost w okno, które téż płócienną roletą zasłoniwszy, Anna w żółtawem świetle, napełniającém pokój, siedziała przy stole, okrytym skromnemi toaletowemi przyborami i oba łokcie na stole, a czoło na dłoniach wspierając, półgłosem z rozwartéj przed sobą książki czytała. W monotonném, mruczącém czytaniu tém, było coś nużącego i prawie bezmyślnego, a szczególne zajęcie to tak bardzo pochłaniało Annę, że ani otwierania się drzwi, ani nadchodzących kroków nie słyszała.
— Andziu! Andziu! co to robisz? modlisz się, czy uczysz się czego?
Podniosła żywo głowę i widocznie zmieszała się bardzo.
— Nie, nie Józiu! ot tak! czytam sobie...
— Ty, gosposiu, tak mocno zatapiasz się w czytaniu? Co ty czytasz?
Spójrzała na tytuł książki; uśmiech przewinął się po jéj ustach; spróbowała powstrzymać go, daremnie; wybuchnęła głośnym śmiechem. Książka nosiła tytuł: „Dzieje rozwijania się przyrody”. Śmiejąc się wciąż, spostrzegła na stole drugą książkę, pod tytułem: „Cywilizacya pierwotna”, i trzecią podobną na oknie, i czwartą jeszcze, wstydliwie jakby ukrytą za stojącém lusterkiem. Słowem, Anna obłożoną była książkami tak formalnie, jak gdyby przygotowywała się do examinu na stopień doktora, lub przynajmniéj magistra filozofii. Z wargami, drżącemi jeszcze od śmiechu i ze zdumieniem w oczach, Józefa zapytała:
— Co to jest, Andziu? Zkąd ci to? dlaczego?
Anna nie podniosła powiek, zawstydzoną wydawała się i smutną. Potém, na odwagę zdobywając się, szepnęła:
— Probowałam uczyć się...
— Uczyć się? Z tych książek? Zkąd ci to na myśl przyjść mogło?
Tym razem Mirewiczowa, podnosząc oczy pełne łez, zawołała:
— Moja Józiu! Gdybyś ty wiedziała, ile ja od dwóch tygodni cierpię...
Nagle Józefa przypomniała sobie, że, jak raz przed dwoma tygodniami, była tu świadkiem przybycia nieznanéj wprzódy, ładnéj i wykształconéj kobiety.
— A! czy ta kuzynka twego męża...
— Nie wyjechała jeszcze... i pewno nieprędko wyjedzie... Gdybyś ty wiedziała, Józiu, jaki to żal i wstyd słuchać tak ciągle tych mądrych rozmów ich, i widziéć, jak on ją za tę mądrość uwielbia, i czuć, że gdyby nie ja, on może był-by teraz bardzo szczęśliwy...
Zalała się łzami, ale, prędko powściągnąwszy płacz i twarz z łez otarłszy, mówiła znowu:
— Ja tylko przed tobą, Józiu, wszystko powiedziéć mogę... Może ty zresztą dasz mi jaką radę... przecież i ty także uczoną i rozumną jesteś... Ot widzisz, wzięłam z biblioteki jéj kilka książek i zaczęłam czytać... Nikt o tém nic nie wié... bo czytam wtedy, gdy oni są na spacerze, a gdy mają już wracać, książki pocichutku na miejsce odkładam. Oni wiecznie na spacerach... jak tylko obiad zjedzą, idą i aż na herbatę, a czasem i około północy wracają. Miasto studyują... ja tymczasem czytam, czytam, gospodarstwa i dziecka zaniedbuję, a czytam, i tak już jest dni z dziewięć...
— I cóż?
— A cóż? — z rozpaczliwym giestem odpowiedziała Anna. — Nic. Ale to, wiész moja droga, że nic a nic. Czy już ta moja głowa taka tępa, czy to nieprzyzwyczajenie robi, ale nic nie rozumiem i nic nie pamiętam. Jednę stronicę przeczytam czasem dwadzieścia razy i ot tak, jakbym jéj wcale nie czytała... Wiem, że to o jakichś dzikich ludziach i o jakichś robakach, ale mówić o tém sposobu niéma, bo jedno drugiego w głowie nie trzyma się... poradź ty mi, Józiu, co tu robić?
Trochę jeszcze rozśmieszona, Józefa, szyję jéj ramionami objęła i w czoło ją pocałowała.
