Artykuł pana Wojciecha/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Artykuł pana Wojciecha
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Kalendarz Illustrowany „Echa“ na Rok Zwyczajny 1878
Wydawca Jan Noskowski
Data wydania 1878
Druk Jan Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ARTYKUŁ PANA WOJCIECHA.

OBRAZEK.



I.
Wyjazd pana Wojciecha z oberży „pod grubym absurdem.”

Pod cieniem grabów starych, stała kamienna ławka, a przed nią stół ciężki i niezgrabny, ale za to mocny.
Ogród szumiał liśćmi, które już potrosze przerzedzać się zaczynały, żółkły, więdły, a spadając drgały w powietrzu jakby borykając się z wiatrem który je unosić chciał daleko. Za miesiąc już olbrzymie konary drzew będą nagie, a reszta liści dziś jeszcze zielonych spadnie i pod stopami swych grubopiennych ojców, legnie w jednem wielkiem cmentarzysku, z którego na rok przyszły wyrośnie trawka, młode rośliny i rozmaite robactwo.
Cóż bowiem jest bez robactwa na ziemi?
Słońce zachodziło czerwono, zapowiadając zmianę pogody najutro, a promienie jego ukośnie przedzierając się pomiędzy gałęziami rzucały plamy jakieś krwawe na ścianę altanki zbudowanej w stylu chińskim.
O tej altance miałbym dużo do powiedzenia.
Przedewszystkiem była ona w guście chińskim. Wewnątrz wylepiona była obiciem, na którem widziałeś palankiny, długie warkocze, wąsy cienkie jak druty i chinki z paznokciami na półtora cala i smoków dziwnych i ptaki rajskie i rozmaite inne emblematy chińszczyzny.
Pijano tu za dobrych czasów herbatę oryginalną chińską, ulepszoną cokolwiek w powiatowem miasteczku, a nawet mówią, czego ja wprawdzie nie widziałem, że założyciel tej altanki palił tu opium jak chińczyk.
Na ławce owej kamiennej pod grabem, siedział zadumany człowiek.
Książka spadła mu z kolan i rozłożyła się na murawie, a czarna ropucha w pogoni za robakiem zatrzymała się przed tem dziełem ludzkiej mądrości i wpatrywała się w nie uważnie. Trwało to jednak chwilę tylko; zimna żaba nie poznała się na wdziękach poezyi gorącej, zawartej w księdze owej i poczęła powoli dalej szukać robaków i wrażeń bardziej realnych.
Tak zwykle czynią wszystkie żaby.
Siedzący na ławce człowiek dumał z początku o kartoflach, które niedługo kopać będzie trzeba, następnie przebiegał myślą termina rozmaitych wypłat czekających go niezadługo, a później wpadł na pole szerszych dociekań i w myśli zapytał sam siebie: — do czego to wszystko prowadzi?
Nie ma nic niebezpieczniejszego aniżeli samotność, cisza i ogród, w którym już liście zaczynają opadać.
Wówczas to oko goni za owemi zżółkłemi, spadającemi listkami, myśl przedziera się gwałtem w krainę oderwanych pojęć, pytań, przypuszczeń i wniosków, plącze się, wikła sama z sobą, błądzi po rozmaitych manowcach, aż wreszcie zajeżdża zmęczona do wielkiej oberży „pod grubym absurdem,“ do oberży, która najczęściej przygarnia do siebie strudzonych wędrowców...
Czem jest życie? pyta taki myśliciel samotny i znajduje na to tysiące odpowiedzi.
Jest ono pasmem uciech i niesmaku, areną czynu i próżniactwa, wzniosłości i pospolitości poziomej, obżarstwa i abnegacyi, jest ono sadzeniem i kopaniem kartofli, wciąganiem i zdejmowaniem butów, zapalaniem i wypalaniem cygara, wystawianiem i skupowaniem weksli...
I czem ono nie jest jeszcze? jakie skutki, jaki koniec, a co po za tym końcem — co jest tak tajemniczo, tak szczelnie zakryte, tak hermetycznie zamknięte przed oczami badacza?...
Pan Wojciech czuł że głowa go boli, że w skroniach krew pulsuje przyspieszonem tętnem, zdawało mu się, że słyszy trzeszczenie własnego mózgu wysilającego się nad rozwiązaniem kilkunastu pytań, jednocześnie cisnących się do głowy.
Potarł czoło dłonią jak gdyby chciał spędzić ztamtąd myśli czarne, jak gdyby chciał się pozbyć kwestyi męczących go, i spojrzał w koło siebie sądząc, że może na leszczynowym krzaku wisi wielka tablica, na której wypisane jest rozwiązanie zagadki onej ciężkiej, czekającej tak długo na swego Edypa.
Wstał tedy pan Wojciech i poszedł, minął altankę chińską i przez szeroką aleję zbliżał się ku domowi.
Spojrzał przed siebie i stanął, a oczom jego przedstawił się następujący obraz z żywych osób.
Dwa wróble biły się z sobą o ziarnko pszenicy, jeżyły piórka, przyskakiwały do siebie, roztwierały dziobki i ogień błyszczał w ich małych oczkach.
