Anielka (Prus)/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Anielka
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom VII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział XVII

POD TROSKLIWĄ OPIEKĄ.

W obszernym pokoju, na fotelu skórą obitym, siedzi pan Dragonowicz, powiatowy lekarz, a obok, na taburecie, pani Wichrzycka, poufna tej damy, która zabrała do siebie Anielkę i Józia.
Doktór Dragonowicz jest niski, dobrze zakonserwowany i dokładnie ogolony staruszek, w długim, szaraczkowym surducie.
Pani Wichrzycka jest osobą pobożnie szczupłą, nosi suknią czarną, włosy gładko uczesane i watę w uszach.
Rozmawiają półgłosem.
— Także był sens sprowadzać takiego młokosa z Warszawy, jak gdyby u nas brakowało zarozumialców! — mówi gniewnie doktór, pocierając krótką ręką szpakowate włosy. — Nic to, panie, nie poradzi, chorą zgubi, a policzy sobie z paręset rubli...
— Cóż robić, panie konsyljarzu, kiedy się uparła?... Ona dałaby i parę tysięcy rubli, byle tylko małą wyleczyć. Ma pieniądze, więc dogadza fantazjom! — odparła pani Wichrzycka.
Ja jej wyraźnie mówiłam — ciągnęła dalej — że jeżeli pan konsyljarz nie pomoże, to nikt nie pomoże, bo przecie pamiętam, jak mnie pan dobrodziej na to nieszczęśliwe ucho trafnie leczył. Ale cóż — uparła się!...
Czy ja mam, panie konsyljarzu, brać dalej te pigułki?
— Trzeba! trzeba! — mruknął doktór. — Od czasu, jak kolej zaprowadzili, wszystkim się przewróciło w głowach z tą Warszawą. Suknie, panie, z Warszawy, cukry z Warszawy, medycy z Warszawy, a ty, biedaku miejscowy, idź w kąt!...
Skrzypnęły drzwi, i wyszedł przez nie młody szatyn, niewielkiego wzrostu. Czarno ubrana pani zerwała się z taboretu, układając bladą twarz do wdzięcznego uśmiechu.
— Jakże pan konsyljarz znalazł naszą chorą? — spytała. — Biedny aniołek!... Widziałam w życiu mojem tysiące chorych, ale żaden jeszcze nie zrobił na mnie tak bolesnego wrażenia...
Młody doktór przerwał potok wynurzeń.
— Właśnie naradzimy się z szanownym kolegą nad stanem chorej — rzekł i ukłonił się wdzięcznej damie, która uśmiechnęła się jeszcze piękniej i — ująwszy fałdy sukni w obie ręce, zrobiła pensjonarski dyg.
— Chciałam się jeszcze zapytać pana konsyljarza, co życzy sobie na śniadanie?... Może być polędwica, drób, wędliny, jaja... wino, porter...
— Cokolwiek, proszę pani! — odparł młody doktór i ukłonił się po raz drugi, ale tak stanowczo, że dama uznała już za niezbędne wyjść z pokoju.
— Pan dobrodziej przybywa z Warszawy? — spytał Dragonowicz, splótłszy palce rąk i patrząc przez ramię na szatyna. — Czy i tam panuje susza jak u nas?...
Wywzajemniając się, szatyn spojrzał zgóry na staruszka i niedbale rzucił się na drugi fotel.
— U nas, po suszy, trafiają się niekiedy deszcze — odparł. — A jakże szanowny kolega wczoraj znalazł chorą?
Owe: „jakże“ — stropiło Dragonowicza.
— Jak zwykle przy początkach zapalenia płuc — odparł niechętnie. — Gorączka, dreszcze, język obłożony, puls prędki... Innych objawów...
— A co kolega ordynował, jeżeli wolno spytać?...
Dragonowiczowi coraz mniej podobał się egzamin.
— Ordynowałem to, co zwykle w podobnych wypadkach — odburknął. — Na nieszczęście, opiekunka chorej nie pozwala stawiać ciętych baniek...
— I słusznie! — wtrącił szatyn półgłosem.
— Hę? — spytał Dragonowicz.
— Chora jest anemiczna; krew musimy bardzo szanować...
— Więc pan dobrodziej nawet przy zapaleniu płuc nie stawiasz baniek?... — zawołał Dragonowicz. — A to coś nowego słyszę!
I począł się śmiać, zacierając ręce.
— Tu niema zapalenia płuc...
— Jakto niema?... A co mówi lewe płuco...
— Lewe nic nie mówi. Prawe jest cokolwiek zajęte...
— Jakto prawe?... — krzyknął Dragonowicz. — Ja mówię, że lewe!...
— A mnie auskultacja mówi, że prawe...
— W jaki sposób pan uważasz prawe płuco? Czy to, które u chorego leży po prawej stronie, czy to, które lekarz znajduje naprzeciw swojej prawej ręki?
— Naturalnie, że u chorego prawe płuco leży po stronie prawej.
Dragonowicz tak się zaperzył, że na chwilę oniemiał. Opanował jednak wzruszenie i zaczął mówić ciszej, siląc się na ironją.
— Dobrze!... prawe!... dobrze... niech i tak będzie... A jakże wedle swojej nomenklatury nazwiesz pan chorobę?
— Malarja! — odparł szatyn krótko, już nie patrząc na Dragonowicza.
— Ma-la-rja?... — powtórzył po sylabie stary doktór, wstając z fotelu. — Wiem, jest to, panie, choroba warszawska, wynalazku wielkiego Baranowskiego, czy wielkiego Chałubińskiego, co to leczą chorych mlekiem i świeżem powietrzem... Znam tych panów! Posłałem im raz pacjenta z palpitacjami, a oni powiedzieli, że to katar żołądka, wynaleziony także przez nich. Cha! cha!... katar żołądka... Szkoda, że mu nie zapisali tabaki, ażeby się wykichał!...
Teraz szatyn zerwał się z fotelu.
