Antea

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Antea
Pochodzenie Pisma VI. Utwory dramatyczne
Data wydania 1899
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ANTEA.
separator poziomy
OSOBY:
separator poziomy
KRITOBUL, młody grecki magnat.
DULOS jego niewolnicy.
PROTOS
DEJTEROS
ANTEA, niewolnica Temistesa.
Rzecz dzieje się w IV wieku przed Chrystusem, w willi Kritobula pod Atenami.
separator poziomy
(Ogród z wsuniętym z lewej strony tarasem pałacu. Około gazonu kwiatów, otaczających marmurowy zbiornik wody, chodzą dwaj niewolnicy i omywają liście gąbkami).

SCENA I.
Kritobul, Dulos i Protos.

Kritobul (wyszedłszy z pałacu na taras). Dejteros jeszcze nie wrócił?
Protos. Nie.
Kritobul. Jak tylko przyprowadzi niewolnicę, niech mi da znać. Ty Protosie wyłap mi wszystkie owady które koło wody w zbiorniku się kręcą. (do Dulosa obcierającego liście). Ostrożnie! słoniowa łapo, bo za każdy odłamany listek swoim odłamanym łbem mi zapłacisz! Porzuć to, weź wachlarz i odganiaj z kwiatów motyle, żeby mi na nich żaden nie usiadł, bo klnę się na Herkulesa, że wtedy z twego kadłuba ul osom zrobić każę. (cofa się do pałacu).


SCENA II.
Dulos i Protos.

Dulos (wachlując na około kląbu). Żyć zależnym od łaski pierwszego lepszego motyla, którego myrt zwabił!... warto!
Protos (łapiąc ręką nad zbiornikiem owady). To też zakwitnij, kochany Dulosie, tak ponętnie, żebyś zaćmił wszystkie te krzewiny i ściągnął do siebie każdego ich skrzydlatego wielbiciela.
Dulos. Wolałbym mieć twoje złośliwe usta, bo samem tchnieniem trułbym zdaleka nawet szarańczę.
Protos. Albo dam ci jeszcze lepszą radę. Unikając tego, ażeby cię Kritobul nie wysmarował wewnątrz, wysmaruj się sam zewnątrz miodem, a wtedy z pewnością każdy motyl mijać będzie mirty i na tobie usiądzie.
Dulos. Nie mam dziś do żartów ochoty. Gdzie poszedł Dejteros?
Protos. Do Kojnosu.
Dulos (drgnąwszy). Do Kojnosu?!
Protos. Czemuż to cię dziwi? Nie wiesz, że taka osada istnieje? A toż gdybyś był troszkę dłuższym i przewrócił się kiedy na końcu tego ogrodu głową ku wschodowi, mógłbyś nosem uderzyć o próg jej pierwszego domu.
Dulos (posępnie). Nie ucz mnie — tam się urodziłem.
Protos. Ho, ho, to ty wiesz gdzieś się urodził! I może byś nawet umiał powiedzieć, czyja w tem zasługa?
Dulos (j. w.). Znałem swego ojca.
Protos. To niewielka sztuka. Znać go łatwo, jeśli prawda co mówią, że trzy pokolenia tej osady mają tylko jednego.
Dulos (w uniesieniu). Łżesz!
Protos. Zabawny jesteś, usiłujesz mnie przekonać o tem, o czem może twoja własna matka na pewno nie wie.
Dulos. Ostrzegam, nie drażnij mnie, jeśli nie chcesz, ażebym tobą zmierzył, jak głęboka ta woda!
Protos. Dulosie, Dulosie, zapominasz, żeś synem niewolnicy a uczniem Dyogenesa. To, co mówię, jest prawdopodobne, a dla cynika powinno być obojętne. Spytaj któregokolwiek ze swoich współwyznawców.
(Chwila milczenia, w czasie której obaj niewolnicy zajęci swoją robotą).
