Atma (Rodziewiczówna)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Atma
Data wydania 1914
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Jaworscy stanowili typowe przeciętne stadło. Poznali się przed kilku laty na wieczorze w karnawale. Ona była panną na wydaniu, on dobrą partyą, bo oprócz patentu na inżyniera-technika studyował chemię zagranicą i miał pięćdziesiąt tysięcy kapitału w akcyach cukrowni, której współwłaścicielem był ojciec panny Anieli, pan Taubert.
Ignacy Taubert, jedyna latorośl męska tego rodu, nie udał się. Kolegował wprawdzie z Jaworskim w politechnice, ale ani nauk nie skończył, ani chciał i mógł ojcu pomagać.
Uważał za swój obowiązek fortunę tracić i bawić się. Był stałym, ale nieokreślonej cyfry, rozchodem i zgryzotą starego i jedną tylko położył zasługę dla spraw rodu, że wprowadził do domu rodziców Jaworskiego. Stary Taubert wnet obrachował, że zięć to będzie wymarzony, porozumiał się z żoną, ułożyli kampanię. Sprawa była łatwa, bo Jaworski był przystępny, pannie się podobał i dawał się ciągnąć w matrymonialne sidła.
Parę przetańczonych wieczorów, parę rautów muzycznych, parę wizyt, podczas których zostawiono ich sam na sam — i Jaworski się oświadczył. Interes był załatwiony dla obu stron korzystnie, pobrali się zaraz po Wielkanocy, spędzili miesiąc zagranicą, wrócili do powszedniego życia.
Jaworski został dyrektorem cukrowni, po paru latach administratorem dwóch innych, kupił folwark, umiał robić fortunę, był zdolny niesłychanie, trzeźwy, bystry, pracowity. Pożycie jego małżeńskie i rodzinne płynęło na oczach całego świata tak normalnie i spokojnie, że nawet teściowa nic mu nigdy nie miała do zarzucenia.
Bałwochwalczo przywiązana do córki, uszczęśliwioną była, że z nią się rozstawać nie potrzebuje, że zięć to współżycie przyjmuje zgodnie, że w niczem swej woli nie narzuca, na żonę nie ma żadnego wpływu.
I tak przeżyli w zgodzie i harmonii siedm lat. W pierwszym roku Anielka została matką. Dziecko dnia jednego nie było zdrowe i przemęczyło się dzięki sztuce lekarskiej i nadzwyczajnym staraniom pięć lat. Anielka też często niedomagała, jeździła ciągle z matką do wód, do gór, do morza, do błota, do powietrza, kurowanie się stało manią tych kobiet. W domu mówiono ciągle o chorobach, specyalistach, cudownych operacyach i środkach lekarskich. Po śmierci dziecka nie było końca pretensyom do doktorów i wyrzutom na złą kuracyę, na pomyłki i opowieściom symptomatów choroby i chwil ostatnich.
Taubertowa była gadatliwa, gospodarna, praktyczna, cnotliwa i despotka, Anielka — apatyczna, leniwa, próżna i bez woli; dogadzały, sobie zupełnie wystarczały, reszta ludzkości mogła dla nich nie istnieć, nie zadawały sobie nigdy w życiu trudu obserwacyi i uwagi nawet dla najbliższych, byle im było spokojnie i wygodnie.
Były zresztą przekonane, że są tak dobre, tak wzorowe, tak niezbędne na świecie, że dwóch mężczyzn, mężów są najszczęśliwszymi z ludzi.
Zamach samobójczy Jaworskiego wstrząsnął je, przeraził w pierwszej chwili, potem zadziwił, wreszcie oburzył, jako skandal, który może im zrobić w świecie nieprzyjemność. Teściowa szczególnie była oburzona i cofnęła swe łaski.
Nie odwiedzała go wcale, gdy był chory, a gdy raz pierwszy przyszedł na obiad, nie raczyła podać ręki do zwykłego pocałunku, ani przemówić słowa. Tę samą taktykę zachowywała córka.
Na obiedzie tym był i młody Taubert, przybyły z Warszawy, jak mówił: z troskliwości o zdrowie szwagra. Grobowe miny kobiet sprawiały mu złośliwą przyjemność, umyślnie był dla Jaworskiego uprzedzająco serdeczny. Stary Taubert, zajęty sprawami pieniężnemi, nie zwracał na nic uwagi.
— Widziałem strażników na podwórzu. Co tam za nowa przyczepka? — spytał zięcia.
— Robotnik umarł wczoraj.
— Może co zaraźliwego? — nie wytrzymała i ozwała się Taubertowa.
