Antologia współczesnych poetów ukraińskich/Meletyj Kiczura

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mełetij Kiczura
Tytuł Meletyj Kiczura
Pochodzenie Antologia współczesnych poetów ukraińskich
Data wydania 1913
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Sydir Twerdochlib
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron
MELETYJ KICZURA

Ur. w r. 1880 w Galicyi.
Przebywa w Kołomyji.

POEZYE:

BEZ KERMY.

PRZESTRZENI!

Przestrzeni! Hej, przestrzeni! Precz te czarne mury!
Na oścież te zbutwiałe, skrzypiące wierzeje!
Tu nam na serca zewsząd pleśnią grobów wieje,
To dwór upiornych zwidów, władcą czart ponury.

Tu nigdy się nie wkradnie promyk słońca z góry,
Choć mur ten, pełen szczelin, od wieków wietrzeje.
Tu niby statki mroków rozprzędły swe reje,
Na dnie, tam pod pokładem, zamieszkały szczury.

Więc niech tu dalej ścielą swe gniazda puhacze,
Heroldy blizkiej śmierci! niechaj puszczyk płacze,
Niech żądne krwi pająki snują zdradne sieci!

A my stąd chodźmy! chodźmy, dnia jasnego dzieci!
Tam czeka step bezbrzeżny, wirch w tęczach się mieni,
Wichury szum nas wzywa w bezkresy przestrzeni!


W POCIĄGU.

Stukocą koła, jęczą szyny…
W pociągu dążę w ciemną dal,
Unosząc w piersi gniew i żal —
Stukocą koła, jęczą szyny.

Nikt ze mną, obcym, nie rozmawia.
Przez zadymione okien szkło
W niebiosów sine patrzę gzło —
Nikt ze mną, obcym, nie rozmawia.

Strop niebios prószy klejnotami.
Lewady, łany, miasta, wsie
Spoczęły w cichym, twardym śnie.
Strop niebios prószy klejnotami.

To, co przedemną — tajemnica.
Ach kędyż, kędy wiedzie szlak?
W strwożonej piersi tchu mi brak.
To, co przedemną — tajemnica…

Stukocą koła, jęczą szyny,
Wóz niby w przepaść gna i w kres,
Na szkło spadają perły łez —
Stukocą koła, jęczą szyny…


GRACZE.

Samotny przybysz, raz siedziałem w szynku,
W półmroku drzemał kelner koło lady,

Kot wielki, czarny, grzał się przy kominku,
Kaganek mrugał i rozsnuwał czady.

Gdy wtem spostrzegłem — sprawiłyż to czarty? —
Usiedli przy mnie znajomi mi gracze;
W ich grubych palcach tkwią nowiutkie karty —
W milczeniu siedzą jakby dwa puhacze.

Wpatrzeni w karty, wciąż gestem nawyku
Rzucają stawki na stołek stłuszczony:
Ten z nich po kropli krwi stawia bez liku,
Tamten blaszanych liczmanów rulony.

Przeszedłem drżący w ciemny kąt framugi,
Wstręt budzi we mnie ta gra opętańcza!
Ciągle blaszkami wygrywa ten drugi,
Ów krew swą niże jak ziarna różańca.

Już zdrój czerwony płynie po podłodze,
Snąć, jeszcze chwila — padnie gracz bez duszy.
Źrenice jego płoną jak w pożodze,
A pierś mu szarpie ząb strasznej katuszy.

Lecz nic nie mówi, ani się nie skarży,
Kartę po karcie wciąż kładzie na ławę,
Krew ciągle płynie, dymi strumień wraży,
Zda się, że wszystko wnet tu będzie krwawe…

Jak martwy siedzę — lęk mi gardło ściska —
Lecz śledzę dalej z zapartym oddechem:

Podłoga oto krwią już cała ślizka,
Czarny kot w kącie jakby parskał śmiechem…

Przebóg! nie karty to! śmiertelne ciosy!
Z tego krew ledwie już sączy na ławkę —
Jak ściana pobladł! A tamten łotr bosy
Wciąż pyta drwiąco: Masz jeszcze na stawkę?

I obojętnie pierwszy dobył noża.
Patrz: w jego sercu utkwi wnet jak w tarczy…
I rzecze głosem, jakby gdzieś z dna morza:
Stawiaj za siebie, mnie jeszcze wystarczy…

I pchnął się nożem… Jakbym dostał ranę,
Zrywam się z krzykiem: To szatański labet!
Przepadli gracze, kot się skrył pod ścianę, —
Począłem czytać strasznej gry alfabet…




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Mełetij Kiczura i tłumacza: Sydir Twerdochlib.