Protos. Szkoda, że ciebie nie posłał Kritobul do Kojnosu; byłbyś przynajmniej orzeźwił się tą świętą dla ciebie wodą, po której pływają gęsi twojej osady.
Dulos (ponuro). Co za niewolnicę ma stamtąd przyprowadzić Dejteros?
Protos. Jakąś dzieweczkę, piękniejszą niż wszystkie te kwiaty, które z taką grzecznością chłodzisz. Nie życzę ci, ażebyś musiał przy niej to samo robić, bo gdyby ci wtedy przyszła chętka zostać motylem, Kritobul by cię nie wachlarzem od niej spłoszył.
Dulos. Kupił ją?
Protos. Wygrał w kości od Temistesa, któremu niezbyt była potrzebną, bo stary pijak tak zniedołężniał, że się już tylko lalkami bawi. Kritobulowi wpadła w oko, podając mu owoce, a tak się podobno zapalił, że natychmiast siadł o nią do gry, zobowiązawszy się, jeśliby mu szczęście nie dopisało...
Dulos. Zapłacić...
Protos. Nakarmić ciebie szalejem i dla uciechy Temistesa puścić w taniec.
Dulos (zdumiony). Mnie? Dlaczego mnie?!
Protos. Wiesz przecie, że Kritobul cię nie lubi, bo powiada, iż nie chce mieć w swej służbie filozofa, który zamiast, jak ja w tej chwili, dusić garściami komary, po przyjacielsku wąsy im głaszcze! Oh! psiaki, jakże mnie kąsają.
Dulos (stłumionym głosem). Bodajby mu wszystką krew wypiły! Mnie szalejem nakarmić!...
Protos. Jak możesz brać mu to za złe! Dotąd nikt w Grecyi nie widział cynika w tańcu; Temistes ze szczególnem upodobaniem przypatrywałby się takiemu widokowi; cóż dziwnego, że Kritobul dla wyrównania wielkości jego stawki wybrał na nią ze swojej strony twój taniec? Podobno mu nawet przyrzekł, że każe cię potem w jego stajni zaręczyć z najładniejszą oślicą i wyprawić wam sute wesele.
Dulos (rzuciwszy się na Protosa). Odwołaj potwarco te kpiny!
Protos. I owszem, tylko naprzód pójdę do Kritobula i spytam go, czy na to pozwoli; bo przecież nie ja, ale on podał cały ten projekt.
Dulos (wracając do kwiatów). On... Zgnilec...
Protos. Ach, Dulosie! Jak mogłeś przypuścić, że to ja byłem tyle dowcipny i obrałem dla ciebie tak właściwą oblubienicę.
Dulos (z udaną wesołością). Mądrzejsza ona od was obu.
Protos. Ale zbyt wymagająca. Mistrz twój Krates dniem i nocą mieszkał ze swoją żoną Hipparchią w beczce: wystaw sobie, ileby cię kosztowało zbudowanie takiej fasy, w którejbyś się mógł wygodnie pomieścić z twoją połowicą.
Dulos. Skończ to głupowate paplanie, bo jak ci od niego skóra na języku zgrubieje, gotów ją twój pan, w nagrodę, że mu się tak wysługujesz, kazać ściągnąć i na rzemyki do uzdy dla tej oślicy pokrajać.
Protos. Gdzie tam, dyogenesowa źrenico! Mój język na to za twardy, skoro już twój tępy na nim ostrzyć zaczyna. A spędźże, gapiu, tego motyla, co tam na kwiatku usiadł, bo jak Kritobul zobaczy, to cię wydrążyć każe.
Dulos (siadając na krawędzi zbiornika). Niech sobie ssie, więcej o niego dbam, niż o Kritobula.
Protos (przybiega i odpędza motyla). Jesteś tam cynikiem, gdzie najmniej potrzeba. (wracając na swoje miejsce), Gdy umrzesz w tem chwalebnem poświęceniu, postawię ci nagrobek z takim napisem: »Tu spoczywa mężny Dulos, który przeszedł chwałą samego Dyogenesa, bo gdy ten tylko toczył swoją beczkę po rynku, kiedy wszyscy biegli na obronę ojczyzny, on oddał życie w obronie motylego żołądka«.
