Autobiografia Murzyna/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
MOJE LATA DZIECINNE.


Po ogłoszeniu wolności wszyscy murzyni z naszej plantacyi byli w zupełnej zgodzie co do dwóch rzeczy — a sądzę, że tak samo było u wszystkich murzynów w Południowych Stanach, to jest co do wyboru jakiegoś nazwiska i konieczności opuszczenia plantacyi w ciągu kilku dni, a przynajmniej kilku tygodni, ażeby uczuć, że się jest naprawdę wolnym.
Tak, czy owak, zgodzili się na to wszyscy, że nie wypada im już nosić nazwiska dawnych właścicieli i wielu z nich śpieszyło się zmieniać je na inne. Była to jedna z pierwszych oznak wolności. Jako niewolnik, murzyn nazywany był poprostu Janem lub Zuzanną. Rzadko kiedy potrzeba było czegoś więcej oprócz imienia. Jeżeli „Jan“ albo „Zuzanna“ byli własnością białego, który nosił nazwisko „Hetcher“, nazywano ich niekiedy Janem Hetchera, lub Zuzanną Hetchera. Ale tego rodzaju nazwa nie mogła pasować człowiekowi wolnemu, więc w wielu razach Jan Hetcher zamieniał się na Jana S. Lincolna lub Jana S. Shermana. Litera S., nie zastępując imienia, stanowiła to, co murzyni nazywali z dumą swoim „przedimkiem“[1].
Jak już wspomniałem, większa część murzynów opuściła plantacye choćby na krótko, dla przekonania się, że mają prawo zmieniać miejsce pobytu i dla pokosztowania wolności. Przepędziwszy gdzieindziej pewien czas, znaczna liczba starych niewolników powróciła do dawnych panów i zawarła z nimi umowę, na mocy której zostali umieszczeni w ich posiadłościach.
Mąż mojej matki, który był ojczymem brata mojego Jana i moim, był własnością innego pana niż matka. Przychodził nawet rzadko na naszą plantacyę. Pamiętam, że widywałem go raz na rok, około Bożego Narodzenia.
Podczas wojny uciekł i przyłączył się do armii północnej i z niemi razem wszedł do nowego stanu Wirginii Zachodniej. Po ogłoszeniu aktu uwolnienia sprowadził moją matkę do stanu Kanawha (w Wirginii Zachodniej). W owych czasach podróż przez góry Wirginii do Wirginii Zachodniej nie była przyjemną wyprawą bynajmniej. Upakowaliśmy na wózku trochę łachmanów i narzędzi gospodarskich, jakie były naszą własnością, ale dzieci musiały iść pieszo przez znaczną część drogi, to jest parę set mil[2].
Żadne z nas nie było nigdy po za granicami plantacyi. Podróż więc z jednego stanu do drugiego była wypadkiem nadzwyczajnym. Chwila rozstania z dawnymi panami i towarzyszami była bardzo uroczysta.
Od tej chwili aż do dnia ich zgonu prowadziliśmy korespondencyę ze starszymi członkami rodziny naszych państwa, a następnie utrzymywaliśmy stosunki z ich dziećmi. Podróż nasza trwała kilka tygodni, a w jej ciągu nocowaliśmy najczęściej pod gołem niebem i gotowaliśmy przy ogniu rozpalonym w lesie. Pamiętam, że jednej nocy obozowaliśmy przy drewnianej chacie, stojącej pustką, a matka chciała w niej rozpalić ogień do ugotowania wieczerzy i rozłożyć siennik na nocleg. Ale zaledwie ogień się rozpalił, olbrzymi czarny wąż, długi co najmniej na półtora metra, wysunął się z komina i rozłożył na ziemi. Naturalnie uciekliśmy zaraz z chaty. Po długiej podróży przybyliśmy wreszcie do celu, do miasteczka zwanego Malden, o pięć mil od Charlestonu, obecnej stolicy stanu.
