Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi |
| Pochodzenie | Modlitwa Pańska |
| Wydawca | Polskie Towarzystwo Nakładowe |
| Data wyd. | 1905 |
| Druk | Drukarnia Narodowa w Krakowie |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
W NIEBIE TAK I NA ZIEMI
Idzie, śpieszy się Michalik, śpieszy, bo to już późno i ściemniać się zaczyna. Ślizgawica po ulicach, a mimo to ruch — tak, jak w Wigilię. Każdy biegnie, śpieszy się, dokupuje, chce przyjść na czas.
Tu i owdzie zamykają już sklepy, ale jeszcze i tak jasność bije na trotuary szerokiemi strugami. Na rynku chłopcy dla zachęcenia pozaświecali świeczki w szopkach, i transparenty czerwone, zielone, błękitne świecą z daleka jak tajemnicze drogie kamienie na tle zielonego, świerkowego gaju.
Z Maryackiej wieży spłynął na tłumy ludzi hejnał, łagodnie, jak srebrny welon tonów.
Michalik przechodząc mimo kościoła, czapkę pobożnie uchylił.
Rosły, silny, przystojny brunet, o twarzy krągłej, śniadej, oczach pełnych energii i inteligencyi. Doskonały z niego robotnik, umysł ma rozwinięty, wchłonął w siebie trochę kultury, ale tej zdrowszej, do życia potrzebnej, i teraz sprawnie, jasno, zdrowo, zdając sobie wybornie sprawę z tego, kim jest i do czego dąży, idzie przez życie, torując sobie drogę silnemi, krzepkiemi dłońmi.
Pracy się nie ulęknie, do wszystkiego zdolny, wie nie jedno, a resztę sprytem odgadnie. Fachem jego stolarka, warsztatu jeszcze swego nie ma, ale już jest w spółce uczciwej i lada chwila swego się dorobi. Powstał z niczego, a przecież tyle w nim było siły i hartu, że dziś ogarnia sercem i umysłem szerokie horyzonty. Tak, jak idzie przez tłum śmiało i pewną nogą, tak samo w życiu dusza jego ma wytknięty już kierunek i cel.
Kupił po drodze maluchną szopkę i garść przyborów na choinkę. Wstąpił do sklepu, kazał sobie odmierzyć orzechów, jabłek, kupił wianek fig i trochę tanich cukierków.
Gdy wyszedł ze sklepu, ruch już ustawał, ludzie rozchodzili się, nikli w bramach domów. Jakaś uroczysta cisza zaczynała opadać na miasto. Mgła biaława zasnuwała światła rewerberów. Z trzaskiem zamykać zaczęto bramy Sukiennic. Zapóźnione przekupki gasiły swoje latarenki i zwijały stragany.
Michalik skierował się na ulicę Krupniczą. Minął planty tajemnicze i białe od leżącego po trawnikach śniegu. Okryte deskami posągi miały pozór skarlałych obelisków. Michalik szedł teraz nie tak śpiesznie. Jakoś mu było niesporo. Niepokój ściskał mu serce. Bał się, czy w domu zastanie wszystko jak należy. Bał się o to bardzo. Żywo miał przed oczyma przeszłą wilię i do tej chwili odczuwał ból na jej wspomnienie.
Byle się to tylko nie powtórzyło! — niczego więcej nie pragnął.
Ale już przed samym domem doznał tak gwałtownego wstrząśnienia, że aż tchu mu w piersiach zabrakło, a szopka omal nie wyleciała z rąk jego w błoto. Przedewszystkiem, w okienkach jego mieszkania, na parterze wcale porządnej jednopiętrowej kamieniczki, nie świeciło się wcale.
Ciemno tam było, i ta ciemnica gwałtownem uderzeniem rzuciła się w oczy Michalika. I zaraz pod oknami, tuż przy murze, dostrzegł dwa małe czarne cienie, skulone i przytulone do siebie, jakby w oczekiwaniu.
