Ania z Wyspy/Rozdział XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVIII.
Wieczór czerwcowy.

— Ciekawam, jakie byłoby życie w świecie, gdzie panowałby stale czerwiec, — rzekła Ania, zbliżając się do Maryli i pani Linde, które siedziały na schodkach przed domem, rozmawiając o pogrzebie ciotki Atosy, której oddano dzisiaj ostatnią posługę.
Tola siedziała między niemi, pilnie odrabiając lekcje. Tadzio rozsiadł się na trawie, posępny i zadumany.
— Pewnie ci się już czerwiec znudził, albo jesteś zmęczona? — odpowiedziała Maryla z westchnieniem.
— To może prawda, ale czuję, że niełatwo znudzić się może czerwiec, gdy jest tak piękny jak dzisiaj. Wszyscy lubią czerwiec. Tadziu, skąd ta melancholijna listopadowa mina w okresie rozkwitu wiosny?
— Jestem chory i zniechęcony do życia, — odparł młody pesymista.
— W dziesiątym roku życia? Boże wielki, jakie to smutne!
— To nie żarty, — rzekł Tadzio z powagą. — Jestem zniechęcony, — powtórzył z odważnym wysiłkiem.
— Dlaczego i przez co? — zapytała Ania, siadając obok niego.
— Ponieważ nowa nauczycielka, która przybyła do nas, gdy pan Holmes zachorował, zadała mi na poniedziałek dziesięć ćwiczeń rachunkowych. Zajmie mi to jutro cały dzień. To nieładnie pracować w niedzielę. Emilek Boulter powiada, że onby tego nie zrobił, ale Maryla mówi, że muszę. Ani trochę nie lubię panny Carson.
— Nie mów w ten sposób o swojej nauczycielce, Tadziu, — rzekła pani Linde surowo. — Panna Carson jest bardzo miłą osobą.
— No, Tadziu, opanuj się, — rzekła Ania. — Jutro jest znowu dzień. Pomogę ci w miarę możności. Nie psuj sobie tej czarownej godziny między jasnością a mrokiem i nie trap się teraz matematyką.
— Dobrze, usłucham cię, — rzekł Tadzio, rozjaśniając twarz. — Jeżeli mi pomożesz w lekcjach, skończę je dość jeszcze wcześnie, żeby jeszcze zdążyć z Emilkiem na ryby. Szkoda, że pogrzeb starej ciotki Atosy nie przypadł na jutro zamiast na dzisiaj. Chciałem koniecznie pójść, bo Emilek powiada, że jego mama mówiła, że ciotka Atosa wstanie z trumny, aby zadrwić z ludzi, którzy przyszli na jej pogrzeb. Ale Maryla mówi, że nie zrobiła tego.
— Biedna Atosa leżała spokojnie w swojej trumnie, — rzekła pani Linde uroczyście. — Nigdy jeszcze nie widziałam jej tak łagodnej. Ano, niewiele łez przelano nad jej biedną duszą. Elizjuszowie Wrightowie radzi są, że się jej pozbyli, a ja nie mogę powiedzieć, żebym im to brała za złe.
— Straszne to musi być zejść ze świata i nie pozostawić ani jednej istoty, któraby nad tem bolała, — rzekła Ania z dreszczem zgrozy.
— Biednej Atosy nie kochał nikt, prócz rodziców, to pewne, nawet mąż, — oświadczyła pani Linde. — Była jego czwartą żoną. Był więc przyzwyczajony do małżeństwa. Po ślubie z nią żył jeszcze tylko kilka lat. Lekarz powiedział, że umarł na chorobę trawienia. Ale ja będę zawsze twierdziła, że umarł od języka Atosy. Biedaczka, wiedziała zawsze wszystko o sąsiadach, ale nigdy o sobie. Ale umarła już. A zdaje mi się, że następnem wielkiem wydarzeniem będzie wesele Diany.
— Trudno wprost uwierzyć, że Diana wychodzi zamąż, — westchnęła Ania, spoglądając poprzez drzewa Lasu Duchów w kierunku oświetlonego okna pokoju Diany.
— Nie widzę w tem nic dziwnego, jeżeli robi tak dobrą partję, — rzekła pani Linde z naciskiem. — Alfred Wright posiada piękną farmę i jest wzorem młodzieńca.
— W istocie nie jest on owym dzikim, złym zabijaką, za jakiego Diana chciała niegdyś wyjść, — uśmiechnęła się Ania. — Alfred jest niezwykle dobry.
— Takim właśnie być powinien. Czy chciałabyś, żeby Diana dostała złego męża? Albo czy sama chciałabyś takiego?