— Pozwól sobie powiedzieć, szanowny kolego — rzekł rozdrażniony — że jedna diagnoza tych panów więcej znaczy w świecie lekarskim, aniżeli wszystkie autorytety pacanowskie... Co zaś do kataru żołądka...
Ale Dragonowicz już nie słuchał. Chwycił czapkę z biurka, włożył ją jeszcze w pokoju na głowę i wyszedł, trzaskając drzwiami. W kredensie nazwał młodego szatyna elegantem i zażądał koni. Na szczęście dla cierpiącej ludzkości, schwyciła go pani Wichrzycka i w celu ułagodzenia zaprowadziła do dwu chorych parobków, którym zapisał po dwie sążniste recepty i po pół kopy ciętych baniek na chłopa.
Tymczasem młody doktór, zmęczony podróżą z Warszawy, siadł głębiej w fotelu i oparłszy głowę na ręku, począł obmyślać sposób leczenia chorej.
— Mamy gorączkę, lekkie zajęcie płuc i mózgu i upadek sił. Pacjentka mieszkała w okolicy bagnistej... Zadawać musimy przedewszystkiem chininę, która, naturalnie, będzie fałszowana... Stare wino... Czy aby mają stare wino?... Może arszenik?... Dać spokój!... Jak tu parno w pokoju... Acidum carbolicum cristalisatum?... Nanic... Gorączka... Acidum salicilicum? Do czego?...
Tak nurzając się w odmętach farmakopei, młody lekarz szukał coraz to nowych środków. Już... już chwytał jakiś oryginalny, a całkiem skuteczny sposób leczenia. Już gorączkę zmniejszył, siły wzmocnił, rozdrażnienie uspokoił...
Wtem zasnął twardo.
Z tej komnaty wysokie podwoje, ozdobione złoceniami, prowadziły do sali, w której leżała Anielka.
Część mebli wyniesiono stąd, resztę ustawiono wzdłuż ścian i zasłonięto pokrowcami. Okna były otwarte, żaluzje zamknięte. Panował mrok.
Na środku stało wielkie rzeźbione łóżko z czarnego dębu, a na niem — Anielka, cała w bieli. Pilnowała jej karbowa.
Biedna kobiecina sama siebie poznać nie mogła. Czem ona jest? gdzie ona jest? Wielkość sali, mrok i mnóstwo nieznanych sprzętów przestraszyły ją. Przypomniały się jej legendy o zaklętej królewnie i innych rzeczach, które w opowiadaniu są bardzo ciekawe, ale przy zetknięciu się z niemi napędzają dużo kłopotów i trwogi. Czarne łóżko wygląda jak katafalk, sprzęty w pokrowcach jak umarli w całunach, fortepian jak trumna, do której wnet karbowę włożą. A tu nawet, o Jezu! i uciekać nie można, bo podłoga śliska jak lód i nim Zającowa krok zrobi, już ją złapią, naturalnie ci, którzy łapać zechcą.
Anielka po większej części leżała spokojnie z zamkniętemi oczyma, odurzona. Po wielkich wstrząśnieniach opanowała ją teraz senność i apatja. Gorączkowe obrazy pierzchły, gwałtownie wybuchające uczucia przygasły. Jeżeli mówiła, to powoli, cicho, urywanemi zdaniami.
Gdy wiatr powiał od ogrodu, sala napełniała się wonią kwiatów, świegotaniem ptaków, a niekiedy — dalekiemi odgłosami wesołej rozmowy ludzi zdrowych. Zwykle jednak, przez wąskie otwory żaluzyj widać tylko było mnogie cienie chwiejących się liści, które wydawały szelest jak woda strumienia, prędko uciekającego po kamykach. Istny obraz wieczności!
Czasami znowu stawał kto za oknem i zapuszczał ciekawy wzrok do wytwornej świątyni nieszczęścia. Na widok tych figur tajemniczych, które ukazywały się i znikały bez szelestu, karbowej przechodziło przez głowę, że może to śmierć do nich zagląda, badając, czy już czas?...
— Pić... — szepnęła Anielka.
Karbowa zerwała się z fotelu i przyłożyła chorej do ust jakąś miksturę słodką i chłodzącą.
— Czy to już wieczór?
— Nie, paniunciu, jeszcze nie wołali na południe.
Milczenie.
— Co to tak płynie za oknem?
— To drzewa, paniuńciu, w ogrodzie szelepią.
— A!... Jak tam musi być ładnie... A mnie tak nudno, ja taka chora...
— Niech się panienka nie boi, będzie zdrowa! Już był tu drugi doktór, pono z Warszawy. Obejrzał panienkę (aż koszulę para odpinał!) i mnie się o wszystko wypytał. Jakiem mu zaś wzięła gadać (jeszczem niejedno, Boże odpuść! zełgała), to aż ci się za głowę chwycił i poszedł radzić z tamtym.
Ho! ho!... oni dopiero coś uradzą. Wykrzykiwały przecie tak, że myślałam: czy się nie biją?...
Gorzej z moim Kubą... Co on se ta chłop robi na folwarku?... — dokończyła karbowa, myśląc o mężu.
Anielka splotła chude rączki i przymknęła powieki, oddychając szybko i krótko. Karbowa umilkła i poczęła dopasowywać się do miękkiego fotelu, na którym żadną miarą siedzieć nie umiała. Co siędzie na brzegu, to się zsuwa. Rąk na poręczach oprzeć nie śmie. Posunąć się głębiej nie wypada, bo jeszcze, czego Boże broń! rozwaliłaby się na nim jak na łóżku...
Gdyby jej dali prosty stołek, zarazby oprzytomniała, a z tem wygodnem siedzeniem tylko zgryzota kobiecie. Jeszcze jeden dzień taki, a wymknie się przez okno i ucieknie na koniec świata!...
Za ogrodem rozległ się powolny turkot bryczki, po bitej drodze i — ciężki stęp koni.
— Ktoś jedzie!...
