Autobiografia Murzyna/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.
TRZY TYSIĄCE KILOMETRÓW I MOWA PIĘCIOMINUTOWA.


Wkrótce po otwarciu internatu zgłosiła się z prośbą o przyjęcie do zakładu znaczna liczba uczniów zdolnych, lecz tak ubogich, że nie byli w stanie opłacać kosztów nauki. Uczniowie byli obojej płci. Przykro było im odmawiać; dlatego w r. 1884 urządziliśmy dla znacznej ich części kursa wieczorowe.
Zostały one urządzone według planu podobnego do kursów w Hamptonie, które pomagałem urządzać. Na początek dostaliśmy dwunastu uczniów. Przyjmowaliśmy ich do szkoły wieczornej, jeżeli nie mieli pieniędzy na opłacenie wykładów dziennych. Za to wymagaliśmy od nich dziesięciogodzinnej pracy w jakiemkolwiek rzemiośle, i uczęszczania wieczorem na dwie godziny lekcyi. Takie były warunki przez pierwszy i drugi rok ich pobytu. Prócz tego, dopłacano im jeszcze niewielką sumę po za utrzymaniem dziennem; rozumie się, że wszystkie ich zarobki, z wyjątkiem tej drobnej sumki, składane były do kasy szkolnej i miały służyć na opłatę szkoły dziennej, gdy do niej z czasem wstąpią. Kursa wieczorne rozpoczęte w ten sposób, rozwinęły się tak dalece, że w chwili obecnej liczą czterystu pięćdziesięciu siedmiu uczniów.
Najlepszą probiernią wartości ucznia, jest właśnie ten oddział szkoły. Dlatego głównie, że daje nam on tak dobrą sposobność wypróbowania uczniów, przywiązuję wielką wagę do kursów wieczornych. Kto chce pracować przez dziesięć godzin w cegielni lub w pralni przez rok albo dwa, żeby wzamian za to mieć dwie godziny lekcyi wieczorem, ten ma w sobie dosyć gruntu żeby się warto było zająć jego wykształceniem.
Uczeń po wyjściu ze szkoły wieczornej przechodzi do szkoły dziennej, gdzie słucha wykładów przez cztery dni w tygodniu, a we dwa pozostałe pracuje w swoim warsztacie. Oprócz tego pracuje zwykle w warsztatach przez trzy letnie miesiące. Zazwyczaj uczeń, który przetrwał zwycięzko próbę kursów wieczornych, kończy już całkowity kurs nauk i rzemiosła. Żaden uczeń, chociażby zamożny — nie może się uchylić od ręcznej pracy. Teraz nauka rzemiosł jest już równie popularna jak nauka książkowa. Kilku z najwybitniejszych wychowańców naszych, tak mężczyzn, jak kobiet, zaczęło od kursów wieczornych.
Obok silnego nacisku, jaki kładziemy na naukę rzemiosł, nie zaniedbujemy też strony religijnej i duchownej. Szkoła jest przejęta duchem czysto chrześcijańskim, i rozwój religijny uczniów: zebrania dla odprawiania wspólnych modłów — szkoła niedzielna, stowarzyszenie chrześcijańskich uczynków, związek młodzieży chrześcijańskiej i różne nasze misyjne stowarzyszenia, są tego najlepszym dowodem.
W 1885 r. miss Olivia Davidson, o której mówiłem jako o jednej z najczynniejszych naszych pracownic, której szkoła zawdzięcza w części swe powodzenie, została moją żoną. Przez cały czas naszego pożycia dzieliła swe siły między dom i prace szkolne. Nietylko nie przerwała zajęć w zakładzie w Tuskegee, ale jeździła na kwesty do miast Północy. Po czterech latach szczęśliwego życia w rodzinie, a ośmiu latach ciężkiej, lecz umiłowanej pracy dla szkoły, umarła w 1889 r. Zużyła się nadmierną pracą dla dzieła, które tak ukochała. Pozostawiła mi dwóch synów, ładnych i zdolnych: Bakera Faliaferro, który wyuczył się już strycharstwa w Tuskegee i Ernesta Davidsona.
