Artykuł pana Wojciecha/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Artykuł pana Wojciecha
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Kalendarz Illustrowany „Echa“ na Rok Zwyczajny 1878
Wydawca Jan Noskowski
Data wydania 1878
Druk Jan Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ III.
O tem jak poczthalter w mieście Odrzykrowie posyłał
zepsute gazety do apteki na kuracyę.

Panna Małgorzata była prawdziwym typem wiejskiej dzieweczki.
Kto ich nie zna, tych miłych, wesołych, figlarnych stworzeń, wychowanych w cichej atmosferze ustronnego zacisza, niepretensyonalnych, nieskarykaturowanych przez dziwaczny a niesmaczny zwykle strój modny?
Zaprawdę, kto za rogatki miejskie nie wyjeżdżał, kto nie widział tych pełnych wdzięku i prostoty istot, kto nie miał sposobności zbadać tych serc dobrych, dusz jasnych i komu nie zdarzyło się widzieć rumieńców przelotnych na opalonych od słońca twarzyczkach, ten nie ma pojęcia o prawdziwym typie polskiej dzieweczki.
Nie mam zamiaru ubliżać naszym pięknym warszawiankom, lecz nikt nie zaprzeczy, że te, pomimo zalet duszy i serca, nie mogą mieć tej miłej prostoty i tego swobodnego, naturalnego wdzięku, jakiemi się mieszkanki wsi odznaczają. Miasto wyciska na ludziach swoją kosmopolityczną pieczątkę. Krępuje ruchy, każe stosować się do przepisów mody, pozować... pozować i ciągle pozować tylko.
Tu śmieją się ludzie pocichu, mówią pocichu, chodzą pocichu i bawią się pocichu. Śmiech, łzy, radość, wszystko to ma swoją przepisaną formę, której pod karą śmieszności przekroczyć nie wolno.
Gdyby mi szło o porównanie panny Małgorzaty do jakiego ptaszka, porównałbym ją do jaskółki, taką miała zręczność wrodzoną i taką swobodę ruchów. Biegała po ogrodzie, po polach i łąkach, wszędzie jej było pełno, a kiedy czasem weszła w obszerny lasek ciągnący się tuż za dworem, wówczas... biada kwiatom leśnym!...
Życiem okupowały szczęście chwilowego przyozdabiania jej główki.
Serce jej było jeszcze całkiem swobodne, lubiła ona wszystkich gości przybywających w progi jej ojca, ale żaden większego nie wywarł na nią wrażenia.
Do szczęścia wystarczały jej zupełnie piosnki własne, kwiaty, ogród, las, łąka i drobne gospodarskie zajęcia, w których dzielnie pomagała matce.
Uśmiech gościł zawsze na jej milutkiej twarzyczce, a łezka była niezwykle rzadkim gościem w jej oczach.
Ach prawda! raz sam ją widziałem jak rzewnemi łzami płakała... ale też było i zmartwienie nielada...
Konfitury przypaliły się trochę.
Później widziałem ją na pogrzebie matki; i ta dziewczyna, co nad przypaloną wiśnią wylewała łez całe zdroje, w tym razie miała oczy zupełnie suche.
Lecz jakiż ból potężny malował się na jej twarzy jak marmur bladej! — łzy takiego smutku umiała schować na samem dnie serca, jakby nie chciała aby je profanowało obce wejrzenie.
Nie była ona inną, owa panna Małgorzata, niż wszystkie nasze wioskowe dziewczęta, których charakter i właściwość da się w kilku słowach skreślić.
Wesoła, figlarna, lubiąca śpiew i kwiaty, skromna, naturalna, w uczuciu wielka, w cierpieniu i niedoli święta. Ojciec jej siedział w swojej kancelaryi (dla tego zapewne tak zwanej że była w niej oliwa, postronki, i dwie pary nowych chomont), na wielkiem dębowem krześle, na którem pradziadek może jeszcze siadywał; i rozmawiał z dwoma sąsiadami o codziennych tego życia kłopotach. A tymczasem z miasteczka przez błotnistą grobelkę jechał Maciek na kasztanie z białą nogą i wiózł skórzaną torbę, w której były dwa listy i kilka numerów gazety wymiętoszonej i poplamionej bardzo pięknie.