— Nic. Delirium. Zapił się!
— Ładnych ludzi kontraktuje Zagajski. Pewnie pensyę przebrał... i jeszcze policya będzie robić afery o nagłą śmierć.
— Nie. Trudności robił ksiądz z pogrzebem.
— Bardzo słusznie. Taki pijak to jakby samobójca — rzekła Taubertowa.
— No i co? Długo trup będzie w barakach? — zagadał stary, patrząc na zięcia z niepokojem, jak przyjmie uwagę.
Ale Jaworski, jakby nie słyszał, czy nie zrozumiał celu docinku, odparł spokojnie:
— Jutro pogrzeb. Zapłaciłem. W każdym razie na ten koszt się opłaci. Był to człowiek chory, słaby, prawie obłąkany; cała fabryka rada, że go niema. Naturalnie Zagajski na rok przyszły będzie ostrożniejszy przy kontraktowaniu ludzi, chociaż w zeszłym roku więcej było kramu z dyzenteryą.
— Czy to prawda, Adasiu, że chcesz zmienić chemika? — spytał Ignacy.
— Żeni się Laskowski i dostał posadę na Podolu.
— Mam dla ciebie idealnego kandydata.
— A ja otrzymałem już siedemnaście ofert z idealnemi rekomendacyami.
— W jakiej knajpie poznałeś swego protegowanego? — mruknął ojciec.
— Ja przeważnie w knajpach nie zajmuję się mężczyznami. Mego protegowanego zresztą zna i ojciec. To Józef Wojdak.
— Co, ten synowiec prałata! Twój eks-korepetytor?
— Ten sam.
— Przecie ojciec jego wziął po prałacie sukcesyę. Muszą dobrze się mieć?
— Stary założył jakąś fabryczkę, gdzieś pod Łodzią. Drut robi czy blachę... nie wiem, ale licho to idzie. Są trzy siostry do wydania. Józef potrzebuje posady.
— Hm, chłopak był porządny, spokojny, pracowity. Teraz może także socyalista, jak oni wszyscy!
— Jak będziesz w Warszawie, Adasiu, to ci go przyprowadzę. Ty się znasz na ludziach i odrazu go rozgryziesz. Miał już posadę u Starowiejskiego. Możesz się dowiedzieć, jakie ma o nim zdanie.
Wstali od stołu. Ignacy poszedł za szwagrem do jego gabinetu na cygaro.
— Baby strasznie na ciebie obrażone! — rzekł, śmiejąc się.
Jaworski podniósł oczy.
— Doprawdy? Nie uważałem! — odparł.
— To szkoda ich zachodu. Matka musiała się haniebnie zmęczyć milczeniem, a Anielka napróżno symulowała brak apetytu. Pojutrze wybierają się do Warszawy.
— Taak?
— Przecie matka mówiła to przy obiedzie.
— Nie słyszałem.
— Jesteś bardzo roztargniony, uważam. Pewnie ci do Stefy pilno! A wiesz, desperowała po tobie; była u mnie po wieści.
— Pewnie! Obiecałem jej karakułowy żakiet, a sezon zimowy u schyłku.
— Naprawdę ona ma dryg do ciebie. Chciałem pocieszyć... Trzymała się ostro.
— Nie jest znowu tak głupia, pocieszać się tobą. Wie, że się dowiem. Widziałeś młodego Skibińskiego?
— A jakże. Graliśmy u Gerhardowej. Te tysiąc rubli, coś mi obiecał, jakbym już miał w kieszeni. Chce jeszcze za folwark piętnaście tysięcy; ale jeśli Nina się zgodzi jechać z nim zagranicę, odda za dziesięć. Miej pieniądze w pogotowiu. Kiedy będziesz w Warszawie?
— Za parę tygodni. Ale jeśli Skibiński mi nie sprzeda do kwietnia, kupię Śmiechów Zaleskich, bo buraki muszę mieć gdzie plantować, a tamto mi równie do Zaniechowa przyległe.
Ignacy popatrzał na szwagra. Rozparty w fotelu, zapatrzony w dym cygara, nawet w tę chwilę siesty poobiedniej był aferzystą, roił o interesach. Znali się oddawna, obcowali ze sobą poufale, Ignacy często mu służył, znał interesa, stosunki, bawili się nawet razem i zawsze byli w zgodzie. Jaworski pożyczał mu większe sumy, dawał bez rachunku mniejsze, często używał w różnych sprawach jego pośrednictwa, słuchał jego zwierzeń i plotek o znajomych, sam opowiadał o ludziach.