Pytano mnie nieraz, jakim sposobem doszedłem do przemawiania publicznie. Odpowiem na to, że nie myślałem nigdy poświęcać dużo czasu mowom. Dążyłem zawsze do tego, żeby raczej działać, niż mówić o potrzebie działania. Podczas objazdu miast Północnych z generałem Armstrongiem Tomasz W. Bickuell, prezydujący w Stowarzyszeniu opiekującem się oświatą, usłyszał mnie mówiącego na jednem z zebrań. W kilka dni potem nadesłał mi zaproszenie do wygłoszenia mowy na najbliższem posiedzeniu Towarzystwa Oświaty. Miało się ono odbyć w Madisond (Wisconsin). Przyjąłem zaproszenie. I to było początkiem mojej karyery, jako mówcy.
Tego wieczora, kiedy przemawiałem w Towarzystwie Oświaty, musiało być w sali ze cztery tysiące osób. Nie wiedziałem, że wśród słuchaczów było dużo z Alabamy i kilku z Tuskegee. Powiedzieli mi później szczerze, że przyszli na posiedzenie spodziewając się usłyszeć mój występ przeciwko Stanom Południowym: ale doświadczyli przyjemnego zawodu, bo w mojej mowie nie było ani jednego zaczepnego słowa. Przeciwnie, oddałem sprawiedliwość Południowcom za wszystko dobre, które czynią. Jedna z białych kobiet, nauczycielka kolegium w Tuskegee, ogłosiła w dziennikach list, w którym wyrażała zadziwienie i zadowolenie z tego, że oddałem hołd białym z Tuskegee za udział, jaki wzięli w założeniu i trudnych początkach naszej szkoły. Mowa w Madeson była pierwszą, w której poruszyłem kwestyę rasy. Słuchacze pochwalali moje słowa i stanowisko, jakie zająłem.
Po przybyciu do Tuskegee postanowiłem osiąść tam na stałe i brać udział w radościach i upokorzeniach za wszystko, co się tam zdziała dobrego lub złego, z tego samego tytułu, jaki mają biali do tego współudziału. Postanowiłem nie mówić nigdy na Północy tego, czego nie chciałbym powtórzyć na Południu. Zrozumiałem oddawna, że trudno jest nawrócić ludzi zniewagami i że łatwiej tego dokonać, chwaląc ich za dobre czyny, niż wytykając błędy.
Postępując według tej zasady, nie omieszkałem jednak wykazać wyraźnie błędów, jakich się kiedykolwiek dopuścili Południowcy. Zauważyłem że wielu tamtejszych obywateli przyjmuje chętnie krytykę szczerą i uczciwą. Ale wogóle miejscem do krytyki Południa — jeśli zasługuje ono na krytykę — jest tylko Południe, a nie Boston. Obywatel Bostonu, któryby przyjechał bo Alabamy, żeby wygłosić tam krytykę Bostonu, nie zrobiłby tyle dobrego, co ten, któryby tę samą krytykę wygłosił w Bostonie.
W mojej mowie w Madeson wyraziłem zdanie, że najlepszą polityką jest zbliżanie obu ras wszelkiemi uczciwemi sposobami i zachęcanie do przyjaznych stosunków, zamiast rozżarzania niechęci. Twierdziłem również, że murzyni w głosowaniu nauczą się mieć więcej na względzie dobro gminy, w której mieszkają, niż chęć przypodobania się komuś, przebywającemu o tysiąc mil od nich i ich interesów.[1]
Dodałem, że przyszłość murzynów zależy od tego, czy potrafią swoją zręcznością, zdolnościami i charakterem, stać się tak pożytecznymi dla gminy, ażeby gmina nie mogła obejść się bez ich usług. Człowiek który potrafi daną pracę wykonać lepiej od innych, rozwiąże trudność bez względu na barwę swej skóry, i przytoczyłem jako przykład jednego z naszych uczniów, który wyprodukował dwieście siedmdziesiąt ćwiartek patatów na pół hektarze ziemi, gdy średnia produkcya wynosi czterdzieści dziewięć z pół hektara. Dokonał tego dzięki znajomości sztucznych nawozów i ulepszonych sposobów uprawiania ziemi. Wszyscy biali farmerzy w okolicy szanowali go i przychodzili radzić się o uprawę patatów. Szanowali go i cenili za jego wiedzę i umiejętność i za to, że powiększał zamożność swojej gminy.