Pod krzakiem czatował kot bury z oczami świecącemi zielonkowato-żółtym blaskiem, wygiął krzyż, przysiadł na przednich łapach, jednym skokiem śmiałym i zręcznym zamierzał jeżeli nie obydwóch, to jednego przynajmniej wróbla w swoje pazury pochwycić.
Pod ścianą domu warował przy ziemi i czołgał się piękny wyżeł, ulubiony pies pana Wojciecha, zacny i wyćwiczony w sztuce myśliwskiej zwierz, z kasztanowatemi łatami na białej jak mleko sierści.
Ten pies miał jakieś dawne nieporozumienie i zatargi z kotem i było widocznem, że ma niekłamaną ochotę pochwycenia owego amatora myszy i ptaków za kark, wstrząśnienia nim parę razy w powietrzu i rzucenia z impetem o ziemię.
Kuchcik Jasiek, istota nietyle piękna ile wysmolona i brudna, lubił drażnić się z psami a skomlenie uderzonego zwierzęcia było dla tej przyszłokucharskiej duszy bogdaj czy nie najmilszą muzyką; to też i w tej chwili urwis ten z płową i gęstą czupryną, zjeżoną i sterczącą nad czołem niby strzecha nad stodołą, wyciągał już rękę i czaił się z zamiarem pochwycenia wyżła za ogon...
A nad chłopakiem wisiała ciężka ręka niewiasty uzbrojonej w miotłę, niewiasty zacnej i pulchnej, która jako gospodyni, szafarka i klucznica, strzegła z urzędu niejako i pilnowała śpiżarni pana Wojciecha i obyczajów folwarcznych.
Dama ta, w czerwonej chustce zawieszonej na ramionach godnych karyatydy, stała za węgłem dworku i obliczała w myśli siłę ruchu ręki, a tem samem siłę uderzenia miotły, która miała wbić w plecy Jaśka jedną zasadę moralną więcej...
Lecz odgłos kroków pana Wojciecha spłoszył całe towarzystwo: wróble frunęły w powietrze, kot wdrapał się na drzewo, pies dał susa za kotem i zaczął szczekać podnosząc łeb do góry, a kuchcik nietylko że uciekł, ale jeszcze — o zgrozo! język gospodyni pokazał.
Żywy obraz oświetlony czerwonawym blaskiem zachodzącego słońca zniknął, jakby za dotknięciem czarodziejskiej laski; a pan Wojciech stanął i zamyślił się głęboko.
Po chwili twarz jego pochmurna i smętna niedawno, rozjaśniać się zaczęła, rumieniec wykwitł na policzkach, oczy błysnęły ogniem, na wargach osiadł uśmiech zadowolenia z siebie i znać było zarazem w grze fizyognomii jego ową radość z wielkiego odkrycia i niepewność jakąś, która w takich chwilach szepcze do ucha: „może ty się mylisz przyjacielu...“
Niedługo wszakże owa niepewność trwała; ustąpiła miejsca tryumfowi i radości; p. Wojciech zaczął coś mówić do siebie, rozkładać rękami, gestykulować żywo, uderzać się w czoło wskazującym palcem, aż wreszcie głosem podniesionym rzucił w przestrzeń te słowa:
— Jeżeli teraz nie wiem czem jest świat i życie, to niech mnie djabli wezmą natychmiast!
Po dziś dzień nie zgłosili się oni jeszcze do niego, widać więc że mówił prawdę.
Szczęśliwy i dumny ze swego odkrycia, wyprostował się, poprawił czapkę na głowie i wyglądał w onej chwili jak Newton, co uderzony raptownie w nos spadającem jabłkiem, odkrył prawo ciążenia.

ROZDZIAŁ II.
O widzeniach człowieka piszącego rzodkiew przez „ż,” oraz o muchach co wypiły atrament.

Takich bohaterów jak pan Wojciech znajduje się w każdym powiecie kilkunastu.
Należą oni wszyscy prawie do tej poczciwej i zacnej klasy ludzi, co posiada piękną tradycyę i wąsy, jeździ wózkiem węgierskim i w czterdziestu pięciu wypadkach na sto, pisze rzodkiew przez ż, i żal przez rz.
Siedział on na swoim dwusto morgowym folwarczku, a tem się od sąsiadów wyróżniał, że był kawalerem dość już w lata zapędzonym, że głowa jego pozbywała się powoli tak zwanego bożego poszycia i że w sercu jego wrzało gorące i niekłamane uczucie ku nadobnej pannie Małgorzacie, pięknej, świeżej, malutkiej i okrągłej jak prawdziwa małgorzatka (gruszka).
Ludzie panu Wojciechowi podobni bardzo często kłamią w terminach zwrotu zaciągniętych pożyczek, w miłości jednak są solidni i pewni jak bank.
Lecz cóż począć w obec tej wielkiej i doświadczonej prawdy, że z jeżem ku psu, a z łysiną ku niewieście nie przystępuj!
Cóż począć w obec nieubłaganych metryk, które mówią wyraźnie, że panu Wojciechowi już czterdzieści zim ubiegło, a pannie Małgorzacie zaledwie się dopiero dziewiętnasta wiosna przestała uśmiechać.
