Błogosławieństwo (Coppée)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor François Coppée
Tytuł Błogosławieństwo
Pochodzenie Z teki Chochlika
Data wydania 1882
Wydawnictwo Księgarnia F. H. Richtera
Drukarz Drukarnia Ludowa we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Włodzimierz Zagórski
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

BŁOGOSŁAWIEŃSTWO.

Opowiadanie starego wiarusa z czasów wojny hiszpańskiej

(Dowolny przekład z Coppée’go.)

Owoż w roku „dziewiątym“, młody mój kolego,
Wzięliśmy Saragossę; — forteca niczego
Niby krwawnik w sygnecie osadzona w Sierrach,
Byłem wtedy sierżantem w gwardyi woltyżerach,
Po wyjściu mem z szpitala dziennym ordynansem,
Przeniesion tam z legionów z wstążką i awansem.
Bo podczas gdym się z ran mych lizał w lazarecie,
Poszli nasi murzynów bić aż w Nowym Świecie;
I tak, sierota Polak, z łaski tych tu guzów,
Dostałem się sam jeden do pułku Francuzów.
 
Więc byłem, jak to mówią, już nie w pierwszem polu,
Obszedłszy, od piramid hen! do Neapolu,
Niemal połowę świata z karabinem w ręku; —
I bywałem w bataljach, gdzie nieraz od lęku
Najmężniejszym na głowie dębiły się włosy; —
— Ale to wszystko furda wobec Saragossy! —


Straszne to były jatki! Dzień sądu prawdziwy!
I nieraz sam się dziwię, że cały i żywy
Wyszedłem z tych opałów. Od świtu jak snopy
Padali nasi; — wreszcie wzięliśmy okopy.
Wchodzim breszą do miasta mospanie, aż owo
W mieście trza było walkę zaczynać na nowo,
I brać szturmem dom każdy, zkąd ukryty zdradnie
Gradem nas kul zatrutych raził wróg szkaradnie.
Więc traciliśmy ludu mnogo z każdym krokiem;
Wiara, walcząc od świtu z krwią nabiegłem okiem,
Z usty, od rozrywania tulejek ładunku
Czarnemi, spieczonemi, nie do pocałunku,
Klęła wroga, co walczył chytrą zdradą węża,
Szepcąc sobie po cichu, „że to winni księża!“
Więc gdy się gdzie pojawił kaptur jaki skrycie
Unoszący zaułkiem swe mizerne życie,
To bez namysłów długich, z przyjemnością prawie,
Tłukliśmy tę hołotę, jak kaczki na stawie.
 
Batalion nasz w kolumnie szedł wązką ulicą;
Ja byłem w awangardzie, sto kroków za szpicą,
I kroczyłem w mej czwórce, okiem w lewo w prawo
Wodząc czujnie po dachach. Po nad bitwy wrzawą,
Przygłuszając huk strzelby i oręża szczęki,
Wzbijał się płacz i kobiet mordowanych jęki.
Powietrze wrzało skwarem tak jak piec wapniarni;
Słońce nakształt ogromnej czerwonej latarni
Przyświecało ponuro z poza dymu słupów;
Co krok przełazić wały wypadało trupów,

Lub omijając rannych krwawe deptać błoto;
Domy, podziurawione od kul jak rzeszoto
Przybierały zdradliwie pustkowia pozory;
Żołnierze wstępowali w te pługawe nory,
Chyłkiem, ostrożnie, ciszkiem, pełzając jak krety,
A potem z czerwonemi wróciwszy bagnety,
Ocierali stal ręką, i kładli na mury
Dłonią we krwi zbroczoną znak krzyża ponury,
Świadczący, że zrobiono w tym domu porządek; —
Bo w tych zaułkach strasznych radził nam rozsądek
Zabezpieczyć się dobrze, nim człek stąpił nogą,
Że się nie zostawiło za sobą — nikogo. — —
 
Szliśmy bez tarabanów, bez trąb i piszczałki,
Starszyzna w zamyśleniu; nawet stare śmiałki
Wiarusy, łokciem pilnie szukający czucia, —
Markotni, jakby marła w nich dusza rekrucia.
 
Nagle — u skrętu owej wąziutkiej ulicy —
Ostrzeżono nas hasłem alarmu od szpicy;
Stajem... krzyk słychać „A l’aide!“ po naszemu: „Ratuj!“
Skoczyliśmy w te tropy bronie wziąwszy na „Tuj!“
I wpadliśmy w sam środek grenadyerów roty,
Co pierzchali haniebnie przed garstką hołoty,
Broniącej krucht klasztoru przed naszym napadem.
Było tam z dwie dziesiątki mnichów z licem śniadem,
Z golonemi głowami, i w kucie odartej,
Z rękami zbroczonemi we krwi — istne czarty!...

Którzy na karki naszych usiadłszy żołnierzów,
Sromotnie mordowali ich — drzewcami krzyżów.
Był to widok okropny! — Salwą plutonową
Daliśmy ognia w straszną kupę mnichów ową;
Mściwie, złośliwie, z wściekłą zajadłością zbirów,
Zmietliśmy tę okropną garstkę bohatyrów,
Bo żołnierz był już bojem strudzon niewymownie,
I czuł w sercu katowską złość, a w mózgu głownie.
Potem, kiedy osiadły ciężkie dymów słupy,
Ujrzeliśmy przed sobą czarne mnichów trupy,
I potok krwi, z pod ciał tych po wschodach płynący,
— I w głębi kościół czarny, ponury, milczący.