Takie mniej więcej zasady wygłosiłem w pierwszej mowie, traktującej o stosunkach rasy białej z murzyńską, i od tej pory nie zmieniłem moich zapatrywań. W młodości miałem zwyczaj wpadać w gniew na tych, którzy oskarżali murzynów, lub uważali za potrzebne ograniczać ich w prawach przysługujących każdemu człowiekowi. Teraz słysząc podobne zdania, czuję tylko politowanie dla próżnych dążeń, bo wiem, że ciągły postęp ludzkości zawstydzi kiedyś wsteczników. Stawiać przeszkody dążeniu ludzkości do światła, kultury, nauki, wolności i braterskiej miłości, jest toż samo co chcieć zatrzymać pociąg, kładąc się na relsach.
Mowa, wygłoszona przezemnie w Madeson, zaznajomiła mnie z publicznością Północy — ale pragnąłem przemawiać też i do słuchaczów Południowców. Sposobność trafiła mi się w 1893 r., na międzynarodowym mityngu pracowników chrześcijańskich w Atlancie (Georgia). Pochwyciłem ją skwapliwie. Byłem wtedy bardzo zajęty w Bostonie, gdzie zatrzymywały mnie ważne sprawy. Pomimo to, przejrzawszy spis miast, w których miałem przemawiać, obliczyłem, że mogę wyjechać z Bostonu do Atlanty, gdzie stanę na pół godziny przed rozpoczęciem mowy, a potem pozostanie mi blizko godzina do odejścia pociągu do Bostonu. Zaproszenie zastrzegało wyraźnie ażeby mowa nie trwała dłużej niż pięć minut. Szło więc tylko o to, czy w tej mowie pięciominutowej zdołam powiedzieć tyle, ażeby warto było odbyć dla niej tak daleką podróż.
Wiedziałem, że moi słuchacze należą w znacznej części do klasy najbardziej wpływowej wśród białych, i że to jest jedyna sposobność poznajomienia ich z naszą działalnością w Tuskegee i wyjaśnienia moich zapatrywań na stosunki białych z murzynami. Zdecydowałem się tedy na tę wycieczkę.
Mówiłem przez pięć minut w obecności dwóch tysięcy słuchaczów białych z Północy i Południa. Mowa moja przyjęta została życzliwie i z zapałem; dzienniki wyraziły się przychylnie i mówiono o niej dużo w różnych stronach kraju. Czułem, że mi się udało to, co zamierzałem, że znalazłem drogę do klas wpływowych na Południu.
Od tej pory zaproszenia zaczęły napływać coraz częściej. Miewałem mowy, o ile mogłem znaleźć na to czas przy zajęciach w Tuskegee, a większość mów wygłaszanych na Północy, miała za cel zebrania funduszów dla szkoły. Te zaś, które miałem do słuchaczów murzynów, poświęcone były uświadamianiu ich o ważności nauczania rzemiosł dla uzupełnienia edukacyi religijnej i umysłowej.
Wtedy to nastąpiło zdarzenie, które obudziło wielkie zainteresowanie i przyłączyło się najwięcej do nadania rozgłosu mojemu nazwisku. Była to mowa wygłoszona przy otwarciu wystawy międzynarodowej stanów, uprawiających bawełnę — w Atlancie (Georgia) 18 września 1865 r.
Na wiosnę tegoż roku otrzymałem telegram od najbardziej wpływowych obywateli Atlanty, zapraszający mnie do komitetu jadącego do Waszyngtonu z prośbą o pomoc rządu dla wystawy.
Komitet składało dwudziestu obywateli Georgii wszystkich białych — oprócz biskupa Granta, biskupa Gainesa i mnie. Burmistrz Atlanty, i inni dygnitarze przemawiali przed komisyą Kongresu w Waszyngtonie. Po nich murzyńscy biskupi, a ja miałem mówić na ostatku. Byłem bardzo zakłopotany co mam powiedzieć i jakie zrobi to wrażenie. Nie przypominam sobie dokładnie, co mówiłem, ale starałem się przedstawić z prostotą i szczerością, że jeżeli Kongres chce uczynić cośkolwiek dla uwolnienia Południa od zatargów rasowych i zaprowadzenia zgody między białymi a murzynami, musi dopomagać wszelkiemi sposobami postępowi moralnemu i materyalnemu obu ras.