— Co tu robić? porzucić tę niemożliwą robotę. Ona nie dla ciebie. Nauczyłaś się za młodu krawiectwa i umiész suknie szyć. Mężatką będąc, z dzieckiem i gospodarstwem dużo zajęcia masz. Książki te nie dla ciebie. Gdybyś nad niemi nietylko dziewięć dni, ale dziewięćdziesiąt dziewięć lat mozoliła się, nic z tego nie wyniknie, bo ani przygotowania, ani zdolności odpowiednich nie masz...
Mirewiczowa znowu z rozpaczą załamała ręce.
— Boże, mój Boże! — zawołała — cóż to będzie?...
Umilkła, a po chwili, obejmując przyjaciółkę, bardzo cicho szepnęła:
— Ja wszystko już powiem. Mnie się zdaje, Józiu, że on w niéj zakochał się...
Józefa spoważniała bardzo.
— Dlaczegoś nie rozmówisz się z nim o tém jasno, szczerze?...
— Ja? — zawołała Anna — ja miała-bym dokuczać mu jeszcze zazdrością, podejrzeniami, pytaniami... Przecież to tylko podejrzenie, pewności żadnéj nie mam... Prędzéj utopiła-bym się, niż-bym jemu dobrowolnie przykrość jaką sprawiła! Ale tak mi smutno, tak straszno!...
Z trudnością wstrzymywała się od płaczu. Zerwała się z krzesła:
— Chodź! zobacz jéj mieszkanie!
Był to duży pokój, z alkową, do mieszkania Mirewiczów donajęty, i połączony z niém drzwiami, otwierającemi się z małéj bawialni. Wprzódy drzwi te były oklejone obiciem, Teraz z obu stron osłaniały je i przyozdabiały grube, kosztowne portyery. Całe urządzenie pokoju i alkowy było kosztowne i, na piérwszy rzut oka, bardzo wykwintne. Przy nagim i sztywnym saloniku Mirewiczów, wyglądało to, jak ładne i miękkie gniazdko. Trzeba było znać się trochę na rzeczach takich, aby dostrzedz tam sporo łataniny i dysharmonii. Sprzęciki nizkie, zgrabne, wygodne, czémś błękitném obite, nie nowe już były i trochę zszarzane; spory dywan okrywał część posadzki, grubéj i główkami ćwieków sterczącéj; na ścianach kwieciste obicie wyglądało wesoło, ale pospolitym gatunkiem swym sprzeczało się z ciężkiemi draperyami dość kosztownych firanek. W alkowie, przy łóżku, zasłaném haftowaną pościelą, stały kufry podróżne, a nad umywalnią i stołem, których cerata źle naśladowała marmur, spuszczała się od sufitu wielka błękitna kula nocnéj lampy. Wykwintność tę czuć było tandetą. Ale Anna i Józefa, nie przywykłe do wspaniałości tego świata, z podziwem przepych ten oglądały. Nigdy w życiu swém nie posiadały one mieszkania z portyerami, błękitnemi lampami, śliczną szklaną szafką na książki, z wynajętym choćby pianinem i porcelanowemi, czy udającemi porcelanę, posążkami i wazonikami na etażerce, udającéj palisander i rzeźbę. Anna pomimowoli zniżała tu głos, jak w kościele.
— Wyobraź sobie, moja Józiu, ile to wszystko kosztować musiało! przez caluteńkie kilka dni chodzili, kupowali, znosili, rzemieślników różnych sprowadzali, oklejali, przybijali, ustawiali... aż wczoraj, nakoniec wszystko już urządziło się zupełnie i ucichło... Słyszałam, jak Jaś do niéj mówił: „jesteś czarodziejką, Paulo! z niczego prawdziwy raik zrobiłaś”. Piękne to: z niczego! Tu trzysta, albo pięćset rubli może wlazło!
Józia, ciekawie przypatrując się wszystkiemu, mniéj jednak od Anny zdumiona, głosu nie zniżając, rzekła:
— Ależ wasza kuzynka majętną chyba być musi, jeśli tak znaczne robić może wydatki?...
— Bóg ją wié, moja Józiu, Bóg ją wié... czy ona bogata czy biedna... — zaszeptała Anna, a wyraz oczu jéj stał się dziwnie jakoś niespokojnym...