A obraz tej panny Małgorzaty głęboko tkwił w sercu naszego bohatera, w sercu, które pomimo dość podeszłego — jak na serce — wieku, nie wykochało się jeszcze i zachowało całą młodzieńczą potęgę. Nie przechodziło ono bowiem przez burze owych doświadczeń, prób, zawodów i rozpaczy, które dzisiejsze młode pokolenie zaczyna poznawać będąc jeszcze w gimnazyum.
I sądzisz zacny czytelniku, że kiedy na kartkach tej powiastki stanął urodzony Wojciech, kawaler i urodzona Małgorzata, panna, to już brakuje chyba tylko proboszcza, któryby ową urodzoną parę błogosławieństwem na dalszą wędrówkę życiową opatrzył?
Niestety, nie do stóp ołtarza, nie do krainy szczęścia i zachwytów, nie po drodze różami zasłanej sądzono było stąpać panu Wojciechowi od chwili w której przypadkowe zetknięcie się wróbli, kota, psa, kuchcika i gospodyni olśniło go złocistym promieniem prawdy i powiedziało mu, na czem się mizerny żywot ludzki zasadza...
Nieraz, gdy słońce już zaszło, gdy żółta, domowej roboty świeca woskowa jak błędny ognik migotała w sypialni pana Wojciecha, mąż ten opierał głowę na dłoni i marzył.
W marzeniach jego jak w kalejdoskopie przesuwały się rozmaite obrazy, piękne, piękniejsze, jeszcze piękniejsze, a nad temi dominował zawsze obraz najpiękniejszy, bo obraz panny Małgorzaty, która istotnie piękną była jak obraz.
I zdawało mu się, że widzi klacz swoją kasztanowatą, trzyletnią źrebicę dziś jeszcze, jak ta rośnie, pięknieje, jak chodzi, jak nogami wyrzuca, jak ogon odsadza, a gromada kupców targuje się między sobą, kłóci, przepycha, potrąca i jak wreszcie jeden z tych panów wydobywa zatłuszczony pugilares, kładzie na stole pięćset rubli gotówką i uprowadza kasztankę...
Był to zaiste piękny obraz.
A potem widzi się pan Wojciech na polu, a tam pszenica wyrasta jak trzcina, kartofle jak pięście, buraki jak dynie, na dziedzińcu folwarcznym uwijają się fury, w sieni szwargoczą kupcy z miasteczka, kłaniają się i znoszą ogromną moc pieniędzy, listów zastawnych, pożyczek premiowych i wszelkich procentowych papierów.
Był to drugi obraz, piękniejszy od poprzedniego.
W trzecim, najpiękniejszym ze wszystkich obrazie, widział pan Wojciech siebie samego, w koczyku, jadącego do kościoła, a obok siebie widział siedzącą piękną Małgorzatę, w całej pełni wdzięków i powabów, w sukni jedwabnej, szalu tureckim i kapeluszu, na którym kwitły cztery tuziny róż, lewkonii, georgin i wszelakiego kwiecia...
„Silną jest miłość jako śmierci moc, a mocno trzyma jako piekieł kleszcze“ woła poeta wschodni... i ma racyą, bo od dwóch lat, od czasu jak panna Małgorzata na dorosłą pannę wyrosła, nie ma pan Wojciech spokoju, nie ma chwili wytchnienia, nie może fajki wypalić spokojnie.
Miłość, niby jakiś robak, toczy jego staro-kawalerskie serce i chwili wytchnienia mu nie daje.
Wraz z nim wstaje ona rano, idzie do stajni, obór i stodoły, wraz z nim siada na konia i w pole wyrusza, wraz z nim jada obiad, sypia po obiedzie, wydaje dyspozycye ekonomowi, krzyczy na fornali, wraz z nim zasypia i ani minuty wolnej mu nie pozostawia.
Kiedy zaś pan Wojciech ogolony, wyświeżony i ubrany według ostatniej mody, w rajtroku i butach palonych przybywa do Wierzbicy, gdzie rodzice panny Małgorzaty mieszkają, wówczas wzbiera ona jak rzeka po deszczach gwałtownych, i unosi biedne serce w krainę rozkoszy i trwogi, szczęścia i niepewności...
Pan Jan Ananasowicz z Wierzbicy, ojciec ideału pana Wojciecha, jest człowiekiem bardzo zacnym i szanowanym powszechnie, wzywają go sąsiedzi na arbitra w sporach pomiędzy nimi wynikających; zasięgają bardzo często jego rady i uważają go za człowieka poważnego, za paterfamiliasa całego powiatu.
Nawet aureola uczoności otacza tego męża od czasu gdy sąsiedzi wyczytali w gazetach artykuł oznajmiający, że w dobrach Wierzbica Sucha, należących do JW. Ananasowicza, są do sprzedania krowy holenderskie i byk szwajcarski dwuletni. Wiadomość na miejscu w dominium.