W tej chwili tknęło go coś, nagle zastanowił się, zdał sobie sprawę, że ten kolega, szwagier, przyjaciel, którego znał od wielu lat, nigdy, nigdy nie opowiedział mu nic o sobie.
Znał życia jego fakty, nigdy nie usłyszał słowa wrażeń, uczuć, pobudek tych czynów.
Zapanowała chwila milczenia. Jaworski sięgnął na biuro, po blok, i nakreślił parę cyfr, potem, jakby uspokojony, rzekł:
— O sumę niema kwestyi. W każdej chwili te dziesięć tysięcy są do dyspozycyi u Smoczyńskiego.
Ignacy oparł się o biuro i wziął do ręki rewolwer.
— Czy to ten sam? — spytał.
— Mój.
— Tak do siebie palnąć! Brr!... musi strasznie boleć.
— Nie. Kiedyś rozcisnąłem palec w drzwiach wagonu, daleko było boleśniejsze.
— Ale tak, umyślnie.
— No, a mecenas Korewo. Miał raka, wiedział, że zgubiony, a poddał się operacyi... i nie wytrzymał.
— Ba, ryzykował dla życia! Ale ryzykować dla śmierci! W każdym razie dla ciebie nie pora.
— Dlaczego?
— Bo z miłości za późno, a z przesytu za wcześnie.
— A no, dlategom się rozmyślił i z pół drogi tu jeszcze wrócił.
— I rad jesteś?
— Rozumie się. Aleś mi jeszcze nie opowiedział, coś porabiał w karnawale. Nic się dobrego nie trafiło?
— Było parę panien aż z Podola. Ale posagi w ziemi, tymczasem renta. Nie było interesu. Wiesz, kto na mnie leci? Gerhardowa.
Ignac, wobec swych spraw, zaniechał badania szwagra, a ten to wiedział i spytał żywo:
— Piękna jesień. Ale córki co powiedzą?
— Myślisz, że się ożenię? Po co? — zaśmiał się cynicznie Ignac.
Sekundę oczy Jaworskiego wyraziły krytykę, a usta wymówiły spokojnie:
— Starzy będą cię swatać.
— Dadzą mi spokój, gdy nie będę o pieniądze dokuczać; a przy tej kombinacyi można będzie żyć. Baba ma milion i może się jeszcze podobać. Już mi ludzie zazdroszczą i szczekają.
— Julki się pozbędziesz?
— E, to mniejsza. Wpadła w oko huzarowi. Jakiś syn kupca, milioner. Załatwi się bez skandalu. Sto pociech mam, obserwując, jak szelma łże, ukrywa się. Gotów mi ją wykraść.
Śmiał się Ignac, zaśmiał się Jaworski i dalej toczyła się rozmowa, przeplatana pieniężnemi sprawami i skandalikami ulicy.
Potem przeszli do salonu, spędzili wieczór z rodziną. Na herbatę przyjechali Zakrzewscy, złożył się wint, i dopiero po północy wrócił Jaworski do siebie.
Usiadł do biura i wydobył stary pugilares zmarłego robotnika.
Była w nim metryka Adama Karlińskiego z przed trzydziestu pięciu lat, wypisana z ksiąg parafialnych kościoła wołożyńskiego, w wołyńskiej dyecezyi, był paszport francuski Maurycego Gosse, był bilet wojskowy Stefana Jańczuka i matrykuła uniwersytetu w Zurychu na imię Edwarda Klonowskiego.
Oprócz tego parę rewolucyjnych proklamacyi po rosyjsku, karta, zapisana cyframi, i fotografia starej kobiety.
Któraż legitymacya była prawdziwa? Może żadna. Posiadacz pugilaresu nazywał się może jeszcze inaczej, a wszystkie te dokumenty osłaniały go może w życiu przed pościgiem władz i sądu, a teraz były mocno kompromitujące. Nie rozumiał wcale Jaworski, dlaczego je od umierającego otrzymał i, przejrzawszy, postanowił zniszczyć.
A potem raz jeszcze przejrzał, zamyślił się, odłożył metrykę i fotografię napowrót do pugilaresu, wrzucił w głąb szuflady, a resztę papierów zebrał i wsunął w piec, pełen rozżarzonych węgli. Buchnęły po chwili płomieniem, pozostała ciemna kupa spalonego papieru; rozgarnął ją i piec zamknął. Sprawa była załatwiona, wedle jego zwyczaju, prędko i stanowczo. Zostawił metrykę i fotografię na ewentualny wypadek zgłoszenia się owej ślepej matki, o której zmarły wspominał, ale myśl jego krążyła około zagadkowego człowieka i odczuł potrzebę zobaczenia jej twarzy, którą ledwie dotychczas zauważył w masie robotniczej.