— Jezus!... — wyszeptał przez zęby Michalik.
Ochłonął i przyśpieszył kroku. Dwa małe cienie pośpiesznie oderwały się od ściany i biedz ku niemu zaczęły.
Była to malutka dziewczynka, odziana w ciepły płaszczyk i chusteczkę, i chłopczyk starszy, najwyżej pięcioletni, ubrany w granatowe paletko i wysokie, zapinane buciki. Chłopczyk ciągnął za rękę dziewczynkę, która mu nadążyć nie mogła. Z daleka wywijał kluczem i wołał:
— Tatuńciu! tatuńciu!... na! masz... klucz!...
Michalik już jest przy dzieciach, a dziewczynka objęła go za nogi i kołysze się, podnosząc swoją różową buzię ku niemu.
— Tatusiu: klucz!...
— A... mama?...
— Mamcia poszła do ciotki i kazała tatusiowi powiedzieć, żeby tatuś sobie sam wilię ugotował... bo mamcia ani myśli, i także mamcia kazała powiedzieć, że będzie u stryjenki nocować.
Tak mówi chłopczyk, podskakując z nóżki na nóżkę, a każde ze słów jego, jak ostrym nożem rzeźbione, ryje brózdy bolesne w sercu Michalika.
— Dawno mamcia poszła? — pyta wreszcie zdławionym głosem.
— O! dawno!... jeszcze było widno!...
Nagle chłopczyk dojrzał trzymaną przez ojca szopkę.
— O! tatuńciu... to dla nas!...
— Dla was!
— Daj!...
— Później... teraz chodźmy po mamę.
I wziąwszy za rękę dziewczynkę, poszli wszystko troje w kierunku ciemnych, przedmiejskich uliczek. Szli wolno, bo ślizgawica była duża, a dziewczynka była drobna i ze śmiechem plątała się w zbyt długi płaszczyk.
Wreszcie Michalik oddał synkowi szopkę, a sam wziął na rękę dziewczynkę.
I poszli trochę żwawiej, ale jakoś lękliwie, jakby z góry przewidywali, że nic ich dobrego nie czeka.
∗ ∗ ∗ |
Dotarli wreszcie do plantu kolejowego i tam w szeregu świeżo postawionych kamienic skierowali się ku jednej z ciemnych sieni. Przeszli ją powoli i ostrożnie i wydostali się na dziedzińczyk zaśnieżony i pusty. W kącie stała parterowa, jasno oświetlona oficynka. Duże okna niezasłonione ukazywały wnętrza kuchni i dużej izby, zastawionej gratami. W kuchni krzątało się kilka kobiet. Płomień, bijący z pieca, oświetlał je jaskrawymi konturami. W izbie stół, nakryty krzywo czerwonym obrusem, zajmował główne miejsce. Na stole leżała strucla, i stało kilka flaszek piwa i wódki. Mała, krępa lampa z papierową umbrą zataczała jasny krąg świetlany. U brzegu tego kręgu dostrzedz można było czubek głowy jakiejś kobiety, która wsparta o brzeg stołu, spała w tej niewygodnej pozycyi. Miała jasne ładne włosy, świeży, młody kark i odziana była przyzwoicie w różową bluzkę i ciemną spódnicę.
Michalik z dziećmi do szyby przylgnął i w śpiącą kobietę załzawionemi oczyma się wpatrzył.
Dziewczynka wyciągnęła rączkę i ze śmiechem wyszeptała:
— Mamusia!
Czy kobieta dosłyszała szmer jakiś za oknem, czy coś nią targnęło, dość, że zbudziła się i sennym, nieprzytomnym wzrokiem spojrzała ku szybom.
Ale to była jedna chwila. Znów ciężka głowa opadła na stół i pozostała tak, nieruchoma, jak wyciosana z drzewa.
Michalik chwilę jeszcze postał, wreszcie jakby zbierając całą odwagę, ku drzwiom wejściowym się skierował, szarpnął je i do kuchni wszedł.
