Przejdź do zawartości

Bałwan ze śniegu (Andersen, 1936)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Bałwan ze śniegu
Pochodzenie Zaklęta królewna oraz inne bajki
Wydawca Księgarnia Literacka
Data wyd. między 1936 a 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Sneemanden
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
BAŁWAN ZE ŚNIEGU.

— O, jakiż dziś mróz przepyszny! — powiedział bałwan ze śniegu. — Całe ciało moje trzeszczy z radości, a wiatr północny przenika mnie na wskróś tak mile. Zawadza mi potrosze tylko ta kula błyszcząca, — dodał patrząc na zachodzące słońce. — Gapi się na mnie ciągle. Ale nie spuszczę oczu za nic.
W istocie dwa, naśladujące oczy trójkąty, wymalowane węglem po obu stronach nosa, nie ruszyły się z miejsca. Szczerzył też zęby, mając w ustach połowę starych grabi. Narodziny jego powitane zostały okrzykami gromady chłopców, a w dali brzęczały dzwonki sunących szybko sanek.
Słońce zaszło, a pośrodku nieba zabłysnął blady księżyc.
— Znowu wróciła ta duża kula błyszcząca. — zauważył bałwan śniegowy. — Ale świeci od tyłu, gdyż nie śmie patrzeć mi w oczy. Rad jej nawet jestem, gdyż podnosi urok mych kształtów. Jedno mi tylko nie na rękę. Oto taka wielka kula może się poruszać, ja zaś muszę stać w miejscu. A właśnie mam wielką chętkę zejść na lód i poślizgać się, jak te wesołe urwipołcie za dnia.
— Au! Au! — powiedział pies łańcuchowy (od czasu przebywania w zimnej budzie zachrypł i nie mógł wymówić wyraźnie: hau, hau.) — Poczekaj trochę, a zobaczysz, że słońce rozrusza cię na dobre. Widziałem już niejednego z poprzedników twoich. Wszyscy spłynęli bardzo prędko do rowu.
— Nie rozumiem twych słów, przyjacielu, — odparł bałwan śniegowy. — Jakżeby mnie miała rozruszać ta jasna kula, która uciekła przed spojrzeniem moim, a teraz stoi trwożnie z tyłu.
— Zaraz widać, żeś się urodził wczoraj, chociaż masz w gębie wielką fajkę, jak człowiek dorosły! — rzekł pies. — Wiedz, że ta jasna kula na niebie, to księżyc, a poprzednio świeciło słońce. Wróci jutro, ręczę ci i obali cię niebawem na ziemię. Czuję nawet, iż rychło nastąpi odwilż... O, jakże mnie drze w lewej nodze tylnej. Au! Au!
Pies zakręcił się trzy razy, a potem legł na słomie.
— Nie wiem, co mi prorokuje, — powiedział do siebie bałwan śniegowy — ale myślę, że coś nieprzyjemnego. W każdym razie miałem rację, nienawidząc tamtej kuli jasnej.
Nastąpiła w istocie zmiana pogody. Nad ranem całą okolicę zaległa mgła wilgotna, potem powiał jednak wicher lodowaty i mróz ścisnął jeszcze silniejszy.
Gdy słońce wzeszło, uczyniło się przecudnie. Drzewa i krzewy pokrył szron. Rozsnuł wszędzie pajęcze nici, namnożył jakby korali rosochatych, oraz kwiatów przedziwnych, bielszych niźli lilie, a delikatniejszych od koronki. Długie, wiotkie gałązki brzóz osypane kryształami szronu kołysały się w wietrze, migocąc różnymi barwami. Wszystko lśniło w pro miniach słońca, jakby zasypane okruchami brylantów, szafirów i rubinów. W dali paliła się wprost pożogą śnieżna płaszczyzna.
— Cóż za cudny widok! — zawołała młoda dziewczyna krocząca z młodzieńcem po parku. — Zaprawdę, w lecie nie widzi się takich cudów.
— Przytym zaś, — dodał młodzieniec, — wskazując śniegowego bałwana — nie można lepić takich figur. Doskonale jest zrobiony i brak mu tylko ognia w fajce.
Zaśmiał się wesoło, obrócił na pięcie, potem zaś złożył grzeczny ukłon bałwanowi i za chwilę młoda para znikła na zakręcie.
— Cóż to za ludzie? — spytał bałwan śniegowy psa podwórzowego. — Nie wydają się źli, tylko mało mi okazali szacunku. Powiadasz, że jesteś tu już długo, więc znasz ich może.
— Oczywiście! — odparł pies. — Ona głaszcze mnie nieraz, a od niego dostaję często smaczne kości. Jest to córka właścicieli tej posiadłości i jej narzeczony. Tam, w dali budują dom, gdzie mieszkać będą po ślubie.
— Nie widzę w dali nic podobnego do domu! — zauważył bałwan śniegowy. — Co prawda, nie mogę obrócić głowy. Powiedz mi jednak, czy są to istoty podobne do ciebie i do mnie.
