Atak na młyn/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Atak na młyn
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów, Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Tytuł orygin. L’Attaque du moulin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Była godzina trzecia. Wielkie, czarne chmurzyska zawaliły niebo niby skłębiony płaszcz burzy, która szaleć musiała niedaleko. To żółte niebo, te rude i czarne łachmany na niem, przeobraziły Rocrensę, tak wesołą w słoneczku, w jaskinię, pełną mroków, lęk i niedowierzanie budzących. Oficer pruski zadowolnił się na razie wydaniem rozkazu, by Dominika zamknięto, nie zdradzając wcale postanowień, powziętych co do jego dalszego losu. Franciszka wiła się z tego powodu od południa w mękach trwogi nie do zniesienia. Nie chciała opuścić dziedzińca mimo ojcowskich nalegań. Czekała na Francuzów. Ale godziny upływały, noc się zbliżała, a ona cierpiała tem dotkliwiej, że cały ten czas zyskany zdawał się wcale nie obiecywać zażegnania strasznego końca.
Tymczasem około trzeciej Prusacy poczęli czynić przygotowania do wymarszu. Od dłuższej chwili oficer zamknął się z Dominikiem jak wczoraj. Franciszka zrozumiała, że życie młodego człowieka rozstrzyga się w tej sekundzie. Złożywszy ręce, poczęła modlić się gorąco. Ojciec Merlier zachowywał u boku córki ciągle milczącą i surową postawę starego wieśniaka, który nie porywa się nigdy do walki z fatalizmem wypadków.
— Boże mój! Boże! — poczęła łkać dziewczyna — oni go zabiją!...
Młynarz przygarnął do siebie biedną i posadził ją na swych kolanach jak dziecię.
W tej chwili oficer wyszedł, dwu żołnierzy wiodło za nim Dominika, wołającego z mocą:
— Nigdy! przenigdy!... Wolę umrzeć!...
— Namyśl się jeszcze — przekładał oficer. — Usługę, której nam odmawiasz, inny nam odda. Daruję ci za nią życie, jestem więc wspaniałomyślny. O nic więcej nie idzie, jak tylko abyś nas zaprowadził do Montredan przez środek lasów.
Dominik nie dał na to żadnej odpowiedzi.
— Więc obstajesz przy swojem?
— Zabijcie mnie; niech temu będzie raz koniec — odrzekł.
Franciszka, złożywszy ręce, posyłała mu zdaleka błagalne spojrzenia. Zapomniała o całym świecie, gotową była zachęcać go do podłości. Lecz ojciec Merlier ujął ją za ręce, aby Prusacy nie spostrzegli jej giestów — giestów kobiety oszalałej z rozpaczy.
— Ma racyę! — pomrukiwał — lepiej jest umrzeć.
Pluton stał w pogotowiu. Oficer rachował na kryzys słabości u Dominika, skoro tenże karabiny przed sobą zobaczy. Spodziewał się ciągle, że zdoła go wreszcie nakłonić. Zapanowało milczenie. Echa dalekich piorunów dawały się słyszeć od czasu do czasu. Ciężka duszność przygniatała okolicę. Wśród takiego nastroju rozległ się nagle krzyk:
— Francuzi! Francuzi!...
Oni to byli w rzeczy samej.
Na drodze z Sauval, na samej krawędzi lasu można było wyraźnie rozróżnić linię pąsowych spodni. W młynie zakotłowało się od nagłego ruchu. Żołnierze pruscy biegać poczęli na wszystkie strony wśród wrzawy głosów gardlanych. Ani jeden strzał nie padł jeszcze.
Franciszka, zerwawszy się, poczęła klaskać w dłonie i krzyczeć:
— Francuzi! Francuzi!...
Była jakby w szale. Wyswobodziwszy się z objęć ojca, śmiała się, wznosząc do góry ręce z nadmiaru radości. Przybywali więc wreszcie!... przybywali na czas!... ponieważ Dominik żył jeszcze, zdrów i cały!...
Ogień plutonowy, który w tej chwili hukiem eksplodującej miny doleciał jej uszu, sprawił, że się odwróciła.