Razem z całym plutonem, krocząc jakby senny,
Wszedłem do tej świątyni. Był to gmach kamienny,
Ponury, pełen dymów smętnego jałowcu,
A cicho wewnątrz było, jak gdyby w grobowcu,
I jak w grobowcu zimno. Ołtarzowe świece
Migały chorym blaskiem, jak one gromnice,
Co na mogiłkach wiejskich płoną w dzień Zaduszek.
U wielkiego ołtarza stał kapłan staruszek;
Do ofiarnego stołu obrócony twarzą,
W ornacie, w pośród świec tych, co się smętnie jarzą,
Samotny tak jak palec, i bielszy od mleka.
A wzrostem po nad miarę wyniosły człowieka,
Stał kończąc Służbę Bożą — zatopion w modlitwie,
— Jak gdyby ani wiedział o wrogu i bitwie.
 
Okropne to wspomnienie tak mi się w mózg wpiło,
Że go już ztamtąd żadną nie wydobyć siłą,

Że mi się będzie pewno nawet w grobie śniło,
Bo dziś, gdy Waszmość Pana tą powieścią bawię,
To widzę tutaj wszystko — wszystko jak na jawie:
Te czarne trupy mnichów, ten klasztor ponury,
Te krwią dymiącą wschodów pluszczące marmury,
Ten dym, a nad nim słońce niby Bozkie oko,
I tę bramę kościelną rozwartą szeroko,
I onego kapłana w blasku świec jarzących,
I nas, jak w ziemię wrytych, i — prawie tchórzących.

A teraz mi wypada przyznać Waszmość Panu,
Że choć, jak u nas, dzieci włościańskiego stanu,
Wychowany zostałem w domu bogobojnie,
Tom już stracił był wiarę w obozach i wojnie,
I kląłem już z francuzka na czem świat ten stoi;
Ba nawet raz by dowieść, że się człek nie boi
Ani Boga ni djabła, przy szturmie kaplicy
Zapaliłem mą lulkę u ołtarnej świecy; —
Więc zgadniesz, żem przesądów nie miał i za szeląg,
— Lecz ten ksiądz był tak biały, żem się go aż przeląkł!

— „Pal!“ — zawołał oficer.

Nikt nie drgnął. Wśród ciszy
Musiał ksiądz głos ten słyszeć pewnie, lecz że słyszy
Nie dał poznać — i niczem nie zdradzając lęku,
Zwrócił się do nas twarzą z swą monstrancją w ręku,

Jak to czynią kapłani, gdy pod koniec sumy
Zwracają się do wiernych, błogosławiąc tłumy.
I widzieliśmy wszyscy, gdy za mgłą kadzideł
Z ramiony wzniesionemi w górę nakształt skrzydeł,
Stał jakby na obłoku, kreśląc krzyż w przestrzeni,
Że nie drży; — więc spokojem jego przerażeni,
Cofnęliśmy się wszyscy. On wznosząc głos słodki,
Spokojny, jakby przed nim tu stały dewotki,
Nie wróg, dyszący zgubą jak wulkanu krater

„Benedicat vos — rzecze — omnipotens Pater!“
 
A w chwili, gdy swym głosem echa budził spiące:

— „Pal!“ — wrzaśnie oficer — „Wy tchórze! zające!“

Wtedy łotr jakiś podły, choć żołnierz nazwiskiem,
Wziął na cel, i wypalił. Śmiertelnym pociskiem
Tknięty, zbladł starzec strasznie, ale niezachwiany,
Nie spuszczając z nas oka, gdzie śmierci blachmany
Ponury, lecz spokojny blask rozświecał męztwa,
Nakreślił znów w przestrzeni znak błogosławieństwa,
Mówiąc zwolna:

„Et filius.“

Ach niewiem do dzisia,
Zkąd się w żołnierzu wzięła ta dzikość tygrysia!
Dość na tem, że strzał nowy przeszył pierś kapłana.

Starzec, dłoń jedną wsparłszy na ołtarzu Pana,
Drugą — podniósł raz jeszcze monstrancję do góry,
Że świeciła jak słońce wpośród dymu chmury,
I, kreśląc po raz trzeci znamię przebaczenia,
Głosem cichym, złamanym, lecz w pośród milczenia,
Słyszalnym, — gdyż zgiełk cisza zastąpiła głucha,
Rzekł:
 
„Et Spiritus sanctus!
 
i upadł bez ducha.
 
Monstrancja się stoczyła po schodów marmurach,
Budząc brzękiem swym echa w kaplicach i chórach.
Trzymając broń do nogi, nawet wygi stare
Patrzaliśmy na mord ten, i na ofiarę
Niemi — jakby złamani tym strasznym widokiem.
A podczas gdyśmy stali tam z wilgotnem okiem,
Z głową ciężko zwieszoną na pierś bez oddechu:
 
„Amen!“ — zaryczy dobosz, krztusząc się od śmiechu!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: François Coppée i tłumacza: Włodzimierz Zagórski.