Przemysł tej części Wirginii Zachodniej stanowiły kopalnie soli, a miasteczko Malden położone było wpośród warzelni. Mój ojczym znalazł pracę w jednej z fabryk, produkujących sól w kryształach, i zajął chatę przeznaczoną na nasze mieszkanie. Nowa siedziba nie lepsza była od tej, którą pozostawiliśmy na plantacyi. Rzeczywiście była nawet gorsza od tamtej. Chata na plantacyi, mimo że zrujnowana w sposób opłakany, była przynajmniej tak położona, że mogliśmy oddychać świeżem powietrzem. Nowa zaś chata stanowiła część zwartych budowli, a że nie było żadnych przepisów sanitarnych, niechlujstwo w otoczeniu tych domostw było często nie do zniesienia. Pomiędzy naszymi sąsiadami byli murzyni i biali, a ci ostatni należeli do klasy nędzarzy, nieoświeconych i spodlonych. Była to dziwaczna zbieranina. Pijaństwo, gra, bójki, kłótnie i niemoralne życie składały się na żywot tych ludzi. Wszyscy, zamieszkujący w mieście, byli mniej lub więcej złączeni z kopalniami soli. Byłem bardzo mały, ale jednak dla mojego brata i dla mnie ojczym znalazł zajęcie w warzelni. Nieraz musiałem być przy pracy już o czwartej rano.
Początek mojej nauki sięga tych czasów, gdy pracowałem w warzelni soli. Każdy z pakowaczy miał swoje beczki znaczone odmienną liczbą. Mój ojczym miał numer 18. Po ukończonej robocie przywódca pakowaczy kładł ten numer na wszystkich naszych beczkach i wkrótce nauczyłem się rozpoznawać tę liczbę, gdziekolwiek ją spostrzegłem, i nauczyłem się ją znaczyć, nie znając innych liczb, ani liter.
Jak tylko mogę sięgnąć pamięcią przypominam sobie, że zawsze miałem gorącą chęć nauczyć się czytać. Dzieckiem jeszcze będąc zrozumiałem, że choćbym nie doszedł do niczego innego w życiu, będę przynajmniej miał tyle, ażeby czytać książki i dzienniki. Zaledwie osiedliliśmy się w naszej sadybie w Zachodniej Wirginii, zacząłem błagać matkę o książkę. Zkąd i jakim sposobem zdobyła ją — nie wiem; wiem tylko, że wynalazła mi stary w niebieskiej okładce elementarz Webstera, w którym był alfabet i sylaby bez sensu, takie, jak ab ba ca da. Zacząłem pożerać tą książkę, pierwszą, jaką miałem w ręku. Słyszałem, że chcąc nauczyć się czytać, trzeba poznać alfabet; usiłowałem tedy przyswoić go sobie wszelkiemi możliwemi sposobami, bez pomocy nauczyciela, gdyż nie miałem żadnego. W owych czasach nie było w mojem otoczeniu ani jednego człowieka mojej rasy umiejącego czytać, a byłem zbyt bojaźliwy, żeby się zwrócić do białych. Po kilku tygodniach doszedłem jednak do tego, że znałem już większą część alfabetu. Matka podzielała moją ambicyę i pomagała mi, o ile mogła. Nie miała ona nic, co się tyczy mądrości książkowej, ale miała dużo ambicyi dla dzieci i wielki podkład zdrowego rozsądku, który dopomagał jej do stawienia czoła każdej trudności i wyjścia z niej zwycięzko. Jeżeli dokonałem w życiu czegokolwiek godnego uwagi, zawdzięczam to niezawodnie tej właśnie zdolności, odziedziczonej po matce.
W tym czasie gdy wysilałem się na nauczenie się alfabetu, przybył do Maldenu młody murzyn, który umiał czytać. Jak tylko murzyni dowiedzieli się o tem, postarali się o dziennik i codzień po skończonej robocie młodego człowieka otaczała grupa mężczyzn i kobiet, żądnych dowiedzenia się nowin. Jakże mu zazdrościłem, temu młodzieńcowi! Zdawało mi się, że to człowiek najgodniejszy zazdrości na całym świecie i zarazem najszczęśliwszy.
