Anielka (Prus)/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Anielka
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom VII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XV

POCZĄTKI CHOROBY.

— — — — — — — — — — — —

Anielka, ocknąwszy się, poczęła myśleć.
Więc to już zima?!
Chłodne powietrze mrozi płuca. Dokoła leży gruba warstwa śniegu. Tonie się w nim jak w puchu, do kostek, do kolan, do pasa nawet, do ramion... Już nie widać nic, tylko do nóg, do piersi sunie się przejmujące zimno, powoli, szeroko...
Jakim sposobem wpadła w śnieg?
Nie, ona przecie nie leży w śniegu, tylko w swoim pokoju na łóżku. Jak tu dobrze! Jest wprawdzie zimno, ale — to na dworze zimno. Jej przecie gorąco. Dotyka ręką czoła... Jak pali... Ale co?... czoło czy ręka?...
Podczas zimowego poranka doskonale jest leżeć w ciepłej pościeli i przysłuchiwać się skrzypiącemu na dworze śniegowi. Która też godzina?... Anielce nie chce się wstać. Na wspomnienie chłodnej jak lód podłogi przebiega ją dreszcz od stóp do głów, a potem wdziera się do głębi i przeszywa nawskróś. Niema w niej ani jednej fibry, któraby nie drżała.
Może ją zaraz zbudzą?... Która to może być godzina?... Czy ma wysunąć głowę z pod kołdry i spojrzeć, czy też czekać, aż zegar sam wybije?... Musi być jeszcze rano...
Poczęła myśleć o lekcjach. Co to dziś mamy?... Dziś mamy... dziś mamy...
Dziś mamy...
Świadomość jej nie mogła wyjść poza obręb dwu wyrazów. Jakie to dziwne, ażeby człowiek powtarzał wkółko dwa wyrazy i nie wiedział nic już ani przed niemi, ani za niemi...
Trzeba sobie przepowiedzieć historją. Co to było?... Zaraz... A!...
„Dzieło, zaledwie rozpoczęte przez Karola Martela i Pepina, rozszerzył i dokończył Karol Wielki. Nietylko posiadał on więcej genjuszu, niźli ojciec i dziad, ale okoliczności...“
Okoliczności... Co to dziś mamy?... Mamy zimę. Skądże znowu? W zimie jest mróz, a mnie tak gorąco. Dzień strasznie gorący. Kiedy przyłożę rękę do czoła, to mnie pali... Jaki pot...
„Dzieło, zaledwie rozpoczęte przez Karola Martela i Pepina...“
Panno Walentyno!...
Anielka usiadła, odrzuciła kołdrę i poczęła na cały głos wołać:
— Panno Walentyno!
Na chwilę otworzyła oczy, ale wnet przymknęła, bo ją raził blask tak silny, że powieki nie stanowiły dostatecznej ochrony od niego. Oparła twarz na rękach i zacisnęła oczy końcami bladych palców.
— Czego ty chcesz, Anielciu? — odezwał się Józio.
Czy nie mogła poznać głosu brata, czy nie obchodziło ją pytanie, dość — że milczała.
Józio targnął ją za rękę.
— Co tobie jest? — pytał. — Co ty mówisz?
— Która godzina? — odparła Anielka, nie odsłaniając twarzy.
A potem mówiła jakby do siebie:
— Czy panna Walentyna... Czy panna...
— No, Anielciu! — wołał Józio. — Co ty robisz?... Nie figluj tak... Ty przecie wiesz, że ja się boję...
Anielka upadła na poduszkę, odwracając się od niego.
— Karbowa! chodźcie-no tu — wołał Józio. — Zobaczcie, co Anielci jest...
Anielcia uczuła, że ją ktoś łagodnie unosi na rękach, szepcząc:
— Panienko!... paniunciu!...
Otworzyła oczy.
Izba odrapana. Przez otwarte drzwi widać sień i kawałek podwórka. Przez małe okienko zagląda wesoło słońce i rzuca złoty blask na czarne klepisko.