Dulos (gniewnie). Nie miałbym nic przeciwko takiemu nagrobkowi, gdyby nie to, że musiałbym go zawdzięczać usłużnemu błaznowi Kritobula i zdrajcy jego niewolników.
Protos (poważnie). Widać, żeś rekrut w cynicznym pułku i jeszcze nie znasz jego musztry. Gdyby cię słyszał Krates powiedziałby z pewnością, żeś truteń w jego roju, bo nie umiesz być na żarty obojętnym, a względem ludzi sprawiedliwym. Usłużny błazen Kritobula i zdrajca jego niewolników nie musiałby wczoraj wkopany z drugimi w ziemię być słupem huśtawki jego małych siostrzeńców i nie łapałby dziś owadów spuchniętą od ich ukąszeń ręką.
Dulos (zbliżając się do Protosa). Nie gniewaj się, jam popędliwy, a przytem dziś...
Protos (wesoło). Za co mam się gniewać; popędliwością szkodzisz nie mnie, ale twojej szkole, która straci wszystkich uczniów, gdy się dowiedzą, jaką to zimną krew im w żyły wlewa. I dlatego porzuć chyba cynizm a natomiast, gdy się sposobność zdarzy, słuchaj ze mną pode drzwiami cyrenaików. Ci mają rozum, wiedzą, jak najweselej żyć i najlepiej używać. Szkoda, że arystokraci, bo zaraz bym się do nich zapisał.
Dulos. Nie. Dla nas jest tylko jeden filozof — Dyogenes. Tylko w jego szkole można się nauczyć znoszenia służby u Kritobulów.
Protos. Musiał w tobie tej nauki rózgą nie szczepić, gdyż zamiast z tyrana drwić, ciągle go przeklinasz. Ciekawym, jaką masz przytem pociechę!...
Dulos (z zapałem). Jaką? On mnie katuje za to, że myślę; uważa niżej was wszystkich, niżej trującego zielska, któremu na swoich polach swobodnie rosnąć pozwala. Gdy rano, przechadzając się ścieżkami tego ogrodu, dojrzy świeże kretowisko, smaga mnie, jak gdybym ja był kretem i je wykopał. A czem on jest? Ogniłkiem, w trzeciej dziesiątce lat już stoczonym przez żądze, wygłodzonem cielskiem, w którem zbytek wszystkie zmysły przytępił, bachusowym psem, tropiącym ślady rozpusty. Pięćdziesięciu nam dlatego tylko żyć pozwala, ażeby się ciągle upajać tą myślą, że jednem skinieniem mógłby nam postrącać głowy lub popruć piersi. Wiedząc, że tylu ludzi żyje z jego łaski, sądzi, że jest bogiem, który ich stworzył i swoją wolą utrzymuje. Naturą prawdziwego człowieka jest tylko natura cnotliwa. On nigdy człowiekiem nie był; chociaż więc ma prawo moie kopać, ja mam równe — nim gardzić.
Protos. Ciszej złotousty mowco, ciszej. Patrz, jaka to fortuna niesprawiedliwa: jemu grzesznikowi dała na mieszkanie ten wygodny pałac, a tobie, który nim gardzisz, nie pożyczyła nawet jednej miny na porządną ślubną beczkę.
Dulos. Kpij pusta głowo, kiedy ci się grzbiet po onegdajszej chłoście już zagoił, a ja ci powiadam, jak mój nieboszczyk mistrz, że swobodnym jest ten tylko, kogo namiętności nie skuły, że zatem z nas dwóch nie ja jestem niewolnikiem, ale — on!