W tym właśnie czasie zaczęto roztrząsać projekt otworzenia szkoły dla dzieci murzyńskich. Projekt ten obudził wielkie zajęcie i miała to być w tej części Wirginii pierwsza szkoła dla murzynów, co było wydarzeniem wielkiej wagi. Najtrudniejszą sprawą było znalezienie nauczyciela. Przez chwilę myślano o młodzieńcu z Ohio, który czytywał dzienniki, ale wiek jego stanął na przeszkodzie. Przez czas poszukiwania nauczyciela doszła wiadomość o innym młodym murzynie z Ohio, który służył przedtem w wojsku i mieszkał teraz w mieście. Okazało się, że ma odpowiednie wykształcenie i został ugodzony na nauczyciela pierwszej murzyńskiej szkoły. A ponieważ do tej pory nie było w tych stronach żadnej szkoły dla murzynów, każda rodzina zgodziła się płacić pewną sumę miesięcznie pod warunkiem, że nauczyciel będzie kolejno przebywał jeden dzień w każdym z domów. Urządzenie to nie było niekorzystne dla nauczyciela, bo w każdym domu podawano tego dnia na stół, co było najlepszego. Pamiętam, z jaką niecierpliwością i podnieceniem apetytu oczekiwałem zawsze „dnia nauczyciela“ w naszej chacie.
Ten fakt, że cała masa murzyńska zgodziła się uczęszczać do szkoły, jest jednym z najciekawszych objawów, jakie kiedykolwiek zdarzyły się w rozwoju rasy. Tylko ludzie zamieszkali wśród ludności murzyńskiej, potrafią wyobrazić sobie zapał do nauki jaki objawiali ci ludzie. Jak powiedziałem, cała czarna ludność zasiadła na szkolnej ławie. Niewielu było takich, którzy uważali się za zbyt młodych — a takich, którzyby się uważali za zbyt starych, żeby próbować — nie było wcale. Po znalezieniu nauczycieli, nie tylko dzienne, ale i wieczorne kursa zostały skompletowane. Ambicyą starców było, żeby przed śmiercią módz czytać Biblię i dlatego na kursach wieczornych bywali często mężczyźni i kobiety, mający pięćdziesiąt, a czasami po siedmdziesiąt pięć lat. Były także i szkoły niedzielne, zaprowadzone zaraz po zniesieniu niewoli, ale w tych główną książką, jaką studyowano, były abecadlniki. Kursa dziennne, wieczorne i niedzielne były tak przepełnione, że trzeba było odprawiać uczniów dla braku miejsca.
Otwarcie szkoły w Ranawha walley połączone było dla mnie z największym zawodem w życiu. Od kilku już miesięcy pracowałem w warzelni soli i ojczym przekonał się, że mogę zarabiać, więc jak tylko szkoła została otwarta, oznajmił, że nie może obejść się bezemnie. Postanowienie to zagrażało wszystkim moim zamiarom, a zawód był tem okrutniejszy, że z miejsca, w którem pracowałem, mogłem widzieć dzieci szczęśliwe, idące do szkoły rano i wieczorem. Pomimo to, postanowiłem uczyć się i gorliwiej jeszcze studyowałem abecadło w książce z niebieską okładką.
Matka podzielała moje zmartwienie, usiłowała mnie pocieszyć na wszelkie możliwe sposoby i pomogła zdobyć to, do czego dążyłem. Udało mi się ułożyć z nauczycielem, który zgodził się udzielać mi lekcyi po skończonej robocie. Tak bardzo się cieszyłem temi lekcyami, że o ile mi się zdaje, korzystałem więcej przez wieczór, niż inni przez cały dzień. Korzyści, jakie odniosłem z lekcyi wieczornych, zachęciły mnie później do zaprowadzenia w Hampton i w Tuskegee kursów wieczornych. Ale w głębi dziecinnego serca przechowywałem pragnienie uczęszczania do szkoły i nie opuszczałem żadnej sposobności dla poparcia mojej sprawy. Odniosłem wreszcie zwycięztwo: pozwolono mi chodzić przez kilka miesięcy na kursa dzienne, pod warunkiem, że będę wstawał wcześniej i pracował do dziewiątej, a po południu, po wyjściu ze szkoły, będę przychodził na dwie godziny do roboty.
Szkoła była dość daleko od warzelni; a że trzeba było pracować do dziewiątej i w szkole być też o dziewiątej — miałem trudność nie lada. Lekcye były zawsze zaczęte w chwili mego przybycia, a w mojej klasie wydawanie było już skończone. Dla wydobycia się z kłopotu, uległem pokusie, za co większość czytelników potępi mnie z pewnością; ale pomimo to, muszę powiedzieć jak było rzeczywiście. Mam zawsze wielkie zaufanie do potęgi i wpływu faktów. Przemilczanie ich nigdy na korzyść nie wychodzi. Otóż w biurze warzelni był zegar. Podług niego naturalnie regulował się dzień przeszło stu robotników. Przyszło mi na myśl, że dość będzie przesunąć wskazówki zegara z ósmej na pół do dziewiątej, ażeby zdążyć na czas do szkoły i robiłem to w dzień, dopóki nadzorca warzelni spostrzegłszy jakąś nieprawidłowość, nie zaczął zamykać na klucz szafki zegarowej. Ja osobiście nie miałem zamiaru wyrządzać nikomu krzywdy. Chciałem tylko módz zdążyć na czas do szkoły.