Orzeźwiło to karbowę, że w swojej kłopotliwej ciemnicy słyszy przynajmniej jakieś odgłosy, które przypominają jej, iż poza obrębem pałacu istnieje świat, a na nim folwark, za którym tak tęskniła.
Turkot ucichnął.
— To do nas przyjechali! — pomyślała karbowa. — Lecz kto przyjechał? — odgadnąć nie mogła.
W tym samym czasie pani Wichrzycka, wracająca z oficyny do pałacu, zobaczyła przed bramą wielką bryczkę, konie spasione jak gałki, a na koźle woźnicę, ubranego po chłopsku, lecz wygolonego po księżowsku. Z bryczki tej wysiadła jakaś jejmość i bardzo rezolutnie szła ku drzwiom pałacu.
Była to ciocia Andzia, która poznawszy w Wichrzyckiej osobę swojej kondycji, zwróciła się przedewszystkiem do niej z rekomendacją i pytaniami.
— Jestem Anna Stokowska — mówiła prędko. — Dowiedziałam się, że tu są dzieci pana Jana: Anielka i Józio. To moi siostrzeńcy...
— A!... — szepnęła pani Wichrzycka, robiąc dyg z pochyleniem głowy nabok.
— Właśnie jechałam na folwark, aby dzieci przewieźć do siebie, ale spotkałam w drodze tamtejszego karbowego, który mi powiedział, że one są tutaj. Niech sobie pani wyobrazi, że człowiek ten z całym dobytkiem folwarcznym jedzie do państwa.
— Wiem... jego żona pilnuje chorą Anielcię — przerwała Wichrzycka — bardzo ordynaryjna kobieta, którą, gdyby nie opór pani baronowej...
— Baronowa? — pomyślała ciotka, a potem rzekła głośno:
— Chciałabym widzieć się z panią baronową. Podziękuję jej za opiekę nad dziećmi i zabiorę do siebie.
Pani Wichrzycka pokręciła trochę głową, ale nie odpowiedziała nic. Wprowadziła ciotkę do pokoju, sama zaś poszła uprzedzić baronowę o zamiarach przyjezdnej.
Ciotka Andzia usiadła na aksamitnej kanapie i usiłowała zabić czas, przypatrując się cackom na stolikach, albo obrazom, między któremi był portret mężczyzny w mundurze intendenckim.
— Bogata bo bogata — myślała. — To on był baronem... Ale czego ona chce od dzieci?... Kto ją o nich zawiadomił?... Ha! widać miłosierna kobieta...
Wtem cicho otworzyły się drzwi, i do salonu weszła właścicielka pałacu. Mogła mieć około lat czterdziestu, była dobrego wzrostu, śniada, z czarnemi, bardzo żywemi oczyma. Rysy jej grube i namiętne zachowały jednak i dziś ślady piękności.
— Żydówka?... — przemknęło przez głowę cioci Andzi. Podniosła się jednak szybko z kanapy i złożyła wchodzącej głęboki ukłon.
Baronowa serdecznie ścisnęła ją za rękę.
— Pani jest ciotką Anielci i Józia? — spytała.
— Tak — odparła przybyła.
— Siądźmy, proszę... Pani jest bliską krewną biednej?...
Ciocia Andzia nagle posmutniała.
— Podobno w ostatnich czasach — mówiła baronowa — ona mieszkała w domu pani... Tam także...
Biedne dzieci...
— Właśnie chcę pani podziękować za jej zacną opiekę...
— O! to był mój obowiązek — przerwała baronowa prędko.
— Przyjechałam też, aby dzieci zabrać... Bo ja w tych dniach — mówiła ciotka z odcieniem zakłopotania — otrzymałam miejsce u jednego zacnego kanonika...
Baronowa poruszyła się na kanapie.
— Ale że to człowiek dostatni i bardzo dobry, więc pozwolił mi sprowadzić dzieci do siebie. Wypłacił mi nawet pensją za kwartał, aby im kupić co potrzeba...
— Nie wydaje mi się to miejsce stosownem dla dzieci, nawet tymczasowo — rzekła baronowa.
— Przysięgłam Meci, że ich, biedaków, nie opuszczę — przerwała prędko ciocia — i dotrzymam słowa. Majątku nie mam już oddawna, ale praca moja wystarczy nam, a poczciwy kanonik...
— Pani zdaje się nie wiedzieć o tem, że mnie pan Jan upoważnił do przywiezienia dzieci tutaj. Przeczyta pani list. Zresztą on sam za parę dni przyjedzie...
Ale choćby nawet pan Jan nie nadał mi tych praw, to jeszcze nie mogłaby pani tak prędko zabrać dzieci, bo Anielka jest bardzo chora...
Ciotka spuściła głowę.
— Mamy tu dwu lekarzy — mówiła baronowa — w razie potrzeby możemy mieć ich więcej, choćby najznakomitszych w kraju. Anielka znajdzie wszelkie wygody.
— Więc ja — przerwała ciotka nieśmiało — mam już opuścić chore dziecko siostry?...
— Ależ nie!... — pochwyciła baronowa, wyciągając rękę do ciotki. — Ja właśnie liczę na to, że pani u nas jakiś czas zabawi.
A widząc wahanie się ciotki, poczęła nalegać.
— Bardzo panią proszę!... W domu moim panuje staropolska gościnność, tembardziej dla osób... życzliwych... Znajdzie tu pani oddzielny apartament dla siebie... Będzie pani czuwać nad Anielcią...
Ciotka była zakłopotana.
— Doprawdy, że choć mi żal odmówić, nie śmiem jednak nadużywać uprzejmości pani...
— Niech pani dom ten uważa za własny, a mnie za... za szczerą przyjaciółkę. Zresztą pani wie, że niema w kraju dwóch rodzin, któreby nie były spowinowacone ze sobą. My wszyscy jesteśmy krewni...
