Autobiografia Murzyna/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
MOWA NA WYSTAWIE W ATLANCIE.


Pierwszy zabrał głos gubernator Bullock. Potem nastąpiły modlitwy biskupa Nelsona z Georgii — odczytanie ody Alberta Howella młodszego, mowa prezesa wystawy i pani J. Thompson, prezydującej w komitecie damskim, poczem gubernator Bullock przedstawił mnie w następujących słowach:
— Mamy tu wpośród siebie przedstawiciela działalności, mającej na celu cywilizacyę ludności murzyńskiej.
Gdym powstał, odezwały się oklaski, głównie między murzynami. Przypominam sobie tylko, że pragnąłem nadewszystko powiedzieć to, co mnie najżywiej zajmowało: pragnąłem powiedzieć cośkolwiek, coby mogło wzmocnić przyjazne stosunki obu ras i powołać je do serdecznego współdziałania na wspólnych polach pracy. Zresztą przypominam sobie tylko tyle, że powstając, widziałem tysiące oczu, skierowanych na mnie.
Gdym skończył, gubernator Bullock przeszedł całą długość estrady, by uścisnąć mi rękę, a inni poszli za jego przykładem. Ze wszystkich stron tłoczono się do mnie z powinszowaniami i z trudnością zaledwie zdołałem wydobyć się z sali. Pomimo to, nie zdawałem sobie jeszcze nawet w przybliżeniu sprawy z wrażenia, jakie wywarła moja mowa, aż do następnego rana, kiedy poszedłem do dzielnicy naukowej Atlanty. Gdy mnie puszczono, ludzie zaczęli pokazywać mnie palcami i otoczył mnie tłum, pragnący uścisnąć moją rękę. Powtarzało się to na wszystkich ulicach, któremi szedłem, i byłem tem tak zakłopotany, że poszedłem coprędzej do mieszkania. Nazajutrz rano powróciłem do Tuskegee. Na dworcu kolei w Atlancie i na wszystkich stacyach, gdzie zatrzymywał się pociąg, zastawałem tłumy ludzi, którzy chcieli uścisnąć moją rękę.
Dzienniki wszelakich stronnictw wydrukowały mowę w całości i przez kilka miesięcy jeszcze wyrażały się o niej pochlebnie. Zaczęły nadchodzić z różnych stron zaproszenia do wygłaszanie konferencyi i pisania artykułów do dzienników. Jedna z agencyi proponowała mi pięćdziesiąt tysięcy dolarów, lub dwa tysiące dolarów za wieczór i koszta podróży, jeżeli zechcę zawrzeć z nią umowę na czas oznaczony. Ale na te wszystkie propozycye odpowiadałem, że poświęciłem życie dla szkoły w Tuskegee i jeżeli będę przemawiał, to tylko na rzecz szkoły, a więc nie mógłbym przyjąć propozycyi mających na widoku głównie interes pieniężny.
Murzyni byli zawsze bardzo zadowoleni z mojej mowy w Atlancie i z wrażenia, jakie wywołała. Ale po przejściu pierwszego zachwytu i rozczytaniu się uważniejszem w mowie, wydało się niektórym, że moje uwagi o białych Południowcach były zbyt pochlebne i że niedość energicznie wyrażałem się o tem, co uważali za prawa murzynów. Przez pewien czas objawiała się reakcya między ludźmi mojej rasy, ale później nieprzyjazne te żywioły pogodziły się z moim sposobem widzenia i postępowania.
Ponieważ mówię o zmianach, jakie zaszły w uczuciach ogółu, muszę nadmienić o tem, co mi się zdarzyło w dziesięć lat po otworzeniu szkoły w Tuskegee, a czego nigdy nie zapomnę. Doktór Lyman Abbott, pastor przy kościele w Plymouth i dyrektor Stowarzyszenia chrześciańskiego, prosił mnie o napisanie listu do jego dziennika z wyrażeniem zdania, jakie mam o stanie umysłowym i moralnym pastorów z rasy murzyńskiej na Południu. Napisałem list, podając fakta dokładne, tak jak je sądziłem. Obraz nakreślony przezemnie miał barwy posępne, ale nie mogło być inaczej z ludźmi, którzy wyszli dopieroco z niewolnictwa, pochodzącymi z rasy, która nie miała czasu, ani sposobności do wytworzenia odpowiedniego duchowieństwa.