W téj chwili ozwały się w przedpokoju wesołe głosy. Dwie kobiety wróciły do saloniku, do którego téż przeciwnemi drzwiami, wsparta na ramieniu Mirewicza, weszła Paula. Za tą śmiejącą się i ożywioną parą ukazał się ożywiony téż i przystojny młody mężczyzna, brunet, z napoleońską bródką i żywemi ognistemi oczyma, wpatrzonemi w téj chwili w posuwającą się przed nim zgrabną kibić Pauli i ślicznie udrapowaną jéj suknią. Silnie zarumieniona i z błyszczącemi oczyma, Paula rzuciła się na fotel. Józefę powitała bardzo obojętnie, Annie zaledwie głową skinęła. Wszyscy jakoś milczeli z razu. Annie wydało się, że jéj-to rozmowę zacząć wypadało.
— Śliczna dziś pogoda — ozwała się — nie tak gorąco, jak było w przeszłym tygodniu...
Urwała, bo Paula, przygryzając ponsową wargę, wstała nagle i szybko do pokoju swego weszła. Mirewicz, który zachmurzył się już był nieco, i młody człowiek z czarnemi oczyma, z-za grubych festonów portyery przesłali jéj pytanie:
— Czy można?
— Proszę, proszę! — odpowiedział srebrzysty głosik, bardzo wyraźnie tłumiący wybuch śmiechu.
Anna żałośnie na Józefę patrzała.
— Widzisz, Józiu? słyszysz?
Józefa, która uważnie przypatrywała się wszystkiemu, oba ramiona zarzuciła jéj na szyję i serdecznie ją ucałowała.
— Moja ty poczciwa, biedna Andziu! nie martw się znowu bardzo! to przejdzie!
Innéj pociechy znaléźć dla niéj nie mogła. Anna cichutko zapytała:
— Powiédz mi, Józiu, co to takiego metologia?
Nad wyrazem tym Józefa zastanowiła się chwilę.
— Nie wiem, moja Andziu... może meteorologia...
— Tak! tak!
Zwięźle i jasno Józefa wytłómaczyła jéj najogólniejsze znaczenie téj nazwy.
— A!... teraz już rozumiem, co to znaczy! Słyszałam wczoraj, jak wchodząc z Jasiem do swego pokoju, śmiejąc się, powiedział: „Ależ mój Jasiu! żona twoja jest wcieloną meteorologią”.
— A on co na to?
— Zdaje się, że jemu to przyjemnie nie było, bo nie odpowiedział nic, tylko potém, wobec niéj, serdecznie i z takiém jakiémś uszanowaniem, pocałował mię w obiedwie ręce... Drogi mój, poczciwy, najlepszy Jaś!
Znały się od dzieciństwa i łączyła ich kiedyś z sobą wspólność sieroctwa i ubóztwa. Anna, o kilka lat starsza, okazywała jednak Józefie, obok przyjaźni, uszanowanie pewne, jakie budziła w niéj zwykle każda umysłowa wyższość. Nic więc dziwnego, że wyraz skupionéj uwagi i wielkiego przejęcia się okrył dobroduszną i łagodną twarz jéj, gdy Józefa, przysunąwszy się do niéj bliziutko i, rękę jéj wziąwszy w swoję, cicho i długo mówiła do niéj. Dawała jéj rady jakieś, zwierzała się przed nią z własnych swych planów. Kiedy już pożegnać się miały, Anna pociągnęła ją do jadalni. Tu, w głębi szafy, stał spory koszyk, napełniony gospodarskiemi przysmakami i sprzęcikami.
— Przygotowałam to dla ciebie... na drogę i na nowe gospodarstwo...
Józefa rzuciła się jéj na szyję i zapłakała.
— Biedna ty, Józiu moja! bez opieki, bez pomocy, jechać tak w obcy świat i jeszcze z siostrą, którą utrzymywać i wychowywać musisz... Jak ty tam sobie radę dasz?
Ładna blada dziewczyna prędko otarła łzy z oczu i twarzy.
— Cóż robić, Andziu? — odpowiedziała. — Życie kobiety ubogiéj, a cudzego chleba darmo zjadać niechcącéj, balem być nie może. Szczęśliwą jestem, że jakkolwiek pracować nauczyłam się, a Helce, o! lepiéj i łatwiéj będzie na świecie, bo... ja jéj drogę toruję!