Ciotka, zdziwiona i wzruszona — uległa. Napisała do kanonika, prosząc go o urlop na parę dni, a następnie udała się do pokoju Anielki.
Karbowa, poznawszy ciotkę Andzię, zawołała: „ooo!...“ —
i rzuciła się jej do kolan. Anielka popatrzyła na nią, uśmiechnęła się smutno i znowu przymknęła oczy.
— Jakże się masz, Anielciu? — spytała ją ciotka.
Dziewczynka milczała.
— Niczego! — odparła za nią karbowa. — Są tu przecie dwa doktory. A jak jeść dają!... byle człek przełknął... Ino, że jest ciemno i niema na czem siedzieć, więc kuczy się noma. Ja już nawet zapomniałam w tej ciemnicy, jak świat wygląda. A jeszcze mi mego żal...
— To też jedźcie sobie, moja Zającowa, a ja teraz przy Anielci posiedzę. Spotkałam w drodze waszego męża. Jedzie tu z całem gospodarstwem...
— Zdurzał para, czy co?... — krzyknęła karbowa. — A jakże on dom ostawił?...
— Tego ja nie wiem, ale zdaje się, że jego tylko co nie widać. Wyjdźcie na podwórze, a pewnie się z nim spotkacie...
Kobieta wyszła, ślizgając się na posadzce, i ledwie trafiła do sieni.
— To ci pałac, o Jezu! i za tydzieńby go nie obszedł po wszystkich kątach... — szeptała.
Gdy zostały obie z ciotką, Anielka otworzyła oczy.
— Ciociu, ja chcę usiąść.
Ciotka uniosła ją i oparła na poduszkach, a widząc, że mimo to dziewczynka siedzieć nie może, objęła ją wpół i rękę jej położyła na swojej szyi.
— Żeby ciocia wiedziała, jaka ja chora...
— To przejdzie, moje dziecko. Jutro już ci będzie lepiej, jak tylko lekarstwa zaczną działać.
— Tak?... — spytała dziewczynka, całując ją. — A ja myślałam, że już umrę...
Ciotka oburzyła się.
— Fi! moje dziecko... Któż znowu mówi takie rzeczy?... Przecież niejeden choruje... Ja sama ile razy!...
— Tak mi tu było smutno... Nikogo przy mnie niema... Ani mamy... O, żeby się choć mama nie dowiedziała o tem!...
Ale i ta krótka rozmowa wysiliła ją. Dziewczynka położyła się, oblana zimnym potem.
— Ja pewnie umrę... o Boże!...
— Dajże pokój, Anielciu, nie rań mi serca... — przerwała ciotka.
— Kiedy ja się nie boję, tylko... Ja nie wiem, jak się to umiera, i dlatego... tak mi smutno...
Skrzypnęły drzwi, i na posadzkę upadła szeroka smuga światła. Weszła pani baronowa, trzymając Józia za rękę.
— Patrz, Anielciu! — krzyknął chłopiec — jak ja jestem ubrany... Mam buty i kurtkę aksamitną...
— Cicho, Józiu! Jakże się ma Anielcia? — spytała dama, stając nad łóżkiem chorej.
Ciotka Andzia pokiwała głową.
— Jeździłem dziś na koniu — mówił Józio — chodziłem z Krzysztofem po ogrodzie... Mama obiecała mi...
Anielka zerwała się.
— Gdzie mama? — krzyknęła, szeroko otwierając oczy.
Józio umilkł, pani baronowa cofnęła się od łóżka.
— Gdzie jest mama?... — powtórzyła Anielka.
— Ja mówię o naszej mamie chrzestnej — odparł Józio, wskazując na baronowę.
Anielka upadła na łóżko i zakryła twarz rękoma.
Scena ta zakłopotała ciotkę Andzię, a jeszcze mocniej baronowę, która, zapytawszy: czy chora nie żąda czego? — wnet opuściła salon.
Zając istotnie przyjechał, niekutym wozem, zaprzęgniętym we dwa chude woły. Na wozie umieścił skrzynią i przyodziewek, a ztyłu przyczepił konia i krowę.
Osobliwy ten kram parobcy przywitali starodawnem: „Pochwalony!“ dworscy lokaje szyderczemi śmiechami, a karbowa okrzykiem radości. Z rozkrzyżowanemi rękoma wybiegła baba naprzeciw męża, ale Zając przyjął ją cierpkiem pytaniem :
— No... po chorobę ja się tu przywlekłem?...
— Ooo!... a tożeś się przecie sam jaśnie pani napraszał — odparła karbowa, zdziwiona krótką pamięcią męża.
— A cóżem miał robić?...
Karbowa obraziła się.
— I nie wydziwiaj, nie wydziwiaj!... Nie lepiej ci to posiedzieć kilo czasu między ludźmi, a nie samemu jak wilk pod lasem?
— A króliki noma przez ten czas djabli wezmą.
— Nic im nie będzie.
— No, a co ja tu będę robił?
— Wypoczniesz se. Takeś zawsze żądał wypoczynku.
— Ale! A gdzie ja tu stanę?... Przecie nie pod bramą, żeby się te parchy lokaje ze mnie naśmiewały.
Karbowa złożyła ręce po napoleońsku; pytanie to było najważniejsze ze wszystkich. Gdzie on stanie? Jużci chyba mąż powinienby siedzieć przy żonie. A że żona siedzi w pałacu, więc i on w pałacu. Więc i koń, krowa, dwa woły...
Nie rozwiązałaby tej zagadki karbowa, gdyby nie zjawił się Szmul w biedce. Wychodźcy z folwarku powitali go jak Mesjasza i prosili o radę. Żyd nic im nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się.
Poszedł do pałacu, a w kwadrans wóz odprowadzono do szopy, konia do stajni, bydlątka do obory i karbowego do oficyny.
Tam dano mu obiad i flaszkę piwa. Chłop najadł się, pasa rozpuścił, gębę utarł rękawem, a potem — siadł na ławie — i jak weźmie płakać!... Aż się szyby chwilami trzęsły...