W klasie umiałem walczyć z innemi trudnościami. Wszyscy uczniowie nosili kapelusze lub czapki, a ja nie miałem ani jednego, ani drugiej. Zresztą nie przypominam sobie, żebym do owej pory miał jakiekolwiek nakrycie głowy i nie zdaje mi się, żeby ktokolwiek z mojej rodziny uważał za potrzebne nakrywanie głowy. Naturalnie, widząc, że to czynią moi koledzy, zacząłem się czuć upokorzony. Według zwyczaju, zwierzyłem się z kłopotu matce, która mi powiedziała, że niema środków na kupno kapelusza w sklepie, co było w tej chwili wielką nowością dla ludzi mojej rasy, młodych, czy starych, ale że znajdzie sposób zadowolenia moich pragnień. Wzięła dwa kawałki sukna, zeszyła je i doszedłem tym sposobem do pierwszej czapki, z której byłem dumny, jak król.
Matka moja tego dnia dała mi naukę, której nie zapomniałem nigdy i którą starałem się ile możności zużytkować dla drugich. Myśląc o tem zdarzeniu, doznawałem zawsze uczucia dumy na myśl, że matka miała tyle siły charakteru, iż nie popadła w błąd tych, którzy usiłują się przedstawić w fałszywem świetle. I dla tego nie kupiła mi w sklepie kapelusza, któryby moim kolegom nasunął przypuszczenie, iż jest zamożniejszą, niż była w istocie. Szczycę się tem, że nie zadłużyła się na kupno rzeczy, na którą nie miała pieniędzy. Od tego czasu miałem już różnego rodzaju kapelusze i czapki, ale żadna z nich nie sprawiła mi takiego zadowolenia, jak czapka uszyta przez matkę z dwóch kawałków sukna, zrobionego w domu.
Od tej pory zauważyłem nie bez przykrości, co muszę wyznać, że z pośród kolegów, którzy wchodzili w życie w kapeluszach kupionych u kapelusznika i szydzili z mojej czapeczki uszytej w domu, wielu skończyło swój zawód w więzieniu, a inni nie mają dziś środków na kupienie sobie jakiegokolwiek nakrycia głowy.
Drugi mój kłopot był z wyborem nazwiska. Od najmłodszych lat wołano na mnie „Booker“. Przed pójściem do szkoły nie przychodziło mi na myśl, że byłoby pożytecznem lub potrzebnem drugie nazwisko. Kiedy wywoływano nas przy lekcyach, zauważyłem, że wszystkie dzieci miały przynajmniej po dwa imiona; były nawet takie, które pozwoliły sobie na trzy, co już wydawało mi się zbytkiem. Byłem w wielkim kłopocie, bo wiedziałem, że nauczyciel zapyta mnie o drugie imię, a ja miałem, tylko jedno. Kiedy przyszła na mnie kolej, błysnęła mi świetna myśl, która według mego przekonania stawiała mnie we właściwem położeniu i kiedy nauczyciel zapytał o imię i nazwisko, odrzekłem spokojnie:
— Booker Washington.
Jak gdybym całe życie nosił te imiona. Od tej chwili ludzie znają mnie pod tem nazwiskiem.
Później dowiedziałem się, że matka nadała mi imiona Booker Taliaferro, ale wkrótce nazwisko to znikło i zatarło się; dowiedziawszy się o tem, powróciłem do niego i zacząłem się podpisywać: „Booker Taliaferro Washington“.
Przypuszczam, że wielu ludzi w tym kraju miało ten przywilej, co ja, żeby sobie samemu wybrać nazwisko.