Nie ulega kwestyi że sam pan Ananasowicz a nie kto inny był autorem tego artykułu, a że nad tekstem onego wydrukowano bardzo piękną krowę, tem łatwiej więc artykuł utkwił w pamięci.
— To nie głupi człowiek, mówili do siebie sąsiedzi, nie głupi... pisze nawet, szeptali sobie do ucha.
I to właśnie „pisze“ powtarzane pocichu z wyrazem tajemniczości jakiejś i obawy, to wyrabiało niesłychaną popularność panu Janowi i czoło jego otaczało promiennym blaskiem.
Panowie: Gruszkiewicz z Pirogów, Jabłkowski z Naleśnickiej-Woli, Wiśniewski z Miętówki, Dyński z Patykowa, a nawet pan Wyrokiewicz z Popstrykałek uznawali wyższość człowieka „który pisze“ nad tymi którzy tylko (i to dość rzadko) czytują.
Z takim to potentatem chciał wejść w koligacyę pan Wojciech Dymalski, człowiek, jakeśmy to widzieli, cichy i pokornego serca, osiadły na swoich dwustu morgach w wioseczce, figurującej w księgach hypotecznych jako Świstuły wielkie, lit. C.
Wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie ten urok uczoności, który pana Jana na trzy mile w koło otaczał i jako księżyc nieomal jaśniał nad całą Wierzbicą Suchą z przyległościami.
Ale ta uczoność!
— Jak ja, człowiek prosty, oświadczę się o rękę córki tak poważnego męża, piszącego nawet artykuły w gazetach?... w jakich słowach wyrażę mu uczucie które mam dla pięknej jego córki, jak będę z nim mówił?
Otóż te kwestye nie dawały sypiać panu Wojciechowi.
Teraz, o ile mi się zdaje, wyjaśnia się dokładnie przyczyną, dla której pan Wojciech siadając pod cieniem grabów w ogrodzie, zastanawiał się nad wyższemi zagadnieniami człowieka, nad życiem i nad wieloma kwestyami bardzo ważnemi a trudnemi do rozwiązania.
Takich posiedzeń pod grabem było bardzo wiele, ostatnie jednak dopiero wydało pożądany rezultat, a przynajmniej wskazało naszemu myślicielowi drogę do pracy dalszej, którą wytrwale prowadzić zamierzał.
Zatrzymajmy się jeszcze chwilkę i posłuchajmy co mówi do siebie pan Wojciech, zanim bieg wypadków wprowadzi nas w (niebardzo zawikłane wprawdzie) zawikłania dramatyczne.
— Czemże jest życie?... Jeden czai się na drugiego, ażeby go złapać, a sam nie wie o tem, że na niego czai się trzeci z tym samym zamiarem i tak dalej — od drobnego robaczka, od liszki która objada najpiękniejszą kapustę, aż do lwa w pustyni, do orła w górach, do człowieka nareszcie...
— »Na czem więc zadanie nasze polega?
«Na tem abyśmy sami łapali co się da, a strzegli się aby nas nie złapano.
«To jest zupełnie jasne.
W tem miejscu pan Wojciech przerwał.
«Ba! niby jasne, a niezupełnie jasne; religia uczy: kochaj bliźniego, jakże ja go będę kochał jeżeli mam na niego czatować i łapać!?
«Nie — odrzućmy na bok łapanie... zobaczmy kto nas łapie, kto się na mnie czai. Już go mam! Ekonom mój Kudłasiewicz, primo. Lecz ja mogę go kochać, a jednak nie dać się okradać.«
»Kto więcej?
»Trzeszczałkiewiczowa gospodyni, o ile wiem, także mnie podbiera — powinienem się więc pilnować, a przytem mogę ją też i kochać...
»Zaraz, czy kochać? nie, lubić — dobrze, lubiąc będę się jej strzegł...
»Kupiec z miasteczka orzyna mnie na cenach; czy kochać go? — a no, kochać, rzecz prosta, ale nie dać się okpić.
»Tak, tak, odgadłem, kochać się i nie dać się, oto filozofia całego życia...«
Z temi słowy pan Wojciech wszedł do pokoju i krzyknął aż się szyby zatrzęsły:
— Atramentu!
Na ten głos wpadła Magda, Kaśka, gospodyni i Jasiek.
— Co wielmożny dziedzic sobie życzy? pyta najstarsza urzędem osoba, to jest gospodyni.
— Atramentu!
— Kiedy nie ma, proszę pana.
— Jak to nie ma? nie kupiłem przeszłego roku?
— I być był, ale że go muchi do szczętu wypili.
Posłano do miasta po atrament, a skutkiem tej okoliczności nowy promień światła cywilizacyi w powiecie spóźnił się o godzin osiemnaście.

ROZDZIAŁ III.
O tem jak poczthalter w mieście Odrzykrowie posyłał
zepsute gazety do apteki na kuracyę.

Panna Małgorzata była prawdziwym typem wiejskiej dzieweczki.
Kto ich nie zna, tych miłych, wesołych, figlarnych stworzeń, wychowanych w cichej atmosferze ustronnego zacisza, niepretensyonalnych, nieskarykaturowanych przez dziwaczny a niesmaczny zwykle strój modny?