Cóż robić! gazeta była bardzo poczciwa, nietylko przynosiła wiadomości prenumeratorom, ale po drodze zatrzymywała się jeszcze na czas jakiś w urzędzie pocztowym, gdzie cała familia dygnitarzy stacyjnych, burmistrz, kasyer i czterech emerytów sylabizowało ją od deski do deski. W nagrodę za to otrzymywała kilka plam od kawy, kilka od świecy łojowej i przychodziła do rąk właściciela jako rzecz mocno tłusta.
Szczęściem że tylko w literalnem znaczeniu tego wyrazu.
Nareszcie sylwetka Maćka zarysowała się już na dziedzińcu, a pan Jan i dwaj jego sąsiedzi wybiegli aż na ganek.
— Są gazety?
— A juści są, wielmożny panie.
— A czegożeś tak długo siedział?
— Bo, wielmożny panie, jagem przyjechał, to tylo jedna przyszła; potem za jaki pacierz znowuż jedna, a na trzecią to cekołem może z jakie półtory godziny.
— Co też ty mówisz, przecież poczta przyszła w nocy?
— Ja też wielmożnyj panie nic nie mówię, ino gadom tak jak mi poćmaster kazoł, a jak te gazety szły, tom przecie sam widzioł.
— Jakżeś ty widział?
— A no juści, widziołem: jednę przyniósł stróż z magistratu, a po drugą posyłał pan poćmajster do apteki.
— Po co do apteki?
— Abo ja wiem, wielmożny panie, może się popsowała bez drogę i posyłał ją do reperacyi.
Spojrzeli po sobie i roześmieli się z naiwności Maćkowej, a po chwili w kancelaryi pana Jana widać było tylko trzy gazety, nad któremi świeciły trzy łysiny — jak trzy słońca.
Artykuł pana Wojciecha zajmował trzy felietony.
Napisany z wielką znajomością przedmiotu i stosunków miejscowych, dotykający kwestyi najbardziej palących i potrzeb pilnych, napisany z uczuciem i prostotą, zwrócił na siebie uwagę redakcyi, która opracowawszy go stylowo i nadawszy mu cechę literackiego utworu, zamieściła w felietonie gazety, jako pracę istotnej pożyteczności dla całego ogółu.
Pan Wojciech ani wiedział o tem że w nim (również jak i w podobnych mu ludziach) spoczywa jedyny materyał na korespondentów wiejskich i że oni to właśnie mogą być dzielną pomocą redakcyom w podnoszeniu spraw najbardziej nagłych i wyrabianiu na prowincyi, a przeważnie pomiędzy inteligencyą wiejską, życia szerszego, życia niezamkniętego w ciasnych kółkach własnej zagrody, ale rozlewającego się szerokim strumieniem po kraju całym.
Dla mieszkańców miasta, szukających w dzienniku drobnych a żywych i wesołych wiadomostek, korespondencya taka wydaje się czemś niesłychanie nudnem, w gruncie rzeczy jednak jest ona czemś niesłychanie pożytecznem i oby ich było jak najwięcej.
To też nic dziwnego, że wszyscy trzej panowie siedzący w kancelaryi pana Jana, z wielkiem zajęciem odczytywali utwór zatytułowany: z naszych zakątków, a od czasu do czasu przerywali sobie wykrzyknikami.
— A to prawdę powiedział!
— To im wyrznął...
— Kochajcie się i nie dajcie się, powiada, niech go nie znam, krótko i węzłowato, ale dobrze.
— Jak on to opisał, mówił pan Roch, nie dajcie się! a no ma racyę, ma racyę.