— Strasznie głupie jest twoje pytanie. — odparł pies. — Wiedz, iż to, są ludzie i moi państwo. Powstałeś wczoraj dopiero, ja atoli jestem stary i posiadam niemało doświadczenia. Wiem co się dzieje w domu, a dawniej trzymano mnie w pokoju, nie na mrozie.
— Nic milszego nad mróz! — powiedział bałwan. — Łańcuch, przyznaję, to zapewne rzecz niemiła. Sam jego łoskot razi mnie. Ale opowiedz, proszę, coś niecoś o swym życiu i przygodach.
— Au! Au! — rzekł pies. — Za młodych lat wszyscy uważali, że jestem niezmiernie miły i sympatyczny. Mieszkałem w najpiękniejszych komnatach, nieraz nawet spoczywając na aksamitnym fotelu ze złoceniami. Panie i panienki całowały mnie, obcierały łapki haftowanymi chusteczkami i zwały swym ukochanym przyjacielem.
Nagle jednego dnia zauważono, że jestem zbyt tłusty i ociężały, więc dano mnie w podarku klucznicy. Dostałem się do suteryny i patrzyłem przez okno na wszystko od dołu. Ale dobrze mi było, a nowa pani moja kochała mnie i pieściła. Czułem się tu nawet spokojniej, choć mieszkanie nie było zbytkowne, gdyż nie dręczyły mnie ustawicznie dzieci, biorąc na ręce, dusząc, wkładając mi czepek na głowę i wyrabiając inne głupstwa nieprzystojne. Miałem swoją poduszkę, dobre jadło i ciepły kominek, do którego tak miło przytulać się w zimie. Spędziłem tam najmilsze chwile życia. Marzę dotąd o tym kominku.
— Cóż pięknego może być w kominku? Czy jest on podobny do mnie? — spytał bałwan śniegowy.
— Stanowi zupełne przeciwieństwo! — odparł pies. — Jest czarny jak kruk, posiada szyję miedzianą i zjada tyle drzewa, że mu ono bucha ogniem z ust. Spójrz zresztą uważnie, a zobaczysz przez okno suteryny ten kominek, o którym marzę dotąd.
Bałwan śniegowy dostrzegł w istocie przez okno suteryny kominek i doznał czegoś pośredniego pomiędzy strachem, a uczuciem sympatii.
— A czemuż opuściłeś swą panią, która cię tak kochała? — spytał.
— Zdarzyło się nieszczęście. Jeden z synków właścicieli, wielki nicpoń, chciał mi odebrać napoczętą dopiero co kość, ugryzłem go więc, on zaś zaczął ryczeć. Za karę wzięto mnie na łańcuch i zostałem tu już, gdyż opiekunka moja zmarła wkrótce po wypadku. Na chłodzie straciłem mój piękny, dawny, głos i teraz szczekam brzydko. Jestem stary i biedny, ale i tak nie zamieniłbym się z tobą za nic.
Ale bałwan śniegowy nie słuchał już psa. Patrzył bez ustanku na miedziany kominek, który miał tę samą co on wysokość.
— Chciałbym zejść do tych suteryn i oprzeć się o ten kominek! — powiedział. — Całe ciało moje trzeszczy od ochoty.
— Nie stanie się to nigdy i nawet dla twego dobra, gdyż samo zbliżenie do kominka byłoby dla ciebie śmiercią. Au! Au! Młodziki mają zawsze pragnienia bezrozumne.
Bałwan śniegowy patrzył przez cały dzień na kominek, a wieczorem światło bijące zeń zachwycało go. Nagle otwarto na chwilę okno, żar zaróżowił pierś jego, on zaś krzyknął:
— Ach! Zbyt wiele szczęścia. Umieram!
Przez całą długą noc marzył o kominku i przyszłości, gdy zaś rano mróz okrył szyby suteryny, bałwan śniegowy zesmutniał, nie mogąc patrzeć na ukochany kominek.
— Zły to znak, że myślisz ciągle o tym, co jest klęską twoją! — powiedział pies. — Ach! Przyjdzie odwilż. Drze mnie strasznie w prawej nodze przedniej.
Przyszła nagła odwilż, mróz zmalał, a wraz z nim i bałwan śniegowy skurczył się i schudł. Nie żalił się jednak, a był to dlań zły znak. Pewnego ranka znikł i opadł, a ze środka wyjrzała rękojeść miotły i dwa polana, wkoło których chłopcy oblepili śnieg, budując go.
— Rozumiem teraz, — rzekł pies. — czemu tak lubił kominek. Miał w sobie polana. Au! Au! Zresztą już po nim.
Teraz, ci sami chłopcy, którzy lepili z radością bałwana, tańczyli po ścieżkach, śpiewając ku czci wiosny, jaskółek i kwiatów, a o bałwanie śniegowym nikt nie myślał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Franciszek Mirandola.