— Pocóżem ja tu nieszczęśliwy na tę pustynią przyjechał!... A bodaj mnie była pierwej nagła śmierć spotkała!... Ani tu pola, ani lasu, ani wody...
Nie powiedział jednak: ani ludzi, ponieważ otaczało go kilkanaścioro służby płci obojej, którzy drwili z rozpaczy biedaka. Jemu też bynajmniej nie o ludzi chodziło, ale o te bagna kochane, czarny las i obdartą chałupę.
Beczał i szlochał z pół godziny, aż przyszła pani Wichrzycka i nawymyślała mu. Wtedy powlókł się ku stajni i oborom obejrzeć swój dobytek i zaznajomić się z parobkami.
Trochę pogadał, potem legł na słomie. Ale spać mu się nie chciało, więc począł chodzić z kąta w kąt, tęsknić za robotą, za żoną i za folwarkiem.
W parę godzin obmierzła mu Wólka razem z pałacem, pięknemi budowlami i wielkim ogrodem tak, że rady sobie dać nie mógł.
— Co tu za życie? — mówił do siebie. — U nas — to dopiero raj!...
Wybrał się do karczmy, i tam on, człek od urodzenia trzeźwy, pierwszy raz w życiu poznał wielką prawdę, że często dolewany kieliszek jest pocieszycielem strapionych.
Gdy wrócił z szynku, nie tęsknił już do swego folwarku, bo miał umysł mocno zajęty.
— Coprawda — myślał — to w tej Wólce wesoło. Pałac jak kościół, budynki porządne, murowane. Jest browar, jest gorzelnia, młyn -— człowiekowi nie żal na te rzeczy patrzeć. Na obiad dzwonią jak na sumę, a ludzi tyle, co na odpuście. I jeść dają — aż w gardło nie lezie.
Szedł drogą, i zdawało mu się, że go coś podrywa, tak mu było lekko, a w głowie myśli skaczą coraz osobliwsze. Nie trzymały się one jedna drugiej, ale szły szparko jak wicher. Jeszcze nigdy Zając tyle nie wymyślił, choć całe życie miał ochotę do myślenia. Wkońcu rozebrała go taka radość, że aż zaśpiewał:

Oj! na zielonym kuble
Skikają se wróble...


Dociągnął do obory i zwalił się na kupę słomy. Jakie tu spanie chrześcijańskie...

We śnie zdawało mu się, że go ktoś targa za ramię.
— Kuba! Kuba!... ocknijże się...
— Byś ksy! ksy!... — odmruknął machinalnie Zając.
— A tożeś ty pijany, bestyjo... Kuba!...
— Daj mi spokój!... Nie widzisz, co robię? — odparł i przewrócił się twarzą do słomy, wywijając nogami.
Obudzić go nie było możności. Spał aż do wschodu słońca.
W pałacu, wieczorem, lekarze jeszcze raz zbadali chorą i w bocznym pokoju złożyli drugie konsyljum.
— Więc pan dobrodziej ciągle twierdzisz, że tu niema zapalenia płuc? — zaczął Dragonowicz z protekcjonalnym uśmiechem.
— I twierdzę, i jestem przekonany, żeś się kolega uprzedził — odparł szatyn ozięble.
Miara już się przepełniła. Dragonowicz założył nogę na nogę, dłonie splótł i topiąc królewskie spojrzenie w obliczu młodzika, zapytał:
— Przepraszam... ile też pan dobrodziej liczy sobie lat?
Młody szatyn powstał.
— Kochany kolego! — rzekł — mam tyle lat, ile potrzeba do stu obserwacyj zapalenia płuc...
Zerwał się i Dragonowicz.
— Mało mnie pańskie obserwacje obchodzą! — krzyknął, wstrząsając ręką. — A gdzie pan uniwersytet kończył?...
Szatyn włożył ręce w kieszeń.
— Nie w Pacanowie, szanowny kolego!...
Czerwoną twarz starego doktora oblał piękny karmazyn.
— Ja także nie w Pacanowie! — wykrzyknął. — Ale ponieważ pan liczysz sobie tyle lat życia, ile ja praktyki — i — ponieważ nie na jednej ławie nas... tego...
Tu wykonał ręką kilka zamaszystych ruchów zgóry nadół.
Więc upraszam pana dobrodzieja, abyś mnie tytułem kolegi nie honorował...
Skończywszy, Dragonowicz zostawił osłupiałego doktora na środku pokoju, a sam wyszedł, aby ochłonąć.
Szatyn nie spał całą noc, ale natomiast dużo myślał o tem:
Czy postępowanie kolegi Dragonowicza zasługuje na upomnienie ustne, czy listowne, czy też na wniesienie skargi do najbliższego towarzystwa lekarskiego?
Czy raczej brutalne postępowanie kolegi Dragonowicza nie wymaga satysfakcji z bronią w ręku? A w takim razie:
Czy w okolicy znajdzie się dostateczna liczba sekundantów?
Na drugi dzień obaj przeciwnicy byli bladzi i jedli śniadanie bez apetytu. Każdy znajdował się pod wpływem bardzo energicznych i niezależnie powziętych postanowień, które streszczały się w tem, że żaden nie miał z drugim rozmawiać, jak najrzadziej na przeciwnika spoglądać — i — jak najśpieszniej koni zażądać.
Co też obaj uczynili. Ale ponieważ pani baronowa więcej ufała warszawiakowi niż Dragonowiczowi, wyjechał więc ten ostatni, otrzymawszy sute honorarjum.
W przedpokoju Dragonowicz znalazł kamerdynera, Krzysztofa, i zwyczajnego lokaja. Pan Krzysztof kazał ubrać lokajowi pana doktora do podróży, a pan doktór prosił pana Krzysztofa, aby tenże powiedział lekarzowi z Warszawy, że jest chłystkiem.
Krzysztof zdumiał się.