— O nie! Nigdybym nie chciała wyjść za człowieka złego, ale pragnęłabym, aby potrafił być złym, lecz nie chciał. Ale Alfred jest beznadziejnie dobry.
— Przyjdzie jeszcze dzień, gdy będziesz miała więcej rozumu, — rzekła Maryla.
Maryla mówiła z goryczą. Była boleśnie rozczarowana. Wiedziała, że Ania odmówiła Gilbertowi. Plotki avonlejskie rozniosły już tę wiadomość, niewiadomo skąd. Może Karol Slone domyślił się tego i domysł ten wypowiedział jako prawdę. Może Diana zdradziła to Alfredowi, a Alfred był niedyskretny. W każdym razie fakt ten był znany. Pani Blythe nie pytała już Ani przy ludziach ani na osobności, czy miała ostatnio wiadomość od Gilberta, lecz mijała ją z lodowatem skinieniem głowy. Ania, która zawsze lubiła wesołą i serdeczną matkę Gilberta, w duchu martwiła się z tego powodu. Maryla nie mówiła nic, ale pani Linde czyniła na ten temat wiele rozpaczliwych napomknięć, aż do czcigodnej tej damy doszła za pośrednictwem matki Moody Spurgeona Mac Phersona nowa plotka, że Ania ma teraz w uniwersytecie nowego „adoratora“, który jest zarazem i bogaty, i piękny, i dobry. Po otrzymaniu tej wiadomości pani Małgorzata powściągnęła język, chociaż w duchu pragnęła jeszcze, aby Ania przyjęła oświadczyny Gilberta. Bogactwo było bardzo pożądane, ale nawet praktyczna dusza pani Małgorzaty nie uważała go za rzecz jedynie ważną. Jeżeli piękny nieznajomy „podobał się“ Ani bardziej niż Gilbert, nie było o czem mówić. Ale pani Małgorzata obawiała się bardzo, że Ania była na drodze do popełnienia błędu i poślubienia człowieka jedynie ze względu na pieniądze. Maryla znała Anię zbyt dobrze, aby się tego obawiać. Ale czuła, że w ogólnym planie coś się ponuro zepsuło.
— Co się ma stać, stanie się, — rzekła pani Małgorzata posępnie. — A co się nie powinno stać, także się niekiedy staje. Mam nadzieję, że w sprawie Ani wszystko będzie dobrze, jeżeli Opatrzność nie pomiesza jej szyków.
Pani Małgorzata westchnęła. Obawiała się, że Opatrzność wmiesza się do sprawy, a ona sama bała się to uczynić.
Ania zeszła do Fontanny Driad i usiadła tam między wysokiemi paprociami u stóp białej brzozy, gdzie w ubiegłych latach tak jawnie siadywała z Gilbertem. Po zakończeniu roku uniwersyteckiego Gilbert przyjął znowu pracę w gazecie, a w Avonlea było bez niego bardzo nudno. Nie pisywał do niej nigdy, a Ania odczuwała brak jego listów. Roy pisywał dwa razy tygodniowo. Listy jego były wyszukanemi kompozycjami. Ania czytając jego listy, czuła się bardziej jeszcze zakochana w nim. Ale serce jej nigdy nie zadrgało na widok tych listów tak, jak pewnego dnia, gdy pani Hiramowa Slone podała jej kopertę zaadresowaną prostem, czarnem pismem Gilberta. Ania pobiegła do domu do swojej facjatki i szybko otworzyła list. Znalazła w nim pisany na maszynie odpis sprawozdania jakiegoś stowarzyszenia uniwersyteckiego. Tylko to i nic więcej. Ania spokojnie przeszła przez pokój i usiadła przy stole, aby napisać niezmiernie piękny list do Roya.
Ślub Diany miał się odbyć za pięć dni. Szary dom Barrych pełen był wrzawy, gotowania, pieczenia i smażenia, gdy wesele miało być huczne i staroświeckie. Ania miała być oczywiście druchną, co było umówione, gdy miały dwanaście lat, a Gilbert miał przyjechać z Kingsportu, aby być drużbą. Ania przeżywała podniecenie przygotowań, ale wśród tego wszystkiego trapił ją mały ból. Pod jednym względem traciła przecież swoją starą, drogą przyjaciółkę; nowy dom Diany będzie oddalony od Zielonego Wzgórza o dwie mile, a dawna, nieustanna zażyłość nie będzie mogła nigdy powrócić. Ania spoglądała na oświetlone okno pokoju Diany, przypominając sobie, jak przez wiele lat służyło im ono za drogę porozumiewania się; niezadługo zgaśnie w niem światło. Dwie wielkie, bolesne łzy wezbrały w jej oczach.
„O, — pomyślała, — jakie to okrutne, że ludzie muszą podrastać, żenić się i zmieniać!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.