Na odgłos otwierających się drzwi, kobiety od kuchni oderwały się i spojrzały na przybyłych. Jakiś lęk, coś nakształt zmieszania, ogarnął te twarze rozpalone od gorąca płyty. Ale już naprzeciw Michalika wysunęła się tęga, czerwona, niemłoda kobieta, o twarzy wielkiej, podłużnej, z oczyma okrągłemi dziwnego zielonego koloru. Włosy miała ściągnięte z tyłu w malutką kupeczkę, szyję szeroką i lśniącą.
— Czego? — spytała.
— Tu jest Józia!... — odparł Michalik.
— A no... jest!
— Przyszedłem po nią!
— To ją sobie weź!
Odwróciła się od Michalika i szyderczo wzruszyła ramionami.
Michalik stał ciągle niepewny i wahający. Dzieci przylgnęły do niego i tamowały mu swobodę ruchów; przytem czuł się obserwowany przez złośliwe spojrzenia. Tracił siłę, rezon i moc panowania nad sobą.
— Niech jej ciotka powie, że ja tu jestem, z dziećmi! — wyrzekł wreszcie cicho z widocznym wysiłkiem.
— Powiedz jej sam! — krzyknęła już donośniej ciotka, nie odwracając się nawet od komina.
Michalik posunął się z dziećmi ku izbie.
Otworzył drzwi, stanął w progu.
— Józia! — zawołał. — Józia! chodź do domu!
Śpiąca kobieta nie poruszyła się.
Chłopczyk wyrwał się z rąk ojca i podbiegł ku matce, prędko jednak powrócił z jakąś spłoszoną minką.
Za plecami Michalika ciotka w otoczeniu przyjaciółek tryumfowała.
Tryumf ten odczuwał Michalik. To mu dodało energii. Ciężko stąpając, podszedł ku żonie i trącił ją lekko w ramię.
— Józia!... bój się ty Boga!... chodź do domu! dziś wilia!... trzeba przecie zjeść ją po Bożemu, jak inni. Chodź!... tu nie twój dom!...
Kobieta podniosła powoli głowę.
Wielkiemi, ciemnemi oczyma wpatrzyła się w dzieci, w męża. W oczach tych widać było rozmarzenie trunkiem, ciepłem panującem w stancyi.
— Tu nie twój dom! — powtarzał rozpaczliwie Michalik, chwytając ją za rękę.
Ale ona szarpnęła się gwałtownie i wydarła mu rękę z nerwową siłą.
— Tu mój dom! — wybełkotała, waląc się znów głową na stół, jak nieprzytomna.
Michalik szybko odwrócił się i skierował ku wyjściu, ciągnąc synka za sobą.
Wszedłszy do kuchni, spojrzał na ciotkę wzrokiem, w którym malowała się rozpacz, żal i smutek bezdenny.
— Mogłaś mi ciotka choć na tę świętą wilię tego nie robić — wyrzekł stłumionym głosem.
Czerwona kobieta poczerwieniała jeszcze więcej.
— Patrzcie go! — krzyknęła, wywijając wałkiem: — ja ci to zrobiłam? ja?... A kto Józce każe tu przychodzić? ja? Sama przylata ciągle, mówiąc, że w domu usiedzieć nie może... Ja winna, że kobiecie w domu piekło robisz?
Michalik aż pociemniał na twarzy, tak go ta niesprawiedliwość ciężko ubodła.
— Piekło?... — powtórzył — piekło? A toć mogłoby u nas być jak w raju! Pracuję, pieniądze są, mieszkanie urządziłem dobrze, naczynie jest, suknie jej sprawiam jakie chce, dzieci ma — czegóż to jej brak? Jestem nie pijak, nie baciarz, nie wyzywacz, dobrze się z nią obchodzę — czego chce?