W pokoju Pauli tymczasem gwarno było i wesoło. Dwaj mężczyźni, próg pokoju tego przestąpiwszy, zamienili się spójrzeniem, pełném głębokiego zadowolenia.
— A co, Ludwiku? czy nie mówiłem ci? — znacząco zapytał Mirewicz.
— Ależ to raj prawdziwy? — z zachwyceniem zawołał Ludwik, i z rozkoszą na nizkiéj kanapce siadając, do gospodyni raju tego przemówił:
— Jesteś pani prawdziwą czarodziejką... Nie spodziewałem się nigdy, aby marzenia nasze kiedykolwiek tak świetnie ziścić się mogły. Prawda, Jasiu?
Ze słyszenia tylko i czytania znając wspaniałości tego świata, dwaj ci ludzie marzyli o nich jednak. Marzył o nich Mirewicz, przebywając brzydkie ulice miasta, albo, po trudach dnia, zasiadając w pracowni swéj do pisania sądowych podań; marzył téż Ludwik Ożymski nad szaremi stosami kancelaryjnéj bibuły, lub w kącie odymionéj cukierni, z brudnemi ścianami i poplamionym bilardem. W marzeniach Ożymskiego panowały piękne mieszkania, swobodne zabawy, wesołe i strojne kobiety; w myślach Mirewicza snuły się częściéj artystyczne i umysłowe rozkosze, jakieś wspólności duchowe z jakiemiś wybranemi istotami, jakieś wspólne loty w krainę wiedzy i myśli, przy szmerze pocałunków. Raz zwierzyli się sobie wzajem z tego, że niezadowoleni czują się tém, co posiadają, a pragną tego, czego posiadać nie mogą i — stali się serdecznymi przyjaciółmi. Prawnik, znaczniejsze dochody mający, ratował w kłopotach, ściganego często przez lichwiarzy, urzędnika, który, wywzajemniając się, nauczył przyjaciela gry w bilard i oznajmiał mu o przybywaniu do Ongrodu ładnych harfiarek. Przysługi te przecież nie na wiele przydały się Mirewiczowi. Bilardu nie polubił, harfiarki odrazę w nim budziły. — Bezmyślne to i brzydkie! — powiedział wkrótce Ożymskiemu i dodał: będziemy razem czytywali!
— Dobrze! — z zapałem zawołał młody człowiek, który także czytywać lubił, ale książek kupować nie miał za co. Było ich zawsze sporo u Mirewicza. W wolnych od zajęć fachowych godzinach schodzili się, zasiadali przy stole, czytali, rozprawiali, sprzeczali się, łamali sobie głowy nad rozwiązywaniem przeróżnych społecznych i naukowych zagadnień. Mirewiczowi sprawiało to z razu przyjemność wielką, Ożymski bawił się téż dobrze. Potém jednak uczuli, że posiedzeniom tym braknie czegoś.
— Gdyby-to módz wszystkie te nabywane wiadomości w jakikolwiek sposób zużytkować! — mówił Mirewicz.
— Gdyby-to była z nami jaka piękna i wykształcona kobiéta! — wzdychał Ożymski.
Teraz zjawiło się przed nimi, częściowe przynajmniéj, wcielenie ich marzeń.
Pokój wygodnie i wykwintnie urządzony i piękna kobiéta, będąca połączeniem elegancyi i powagi, wdzięku i czynu.
Tak; czyn to niepospolity, wielkiego męztwa i bardzo silnéj woli wymagający, był owym ukochanym celem Pauli, o którym zaraz po przyjeździe swym tu mówiła. O imieniu i naturze jego Mirewicz dowiedział się od niéj prędko, Ożymski zaś wtedy, gdy ją po raz piérwszy zobaczył. Przychodził on na zwykłe wieczorne z Mirewiczem czytanie. W jadalni znalazł tylko Annę, zajętą przygotowywaniem wieczerzy.
— Jan w domu? — zapytał.
— O! w domu... w bawialnym pokoju, z gościem swoim. Kuzynka przyjechała...
— A młoda? — ładna?
— Młoda, ładna i bardzo wykształcona...
— O!