Nieraz usiłowałem sobie wyobrazić, że zajmuję w społeczeństwie stanowisko dziecka lub człowieka, mającego szereg sławnych i szanowanych przodków, sięgających kilku stuleci i którzy przekazali mi nie tylko nazwisko, ale majątek z rodzinnemi dobrami, co mogło mnie przejmować dumą; pomimo to, doznaję niekiedy uczucia, że gdybym był odziedziczył takie przywileje i należał do rasy więcej lubianej, byłbym może skłonny do ulegania pokusie liczenia na zasługi przodków i na kolor skóry, i nie uczyniłbym dla osobistego mego rozwoju tego, co należało uczynić. Oddawna już postanowiłem, że nie mając przodków, pozostawię moim dzieciom takie wspomnienie po sobie, ażeby mogły być z niego dumne i żeby to mogło je zachęcić do dźwignięcia się jeszcze wyżej.
Świat nie powinienby sądzić murzyna, a szczególniej młodego murzyna, zbyt pośpiesznie i surowo. Młody murzyn musi walczyć z przeszkodami, zniechęceniem i pokusami, których nawet nie domyślają się ci, co nie są w podobnem położeniu. Gdy biały młodzieniec rozpoczyna jaką pracę, ogólne zdanie wróży mu powodzenie, a młody murzyn w podobnym wypadku zadziwia wszystkich dopiero wtedy, jeżeli nie padnie w drodze. Jednem słowem, młody murzyn rozpoczyna życie otoczony uprzedzeniem.
Jednakowoż wpływ przodków na jednostki i co za tem idzie, na całą rasę, ma swoje znaczenie, pod warunkiem — żeby nie zawiele na to liczyć. Ci, którzy wykazują ciągłe słabe strony młodego murzyna i porównywają rozwój białego człowieka z murzynem, nie zdają sobie sprawy z wpływu wspomnień, unoszących się w domach starożytnych rodów. Nie mam wspomnień, jak już mówiłem, i nie wiem, kto była moja babka. Miałem i mam wujów, ciotki i krewnych, ale trudno byłoby mi wskazać gdzie są obecnie. W tem samem, co ja położeniu znajdują się setki i tysiące murzynów we wszystkich stronach kraju. Sam ten fakt, że młodzieniec z rodu białych wie, iż wrazie niepowodzenia stanie się hańbą dla rodziny, trwającej od wielu pokoleń, może niekiedy wystarczyć dla ocalenia od pokusy. To, że człowiek ma za sobą i wokoło siebie rodzinę, której historya i stosunki przejmują go dumą, jest już bodźcem do zwalczenia wszystkich przeszkód.
Czas, udzielony mi na uczęszczanie do szkoły, był krótki, i prócz tego chodziłem bardzo nieregularnie. A nawet to chodzenie trwało krótko. Musiałem przerwać naukę i cały czas poświęcić warzelni. I wtedy znów uciekłem się do kursów wieczornych. Mogę przyznać, że większej części tego, co umiem, nauczyłem się wieczorami, po skończonej pracy. Czasami trudno mi było znaleźć odpowiedniego nauczyciela. Zdarzyło mi się raz odkryć, ku wielkiemu rozczarowaniu, że mistrz nie więcej umiał odemnie. Często musiałem iść pieszo kilka kilometrów, ażeby wydać lekcye. W każdym jednak razie, pomimo, że przechodziłem w dzieciństwie chwile smutne i zniechęcające, ani na jeden dzień nie zrzekłem się zamiaru zdobycia wykształcenia, bez względu na cenę wszelkich wysiłków.
Wkrótce po przybyciu do Zachodniej Wirginii matka przyjęła do rodziny, pomimo naszego ubóstwa, młodego chłopca, sierotę, któremu później nadaliśmy nazwisko James B. Washington. Od tej chwili należał już do rodziny i nie rozstawał się z nami.
Pracowałem już dłuższy czas w warzelni, gdy wystarano się dla mnie o zajęcie w kopalni węgla, eksploatowanego głównie dla warzelni. Obawiałem się zawsze pracy w kopalniach węgla. Jednym z powodów było to, że się jest zawsze zasmolonym, przynajmniej w czasie roboty, i że trudno się domyć po całym dniu pracy. Prócz tego, chcąc się dostać od wejścia do kopalni do pokładów węgla, trzeba było iść co najmniej kilometr w głębokich ciemnościach. Sądzę, że nigdzie nie panują takie ciemności, jak w kopalniach węgla. Ta, o której mówię, podzielona była na wielką liczbę „komór“, czyli przedziałów, a że nie mogłem nigdy rozeznać ich położenia, błądziłem wiele razy. W dodatku nieraz światło mi zgasło i wtedy — jeżeli przypadkiem nie miałem zapałek — zmuszony byłem błąkać się w ciemnościach, dopóki nie napotkałem kogo. Praca była nietylko ciężka, ale i niebezpieczna. Każdej chwili było się narażonym na niebezpieczeństwo wylecenia w powietrze skutkiem niespodziewanego wybuchu, lub też zmiażdżenia odłamami skały. Wypadki tego rodzaju powtarzały się często i przejmowały mnie nieustanną trwogą.