— E!... — przerwała z przedrzeźnianiem ciotka — dobrze się z nią obchodzisz? A nie dawniej niż dziś rano coś jej powiedział?
I odwracając się do przyjaciółek, dodała:
— Jóźka, jak każda kobieta, lubi od rana herbatę z rumem popijać, a on na nią huzia! od pijaczek i gorzej!...
— Nie herbatę z rumem, ale wódkę pije od samego rana!... — krzyknął Michalik.
— A chociażby! — wrzasnęła ciotka — cóż to? nie stać jej na to? Pieniądze po matce jeiny, ma — i niechaj używa...
Michalikowi było tego zanadto. Przez zęby, szybko zadyszanym głosem mówić zaczął:
— Aha!... tak... pieniądze po jeiny matce... a gdzie? U was w schowaniu! I dajecie jej co trocha i podpajacie, i do wódki ciągniecie, aby ino jej własność zagarnąć. Ja was znam! ja wiem, co wy jesteście... Ale ja na was sposób znajdę. Ja was zaskarżę.
Ciotka skoczyła jak szalona.
— Skarż do stu dyabłów! skarż! niczego się nie zlęknę! — chrypiała — niczego! przed sądem zaświadczę, jako ona sama prosiła, aby jej pieniądze trzymać, bo u siebie w domu niczego niepewna.
— Jakto niepewna?... — poderwał groźnie Michalik, podstępując ku środkowi kuchni.
— Niepewna!... — powtórzyła ciotka, a wrzask jej zagłuszał syczenie ryb smarzących się na patelni — niepewna, bo nie ma do ciebie serca, a do mnie ma serce, bo ja ją sirotę do siebie przygarnęłam, i tera ona u mnie jak u matki na łonie...
Michalikowi oczy płonęły, chciał coś odpowiedzieć, ale dzieci tuliły się do niego popłakując cicho.
Chłopczyk objął go za nogi i prosił:
— Tatusiu!... chodźmy!... Tatusiu!...
Michalik ogarnął wzrokiem kuchnię, gdzie wszędzie widać było przygotowania do wilii, i uczuł żal straszny, ból tak wielki, że dalsza kłótnia z ciotką wydała mu się za marną wobec ogromu tego bolu.
Przytulił tylko dzieci do siebie, westchnął ciężko i skierował się ku wyjściu.
Stanąwszy już na progu, odwrócił się i rzucił zdławionym głosem:
— A proście Boga, żeby was nie pokarał za moją i za moich dzieci krzywdę!
Zamknął drzwi szybko i przeszedł w milczeniu dziedziniec, podtrzymując za rękę chłopca, który umyślnie próbował ślizgać się po wyszklonych kamieniach.
Ściemniło się już zupełnie.
Na ulicach ruch ustał, okna w domach płonęły wesołą iluminacyą. Gdzieniegdzie były tylko żałobne szczerby. W oddali brzęczały zapóźnione sanki.
Michalik szedł powoli, prawie machinalnie, patrząc smutnie przed siebie.
— Chyba nie żyć... albo co — tak mu się majaczyło po głowie.
Wtem uczuł, że dziewczynka kuli się na jego ręku i zaczyna drżeć cała.
— Ziuziu! — odezwał się cichy głosik.
W Michaliku coś się targnęło wielkiem, serdecznem uczuciem.
— Cisio! cisiol... zaraz będziemy w domu! — uspokajał córeczkę, osłaniał od wiatru i zaczął śpieszniej iść w kierunku swego mieszkania.
∗ ∗ ∗ |
W godzinę później siedział Michalik przy stole, trzymając na kolanach córeczkę. Przy nim na krześle klęczał Stasio i patrzał z zachwytem na oświetloną szopeczkę.
Na stole stały szklanki po kawie, leżały na talerzu orzechy i jabłka, złociła się w świetle lampki napoczęta strucla. Na komodzie mała choinka, ubrana w kolorowe łańcuchy i tanie cukierki, na niej dogasały świeczki.