Baraki leżały na uboczu, czerniejąc wśród śniegu; noc była chmurna, wietrzna, ponura. Spotkał Jaworski stróża tylko, minął fabrykę, w której robota szła miarowem tętnem, i, świecąc sobie elektryczną latarką, wszedł do baraków. Dzienna zmiana robotników spała. W sali panował zaduch brudnej odzieży i ciał; czerniały po pryczach formy ludzkie, zwalone jak kłody trudem, na zwierzęcy spoczynek; rozlegało się chrapanie, stękanie, kaszel, świst i pisk niezdrowych oskrzeli, przepitych krtani, jakieś bełkotanie ciężkich zmor sennych.
Rozpalone piece jeszcze cięższem czyniły powietrze, a rozwieszone około nich kożuchy i kaftany parowały zabójczą wonią.
Wstręt, a zarazem jakby litość odczuł Jaworski; ale zaduch dławił go w gardle, prędko minął salę i owiał go chłód infirmeryi.
Okno było otwarte i w przeciągu chybotała świeczka w rogu pryczy. Dalej stała trumna, i zmarły już w niej leżał.
Jakaś litościwa dusza umyła go i ubrała. Miał na sobie czystą koszulę, palto i buty z cholewami. Ręce mu złożono na piersi i wetknięto w nie papierowy święty obrazek. Izba, przesiąkła karbolem i chlorkiem, bielała nagością ścian i pustką.
Jaworski nakierował latarkę i przyjrzał się twarzy zmarłego. Śmierć ją uspokoiła, dała wielką godność i jakby smętek. Rysy były ostre, przeraźliwie chude, ciemny zarost, zwichrzone włosy nad szerokiem, pięknem czołem, zapadłe policzki.
W tej chwili szelest się rozległ za ścianą, i w oknie ukazała się głowa ludzka.
Jaworski drgnął, o krok się usunął.
— Kto tam? — zagadnął.
— To ja. Przepraszam jaśnie pana! — zachrobotał głos stary, głuchy, pokorny. — To ja, Icek kramarz.
— Co ty tu robisz po nocy? Czego chcesz?
— Ja szedł drogą... zobaczył, co tu się świeci. Zaszedł. Tu chore leżą, nie śpią nocami, ja do nich wstępuję pogrzać się, pogadać.
— Dziś zimno. Trup leży.
— A, a, a... Szostak. Aj, co to za mądry człowiek był, ale miszigine. Nu, to ja do kotłowni wstąpię... Poczekam rana. Zmęczył się!
Żyda tego znał każdy w okolicy, i Jaworski go często widywał. Mały, suchy, siwy, pokorny, snuł się jak rok długi, po dworach i wsiach, z workiem na plecach, sprzedając drobiazgi, kupując wszystko, co się unieść dało.
Oparł się o ramę okna i rozejrzał się po izbie, potem stęknął.
— Umarł i moje trzy ruble zabrał — rzekł.
— Nosiłeś mu pewnie wódkę?
— Nie, jaśnie panie. Icek kramarz takich geszeftów nie robi. Zeszłego tygodnia ja tu wstąpił... on pożyczył u mnie pięć rubli, dał w zastaw pierścionek. Powiada, »we wtorek wypłata, przyjdź, to ci oddam«. Ot i wtorek, ot i wypłata! A za pierścionek dają mi tylko dwa ruble. A jasny pan pewnie nie obliczył nigdy, ile ja nóg zedrę, i gardła, i pleców, nim zarobię trzy ruble. Nu, co robić! Nie dam mu złego słowa. Umarł... niech sobie odpoczywa.
— Pokaż pierścionek — rzekł Jaworski.
Żyd sięgnął w zanadrze, wydostał szmatkę i trzęsącymi się z chłodu i starości palcami wysupłał z niej złotą obrączkę.
Gładka była, jakby ślubna, ale wewnątrz nie było daty, ni liter, a wyrznięty napis: Ubi tu Caius — ibi ego Caia.
Jaworski przeczytał, obrączkę wsunął do kieszeni kamizelki, a żydowi podał pięć rubli. Potem, nie słuchając dziękczynień, wyszedł z izby przez kuchnię.
Gdy wracał do pałacu, widział przed sobą małą, zgarbioną postać kramarza, kulejącą w stronę zabudowań fabrycznych.
W gabinecie ujrzał Jaworski ze zdumieniem żonę.