Zaprawdę, kto za rogatki miejskie nie wyjeżdżał, kto nie widział tych pełnych wdzięku i prostoty istot, kto nie miał sposobności zbadać tych serc dobrych, dusz jasnych i komu nie zdarzyło się widzieć rumieńców przelotnych na opalonych od słońca twarzyczkach, ten nie ma pojęcia o prawdziwym typie polskiej dzieweczki.
Nie mam zamiaru ubliżać naszym pięknym warszawiankom, lecz nikt nie zaprzeczy, że te, pomimo zalet duszy i serca, nie mogą mieć tej miłej prostoty i tego swobodnego, naturalnego wdzięku, jakiemi się mieszkanki wsi odznaczają. Miasto wyciska na ludziach swoją kosmopolityczną pieczątkę. Krępuje ruchy, każe stosować się do przepisów mody, pozować... pozować i ciągle pozować tylko.
Tu śmieją się ludzie pocichu, mówią pocichu, chodzą pocichu i bawią się pocichu. Śmiech, łzy, radość, wszystko to ma swoją przepisaną formę, której pod karą śmieszności przekroczyć nie wolno.
Gdyby mi szło o porównanie panny Małgorzaty do jakiego ptaszka, porównałbym ją do jaskółki, taką miała zręczność wrodzoną i taką swobodę ruchów. Biegała po ogrodzie, po polach i łąkach, wszędzie jej było pełno, a kiedy czasem weszła w obszerny lasek ciągnący się tuż za dworem, wówczas... biada kwiatom leśnym!...
Życiem okupowały szczęście chwilowego przyozdabiania jej główki.
Serce jej było jeszcze całkiem swobodne, lubiła ona wszystkich gości przybywających w progi jej ojca, ale żaden większego nie wywarł na nią wrażenia.
Do szczęścia wystarczały jej zupełnie piosnki własne, kwiaty, ogród, las, łąka i drobne gospodarskie zajęcia, w których dzielnie pomagała matce.
Uśmiech gościł zawsze na jej milutkiej twarzyczce, a łezka była niezwykle rzadkim gościem w jej oczach.
Ach prawda! raz sam ją widziałem jak rzewnemi łzami płakała... ale też było i zmartwienie nielada...
Konfitury przypaliły się trochę.
Później widziałem ją na pogrzebie matki; i ta dziewczyna, co nad przypaloną wiśnią wylewała łez całe zdroje, w tym razie miała oczy zupełnie suche.
Lecz jakiż ból potężny malował się na jej twarzy jak marmur bladej! — łzy takiego smutku umiała schować na samem dnie serca, jakby nie chciała aby je profanowało obce wejrzenie.
Nie była ona inną, owa panna Małgorzata, niż wszystkie nasze wioskowe dziewczęta, których charakter i właściwość da się w kilku słowach skreślić.
Wesoła, figlarna, lubiąca śpiew i kwiaty, skromna, naturalna, w uczuciu wielka, w cierpieniu i niedoli święta. Ojciec jej siedział w swojej kancelaryi (dla tego zapewne tak zwanej że była w niej oliwa, postronki, i dwie pary nowych chomont), na wielkiem dębowem krześle, na którem pradziadek może jeszcze siadywał; i rozmawiał z dwoma sąsiadami o codziennych tego życia kłopotach. A tymczasem z miasteczka przez błotnistą grobelkę jechał Maciek na kasztanie z białą nogą i wiózł skórzaną torbę, w której były dwa listy i kilka numerów gazety wymiętoszonej i poplamionej bardzo pięknie.
Cóż robić! gazeta była bardzo poczciwa, nietylko przynosiła wiadomości prenumeratorom, ale po drodze zatrzymywała się jeszcze na czas jakiś w urzędzie pocztowym, gdzie cała familia dygnitarzy stacyjnych, burmistrz, kasyer i czterech emerytów sylabizowało ją od deski do deski. W nagrodę za to otrzymywała kilka plam od kawy, kilka od świecy łojowej i przychodziła do rąk właściciela jako rzecz mocno tłusta.
Szczęściem że tylko w literalnem znaczeniu tego wyrazu.
Nareszcie sylwetka Maćka zarysowała się już na dziedzińcu, a pan Jan i dwaj jego sąsiedzi wybiegli aż na ganek.
— Są gazety?
— A juści są, wielmożny panie.
— A czegożeś tak długo siedział?
— Bo, wielmożny panie, jagem przyjechał, to tylo jedna przyszła; potem za jaki pacierz znowuż jedna, a na trzecią to cekołem może z jakie półtory godziny.
— Co też ty mówisz, przecież poczta przyszła w nocy?
— Ja też wielmożnyj panie nic nie mówię, ino gadom tak jak mi poćmaster kazoł, a jak te gazety szły, tom przecie sam widzioł.
— Jakżeś ty widział?
— A no juści, widziołem: jednę przyniósł stróż z magistratu, a po drugą posyłał pan poćmajster do apteki.
— Po co do apteki?
— Abo ja wiem, wielmożny panie, może się popsowała bez drogę i posyłał ją do reperacyi.