Teraz Anielcia poznała karbowę, a za nią — przestraszonego Józia. Przypomniała sobie, że jest na folwarku i że niedawno widziała się z ciotką.
— Czy tu była ciocia?
— Była wczoraj — odpowiedziała karbowa.
— A która godzina?
— Rano jeszcze, niech panienka śpi...
— Co tobie, Anielciu? — pytał Józio.
— Mnie?... Nic... Albo ja wiem!... — odparła z uśmiechem.
Potem dodała:
— Przecież śniegu niema na dworze?...
— Dlaczego ty tak mówisz?... Co ty mówisz, Anielciu?...— wołał zatrwożony Józio.
— Gorączkę ma panienka — rzekła karbowa.
Pali paniuncię we środku?...
— Pali.
— I trzęsie.
— Trzęsie.
— Pić się paniunci chce?...
— O, pić!... pić!... dajcie pić!... Prawda, zapomniałam, że mi się pić chce... — odparła Anielka.
Józio wybiegł do sieni i przyniósł garnuszek wody. Anielka zaczęła ją pić chciwie, lecz wnet odtrąciła z obrzydzeniem.
— Gorzka woda! — szepnęła.
— Nie, Anielciu, to dobra woda!... — upewnił Józio.
— Dobra woda?... Tak... Ale ja nie chcę pić, tylko jeść... Zresztą nic nie chcę... Spać pójdę...
Karbowa ułożyła ją ostrożnie, otuliła, a potem wyprowadziła Józia na podwórko.
Chłopcu zbierało się na płacz.
— Anielcia jest chora — mówił. — Trzeba mamie dać znać. Dlaczego mama nie przyjeżdża?...
— Cicho, paniczu!... Anielcia ma gorączkę i wydają się jej różne rzeczy. Ale to minie, żeby tylko pani ciotka szczęśliwie wróciła i zabrała was stąd. Ty, paniczu, biegaj se po dworze i nie wchodź do izby; ja sama Anielci dojrzę...
Zostawszy na dziedzińcu, Józio wciąż myślał: co może być Anielce? i machinalnie zbliżył się do studni. Zbutwiała, zieloną pleśnią okryta cembrowina tak niewysoko wznosiła się nad ziemię, że chłopczyk mógł zajrzeć do wnętrza.
Zobaczył taflę wody, podobną do czarnego lustra, a w niem swój wizerunek jakby w ramy ujęty, na tle pogodnego nieba, które w głębi zdawało się być ciemniejsze niż na dworze. Ze starych desek cembrowiny krople niekiedy padały na wodę, wydając różnej wysokości tony ciche. Były one podobne do brzęku odległych dzwonków. Niekiedy ptak przelatywał nad studnią, a wówczas zdawało się Józiowi, że to tak głęboko coś lata.
— Czy to jest tamten świat? — myślał Józio i w dalszym ciągu wyobrażał sobie srebrne pałace ze złotemi dachami, drzewa, rodzące drogie kamienie, i ptaki, które przemawiały ludzkim językiem. Słyszał on niegdyś o tych rzeczach od piastunki, a może i od matki. Pamiętał nawet, że kraje te zwiedził pewnego razu chłopczyk w jego wieku i przyniósł z nich lampę czarodziejską.
Ułożył sobie projekt, że gdy urośnie, to puści się do podziemnej krainy. Dopieroż będzie miał o czem opowiadać!... Tymczasem spojrzał jeszcze raz na chatę, w której leżała chora siostra, a potem — wziąwszy stare sito, poszedł między kępy ryby łapać. Wkrótce zapomniał o chacie, siostrze i tamtym świecie, pogrążony w zabawie.
Anielka wciąż bredziła.
Chwilami wiedziała, gdzie jest, patrzyła na karbowę, krzątającą się około komina, i słyszała żwawe gulgotanie gotującego się krupniku.
Potem, zdawało się jej, że chodzi po cienistym lesie, po mchu ciemno-zielonym i miękkim, i że niewiadomo skąd dolatuje ją zapach malin. To znowu nie widziała, nie słyszała i nie czuła nic.