Pod choinką duży pakiet. Prezent dla żony. Materyał na suknię, czysta wełna, ciemny granat, ciepły i modny. Kupił go przed kilku dniami i chował pilnie, sądząc, że zdoła jej w ten wieczór wigilijny wręczyć ten piękny i na kieszeń ubogiego rzemieślnika dość kosztowny podarek.
Wzgardziła! odeszła! Poszła do ciotki, aby tam pić w towarzystwie kumoszek. Szła na zgubę, na zatracenie. Nic jej powstrzymać nie mogło.
W pokoiku ład, czystość, nawet względny dostatek, widoczne staranie poczciwego serca, które kąt domowy przyozdobić i upięknić pragnie. Więc dywaniki taniutkie nad łóżkami, na komodzie filiżanki złocone, zegar pod kloszem, para lichtarzy z chińskiego srebra, cukierniczka szklana niebieska. Kapy na łóżkach jednakowe, zielone w pasy. Dwie szafy porządne, pod oknem maszyna do szycia. Drzwi od kuchenki uchylone, a tam na stole, w mdłem świetle lampki, widać przygotowane jeszcze rano przez niego i ryby w szafliku czystej wody, ryby do sprawienia, i osełka masła, i śliwki suszone, i wszystko, czego do porządnej wigilii potrzeba.
Nie tknęła się niczego, poleciała jak stała do ciotki, ledwo wdziała na siebie chustkę, chociaż ma kapelusze i żakiet z zajęczym kołnierzem.
Stasio, senny, znudzony milczeniem ojca, głowę na stole położył i spać zaczął.
Michalik spojrzał na niego i wstrząsnął się cały.
W ruchu dziecka było ogromne podobieństwo z ruchem matki. A potem, ten sam kolor złotych włosów, ten sam kark biały i delikatny, wysuwający się z fałd różowej sukienki.
— Stasiu, — wyrzekł, trącając lekko senne dziecko — wstań, zmów paciorek i idź spatki.
Dziewczynka dawno zasnęła na ręku ojca i śliczna była tak, rumiana, i przez sen uśmiechnięta.
Staś, posłuszny i chowany karnie, ocknął się, zlazł z krzesła i poszedł ku łóżeczku.
Był nawpół rozebrany, w różowym fartuszku i pończoszkach.
Podciągając noskiem, ukląkł przy łóżeczku, stojącem w nogach opustoszałego matczynego łóżka.
Rączki złożył, i szybko, połykając wyrazy, mówić zaczął Modlitwę Pańską.
— Ojcze Nasz...
Michalikowi pierś wezbrała żalem.
Dopiero teraz odczuł smutek swego położenia.
Wigilia!...
On sam, z dziećmi, bez wigilii, pustka... żona!... Jezu!...
Dziecko mówiło dalej pacierz, powtarzając, myląc się trochę.
I to otrzeźwiło Michalika.
Cóż? Trzeba! Skoro dzieci nie mają matki, on im musi być i ojcem i matką.
Przecież one muszą być wychowane, pacierz umieć, na ludzi wyjść...
Muszą, niema na to rady.
Po twarzy Michalika płyną strugi łez. Ale z niemi spływa ból.
Jakaś cisza wstępuje w jego serce, w jego dom.
Staś doszedł do połowy modlitwy.
Senny, znów główkę na krawędź łóżka chyli.
— Przyjdź królestwo Twoje...
Zaciął się.
Michalik mu poddaje:
— Bądź wola Twoja!
I razem z temi słowami światłość jakaś napełnia jego duszę. Jakby anioł rezygnacyi stanął w progu z pochyloną kornie głową. I Michalik zwraca oczy ku krucyfiksowi, który na półeczce ponad łóżkami, w świetle ofiarnej czerwonej lampeczki, jak kwiat mistyczny wykwita z pośród liści i gałązek palmowych.
— Bądź wola Twoja!