Spojrzeli po sobie i roześmieli się z naiwności Maćkowej, a po chwili w kancelaryi pana Jana widać było tylko trzy gazety, nad któremi świeciły trzy łysiny — jak trzy słońca.
Artykuł pana Wojciecha zajmował trzy felietony.
Napisany z wielką znajomością przedmiotu i stosunków miejscowych, dotykający kwestyi najbardziej palących i potrzeb pilnych, napisany z uczuciem i prostotą, zwrócił na siebie uwagę redakcyi, która opracowawszy go stylowo i nadawszy mu cechę literackiego utworu, zamieściła w felietonie gazety, jako pracę istotnej pożyteczności dla całego ogółu.
Pan Wojciech ani wiedział o tem że w nim (również jak i w podobnych mu ludziach) spoczywa jedyny materyał na korespondentów wiejskich i że oni to właśnie mogą być dzielną pomocą redakcyom w podnoszeniu spraw najbardziej nagłych i wyrabianiu na prowincyi, a przeważnie pomiędzy inteligencyą wiejską, życia szerszego, życia niezamkniętego w ciasnych kółkach własnej zagrody, ale rozlewającego się szerokim strumieniem po kraju całym.
Dla mieszkańców miasta, szukających w dzienniku drobnych a żywych i wesołych wiadomostek, korespondencya taka wydaje się czemś niesłychanie nudnem, w gruncie rzeczy jednak jest ona czemś niesłychanie pożytecznem i oby ich było jak najwięcej.
To też nic dziwnego, że wszyscy trzej panowie siedzący w kancelaryi pana Jana, z wielkiem zajęciem odczytywali utwór zatytułowany: z naszych zakątków, a od czasu do czasu przerywali sobie wykrzyknikami.
— A to prawdę powiedział!
— To im wyrznął...
— Kochajcie się i nie dajcie się, powiada, niech go nie znam, krótko i węzłowato, ale dobrze.
— Jak on to opisał, mówił pan Roch, nie dajcie się! a no ma racyę, ma racyę.
— Ale któż to tak nas osmarował, bo to wyraźnie o nas mowa? zapytali chórem obydwaj sąsiedzi, spoglądając na pana Jana z wyrazem, który mówił niejako:
— I któżby to uczynił, jeżeli nie ty, o Salomonie powiatowy, mądrości naszej chwało!
Ale pan Jan milczał; nie był pewien czy pod artykułem jest podpis, czy sąsiedzi nie wiedzą istotnie o prawdziwym autorze...
Ba, gdyby mógł to wiedzieć, może i nie przyznałby się otwarcie do cudzej pracy, ale znaczącem milczeniem utwierdzałby wszystkich w tem przekonaniu, że nie kto inny lecz on mianowicie jest sprawcą tego wszystkiego.
Znałem w życiu starców chromających, chorych, którzy ledwie że ruszać się mogli, a pochlebiało im niewymownie gdy kto rzekł do nich:
— Oho, panowie jesteście niebezpieczni dla dam, bardzo niebezpieczni.
Znałem piwowara, co się nazywał Wagner, piwowarzysko to poczciwe było w siódmem niebie gdy go zapytywano:
— Czy to pan dobrodziej jest autorem i twórcą muzyki przyszłości?
Odpowiadał na to:
— Hm! thm! mój panie, czy pan sądzisz, że jeśli kto robi piwo, to już nie ma prawa znać się na muzyce?...
I kupił sobie poczciwy ten tłuścioch wspaniałe pianino i masę nut, ażeby każdy kto przestąpił progi jego domu, mógł pomyśleć:
— Ha, kto wie, może on nie jest tym samym, prawdziwym Wagnerem, ale zawsze... tyle nut... widocznie że kompozytor.
Jeżeli więc tamci panowie pragnęli być donżuanami, a zacny piwowar udawał kompozytora, to dla czegożby pan Jan miał odmawiać sobie tej przyjemności, żeby go posądzano o autorstwo?...
I w tej chwili dumał on właśnie nad tem, w jaki sposób możnaby najdyplomatyczniej ściągnąć na siebie to podejrzenie i dodać świeżą wiązkę promieni do otaczającego go blasku, gdy w tem jednocześnie prawie obaj goście zawołali:
— Panie Janie!
— Sąsiedzie!
— A co?
— Niech go wszyscy...
— A ktoby się to był po nim tego spodziewał...
— Co takiego!... gadajcie?
— Podpisał się.
— Kto?
— No kto! przecież stoi wyraźnie, jak wół.
— Gdzie!?
— Ale, jak dzieci kocham, jak wół najwyraźniej: Wojciech Dymalski.
— Co podpisał?
— Ano, ten artykuł... i ktoby się spodziewał że to panie on!
Pan Jan zbladł...
Wziął gazetę do ręki, rzucił na nią okiem, a wyczytawszy podpis całego imienia i nazwiska, rzekł bardzo obojętnie i zimno:
— Tak, to nieźle napisane!
Od tej chwili, wbrew przypuszczeniom pana Wojciecha, w sercu ojca panny Małgorzaty zaczęło kiełkować ziarno nienawiści.