Protos (oglądając się bojaźliwie). Dobrze, dobrze, mój wolny obywatelu, tylko nie okrzykuj swojej godności tak głośno, bo jakby ten twój niewolnik ją usłyszał, kazałby nas obu jeszcze dziś wyzwolić z ciała, a dusze posłał na dysputę Minosa.
Dulos. Niech robi, co chce i umie — wszystko mi jedno.
Protos. Ale mnie nie jedno. Jeśli zaś chcesz go koniecznie o swojej wyższości uwiadomić, to najlepiej idź i powiedz mu wprost, bo ja wcale nie tęsknię za nieboszczykiem Dyogenesem i nie pragnę go zaraz dziś na tamtym świecie odwiedzić; choćby dlatego, że — nie wyłapałem jeszcze wszystkich robaków.
Dulos. Niezawodnie mu to powiem, jeśli trzebić zacznie moje miejsce rodzinne, na które już sieć założył.
Protos. Czy ty tylko nie masz tam jakiej ukrytej sarenki, o którą się obawiasz... (z udaną powagą). Straszny ogniu kobiecych spojrzeń, jakże jesteś gorący, kiedy nawet żelazne serca cyników do czerwoności rozpalasz!
Dulos (siląc się na wesołość). Cynicy są prawdziwymi ludźmi, mają więc z natury serca czerwone: wam muszą je aż kobiety na ten kolor farbować.
Protos Więc ty dojrzewający pączku na pniu dyogenesowej mądrości jesteś zupełnie nieczuły na światło pięknych oczu?
Dulos. I owszem słuchaczu z pode drzwi cyrenajskiej szkoły, jestem na nie czuły, ile razy mi potrzeba odróżnić mężczyznę od kobiety.
Protos. To umie każdy baran, chociaż ma tylko długie kiszki a krótki rozum. Czyby jednak nie lepiej było dla uniknięcia pomyłki i nie narażenia się na umizgi do satyra, zamiast do bachantki, ażebyś się ożenił?
Dulos. A zaręczysz mi, że nie będę miał podobnego do ciebie syna?
Protos. Zaręczam, bo jestem pewien, że Dulosowa nie będzie tego warta, ażebym ja był jego ojcem.
Dulos. W takim razie musiałbym chyba szukać żony między wronami, których unikasz od czasu, jakeś się jedną z nich udławił.
Protos. A szukaj, gdzie chcesz, abyś się tylko ożenił i nie straszył gołobrodych niewolników nadzieją, że kiedyś przez pomyłkę zwrócisz do którego z nich miłosne afekty.
Dulos. Niech lepiej się strzegą ciebie, rozpłomieniony kocie.
Protos. Więc ostatecznie odmawiasz swej łaski całej piękniejszej połowie naszego rodzaju?
Dulos (wesoło). Cynik woli być mężem wszystkich niewiast, za to pozwala każdej swojej żonie być żoną wszystkich mężczyzn. Tylko głupcy mogą rościć sobie prawo do monopolu względem dróg i kobiet.
(W czasie tych słów wchodzi Dejteros z Anteą).
Protos (który wprzódy ich spostrzegł). Powtórz tę wielką prawdę nadobnej córze Kojnosu, która właśnie do nas się zbliża.
Dulos (odwraca się, podchodzi do niewolnicy, a poznawszy ją, woła przerażony) Antea!

SCENA III.
Ciż, Antea i Dejteros.

Protos. A co nie mówiłem, że ma sarenkę. Dobry z Kritobula myśliwy!
Dulos (ciągle wzburzony). Ciebie wygrał?
Antea. Mnie.
Dulos. Bodajby się jeszcze dziś w zarazę rozwiał! (wspiera się o drzewo).
Protos (zbliżając się do Antei). Już ja tam wolałbym oddychać z tą nimfą świeżem, niezadżumionem powietrzem. To nie wrona! (do Antei). Piękne kwiatki rosną na polach Kojnosu. Śliczna pokuso, nie spuszczaj oczek, bo tu nie wstydliwej Wenerze składać będziesz ofiary.