To, com napisał, doszło do wiadomości wszystkich murzynów duchownych w całym kraju i otrzymałem mnóstwo listów z wymówkami. Przez cały czas po ogłoszeniu mego artykułu, we wszystkich stowarzyszeniach, na wszystkich konferencyach i zebraniach religijnych, przed rozejściem się uchwalano wotum potępiające mnie i wzywające do cofnięcia lub złagodzenia tego, com napisał. Niektóre zebrania postanowiły nawet nie posyłać dzieci do Tuskegee. Jedno nawet wydelegowało „misyonarza“ ze specyalnym celem ostrzegania rodziców o szkodliwym wpływie szkoły w Tuskegee. „Misyonarz“ ten miał syna w naszej szkole, ale pomimo wszystkiego, co mówił i co zalecał czynić innym, ani pomyślał o odebraniu go ztamtąd. Niektóre dzienniki, wydawane przez murzynów, szczególnie te, które były organami stowarzyszeń religijnych, przyłączyły się do tego chóru potępiającego i żądającego cofnięcia zarzutów.
Przez cały czas trwania tych napaści nie wyrzekłem ani jednego słowa usprawiedliwienia lub odwołania. Wiedziałem, że mam słuszność — i że z czasem i po rozmyśle, ogół potwierdzi moje zdanie. Jakoż wkrótce biskupi i inni wyżsi duchowni rozpoczęli badanie stanu, w jakim się znajduje duchowieństwo, i przekonali się, że miałem słuszność; a nawet jeden z najstarszych i najwięcej wpływowych biskupów kościoła metodystów odezwał się, że byłem jeszcze zbyt pobłażliwym. Wkrótce opinia publiczna zaczęła się domagać oczyszczenia duchowieństwa. Pomimo, że daleko jeszcze do dokonania tego dzieła, mogę powiedzieć bez próżności, że moje słowa nie były bez wpływu na zapoczątkowanie tego ruchu, mającego na celu podniesienie poziomu moralnego i umysłowego naszego duchowieństwa. I doczekałem się tej pociechy, że otrzymałem podziękowania od tych samych, którzy mnie przedtem ganili za zbytnią szczerość i dziś w żadnej może klasie nie mam tylu przyjaciół, co między duchownymi. Doświadczenie nauczyło mnie w tym razie — jak i w wielu innych — że jeżeli się mówi prawdę, za którą nas potępiają, należy milczeć i czekać spokojnie. Jeżeli słuszność była po naszej stronie, czas to wykaże.
Zapytywano mnie nieraz, dlaczego nie mówię wyraźnie, co myślę o położeniu politycznem i przyszłości mojej rasy na tem polu. Zdaniem mojem — którego dotąd nie wypowiedziałem otwarcie — przyjdzie czas, gdy murzyni na Południu otrzymają wszystkie prawa polityczne, na które zasługują przez swoją inteligencyę, charakter i zamożność. Ale pewny jestem, że nie nastąpi to pod naciskiem z zewnątrz i sztucznym, tylko, że sami Południowcy zgodzą się na to i będą czuwać nad swobodnem używaniem tych praw przez murzynów.
Uważam, że murzyni powinni być bardzo umiarkowani w swych żądaniach i polegać na skutecznym, choć powolnym wpływie swej zamożności, inteligencyi i charakteru, które im utorują drogę do uzyskania praw obywatelskich. Nastąpi to drogą powolnego i naturalnego postępu, ale nie w ciągu jednego dnia. Nie wydaje mi się właściwem, żeby murzyni przestali brać udział w głosowaniu, bo nikt się nie nauczy pływać jeżeli nie zechce wejść do wody. Ale sądzę, że w głosowaniu powinni ulegać wpływowi ludzi rozumnych i uczciwych, którzy ich otaczają.
Znam murzynów, którzy dzięki zachętom, pomocy i radom białych Południowców, doszli do własności wartujących tysiące dolarów. Ale ci sami murzyni nie pomyślą nigdy poradzić się tych białych o to, w jaki sposób mają głosować. To mi się wydaje nierozsądne i myślę, że należałoby zerwać z tego rodzaju systemem.
Nie uważam za słuszne tego, że prawo daje możność głosowania obywatelowi rasy białej, choćby był nieoświecony i nieuczciwy, a odmawia tego samego prawa murzynowi, będącemu w takich samych warunkach. Prawo takie jest nietylko niesprawiedliwe, ale i niebezpieczne, jak każda niesprawiedliwość. Ma ono na celu zachęcać murzynów do nabywania własności, a jednocześnie zachęca białych do pozostania w ciemnocie i ubóstwie. Mam nadzieję, że nadejdzie czas, gdy Południe da wszystkim swoim obywatelom prawo głosowania. Z zasady jestem zwolennikiem prawa jednakiego dla wszystkich — ale uznaję, że w obecnej chwili na Południu miejscowe warunki usprawiedliwiają poniekąd te ograniczenia — do pewnego czasu — stosownie do posiadanej własności lub stopnia wykształcenia, ale jakiebądź są powody tych ograniczeń, powinny one być stosowane zarówno do białych, jak do murzynów — bez żadnych wyjątków i wyróżnień.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.