Mówiłem przez kwadrans, czy dwadzieścia minut, i zadziwiłem się że po ukończeniu komitet i członkowie Kongresu obsypali mnie pełnemi zapału powinszowaniami. Komisya Kongresu złożyła jedno umyślnie bardzo przychylne sprawozdanie i w kilka dni potrzebne fundusze zostały przyznane. Ta uchwała zapewniła powodzenie wystawy w Atlancie.
Po powrocie, dyrektorowie wystawy uchwalili — jako dowód uznania dla rasy murzyńskiej — wystawienie osobnego pawilonu, przeznaczonego na przedstawienie postępów uczynionych przez murzynów od chwili wyzwolenia. Plan i budowa pawilonu miały być wyłącznie dziełem murzynów. Projekt został wykonany i pawilon pod względem stylu i wykończenia nie ustępował innym pawilonom wystawy.
Pozostawało tylko do rozstrzygnięcia, kto ma być dyrektorem. Chciano mnie przeznaczyć do tego, ale wymówiłem się zajęciami w Tuskegee, które w tym właśnie czasie wymagały moich sił i czasu. Wezwano więc M. J. Garlanda Penna z Zynchbonogu (Wirginia) przedstawionego przezemnie. Pomagałem mu o ile mogłem, i ostatecznie wystawa się udała i przyniosła nam chlubę. Największe zaciekawienie budziły wystawy wsteczne zakładów w Hamptonie i w Tuskegee. A najwięcej dziwili się biali Południowcy.
Przy otwarciu wystawy uznano za rzecz sprawiedliwą wezwać między innymi mówcami jednego murzyna, ponieważ dopuszczano murzynów do udziału w wystawie. Było to dobrą sposobnością dla wykazania przyjaznych stosunków między obu rasami. Byli i tacy, którzy sprzeciwiali się temu, ale komitet, składający się z najznakomitszych i najliberalniejszych Południowców, przeprowadził swoje zdanie i zagłosował zaproszenie murzyna do wygłoszenia mowy w dzień otwarcia. Postanowiono jednomyślnie zwrócić się do mnie — i otrzymałem wkrótce urzędowe zaproszenie.
Tym, którzy nie byli nigdy w podobnem położeniu, trudno będzie pojąć uczucia wielkiej odpowiedzialności, jakie mnie przytłaczało. Ja, który pamiętałem dobrze, że urodziłem się niewolnikiem, że przepędziłem pierwsze lata życia w ciemnocie i nędzy — czułem że nie jestem przygotowany do tak trudnego zadania. Kilka lat temu, którykolwiek z tych białych słuchaczów mógł upomnieć się o mnie, jak o swoją własność, a może dziś, między tymi, którzy mnie będą słuchali, znajdzie się który z moich dawnych panów?
Wiedziałem że pierwszy raz się zdarza, ażeby człowiek mojej rasy przemawiał z tej samej trybuny, co biali, i to w chwili tak uroczystej. Miałem przemawiać do ludzi bogatych i wykształconych — przedstawicieli dawnych mych panów. Wiedziałem, że oprócz Południowców, będzie tam wielu ludzi z Północy i niemało murzynów.
Postanowiłem powiedzieć tylko to, co uważam za bezwzględnie prawdziwe i uczciwe. W zaproszeniu nie było żadnej wskazówki, co mam mówić, a czego unikać. Uważałem to za dowód zaufania komitetu, który musiał dobrze zrozumieć, że jednem niewłaściwem słowem mógłbym zaszkodzić w pewnej mierze powodzeniu Wystawy. Byłem i tem głęboko zaniepokojony, że mając obowiązek wierności względem swoich, mogłem popełnić jaką niezręczność, której skutkiem byłoby to, że przez długie lata żaden z murzynów nie zostałby zaproszony do wygłoszenia mowy. Chciałem też w tem, co powiem, oddać sprawiedliwość tak Północy, jak i lepszym żywiołom Południa.