Pośpiesznie zdjąwszy w przedpokoju paltot, biegł ku salonikowi. Przed progiem stanął w wahającéj się postawie. W saloniku panowała cisza nieskazitelna. Nikt nie rozmawiał tam i nawet nie szeptał. Po ruchliwéj i roztropnéj twarzy młodego urzędnika przebiegł figlarny uśmiech. Chrząknął głośno i po kilku sekundach wszedł. Mirewicz nagle jakoś zerwał się z kanapki, na któréj obok Pauli siedział; ujrzawszy przyjaciela, powitał go z radością.
— Paulo! Ludwik Ożymski, jedyny przyjaciel mój, z którym wspólnie myślę i uczę się; kuzynka moja, Ludwiku, pani Paula Mirewicz!
— Bardzo mi przyjemnie poznać pana!
— O, pani!
Wykrzyk ten spowodowany był widokiem kobiéty, któréj piękna kibić i strój malowniczy uroczo rysowały się w półświetle lampy, gęstym abażurem przyćmionéj. Lecz jakież było zdziwienie i zachwycenie jego, gdy Mirewicz, biorąc rękę kuzynki, z niejaką dumą wymówił.
— Przyszły doktor medycyny, Ludwiku, Paula jest tu tylko przelotem. Jedzie do Zurichu, aby w uniwersytecie tamtejszym studyować medycynę.
Ludwik oniemiał z razu. Najniespodziewaniéj znalazł się wobec kobiéty, wprowadzającéj w czyn jednę z idei tych, o których tyle wraz z Mirewiczem czytał i rozprawiał.
— O, pani! powtórzył.
Z czcią głęboką rękę jéj całując, dodał:
— Jakież-to szczęście, że pani do nas choć przelotem zawitałaś! Takich, jak pani, kobiét, niestety, my biedni nie znamy!
— A zawsze o nich marzymy... nie prawdaż, Ludwiku?
Teraz, w cieniu alkowy swéj, spacerową suknią swą zamieniwszy na szlafrok w tureckie desenie, z za ciężkiego festonu firanki wyszła ona ku nim, z wabnym uśmiechem na ustach, a grubym tomem w ręku. Gruby tom rozwarłszy i na stole położywszy, stanęła przed źwierciadełkiem w ładnych ramkach, nad ładną etażerkę zawieszoném. Białemi palcami porządkowała złote wisiorki włosów na czole i koronkę u szyi, a, nie odwracając twarzy od źwierciadła, zapytała:
— Powiedźcie mi, co to jest za indywidualność, ta panna Józefa Skiwska?
Mirewicz spuścił oczy i nic nie odpowiedział, Ludwik za to zawołał:
— Jest to, proszę pani, wcale niebrzydka i niegłupia osoba... uczy się nawet, kształci się sama i siostrę bardzo starannie kształci; ale...
— Ale co?
— Ale... jakże to powiedziéć... natura uboga!...
— A dla czego?
— Ot, żadnych wyższych tęsknot... żadnych burz, walk...
— Uważałam to. Wygląda jak owieczka, pokornie wyciągająca szyję pod nóż społeczeństwa...
— Tak; ona walczyć nie umié. Pogodziła się i z ubóztwem swojém i ze swoją bakałarską pracą, jakby to były rzeczy najprzyjemniejsze pod słońcem... Niéma w niéj tych buntów, tego rwania się... téj nakoniec estetyczności... słowem, poczciwa sobie i niegłupia dziewczyna, ale... natura uboga!
Paula odwróciła się nagle od źwierciadła.
— Jasiu! — zawołała. — Dla czegoż ty nic nie mówisz? Uważałam już nieraz, że gdy mowa o pannie Józefie...
Żywy i wesoły Ożymski parsknął śmiechem.
— To cała historya, proszę pani!
— Ludwiku, proszę cię... zaczął Mirewicz, widocznie zakłopotany.
Ale Paula, figlarnie pogroziwszy kuzynowi, prosiła Ożymskiego, aby... opowiedział.
Bardzo zabawnie i w sposób przynoszący zaszczyt dowcipowi jego, Ożymski opowiedział, jak przed rokiem, mniéj więcéj, Mirewicz, z nudy i tęsknoty za czémś lepszém i wyższém, zajął się Józefą bardzo żywo; jak godzinami całemi prowadził z nią filozoficzne i naukowe rozmowy, w których i ona widoczną znajdowała przyjemność, jak następnie prosił ją, aby przechadzała się z nim po mieście i za miastem, na co ona z razu przystała chętnie; jak nakoniec, na jednéj z przechadzek tych, uniesiony energią i samodzielnością natury swéj, wypowiadać jéj zaczął uczucia, dla niéj powzięte, a ona... z razu śmiać się zaczęła niby puste dziecko, potém, w wielkim gniewie, nagadała mu mnóztwo rzeczy nieprzyjemnych, nakoniec, rozpłakała się i prosiła go, aby szedł sobie w inną stronę, bo ona już obok niego ani kilku kroków zrobić nie jest zdolną...