Dulos (przybiegłszy do Antei). Przed tygodniem umarła stara niewolnica, która doglądała wina, pewnie cię Kritobul na jej miejsce sprowadził.
Antea. Wątpię...
Protos. Z pewnością będziesz do wina... (do Dejterosa). To jest wino do niej, bo Kritobul ma w miłości pragnienie...
Dulos (smutnie). Siądź Anteo. Co tam w naszej osadzie słychać? Matka moja zdrowa?
Antea. Trochę teraz osłabła, bo ją przeznaczyli do ciężkich żaren. Kazała cię pozdrowić.
Protos. Gruchajcie sobie moje gołąbki, ale po cichu, żeby was jastrząb nie usłyszał. Ty Dejterosie weź wachlarz i za Dulosa odpędzaj z kwiatów motyle.
Dulos. Może Kritobul i tobie każe młynek obracać... Nakupił niedawno drobiu, dla którego trzeba dużo mącznych gałek.
Antea. Gdyby tylko to...
Protos (do Dejterosa). Jeśli się jaki koryncki amator dowie i wykradnie nam to cacko, wyruszymy całą siłą, oblężemy miasto jak Troję pod dowództwem Dulosa, a gdy się szturm nie uda, nie będziemy potrzebowali robić drewnianego konia, bo skryjemy się w ciebie — Dejterosie.
Dejteros. Łap żabo robaki i nie skrzecz, kiedy cię nikt nie nadeptał.
Dulos (budząc się z zamyślenia). Rok już Anteo, jak cię nie widziałem. Może o mnie nawet nie pamiętałaś?
Antea. Przecież podobno zostałeś cynikiem i kobietami gardzisz...
Dulos. Kto wie, czybym się tego nie nauczył, gdybyś tu nie była przyszła...
Antea. Nie spodziewałam się nawet, że na mnie spojrzysz...
Dulos. Bogi, biorę was za świadków, czy na nią można nie patrzyć!
Protos (do Dejterosa). Widzisz, jak ten cynik przy Wenerze zmienia się na Erosa. Żeby tylko do licha Kritobul nie zechciał mu wysłać z okna strzały...
Dejteros (zakrywając Dulosa i Anteę). Trzeba mu ich zasłonić.
Protos. Trochę się jednak skurcz, bo taka jak ty piramida może słońce zakryć i Kritobul gotów wybiedz, myśląc, że nastąpiło niespodziewane zaćmienie.
Dulos. Nie wiem, czy mam złorzeczyć Temistesowi, czy go błogosławić. Kiedy mnie przed rokiem sprzedawał, chciałem być psem wściekłym, ażeby módz go pokąsać; teraz kiedy znowu przez niego jesteśmy razem, czuję radość i gdyby nie ten tygrys, co tam spi w pałacu... Obaj oni drapieżne sępy, ale tamten już nieszkodliwy, rozpusta go strawiła...
Antea. Podobno temu bardzo się podobałam...
Dulos (gwałtownie). Przeklęty smok! cały świat chciałby pochłonąć! Anteo moja, ucieknijmy...
Antea (przypatrując się pałacowi). Tu tak ładnie, będzie nam dobrze... w tym pałacu.
Dulos (szyderczo). Tobie i jemu, bo moja buda przy stajni. (ze smutkiem). Anteo, ciebie blask zbytku oślepia... o mnie już nie myślisz. Nie tak mówiłaś przed rokiem, gdyś mnie, płacząc, w oliwnym gaju żegnała.
Antea. Dulosie drogi, przysięgam ci, że się nie zmieniłam. Nie dziw się, że tu być pragnę. U Temistesa musiałam ciągle zbierać liszki z drzew, tu może mi dadzą jakąś znośniejszą pracę...
Dulos (skwapliwie). Przedwczoraj słyszałem, że Kritobul chce kupić dwie silne niewolnice do wytłaczania oliwy. Pewnie ciebie do tego weźmie. Bardzo to ciężka praca, ale przynajmniej będę ci mógł czasem pomagać.