— Ale któż to tak nas osmarował, bo to wyraźnie o nas mowa? zapytali chórem obydwaj sąsiedzi, spoglądając na pana Jana z wyrazem, który mówił niejako:
— I któżby to uczynił, jeżeli nie ty, o Salomonie powiatowy, mądrości naszej chwało!
Ale pan Jan milczał; nie był pewien czy pod artykułem jest podpis, czy sąsiedzi nie wiedzą istotnie o prawdziwym autorze...
Ba, gdyby mógł to wiedzieć, może i nie przyznałby się otwarcie do cudzej pracy, ale znaczącem milczeniem utwierdzałby wszystkich w tem przekonaniu, że nie kto inny lecz on mianowicie jest sprawcą tego wszystkiego.
Znałem w życiu starców chromających, chorych, którzy ledwie że ruszać się mogli, a pochlebiało im niewymownie gdy kto rzekł do nich:
— Oho, panowie jesteście niebezpieczni dla dam, bardzo niebezpieczni.
Znałem piwowara, co się nazywał Wagner, piwowarzysko to poczciwe było w siódmem niebie gdy go zapytywano:
— Czy to pan dobrodziej jest autorem i twórcą muzyki przyszłości?
Odpowiadał na to:
— Hm! thm! mój panie, czy pan sądzisz, że jeśli kto robi piwo, to już nie ma prawa znać się na muzyce?...
I kupił sobie poczciwy ten tłuścioch wspaniałe pianino i masę nut, ażeby każdy kto przestąpił progi jego domu, mógł pomyśleć:
— Ha, kto wie, może on nie jest tym samym, prawdziwym Wagnerem, ale zawsze... tyle nut... widocznie że kompozytor.
Jeżeli więc tamci panowie pragnęli być donżuanami, a zacny piwowar udawał kompozytora, to dla czegożby pan Jan miał odmawiać sobie tej przyjemności, żeby go posądzano o autorstwo?...
I w tej chwili dumał on właśnie nad tem, w jaki sposób możnaby najdyplomatyczniej ściągnąć na siebie to podejrzenie i dodać świeżą wiązkę promieni do otaczającego go blasku, gdy w tem jednocześnie prawie obaj goście zawołali:
— Panie Janie!
— Sąsiedzie!
— A co?
— Niech go wszyscy...
— A ktoby się to był po nim tego spodziewał...
— Co takiego!... gadajcie?
— Podpisał się.
— Kto?
— No kto! przecież stoi wyraźnie, jak wół.
— Gdzie!?
— Ale, jak dzieci kocham, jak wół najwyraźniej: Wojciech Dymalski.
— Co podpisał?
— Ano, ten artykuł... i ktoby się spodziewał że to panie on!
Pan Jan zbladł...
Wziął gazetę do ręki, rzucił na nią okiem, a wyczytawszy podpis całego imienia i nazwiska, rzekł bardzo obojętnie i zimno:
— Tak, to nieźle napisane!
Od tej chwili, wbrew przypuszczeniom pana Wojciecha, w sercu ojca panny Małgorzaty zaczęło kiełkować ziarno nienawiści.
W całym powiecie zaś rozchodziła się sława pana Wojciecha, takiemi coraz większemi i większemi kołami, jak to na stawie rozchodzą się kręgi wzburzonej wody, kiedy chłopak zbytnik rzuci duży kamień na czystą, lustrzaną powierzchnię wody...
Czas ubiegał, zima już nadeszła, a pan Jan dla pana Wojciecha był tak zimnym, tak chłodnym, jak mróz, który na drzewa białe szaty szronu zarzucał.
Na pierwszej zaraz wizycie przekonał się o tem nieszczęśliwy korespondent i zdawało mu się, że na drzwiach dworu w Wierzbicy widzi ognistemi głoski wyryty napis:
Lasciate ogni speranza voi ch’entrate,
Trudno będzie ci dostać piękną Małgorzatę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.