— Pozwoli sobie pan doktór zrobić uwagę — rzekł — że ja tamtego pana mam przyjemność znać, i że...
— Cóżto, byliście w jednej restauracji? — spytał Dragonowicz z najwyższą wściekłością.
Wyglądało to na obelgę, ale pan Krzysztof nie stracił zimnej krwi.
— Ja w restauracjach nie przesiadywałem — odparł z godnością — a tamtego pana spotykałem w takich towarzystwach, w jakich pan doktór — nie bywa!...
To powiedziawszy, odszedł bez pożegnania, a następnie oświadczył pani baronowej, że stary doktór jest źle wychowany, i że on, pan Krzysztof, nie będzie mu już nigdy robił honorów, albo prosi o dymisją.
Tym sposobem młody lekarz stał się panem placu i mógł leczyć chorą bez przeszkód.
Zajął się Anielką energicznie. Całe godziny spędzał przy jej łóżku, sam podawał lekarstwa, wino, dysponował buljony, pukał, słuchał, mierzył temperaturę. Lecz gdy baronowa pytała go, co sądzi o pacjentce, potrząsał głową i odpowiadał stylem kwiecistym:
— Chora przechodzi przez wąską kładkę, z której łatwo spaść i która również łatwo może się załamać. Ale...
W tem miejscu schylił głowę i rozłożył ręce.
Natura ma swoje środki! — dokończył.
— Więc stan jest rozpaczliwy? — spytała niespokojnie baronowa.
— Do ostatniej chwili nie należy tracić nadziei...
— Kiedyż spodziewa się doktór przesilenia?
— W malarji niema przesilenia. Jest tylko stopniowe zwolnienie rozwoju choroby i upadku sił, no — a potem wyzdrowienie.
— Czy wypada przyśpieszyć powrót ojca chorej? — pytała dama.
— Nie zaszkodzi. Może to nawet wywrzeć pewien korzystny wpływ na system nerwowy.
— A arendarz z ich majątku czy może odwiedzić chorą?... To dobry Żyd... On tak pragnie zobaczyć ją...
— Owszem! — odparł doktór.
Na zasadzie tego „owszem“ Szmul uzyskał prawo odwiedzenia Anielki. Miał ją zobaczyć pierwszy raz od kilku tygodni. Uwiadomiła go o tem pani Wichrzycka, której Szmul nie omieszkał spytać:
— Z przeproszeniem pani... Czy od tej słabości nie można się zarazić?
— Skądże znowu?
— Bo, widzi pani, ja mam dzieci — i... w tych czasach bardzo wiele interesów.
— A dajże mi Szmul spokój! Sam Szmul chciałeś tam pójść, a teraz boisz się?...
W arendarzu ocknął się duch Machabeuszów, plunął na rękę, przygładził nią włosy i — nieco blady — począł przebierać nogami, jak ognisty rumak przed bitwą.
Już mieli iść, gdy nagle pani Wichrzycka, przypomniawszy sobie coś, wzięła z biurka spory flakon i obficie oblała kapotę Szmula wodą kolońską.
— Czy to od zarazy? — spytał, kręcąc nosem.
— Od zarazy.
Wyszli. W sieni spotkał ich kamerdyner, Krzysztof, który obejrzał arendarza od stóp do głów i zapytał:
— Cóż, pan Szmul dziś uperfumowany?...
— To tak pani Wichrzycka... — odparł Szmul.
W dalszych pokojach zetknęli się z lokajem, który ze śmiechem zawołał:
— A to dopiero zalatuje od Szmula!...
Żyd zmieszał się.
Potem spotkał ich młody doktór, i ten znowu począł uważnie przypatrywać się arendarzowi, który pachniał, jak ekstrakt wody kolońskiej.
Wkońcu nawinęła się karbowa.
— O la Boga, Szmulu! — zawołała — a dyć was tak czuć, jak samą jaśnie panią...
Arendarza pot oblał. Nie myślał on już o Anielce, ani o zaraźliwości choroby, ale o tem, ażeby ukryć swoją hańbę. Zdawało mu się bowiem, że miła woń, jaką dokoła rozlewał, jest występkiem cięższym, aniżeli kradzież i oszustwo, za które także wytykają człowieka palcami.
Gdy znalazł się w salonie, gdzie leżała chora, on, taki zwykle sprytny, stracił wszelką władzę nad sobą i pragnął ukryć się choć w mysiej jamie.
— Przyprowadziłam pannie Anieli Szmula — odrzekła Wichrzycka.
Dziewczynka uśmiechnęła się.
— Gdzie jest Szmul? — zapytała.
— Ja tu jestem — odparł, chowając się za Wichrzycką.
— Aha! Jak się macie Szmulu?... Nie przywieźliście mi ani razu listu od mamy... Ja nie wiem nawet, gdzie jest mama i co się z nią dzieje.
W tej chwili ciotka Andzia zaczęła dawać jakieś znaki Szmulowi. Anielka spostrzegła to i zlękła się.
— Szmulu! — zawołała — gdzie jest moja mama?... Co mu tak ciocia pokazuje rękami?...
— Jaśnie pani zdrowa jest! — odezwał się Żyd zmienionym głosem.
Anielka wpadła w rozdrażnienie.
— Dlaczego Szmul taki niespokojny?... Chodźcie-no do mnie, Szmulu!... przysuńcie się...
— Idźcie, Szmulu! — rzekła pani Wichrzycka.
— Chodźcie tu, Szmulu! — mówiła ciotka.
Ale Szmul ani myślał zbliżyć się do łóżka.
— Czy wy boicie się mnie? — pytała Anielka. — Czy ja taka chora, że już do mnie przyjść bliżej nie można?...
— Przepraszam bardzo — wyjąkał Żyd. — Ja nie dlatego, że panienka chora, nie chcę iść, ale dlatego, że ja... troszkę śmierdzę...
Ja tu potem wstąpię — rzekł i prędko wybiegł z pokoju.