Oczy Pauli gniewnie błysnęły.
— Jasiu! jakże ty mogłeś... zająć się taką zimną, poziomą dziewczyną!
Ożymski ujął się za przyjacielem.
— Z saméj nudy, proszę pani... z tęsknoty za czémś wyższém...
Gniew Pauli przemienił się w litość. Stanęła przy Janie i włosy jego dłonią pogłaskała.
— Biedny ty, mój Jasiu! Jakże ty jesteś tu zapoznany, niezrozumiany! Ale dziewczyna ta powinna była umrzéć z radości, że ją człowiek taki, jak ty, pokochał!... Gęś!
Mirewicz wstał. Chmurny był i niezadowolony. Nawet ostatnie słowa Pauli nie zdołały go rozpogodzić.
— No, rzekł, dosyć tego! Wiész dobrze, Ludwiku, że nie lubiłem nigdy wspominać o téj głupiéj historyi... a témbardziéj wspomnienie to przykrém mi jest teraz, gdy poznałem, czém jest, w znaczeniu właściwém, kobiéta wyższa...
Wziął rękę Pauli i długo ją całował.
Ożymski spuścił oczy, westchnął, posmutniał... co spostrzegłszy, Paula, śmiejąc się, przysunęła mu rękę swą do ust: — pocałuj pan! — zaśmiała się wesoło. — My troje przyjaciół... prawda, Jasiu?
Z zapałem całując podaną sobie rękę, żywy chłopak z ognistemi oczami zbladł trochę; lecz, jakby mu myśl jakaś nagle przez głowę przemknęła, całować przestał i usunął się ku oknu, zamyślony, chmurny...
— Czytajmy! — zawołała Paula.
— Nie — odpowiedział Mirewicz — zaraz zacznie się szara godzina... czytać będziemy przy lampie; teraz, zagraj!
Posłuszna, usiadła przed pianinem i grać zaczęła. Grała biegle, czysto, i jeżeli zkądinąd muzyce jéj wiele do doskonałości brakło, pewnéj siły uczucia i namiętności nie można-by jéj odmówić. Po raz-to piérwszy w mieszkaniu Mirewiczów rozległy się pieśni mistrzów, a wywoływała je z instrumentu dłoń dość umiejętna i bardzo wrażliwa. Słuchała ich Anna, siedząca na kanapce w ciemnéj jadalni i trzymająca na kolanach wpółuśpioną Jańcię. Na senne czoło dziecka spadło parę gorących kropel.
— Co to, mamciu? — zaszemrał głosik dziecinny i główka dziecinna oderwała się od piersi matki.
— Ty płaczesz, mamciu?
— Nie, dziecko moje, nie!
— A co to?
I drobnemi rączkami rozcierała na czole wilgotne krople.
— A co to? mamciu, co to?
Anna nizko chyliła ku niéj głowę.
— To, dziecko moje, czasem o szaréj godzinie... kiedy zdaleka muzykę słychać... przelatuje taki anioł smutny, a ze skrzydeł jego padają takie krople...
Nagle Paula grać przestała. Ożymski porwał się od okna i śpiesznie zapalił lampę.
— Zerwałeś urok! — mrugając powiekami, z wyrzutem rzekł Mirewicz.
— Zrobiłem to umyślnie, — z tłumioném rozjątrzeniem sarknął Ożymski.
W tém w stronie pianina usłyszeli łkanie. Paula, z głową pochyloną na pulpit, płakała. Rzucili się do niéj oba.
— Co to? Co pani jest? co ci się stało, najdroższa?
Wstała powoli, chwiejąc się, z twarzą zalaną łzami.
— Muzyka tak mnie zawsze wzrusza... tyle przeniosłam w życiu... przebolałam, utraciłam...