W całym powiecie zaś rozchodziła się sława pana Wojciecha, takiemi coraz większemi i większemi kołami, jak to na stawie rozchodzą się kręgi wzburzonej wody, kiedy chłopak zbytnik rzuci duży kamień na czystą, lustrzaną powierzchnię wody...
Czas ubiegał, zima już nadeszła, a pan Jan dla pana Wojciecha był tak zimnym, tak chłodnym, jak mróz, który na drzewa białe szaty szronu zarzucał.
Na pierwszej zaraz wizycie przekonał się o tem nieszczęśliwy korespondent i zdawało mu się, że na drzwiach dworu w Wierzbicy widzi ognistemi głoski wyryty napis:
Lasciate ogni speranza voi ch’entrate,
Trudno będzie ci dostać piękną Małgorzatę.

ROZDZIAŁ CZWARTY I OSTATNI.
W którym będzie rzecz o wpływie platonicznej miłości
na dziennikarstwo — i różne inne rzeczy.

Biedny on.
Kochał ją miłością zacną, uczciwą, czystą jak kryształ, a prawdziwszą niż sama prawda nawet.
Kochał ją do tego stopnia, że nie powiedział jej tego nigdy, przez co uczucie jego było dla niej zupełnie obcem...
Rzuciłby był do jej nóżek drobnych i życie swoje, i Świstuły Wielkie lit. C., i gniadą czwórkę, i wierzchówkę kasztanowatą bez feleru, i gdyby krwi jego dla niej było potrzeba, toczyłby ją tak obficie, jak studnia wodę toczy.
Chciał zdobyć dla siebie sympatyę jej ojca, i wziął się dla tego do pióra, które mu się z początku tak ciężkiem wydawało, iż o mały włos nie upadł pod jego ciężarem.
Pracował dnie i noce, przemyślał, przedumał, zamazał librę papieru, poprawił, przepisał i znów przemazał i znów przepisał i wydobył z tego esencyę samą, same rzeczy ważne i pożyteczne.
I napisał korespondencyę długą i odrazu stał się znakomitością powiatową i zdawało mu się, że już zrównał poziom, na którym z panem Janem stanąć mu przyjdzie.
I sądził w prostocie ducha i szczerości serca swego, że teraz nic już do szczęścia jego nie braknie, jak tylko dwóch słów potwierdzających, z których jedno miało się przecisnąć przez szpakowate wąsy pana Jana, a drugie sfrunąć jak ptaszek z różanych usteczek Małgosi.
Tymczasem w panu Janie wzbudziła się zazdrość, a mur nieśmiałości oddzielającej zamiary pana Wojciecha od przedmiotu jego marzeń, stawał się coraz wyższym, wyższym, rósł jak koński ząb lub konopie i z Wierzbicy Suchej uczynił fortecę, bardziej niż Gibraltar nieprzystępną. I nie wiedział o tem nic ten męczennik i wyznawca czystej, idealnej miłości, że bóstwo jego śliczne, tyle wielbione i kochane tyle, wsiadło pewnego wieczoru do powozu z ciocią Krupiszewską razem, że owinęło się w salopkę, skryło różowy od zimna nosek za woalem gęstym i odwiezione zostało na kolej.
Nie wiedział o tem, że para potężna, dysząc i sapiąc, uniosła je do krewnych, nad piękne nadniemeńskie wybrzeża i że tam, potomkowie Kriwe-Kriwejtów dobijali się o względy tej Biruty uroczej.
I zkądże miał wiedzieć, kiedy od pół roku blizko noga jego nie postała w Wierzbicy, a relacyj żadnych ztamtąd nie miewał, boć po cóż miał miewać!... kochał ją i czekał, a to mu wystarczało zupełnie.
Prawdziwie zakochany człowiek podobnym jest do żyda.
Może czekać i czekać do nieskończoności: samo przekonanie o istnieniu uczucia jest dla niego procentem, przelotne spojrzenie korcem kartofli lub gęsią i niekiedy tylko bardzo delikatnie człowiek taki pyta sam siebie:
— Co będzie?
I znowu czeka.
Pan Wojciech nie czekał z założonemi rękami. Powodzenie pierwszej pracy zachęciło go i umocniło w tem przekonaniu, że każdy człowiek, chociażby w najciaśniejszym partykularzu osiadły, jeżeli tylko szczerze pragnie, może się przyczynić do dobra swych współbraci, i działania swego zakres rozszerzyć tak, aby sięgało ono nietylko po za własny jego płot, ale i poza płoty sąsiednie, jednem słowem aby rozrzuciło się na obszar ziemi ukochanej.
Boć wszyscy przecie kochać musimy tę poczciwą, czarną matkę naszą, która rokrocznie obdarza nas chlebem i wodą...
Zabrał się do pracy z zapałem, z gorącem przeświadczeniem o pożytku z tej pracy wynikającym, a zimowe miesiące przechodziły dla niego szybko, i niepostrzeżenie jedne za drugiemi mijały.