Wichrzycka ze śmiechem powiedziała, jako Szmul wstydzi się tego, że został uperfumowany, a ciotka Andzia potakiwała jej. Lecz Anielki nie można było uspokoić. Od tej chwili mówiła wciąż, że jest śmiertelnie chora i że mama musi być także chora.
— Już ja pewnie umrę, ciociu — szeptała z bolesną rezygnacją. — Niech ciocia modli się za mnie... Możeby księdza sprowadzić?...
Ciotka była w rozpaczy.
— Co ty mówisz o śmierci, dziecino kochana?... Co się tobie przy widuje?... Przecież tu jest doktór, który cię codzień bada, a jednak nic podobnego nie przypuszcza...
Anielka przez chwilę milczała, a potem znowu szepnęła:
— Zawsze niech mi ciocia księdza poprosi.
Pani Anna była kobietą pobożną i wierzyła w natchnienia.
— Ha! moje dziecko — rzekła — jeżeli chcesz, to ci poproszę księdza. Wiadomo, że nieraz Ciało i Krew Pańska prędzej ludziom zdrowie przywracały, aniżeli wszystkie lekarstwa.
A w duchu dodała:
I jużci lepiej jest umrzeć z Bogiem, jeżeli już tak ma być!
Gdy zawiadomiono panią baronowę, że chora chce księdza, dama bardzo przestraszyła się. Dostała bicia serca, wysłała dwie depesze do pana Jana, ażeby nie zwłóczył z powrotem, i poczęła wypytywać doktora, czy tak straszna ceremonja nie pogorszy choroby dziecka.
— I... nie! — odparł. — Podobny akt może nawet zbawiennie oddziałać na jej system nerwowy, jeżeli chora sama sobie życzy.
— A jakiż jest stan jej? czy rzeczywiście rozpaczliwy?...
Doktór wysoko podniósł brwi.
— Proszę pani, natura ma środki, jakich my nie domyślamy się nawet!
Baronowa wniosła z tych wyrazów, że niema już żadnej nadziei, wysłała do pana Jana trzecią depeszę i zamknęła się w swym pokoju.
W pałacu i na folwarku poczęto mówić, że z Anielką jest źle.
W nocy wysłano najpiękniejszy ekwipaż na stacją drogi żelaznej, naprzeciw pana Jana. Około dziesiątej rano przyjechał proboszcz.
Zawiadomiono Anielkę i ubrano ją w nową bieliznę. Dziewczynka z zajęciem przypatrywała się swemu kaftanikowi haftowanemu, służbie chodzącej na palcach, łzom ciotki i przerażeniu karbowej. Szczególną jakąś przyjemność sprawiała jej myśl o tem, że wszyscy tak dziś biegają około niej, że ona będzie się spowiadać i że umrze, jakby jaka osoba dorosła!
Ciotka Andzia dostrzegła, że Anielka jest spokojniejsza i wcale nie majaczy.
Doniosła jej więc, że lada chwilę przyjedzie ojciec.
— Tak... A to dobrze! — odparła Anielka.
Przed spowiedzią lekarz zbadał jeszcze raz chorą, zmierzył temperaturę i zamyślił się. Następnie kazał jej podawać jak najczęściej stare wino, zamknąć żaluzje, gdyż Anielkę blask raził, i — poszedł na wieś odwiedzić kilku pacjentów. Ciocia Andzia przysunęła fotel do łóżka i oparła dziewczynkę na poduszkach w postawie siedzącej.
— Wie ciocia, że dzisiejszej nocy śniło mi się niebo. Widziałam tam wiele wysp, jakby ze złota, na morzu zielono-złotem, ale to tak wydawało się tylko — zdaleka. Zbliska niebo wygląda jak ziemia. Są tam drzewa, trawniki, kwiaty, tych samych kolorów, co i u nas, tylko jeszcze piękniejszych. Po jednym ogrodzie chodziła mama, a przed nią biegł Karusek... Jacy byli śliczni oboje!... Wołałam na nich, ale nie słyszeli mnie.
Nareszcie obudziłam się...
— Uspokój się, moje dziecko, zmów paciorek... — prosiła ciotka, widząc, że Anielkę zmęczyło to opowiadanie, i że rumieńce wystąpiły jej na twarz.
W uchylonych drzwiach ukazał się stary proboszcz w białej komeżce. Anielkę nagły strach ogarnął.
— Czy to już ksiądz przyszedł? — zawołała. — O, jakże ja się boję!... Dlaczego tu tak ciemno?... Jak tu ciemno!...
— Oczy cię bolały, i dlatego doktór kazał przymknąć żaluzje — szeptała ciotka.
— Już mnie nie bolą — przerwała Anielka. — Otwórzcie choć jedno okno. Zdaje mi się, że już jestem na cmentarzu, w tej kaplicy, gdzie leżą dziadek i babcia.
— Otwórzcie okna! — odezwał się proboszcz, siadając przy chorej.
Skrzypnęły żaluzje, i jasny dzień wlał się do ponurego salonu. Ciotka wyszła, zakrywając oczy, ksiądz szeptał po łacinie, a za oknem wtórował mu szelest drzew i świergot ptaków.
— Módl się, moje dziecko... — rzekł proboszcz.
— Jak tam ładnie!... — odezwała się Anielka, wskazując na ogród. — Boże mój, Boże!... czy ja kiedy zobaczę dom nasz... mamę moją kochaną?...
Potem zaczęła bić się w piersi i spojrzała na księdza, czekając jego pytań.
— Byłaś, moje dziecko, u spowiedzi przed Wielkanocą?
— Tak.
— Dobrze, moje dziecko. Trzeba przynajmniej raz na rok spowiadać się. A na mszy świętej bywałaś każdej niedzieli?
— Nie.
— Więc zapewne modliłaś się w domu?
— Niezawsze — odparła Anielka, spuszczając oczy. — Czasami biegałam po ogrodzie i bawiłam się z Karuskiem.