Znęcone ciszą, wysunęły się na środek izby dwa białe króliki. Większy znalazł kilka listków zieleniny i jadł ją, zwróciwszy na Anielkę czerwone oko. Mniejszy chciał także skosztować, ale ponieważ był nieśmiały, więc ruszał tylko długiemi wąsami i co chwilę służył jak piesek.
— Karuś! — zawołała Anielka, patrząc na nich.
Króliki nadstawiły długich uszu i zobaczywszy wyciągniętą rękę dziewczynki, uciekły do swej nory, mocno rzucając tylnemi nogami.
— Karusek! — powtórzyła Anielka.
Przybiegła karbowa.
— To króliki, panienko!... cicho!... cicho!... Nie boli paniuncię główeńka?...
Anielka, patrząc błyszczącemi oczyma w twarz karbowej, rzekła z uśmiechem:
— Nie żartujcie!... Przecież tu był Karusek w tej chwili... lizał mnie nawet po ręku... O! patrzcie, jeszcze wilgotna...
I zbliżyła do oczu swoją szczupłą, rozpaloną rączynę.
Kobieta pokiwała głową.
— Czekaj, paniunciu, przyrządzę ci lekarstwa. Zaraz złe odejdzie.
Ledwie znikła w sieni, Anielka zapomniała o niej i znowu wpadła w gorączkowe marzenie. Teraz już nie przedstawiał się jej żaden przedmiot wyraźny, tylko jakieś pole równe, gładkie i nieskończenie długie. Ciągnęło się ono za podwórze, za błota, za lasy na widnokręgu i sięgało gdzieś aż za krawędź nieba. Gdy Anielka na równinie tej położyła rękę, ręka sunęła się tak lekko, że pobiegła za podwórze, za błota, za lasy i gdzieś między gwiazdami utonęła.
Potem znowu widziała jakieś ściany gładkie i nieskończenie wysokie, ale wówczas zrobiło się jej tak ciężko, jakby na nią zwalił Bóg ziemię, słońce i wszystkie gwiazdy firmamentu. Pod tym niezmiernym uciskiem, dusza dziewczynki kurczyła się, malała, zanurzała się w jakichś gęstych i zbitych przestrzeniach i nikła, nikła, nie mogąc nawet przypomnieć sobie, gdzie zaczął się początek jej istnienia.
Nagle, w przestworzach tych uczuła jakiś ruch. Zdawało się, że tuż obok niej drgnął niezmiernej wielkości przedmiot i sunie się od wschodu ku zachodowi słońca, ogarniając cały widnokrąg. Otworzyła oczy i zobaczyła, że to karbowa odsuwa jej własną rękę i kładzie jej kawałek chleba pod pachę.
Włożywszy chleb i nakrywszy dziewczynkę zniszczoną kołdrą, karbowa zapytała:
— Cóż nie lepiej ci, paniunciu?
Anielka chciała odpowiedzieć, że jest jej zupełnie dobrze, lecz zamiast tego wyszeptała kilka niewyraźnych dźwięków.
Wówczas karbowa zapaliła gromnicę, nakapała wosku w garnuszek z wodą, a później kazała to wypić Anielce. Chora machinalnie połknęła wodę, dziwiąc się jej metalicznemu smakowi.
— Nie lepiej ci, paniunciu?...
— Och!...

Karbowa postanowiła uciec się do najsilniejszego środka. Ująwszy w obie ręce swój fartuch, zwinęła na nim trzy fałdy, mówiąc powoli i z przerwami:

Miała święta Otalja trzy córki:
Jedna przędła...
Druga motała...
A trzecia urok...
Świętym pańskim odczyniała.


Przy ostatnich słowach rozwinęła z szelestem fartuch przed oczyma Anielki.
— Nie lepiej ci, paniunciu?...
— Czy ciocia jest jeszcze?... — spytała chora. Karbowa po raz drugi poczęła zwijać fałdy na fartuchu.

Miała święta Otalja trzy córki:
Jedna przędła...
Druga motała...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.