Wezwanie otrzymałem, w chwili, kiedy sprawy szkolne pochłaniały mnie więcej niż zwykle, bo rok szkolny właśnie się rozpoczynał. Napisawszy mowę, odczytałem ją według zwyczaju żonie, a 16 września — w przeddzień wyjazdu, ponieważ cały skład nauczycieli pragnął ją usłyszeć — odczytałem ją powtórnie. Ich uwagi i wrażenia uspokoiły mnie trochę, bo widziałem że są zadowoleni.
Dn. 17 września rano pojechałem do Atlanty z żoną i trojgiem dzieci. Miałem uczucie skazańca, idącego na szafot. Idąc przez miasto, spotkałem białego fermera z okolicy, który powiedział mi ze śmiechem:
— Washington! Dotąd przemawiałeś tylko do białych na Północy, do murzynów i do nas, farmerów z Południa; ale jutro w Atlancie będziesz ich miał przed sobą wszystkich razem. Boję się, żebyś się nie wplątał w kłopot!
Człowiek ten osądził doskonale moje położenie; ale jego słowa tak szczere, nie bardzo mogły mnie uspokoić.
Podczas podróży z Tuskegee do Atlanty biali i murzyni zbierali się na dworcach, żeby mnie powitać i opowiadali o wszystkiem, co ma być jutro. W Atlancie miała wyjść deputacya na nasze spotkanie. Gdym wysiadał z wagonu, usłyszałem jakiegoś starego murzyna, mówiącego:
— Oto nasz człowiek, który jutro będzie miał mowę na wystawie. Pójdę i ja posłuchać.
Miasto Atlanta było przepełnione ludnością z różnych stron kraju, a byli i przedstawiciele obcych państw, deputacye wojskowe i cywilne. Wszystko to powiększało moje wzruszenie — nie spałem wcale tej nocy. Nazajutrz rano przejrzałem jeszcze raz moją mowę i tak, jak czynię zwykle przed przemawianiem publicznie, ukląkłem i prosiłem o błogosławieństwo Boże.
O wczesnej godzinie przybyła deputacya, która miała mnie przeprowadzić do miejsca, naznaczonego dla mnie w pochodzie. Brali w nim udział wybitniejsi murzyni, jadący własnemi powozami, i delegacye wojskowe złożone z murzynów. Zauważyłem jak komisarze wystawy baczyli troskliwie na to, żeby się z nami obchodzono uprzejmie. Pochód szedł całe trzy godziny, a przez ten czas słońce paliło nas żarem. Po przybyciu na miejsce, skutkiem upału i nadmiernego podniecenia nerwowego, jakie mnie ogarnęło, sądziłem przez chwilę, że omdleję i pewny byłem, że mnie spotka zupełne niepowodzenie. Wchodząc do sali, ujrzałem, że jest zapełniona od góry do dołu, a na zewnątrz gmachu były jeszcze tysiące ludzi, którzy nie mogli wejść do środka.
Sala była ogromna i doskonale przystosowana do przemawiania do tłumów. Wejście moje powitane zostało gromkim oklaskiem murzynów i lekkiem klaskaniem ze strony białych. Uprzedzono mnie już, że choć będzie tam wielu białych, przybyłych tylko przez ciekawość dla usłyszenia mnie, będzie i wielu takich, którzy mi sprzyjają, byli zaś i tacy, i wielu nawet, którzy przyszli w nadziei ujrzenia mojej porażki, żeby módz powiedzieć tym, co mnie wezwali:
— Przecież mówiliśmy, że tak będzie!
Jeden z członków administracyi szkoły w Tuskegee, a mój osobisty przyjaciel William H. Baldwin, będący wówczas dyrektorem kompanii kolei żelaznych na Południu, przybył tego dnia przypadkiem do Atlanty. Tak był niespokojny, jak zostanę przyjęty i jakie wrażenie wywoła moja mowa, że nie mógł się odważyć wejść do sali i przechadzał się przed gmachem cały czas do samego końca uroczystości.




Przypisy

  1. Jest to aluzya do zwyczaju murzynów głosowania zawsze i wszędzie na korzyść stronnictwa republikańskiego, które przyłożyło się do zniesienia niewolnictwa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.