— Można się bawić w święta, ale zawsze trzeba się choć trochę pomodlić. A paciorek odmawiałaś codzień rano i wieczór?...
Anielka zamyśliła się.
— Raz, wieczór, nie mówiłam pacierza.
— Z jakiegoż to powodu?
— Siedziałam długo przy mamie i zasnęłam na krześle...
Potem dodała z drżeniem w głosie:
— Wtedy nam się dom spalił... Może to za moje grzechy? — spytała, patrząc bojaźliwie na proboszcza.
Spowiednik zakłopotał się.
— Nie jestem pewny, moje dziecko — rzekł — ale, zdaje mi się, że nie... Słuchałaś też rodziców, chętnie wypełniałaś ich rozkazy?...
— Nie — szepnęła Anielka. -— Ojciec nie kazał mi rozmawiać z Gajdą, a ja rozmawiałam...
— Trzeba, moje dziecko, zawsze spełniać wolę rodziców, bo oni nic nie nakazują bez powodu. Pocóżeś rozmawiała z tym człowiekiem?
— Prosiłam go, żeby córki swej nie bił... Ona taka mała...
— Aha!... Moje dziecko... moje dziecko... To dobrze, żeś prosiła, ale rodziców zawsze słuchać potrzeba... A nie wzywałaś kiedy imienia boskiego nadaremnie?...
— Tak.
— Doprawdy? — rzekł proboszcz. — Iz jakiegoż to powodu, moje dziecko...
— Prosiłam Boga, ażeby ojca do nas przysłał... potem mamę...
— Aha!... Moje dziecko...
Proboszcz dobył fularową chustkę i obtarł nos.
— Czy już nic nie pamiętasz, moje dziecko?...
— Nic...
— Bij się w piersi, moje dziecko, i mów: „Boże bądź miłościwi...“ A za pokutę zmów jeden pacierz na intencją wszystkich grzeszników.
Odmówił nad nią modlitwę głosem zmienionym i prędko wybiegł z salonu, unikając spotkania z ludźmi.
Młody doktór powracał właśnie ze wsi do pałacu, gdy pędem przeleciała obok niego kareta, zaprzężona w cztery konie. Lekarza coś tknęło i przyśpieszył kroku.
— To ojciec chorej! — pomyślał. — Żeby choć zaraz nie wpadł do niej, bo mi całą robotę zepsuje.
I począł biegnąć kłusem.
Ale kareta wyprzedziła go znakomicie. Ledwie stanęła przed gankiem, wyskoczył z niej pan Jan, serdecznie powitał gospodynią domu, która wyszła na jego spotkanie, i zażądał, aby go natychmiast zaprowadzono do córki.
— W tej chwili ksiądz od niej wyszedł! — ostrzegła go baronowa.
Pan Jan zatrząsł się.
— Prowadźcie mnie do niej, niechże chociaż ją zastanę przy życiu... Na mojej drodze stają wciąż trumny i groby!...
Ciotka Andzia pośpieszyła naprzód; za nią pan Jan i baronowa weszli do salonu chorej.
— Jestem już... jestem, moja dziecino!... — zawołał troskliwy ojciec, biegnąc do łóżka.
Anielka ucieszyła się, choć nie tak gwałtownie, jak przewidywał lekarz.
— O, jak to dobrze, że tatko już przyjechał... Nam tak było źle...
Pan Jan ściskał ją i całował.
— Wiem, że było wam źle na tym przeklętym folwarku, który obecnie sprzedałem. Ale zacna baronowa Weiss, dowiedziawszy się...
— Weiss?... — spytała Anielka, szeroko otwierając oczy. Przyszła jej na myśl mimowoli podsłuchana rozmowa ojca ze Szmulem.
— Tak, jesteście przecież w domu pani Weiss... — odparł zdziwiony pan Jan.
Teraz Anielka zaczęła przypatrywać się ojcu uważniej — i przy kołnierzu czarnego surduta dostrzegła dwie białe tasiemki.
— Co to?... żałoba?... — zapytała, drżąc. — Po kim tatko w żałobie?...
Nagle błysnęła jej jakaś myśl.
— Mama nie żyje!... — krzyknęła, zasłaniając rękoma oczy — i upadła na poduszki.
Ojciec pochylił się nad nią.
— Anielciu!... uspokój się! — mówił. — Anielciu!... Anie... O, Boże...
I ukląkł przy łóżku.
Dziecko leżało blade, bez ruchu.
W tej chwili wbiegł do salonu doktór. Widząc, że ciotka Andzia zanosi się od płaczu, że baronowa zdaje się być bliska zemdlenia, a pan Jan klęczy, odgadnął coś niedobrego. Zbliżył się do Anielki, wziął ją za puls... Posłuchał oddechu... Anielka już nie oddychała.

— — — — — — — — — — — —

Pan Jan ożenił się z panią Weiss w karnawale — i już podobno w wielkim poście został pod pantoflem drugiej małżonki swojej, osoby, jak się następnie okazało, bardzo energicznej. Dała ona władcy serca swego, wzamian za piękne nazwisko, wszelkie wygody, ale ograniczyła jego wydatki pozadomowe. Dzięki tajemnej interwencji Szmula, pan Jan prawie nie mógł długów zaciągać, a że i sąsiedzi niebardzo chętnie podejmowali go, zasiedział się w domu żony i — począł tyć.
Józia pieści macocha, lecz pomimo to ujęła wychowanie jego w pewne karby. Rośnie więc chłopak na przyzwoitego panicza.
Nareszcie Szmul, otrzymawszy młyn od pani Weiss, wciąż powiększa swoją fortunę, a karbowy, Zając, dostał obowiązek w majątku pani Janowej.
Szkoda tylko, że nieborak od owej znajomości z karczmą, zrobionej pod wpływem tęsknoty za pustym folwarkiem, zagląda dosyć często do kieliszka i jest źle traktowany przez żonę.

KONIEC TOMU TRZECIEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.