Antea (rozglądając się). Tam było ponuro i brzydko, tu wesoło i pięknie. Pałac prześliczny, w ogrodzie dużo kwiatów, nie ma już obrzydłego, trzęsącego się Temistesa, ale młody, przystojny...
Dulos (wybuchając). Nie chwal go, bo wolałbym, żeby mi hyena żywe serce wyżerała!...
Protos (do Dejterosa). Jeśli tej dziewczynie dusza przez oczy za Kritobulem nie wygląda, to jestem oślepionym szczurem. Mądra, chce się obwiesić na pańskiej szyi... Trzeba jej tem szczęściem zamigotać — a może ten nietoperz wreszcie przebiegłą samiczkę pozna.
Dulos (budząc się z zamyślenia). Dziś wieczorem jadą niewolnicy z tratwą do Salaminy. Poproszę, to nas wezmą, a stamtąd uciekniemy dalej...
Antea. Tu także będziemy się mogli kochać...
Protos (do Antei). Nie słuchaj go, bo was złapią i krukom pieczeni narobią.
Dulos (zerwawszy się). Milcz robaczy kacie i duś swoje ofiary.
Protos. Nie krzycz, nie krzycz, bo Kritobul nie ma zakorkowanych uszu.
Dulos (do Antei). Więc nie chcesz żyć ze mną?...
Antea. Modliłabym się do wszystkich bogów, gdyby mi pozwolili być tylko twoją.
Protos. Zastanów się lekkomyślna nimfo. Ten nieodrodny uczeń Dyogenesa będzie cię pasł chrabąszczami, chodził z tobą razem w jednym płaszczu, a gdy się którego dnia, jak jego mistrz, obje surowych nóżek baranich, zamrze pod murem, a na pociechę zostawi ci obowiązek opłukania go w rzece. Tymczasem u Kritobula będzie ci mięko, sucho, wygodnie a w dodatku możesz jeszcze, jak Arystagora od Demetriusza, doczekać się od niego posągu w świątyni.
Antea (uśmiechając się rozkosznie). Wiem o tem...
Dulos (gwałtownie). Wiesz i cieszysz się!
Antea (błagalnie). Dulosie najdroższy, czemu ty nie wierzysz, że ciebie jedynie kocham...
(Kritobul niedostrzeżony staje w oknie).
Dulos (chwytając z zapałem rękę Antei). Teraz ci wierzę, moja ty perło w skarbie niebiańskiej Wenery.
Antea (czule). Nie martw się, przecież będziemy blisko siebie.
Dulos (z boleścią). Ach, gdybym już raz wiedział, po co cię tu przyprowadzono!...

SCENA IV.
Ciż i Kritobul.

Kritobul (stojąc na tarasie). Ją do łazienki! (minąwszy przestraszonych niewolników, zbliża się groźnie do Dulosa). To ty psie, zamiast odpędzać motyle, zalecasz się do kwiatów... Naprzód przyniesiesz wody na kąpiel jej, a potem rózeg sobie!
Dulos (rzuca się na szyję Antei i całuje ją). Przedtem ją jeszcze pocałuję, zanim ty swemi ustami splamisz!
Kritobul (z wściekłością). Na pal tego łotra!
(Dejteros chwyta Dulosa).
Antea (padając przed Kritobulem). Pozwól mu przynajmniej pożegnać się z matką...
Kritobul (wskazując jej pałac). Tam!
Dulos (z gorzkiem szyderstwem). Taką tylko miałaś za mną prośbę... Ha, żmijo! .. (do Kritobula). Dziękuję ci za tę karę — padalcze. Żyć bym już nie chciał! (oddala się z Dejterosem; Kritobul wchodzi do pałacu za Anteą).
Protos (patrząc za Dulosem wzruszony). Przyjacielu, weź moje łzy z sobą.
Kritobul (z okna). Łap owady!

separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.