Przed chwilą właśnie oficer pruski szepnął był do siebie:
— Przedewszystkiem załatwijmy tę sprawę.
Pchnąwszy Dominika własnoręcznie pod ścianę jednego z śpichlerzy, zakomenderował: ognia! — W chwili kiedy Franciszka się odwróciła, narzeczony jej padł na ziemię, z dwunastu kulami w piersiach.
Oczy jej pozostały suche, stanęła tylko jakby stężała w niemem osłupieniu. Rozwarłszy szeroko powieki, poszła pod śpichlerz i usiadła przy zwłokach o kilka kroków. Wpatrzyła się w nie i poczęła wykonywać ręką jakiś nie dający się określić, dziecięcy ruch. Ojca Merlier przytrzymali Prusacy jako zakładnika.
Pięknaż teraz zawrzała bitwa. Oficer w mgnieniu oka rozstawił żołnierzy, doskonale pojmując, że niepodobieństwem jest trąbić do odwrotu bez narażania się na pewną zagładę. Trzeba zatem przynajmniej drogo sprzedać swe życie. I otóż teraz Prusacy mieli bronić młyna — Francuzi zaś byli stroną atakującą.
Wymiana strzałów wszczęła się z niesłychaną gwałtownością. Przez przeciąg kilku godzin ogień nie ustawał ani na chwilę. Wtem dał się słyszeć głuchy huk, kula armatnia strzaskała pień wiązu. Francuzi mieli działa! Baterya, ustawiona tuż nad rowem, w którym Dominik niedawno znalazł był schronienie, poczęła zamiatać pociskami długą ulicę Rocreusy.
Od tej chwili walka nie mogła już trwać zbyt długo.
Biedny młyn! Kule dziurawiły go miejsce koło miejsca. Połowa dachu została zerwaną, dwie ściany runęły. Największym jednak spustoszeniom uległ od strony Mozelli. Bluszcz, poodrywany od obalonych murów zwieszał się tu nakształt łachmanów w strzępach; rzeka niosła wszelkiego rodzaju szczątki a przez wyłom w murze widać było wnętrze dziewczęcego pokoiku Franciszki z łóżeczkiem, ponad którem bieliły się starannie uprasowane firanki. Dwie kule działowe trafiły jedna po drugiej w koło młyńskie, które rozbite do szczętu wydało z siebie jęk ostatni; strzaskane szufle spłynęły z wodą, szkielet rozpadł się i runął. Wesoły młyn wyzionął ducha.
Teraz Francuzi przypuścili szturm. Przyszło do wściekłej utarczki na broń białą. Pod pełnym surowości nieboskłonem mroczna czeluść doliny zapełniła się trupami. Rozległe pola, spustoszone walką, wyglądały dziko u stóp ogromnych drzew, poszarpanych kulami i rzucających długie, czarne cienie. Na prawo i lewo lasy niby mury cyrku zamykały w pośród swej gęstwy kręgiem dwie zaciekłe gromady walczących, a niezliczone źródełka, krynice i strumyki zdawały się pod stopami ludzi syczeć, łkać i jęczeć.
Franciszka siedziała ciągle skulona i nieruchoma naprzeciw zwłok Dominika. Ojciec Merlier, trafiony jakąś zbłąkaną kulą, leżał bez życia opodal. Aż kiedy Prusacy wybici zostali co do nogi, szczątki młyna zaś ogień ogarnął, — kapitan francuski ukazał się na podwórzu. Był to jego pierwszy sukces wojenny od początku kampanii. To też rozpłomieniony nim, prostując dziarsko swą smukłą, wysoką postać, śmiał się z całego serca obliczem, promieniejącem radością, która jeszcze piękniejszym czyniła młodego zucha. Poznawszy zaś w pewnem oddaleniu Franciszkę, ogłupiałą między trupami narzeczonego i ojca, u stóp płonących zwalisk młyna, oddał jej szablą pełen gracyi wojskowy ukłon i zawołał:
— Zwycięstwo! Zwycięstwo!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.