Dużo dzieci, i to bardzo młodych, zmuszonych było wtedy, tak jak i dziś, przepędzać znaczną część życia w kopalniach, nie mogąc się uczyć. Co zaś jeszcze smutniejsze, zauważyłem, że ogólnie młodzi ludzie, którzy rozpoczynają życie w kopalniach węgla, odznaczają się fizyczną i umysłową martwotą. Nie mają innych pragnień, oprócz pozostania na zawsze w kopalniach.
W tych czasach i później już, jako młodzieniec, lubiłem sobie wyobrażać uczucia i dążenia białego młodzieńca, którego pragnień i czynów nie krępuje nic — zupełnie nic. Zazdrościłem tym białym, którym nic nie stoi na przeszkodzie do zostania posłem, gubernatorem prowincyi, biskupem — a nawet prezydentem rzeczypospolitej, dzięki urodzeniu i rasie. Próbowałem sobie wyobrazić, w jaki sposób postępowałbym w podobnych okolicznościach. Widziałem siebie na najniższych szczeblach drabiny, dźwigającego się stopniowo coraz wyżej, aż na sam szczyt.
Wyznaję, że obecnie nie zazdroszczę już białej młodzieży tak jak wtedy. Zrozumiałem, że powodzenie nie mierzy się stanowiskiem, do którego doszło się w życiu, lecz przeszkodami, które trzeba było zwalczać, ażeby dojść do niego. Z tego punktu zapatrując się na rzeczy, trzeba uznać, że urodzenie moje i niepopularność rasy, do której należę, są dla młodego murzyna korzyścią nieoszacowaną pod względem praktycznym. Z małemi wyjątkami, młody murzyn zmuszony jest do większego wysiłku i do doskonalszych rezultatów nauki niż młody biały, jeżeli chce, ażeby przyjęto jego pracę. Ale z tej walki twardej i zaciętej, którą zmuszony jest toczyć, wynosi on moc i zaufanie w swoje siły, których brakuje tym, co mają drogę wyrównaną przez urodzenie i warunki rasowe.
Z któregokolwiek punktu zapatruję się na to, wolę być tem, czem jestem — członkiem rasy murzyńskiej — niż chlubić się, że należę do rasy najbardziej uprzywilejowanej. Odczuwałem zawsze smutek, słysząc ludzi, chlubiących się prawami, przywilejami i wszelkiemi wyróżnieniami, dzięki temu tylko, że należą do pewnej rasy, bez względu na osobiste zasługi i zawodową umiejętność. Nie mogłem nigdy obronić się uczuciu smutku, patrząc na tych ludzi, bo mam głębokie przekonanie, że sam fakt należenia do rasy uprzywilejowanej nie może podnieść rzeczywistej wartości człowieka, jaką ma sam przez siebie, ani też przynależność do rasy uważanej za niższą nie przeszkodzi temu, kto ma wartość osobistą i wewnętrzną, do wyniesienia się wyżej. Każda prześladowana istota — każda rasa prześladowana — znajdą pociechę w tem wielkiem prawie rządzącem ludzkością — prawie ogólnem i odwiecznem — które stanowi, że każda zasługa, bez względu na to, pod jaką skórą się kryje, zostanie z czasem uznana i wynagrodzona. Nie mówię tego w celu zwrócenia uwagi na swoją osobę, tylko na rasę, do której — chlubię się, że należę.




Przypisy

  1. Większość amerykanów ma zwyczaj pomiędzy imię a nazwisko wstawiać literę, którą nazywają zwykle nazwiskiem środkowem (middle name), a co najczęściej bywa nazwiskiem matki.   (p. tł.)
  2. Angielskich, których 5 idzie na milę geograficzną. p. tł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.