Ania z Wyspy/Rozdział XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXI.
List Ani do Filipy.

„Moja kochana, najwyższy już czas, żebym do Ciebie nareszcie napisała. Jestem znowu nauczycielką wiejską, w Valley Road, mieszkam w „Zaciszu“, w domu panny Janiny Sweet. Janina jest poczciwą i bardzo łagodną osóbką. Jest wysoka, ale nie za wysoka, silna, ale z pewnym umiarem kształtów. Ma piękne, miękkie, wijące się, kasztanowate włosy, przetykane nitkami siwizny, słoneczną twarz o różowych policzkach i wielkie, miłe oczy, błękitne jak niezapominajki. Poza tem jest jedną z owych wspaniałych kucharek, które ani krzty nie troszczą się o to, czy zepsują człowiekowi żołądek, póki mogą mu dawać smakowite, tłuste kąski.
Lubię ją i ona mnie lubi. Prawdopodobnie dlatego, że miała siostrę, imieniem Ania, która młodo umarła. „Cieszę się, że panią widzę“, powiedziała szorstko, gdy przybyłam do jej domu. „O Boże, nie wygląda pani ani trochę tak, jak się spodziewałam. Byłam pewna, że pani jest brunetką, moja siostra Ania była brunetką. A tymczasem pani jest ruda“.
Przez kilka minut zdawało mi się, że Janina nie będzie mi się tak podobała, jak się początkowo spodziewałam, ale potem uświadomiłam sobie, że muszę być bardziej wyrozumiała i nie uprzedzać się do człowieka dlatego tylko, że nazwał moje włosy rudemi. Prawdopodobnie określenie „brunatne“ nie istniało wogóle w słowniku Janiny.
„Zacisze“ jest miłą, małą posiadłością. Dom jest mały i biały i leży w przepięknej dolince, na uboczu od drogi. Między drogą a domem znajduje się ogród owocowo-kwietny. Droga do drzwi frontowych przystrojona jest muszlami. Mam miły, niewielki pokój, nawprost saloniku, dostatecznie duży, akurat dla mnie i mego łóżka.
Salonik jest mały i zaciszny. Jedyne jego okno zasłonięte jest przez wielką wierzbę, tak że pokój sprawia wrażenie groty o szmaragdowym półmroku. Na krzesłach są cudowne pokrowce, na podłodze dywaniki, a na okrągłym stole ułożone są starannie książki i widokówki. Wazony z suchemi trawami stoją na gzymsie kominka.
Naogół bardzo tu jest miło, i powiedziałam to Janinie. Polubiła mnie za to, podobnież, jak znienawidziła biedną Elżunię, która oświadczyła, że cień był niehigieniczny i nie chciała sypiać pod pierzyną. Ja się doskonale czuję pod pierzyną. Janina powiada, że miło jej patrzeć, jak jem. Obawiała się, że będę taka jak panna Haythorne, która nie chciała nic jeść prócz owoców i herbaty na śniadanie i starała się nakłonić Janinę, aby przestała piec i gotować. Elżunia jest w istocie miłą dziewczyną, ale jest trochę skłonna do kaprysów. Najgorsze jest, że nie posiada dość wyobraźni i cierpi na nieregularne trawienie.
Janina powiedziała mi, że jeśli będą mnie odwiedzali panowie, mogę używać salonu. Nie sądzę, abym miała wielu gości. Nie widziałam jeszcze w Valley Road młodzieńca, prócz parobka z sąsiedztwa, Sama Tollivera, bardzo wysokiego, zgrabnego, płowowłosego chłopaka. Niedawno przyszedł wieczorem i siedział przez godzinę na płocie ogrodowym wpobliżu pokoju frontowego, gdzie Janina i ja zajmowałyśmy się naszemi ulubionemi robótkami. Jedyna uwaga, jaką wypowiedział dobrowolnie przez cały czas, była: „Może panienka chce mięty? To dobre na katar!“
Ale rozgrywa się tu jednak historja miłosna. Zdaje mi się, że przeznaczeniem mojem jest bywać mniej lub bardziej czynnie wmieszaną w stare historje miłosne. Państwo Irving powiadają zawsze, że ja doprowadziłam ich małżeństwo do skutku. Ludwik Speed i Teodora Dix takżeby się pewnie nigdy nie pobrali, gdybym im nie dopomogła.
W obecnej historji jestem tylko biernym widzem. Próbowałam raz dopomóc do rozwoju wypadków, ale sprawiłam wielkie zamieszanie. Więc się już nie będę wtrącała. Opowiem ci o tem wszystkiem, gdy się znowu zobaczymy“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.