Czas schodził mu na pracy około gospodarstwa i na pracy nad samym sobą, bo w samotności nieraz przychodziło mu to na myśl, że człowiek jest także gospodarstwem, że jest rolą, która koniecznie uprawy ciągłej i deszczu wymaga, bo inaczej takiem zielskiem i perzem porośnie, tak zjałowieje i zmarnieje, że tylko chyba dzikie jakieś osty pożywienie znajdą tam dla siebie.
Od czasu do czasu przychodziły do Świstuł książki z Warszawy, od czasu do czasu pojawiała się jakaś praca pana Wojciecha w dzienniku, praca i ludowych dotycząca kłopotów, a szacunek powszechny i poważanie dla tego zakochanego człowieka, wzrastały ciągle i szybko.
Widzisz więc panie, który powiadasz różne rzeczy mądre, że owa miłość, która jest dźwignią wielu a wielu spraw tego świata, każdej, a więc i społecznej pracy i dziennikarstwu, oddaje znakomite usługi.
Kto nie kochał nigdy kobiety, ten nie jest człowiekiem. Kogo zaś uczucie dotknęło, kogo otoczyło urokiem i wpływem swoim potężnym, ten się uzacnił i uszlachetnił zawsze.
Ukochał on bowiem otoczenie swoje, i ziemię, i ludzi, i cudowną harmonię przyrody, i siłę, która wszystkie siły potrafi w równowadze utrzymać, która rządzi wszystkiem i która po warszawsku nazywa się siłą, po ludzku zaś Bogiem.
Tak więc, jako się wyżej posiedziało, miłość uczyniła pana Wojciecha człowiekiem, bardzo dla całego otoczenia swego pożytecznym, a w miarę jak imię jego w powiecie nabierało blasku gwiazdy pierwszej wielkości, tak znowuż sławne niegdyś nazwisko pana Jana bladło i zaledwie kiedy niekiedy o nim wspominano.
Wybrano pana Wojciecha na sędziego, radzono go się w różnych sprawach gminę obchodzących, jego dozorowi powszechnie powierzano budowy dróg, mostów i wszystkie takie przedsięwzięcia, które wznoszono kosztem ogólnego, krwawo zapracowanego grosza.
I grosz ten nigdy podobno lepszego nie miał strażnika.
Lecz pan Jan za to nienawidził Wojciecha, mijał go chmurny, ledwie końcem palca dotykając czapki; ależ raz przecie ta nienawiść musiała się skończyć.
I skończyła się istotnie.
Raz, zgromadzenie było liczne, zabierali głos ci i owi, radzono w gminie nad kwestyą postawienia domu na szkołę. Pan Wojciech, zanim głos zabrał, odezwał się:
— Nim przedstawię zebraniu moje zdanie w tym przedmiocie, chciałbym wpierw usłyszeć co też powie i starszy wiekiem i bogaty doświadczeniem sąsiad nasz z Wierzbicy, którego w imieniu całego zgromadzenia uprzejmie o udzielenie swej rady proszę...
Złość pana Jana od tej pory zginęła już na zawsze. Szlacheckie bowiem serce może wytrwale kochać, ale nie może i nie potrafi nienawidzieć długo.
Pan Jan zaprosił sąsiada do siebie, a kiedy ten, przezwyciężywszy wrodzoną nieśmiałość, zapytał go, nie bez pewnego wahania, o córkę, pan Jan odpowiedział:
— Mój bracie, tarde venientibus ossa. Poszła już za mąż na Litwie, przed dwoma tygodniami był jej ślub i niedługo już ją tu jako mężatkę zobaczysz.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Odwieczny zegar, antyk z kurantem, stojący w sypialni pana Wojciecha, widział niekiedy, dość często nawet, jak zadumany samotnik patrzył przed siebie, jakby w dal jakąś ciemną, a wtenczas w poczciwych jego oczach błyszczały łzy...
Chowały się one jednak prędko, a pan Wojciech, chodząc po dużej izbie szerokiemi kroki, mówił do siebie:
— I cóż że za innego wyszła? Czyż przestałem ją kochać dla tego? Czy nie powinno wystarczać mi to że ją widzę szczęśliwą, że przez nią wstąpiło we mnie życie nowe? że przez nią tylko ukochałem to wszystko co mnie otacza?... Czyż nie jestem szczęśliwy? A że mi smutno bez niej, wieluż to ludziom smutniej jeszcze na świecie, wieluż więcej cierpiało odemnie!...
Tak sobie wpół z uśmiechem, wpół ze łzami, filozofował człowiek zakochany w mężatce.
Wprawdzie nie po Dumasowsku była ta miłość pojęta, ale rzecz się też działa nie w Paryżu, tylko w Świstułach wielkich lit. C.
To różnica — i dość znaczna podobno. Według skreślonego wyżej programu płynęło dalej życie p. Wojciecha: co wieczór, gdy lato nadeszło, siadywał on samotny w grabowej alei i dumał, i nieraz patrzył się na to, jak dwa wróble biły się o ziarnka pszenicy, jak na nie czaił się kot, na kota pies, a na psa zasmolony kuchta...

. . . . . . . . . . . . . . . . . .
Klemens Junosza.
14 Września, 1877 r.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.