Pierś jéj podnosiła się szybko, śliczne usta drżały. Mirewicz ujął jednę jéj rękę, Ożymski drugą i, całując ręce te, pochyleni nad nią, prowadzili ją, chwiejącą się pomiędzy nimi, ku kanapce i fotelom. Osunęła się na fotel, chusteczkę przycisnęła do oczu i szepnęła jeszcze.
— O! moja biedna Regina-Wiktorya!...
— Kto to... ta Wiktorya? — cichutko za plecami jéj szepnął Ożymski do Mirewicza.
— Cicho! ona sama powié ci o tém! Paulo! najdroższa! męztwa! odwagi! bądź człowiekiem! Masz teraz przy sobie przyjaciela... który-by za tobą do piekła poszedł.
— Spokoju pani! siły moralnéj! twoje wielkie, wysokie cele... Jesteś pani pośród tych, którzy wielbią cię... jak bóztwo!
Odjęła chustkę od oczu i obdarzyła ich z kolei pełném wdzięczności spojrzeniem.
— Bywają czasem takie chwile... — szepnęła.
— O! tak, ja to rozumiem dobrze!
— I ja! ale poddawać się im nie trzeba!
— O! ja się téż nigdy nie poddaję... tylko ta muzyka i te... te biédne nerwy...
Przy ostatnich słowach zatopiła wzrok w oczach Jana, który téż mocno, mocno ścisnął jéj rękę. Ożymski za to gwałtownie pochwycił książkę.
— Czytajmy! — zawołał.
— Czytajmy! — powtórzyła Paula, nie tylko już uspokojona, ale nawet rozpromieniona.
Mirewicz czytać zaczął.
Co to było? Coś z dziedziny nauk przyrodniczych, czy socyologii, czy etnologii, dość, że Mirewicz niezmiernie zajął się książką, a czytał-by ją długo, gdyby Paula ręką kart nie zakryła i mówić nie zaczęła. Bystrość umysłu kobiéty téj była istotnie zdumiewającą. Kilkanaście zaledwie kart grubego tomu przeczytawszy, wyprowadzała już z nich wnioski śmiałe, szerokie i o żywości wyobraźni jéj najlepsze wyobrażenie dające. Na kilkunastu kartach tych bujała po krainach przyrody i ludzkości, jak na rączych i niecierpliwych rumakach. Improwizowała. Improwizacyi téj Ożymski słuchał z zachwytem bezwarunkowym. Mirewicz, bardzo na seryo rzeczy umysłowe biorący, obchodził się z nią nieco surowiéj. To i owo wydawało mu się całkiem fantastyczném. Ale Paula wpadła w zapał. Oczy jéj zapłonęły i wargi zaszły purpurą, gdy od etnograficznych, czy bodaj tylko jeszcze geograficznych faktów, napełniających przeczytane stronice, lotem błyskawicy wleciała w dziedzinę czystéj psychologii i analizować poczęła: natury bogate i natury ubogie. Czém odznaczają się piérwsze, a czém drugie? Co wolno piérwszym, a co drugim? Naturalnie, wszystko wszystkim wolno; ale piérwsze mają obowiązek szczególny i bezwarunkowy pozwalania sobie na wszystko, albowiem cokolwiek w nich jest, dobrém i wielkiém jest, a złamanie jakiekolwiek sprężyny wyższéj ich organizacyi przyniosło-by widoczną szkodę im i światu.
Wszystko to istniało o tysiąc mil od książki, będącéj piérwszą przyczyną rozmowy. W zamian, wszystko to było i piękném, i przyjemném. Mirewicz i Ożymski, sami już prawd tych oddawna domyślać się zaczęli, tylko wahali się... dla braku autorytetu. Teraz autorytet ten siedział przed nimi i przekonywał ostatecznie... Czas schodził dziwnie uroczo. Czytali kwadrans, rozmawiali dwie godziny; rozmawiając, pili herbatę, którą, wraz z doskonale urządzoną przekąską, przysłała im Anna, potém znowu czytali kwadrans i rozmawiali godzinę; potém jeszcze Paula grała, a po graniu, wzruszona i rozmarzona, wsparła głowę na ramieniu Mirewicza i smutnie, łzawo opowiadała Ożymskiemu o Reginie-Wiktoryi.
Dużo po północy, w przedpokoju, przyjaciela żegnając, Ożymski gorączkowo rękę mu ścisnął.
— Szczęśliwy Janie! Szczęśliwy! Szczęśliwy!