— Co się stało? Zasłabł kto? — spytał.
— Nie. Spać nie mogłam... szukałam książki w salonie. Zobaczyłam, że się u ciebie świeci... zaniepokoiłam się, czyś nie chory.
— Byłem na podwórzu.
Anielka stanęła u biura i, jakby zakłopotana, rzekła:
— Nie masz mi przecie za złe, że jadę do Warszawy?
— Cóż znowu. Przecie co roku bywasz tam zimą.
— No tak, i przecie mieszkam u rodziców, więc cię to bardzo nie kosztuje. Muszę jechać, rozumiesz. Te wszystkie przejścia okropnie mnie roznerwowały. Na newralgię i migreny muszę mieć masaż i elektryzacyę. Tutaj toby za wiele kosztowało, i w domu jest wilgoć; zawsze mi tu gorzej.
— Ależ naturalnie, jedź i rozerwij się. Ileż ci dać pieniędzy?
— Sama nie wiem. Nie mam rautowych tualet, a muszę bywać, żeby opinię uspokoić. Ty także powinieneś przyjechać, razem bywać też musimy.
— Zabawisz pewnie do Wielkiej nocy?
— Tak. Potem mamę trzeba zawieźć na południe.
— No, to dalsze koszty. Ale na Warszawę ile ci trzeba?
— Sama nie wiem. Kuracya, tualety wiosenne, kapelusze mam stare i niemodne.
— Wystarczy ci pięćset rubli?
— W dodatku do renty, którą ojciec mi daje, tak — rzekła dość ozięble.
— No, przecie renta twoja nigdy przez moją kasę nie przechodzi. Weź pięćset, a jak przyjadę do Warszawy, to mi powiesz, czy wystarcza.
Wzięła pieniądze, ożywiła się.
— Tutaj ci nic brakować nie będzie; zostawię dyspozycyę szczegółową Gołębiowskiej i Józefowi. Śpiżarnia zaopatrzona, możesz przyjmować gości. Ale, proszę cię, przyjedź prędko, zrób to dla mnie. Zostawię ci wszystkie klucze od sreber i piwnicy. Muszą nas ludzie widzieć razem.
— W końcu przyszłego tygodnia przyjadę. Muszę być przy transporcie cukru tutaj.
— Naturalnie, ale i ty potrzebujesz rozrywki. To straszne takie zakopanie w tej pustce.
Szła ku drzwiom i jeszcze się obejrzała.
— Ale, wiesz? Ojciec ma partyę dla Ignasia.
— No? — spytał, sięgając po księgę na biurze.
— Hrabianka, prawdziwa! Co to za mężczyzna! może wysoko sięgać!
Jaworski zrozumiał, że ona, kobieta, musiała się zadowolić prostym szlachcicem, ale brat może już mieć hrabiankę.
— Matka będzie rada! — rzekł uprzejmie.
— Spodziewam się. Wszyscy radzi będziemy.
— Ojciec chyba najmniej, bo to drogi interes i procentu nie da.
— Trudno, trzeba żyć i dla idei! — wymówiła z godnością i wyszła.
Jaworski zapisał w księdze:
»Osobiste«: 5 rb. — Anielce do Warszawy: 500 rb.
Potem dobył obrączkę i jeszcze raz odczytał napis: Ubi tu Caius — ibi ego Caia.
Starorzymska przysięga oblubieńców: Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja.
Zdjął z palca własną obrączkę, były identycznie podobne i miały równie martwe litery, bez treści. Z dziwnym uśmiechem pomieszał je w dłoniach i, nie patrząc która, wsunął na palec, drugą rzucił do szuflady obojętnie.
Nazajutrz wyjechali wszyscy, i Jaworski zajął się zwykłą pracą. Po południu na furgon włożono trumnę Szostaka i powieziono na cmentarz. Formalności były załatwione, ksiądz czekał u grobu.
Wbrew utartym frazesom, że za trumną nędzarza nikt nie idzie, na to widowisko wyległo z czworaków dworskich kobiet i dzieci co nie miara i poszli gapić się aż do mogiły.
Wyleciała też z baraków kucharka Jagusia.
Przez okno biura spojrzał Jaworski na trumnę, na gawiedź, na Jagusię i przypomniał sobie chwilę zgonu i dyszkant dziewczyny, wyśpiewującej przeciągle:

O mój Jasinku, na rany Boga!
Słońce zachodzi — daleka droga!

A słońce zachodziło właśnie czerwono, krwawo — i odszedł Szostak w daleką drogę!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.