W téj saméj chwili Anna, powoli wszedłszy do sypialni, usiadła przy małém łóżku uśpionéj już Jańci i, ręce na kolanach złożywszy, patrzała na dziecko. Zazwyczaj, spała już o téj porze od godziny. Ale dziś nie do snu jéj było. Po bozko spędzonym wieczorze, Mirewicz zasiadł w pracowni swéj do pisania i, aby wynagrodzić czas stracony, pisać miał prawie do rana. Tak już było od dwóch tygodni. „Czy długo jeszcze będzie?” Myślała Anna. Wtém do cichego mieszkania przyleciał odgłos przeciągłego, przeraźliwego świstu. Był to pociąg kolei żelaznéj, do Onwilu odchodzący. Pociągiem tym właśnie, więc w téj chwili, Józefa z siostrą opuszczała Ongród.
— Szczęśliwa! — szepnęła Anna.
Przed kilku godzinami żałowała młodéj dziewczyny, udającéj się w świat obcy, pomiędzy ludzi nieznanych, po niezależność dla siebie i przyszłość dla ukochanéj siostry. Teraz los ten wydał się jéj zazdrości godnym. Niezależność — co to? Saméj sobie dostarczać kawałka chleba, upokorzeń nie znosić, i nie drżéć co chwila na myśl, że się będzie porzuconą, odepchniętą... W chwili, gdy to myślała, usłyszała kroki Jana, szybko przechadzającego się po swéj pracowni. Wstała i, na palcach przeszedłszy bawialnią, stanęła w progu.
— Jasiu! może ty niezdrów jesteś? może ci czego potrzeba? będziesz pewnie długo pracował? postawię ci na biurku szklankę wody z winem...
W białym kaftanie i z rozpuszczonemi włosami, stała w progu nieśmiała i niespokojna.
Jan prędko do niéj podszedł.
— Dla czego nie śpisz jeszcze? Czy Jańcia zdrowa? Nic mi nie potrzeba.
Na wzruszonéj twarzy jego malowała się zgryzota i walka.
— Jańcia zdrowa i śpi smaczno... ja zaraz spać pójdę... bądź o nas spokojny i tylko... sam nie zamęczaj się tą nocną pracą!
Jakto! żadnéj wymówki? Żadnego pytania? Ani kropli goryczy, ani cienia urazy! Łagodne spojrzenie, smutny trochę uśmiech i troskliwa przestroga — oto wszystko! Prędko, silnie przycisnął rękę jéj do ust i odszedł ku swemu biurku — z gorącym rumieńcem na czole. Przez bawialnią przechodząc, Anna usłyszała, dochodzące tu, pomimo drzwi zamkniętych z alkowy Pauli, głośne, przeciągłe chrapanie. Paula miała apetyt silnych i sen sprawiedliwych. W innéj za to stronie miasta, w pewném małém mieszkanku, pewna stara kobiéta spać téj nocy nie mogła. W ciepłym tułubku i nocnym czepeczku na siwiejących włosach, z lampką nocną w ręku, ostrożnie uchyliła ona drzwi jednego z trzech pokojów, małe mieszkanie składających, i cicho zawołała:
— Ludwisiu! Ludwisiu!
Z głębokich cieniów męzki głos ozwał się:
— A co, mamciu?... czemu mamcia nie śpi?
— Ależ to ty dziś nie śpisz wcale! wzdychasz, przewracasz się...
Na tle ciemnego pokoju, płomyk lamki oświecał bladą, pomarszczoną jéj twarz, a znużone oczy z wytężeniem wpatrywały się w stronę, z któréj odzywał się głos Ludwika. Gdy upewnił ją o doskonałym stanie swego zdrowia, odeszła, ale po kilku minutach, w ciemności już, przemówiła do kogoś:
— Julciu! słyszysz? Znowu przewraca się i wzdycha!
Młodziutki dziewczęcy głosik wpółsennie odpowiedział:
— Niech mama będzie spokojną... Nic mu nie jest złego... tylko zakochał się ogromnie w téj pani...
— Zkądże wiész?
— Zwierzył mi się... on mnie zawsze...
— No cóż, że zakochał się? czegoż tu...
— Kiedy widzi mama... i Mirewicz także... a on z nim...
— Co ty pleciesz?
Ale młodziutki głosik siostry Ludwika pleść już nawet nie mógł, bo właścicielka jego zasnęła.