Ania z Wyspy/Rozdział XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVII.
Wzajemne zwierzenia.

Marzec był tej zimy niezwykle łagodny i przyniósł ze sobą dni świeże i złociste i dźwięczne.
Dziewczęta w „Ustroniu Patty“ znajdowały się pod wrażeniem egzaminów kwietniowych. Uczyły się wytrwale. Nawet Fila zasiadła nad książkami z zapałem, którego trudno się było po niej spodziewać.
— Chcę zdobyć stypendjum Johnsona za matematykę, — oświadczyła spokojnie. — Mogłabym tego łatwo dokonać w greckiem, ale wolę zdobyć matematyczne, gdyż chcę dowieść Januszowi, że jestem niezmiernie mądra.
— Janusz kocha cię bardziej dla twoich wielkich brunatnych oczu i twego uśmiechu, niż dla całego mózgu, jaki kryje się pod twemi lokami, — rzekła Ania.
— Kiedy ja byłam dziewczynką, nie uważano za wytworne, aby kobieta znała się na matematyce, — wtrąciła ciotka Jakóbina. — Ale czasy się zmieniły. Nie wiem, czy na lepsze. Czy umiesz gotować, Filo?
— Nie, nigdy w życiu nie ugotowałam niczego, prócz ciasta miodowego, a i to było spartaczone. Płaskie w środku, a wysokie na brzegach. Znasz ten rodzaj. Ale cioteczko, jeżeli poważnie wezmę się do nauki gotowania, czy sądzisz, że ten mózg, który zdolny jest zdobyć stypendjum matematyczne, nie będzie się też nadawał do nauki gotowania?
— Może, — odpowiedziała ciotka Jakóbina ostrożnie. — Nie ganię wyższego wykształcenia u kobiet. Córka moja ma tytuł magistra sztuk. Umie też gotować. Ale gotowania nauczyłam ją zanim nauczyciel uniwersytecki począł ją uczyć matematyki.
W marcu nadszedł list od panny Patty Spofford, która donosiła, że ona i panna Marja zdecydowały się spędzić w Europie jeszcze rok.
„Możecie więc mieszkać w „Ustroniu Patty“ także przyszłej zimy“, pisała. „Marja i ja pojedziemy przez Egipt: chciałabym przed śmiercią ujrzeć Sfinksa“.
— Wyobraź sobie te dwie damy, podróżujące po Egipcie. Ciekawam, czy oglądając Sfinksa, będą robiły swoją robótkę, — zaśmiała się Priscilla.
— Cieszę się, że możemy pozostać jeszcze rok w „Ustroniu Patty“, — rzekła Stella. — Obawiałam się, że one powrócą. A wtedy nasze wesołe, małe gniazdko byłoby rozbite. A my biedne, nieopierzone pisklęta zostałybyśmy znowu wyrzucone w bezlitosny świat pensjonatów.
— Idę na spacer do parku, — oznajmiła Fila, odkładając książkę. — Zdaje mi się, że gdy będę miała osiemdziesiąt lat, będę rada, że udałam się dzisiejszego wieczora na ten spacer.
— Co przez to rozumiesz? — zapytała Ania.
— Chodź ze mną, a powiem ci, moja droga.
Przechadzając się po parku, dziewczęta rozkoszowały się urokiem tego wieczora marcowego.
— Gdybym wiedziała, jak to zrobić, napisałabym teraz poemat o tym czarownym zachodzie słońca, — oświadczyła Fila, gdy się zatrzymały na otwartem miejscu, gdzie różowy blask padał na zielone wierzchołki sosen. — Tak tu jest cudownie! Ta wielka cisza i te ciemne drzewa, które wydają się zawsze jak pogrążone w zadumie!
— Gdy przechodzę pod sosnami, czuję się zawsze tak bliska Bogu, — odpowiedziała Ania.
— Aniu, jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie! — wyznała nagle Fila.
— Więc pan Blake oświadczył ci się jednak nareszcie? — zapytała Ania spokojnie.
— Tak, a ja w trakcie tego trzy razy kichnęłam. Czy to nie straszne? Ale powiedziałam „tak“ prawie zanim skończył. Bałam się, że się jeszcze odmyśli i urwie. Jestem pijana ze szczęścia. Trudno mi było rzeczywiście uwierzyć, że Januszowi spodoba się tak lekkomyślne stworzenie, jak ja.
— Filo, właściwie nie jesteś lekkomyślna, — rzekła Ania poważnie. — Pod twoją lekkomyślną powierzchnią kryje się poczciwa, wierna dusza kobieca. Dlaczego ją ukrywasz?
— Nie umiem inaczej, Królowo Anno. Masz rację, w głębi serca nie jestem lekkoduchem. Ale dusza moja pokryta jest pewnego rodzaju frywolną skórą, której nie potrafię ściągnąć. Panna Poyser powiada, że trzebaby mię na nowo posiekać i stworzyć inaczej. Ale Janusz zna mnie, jaką jestem w istocie, i kocha mnie, razem z moją lekkomyślnością. I ja jego kocham. Nigdy w życiu nie byłam tak zaskoczona, jak w chwili, gdy się przekonałam, że go kocham. Nigdy mi się nie wydawało możliwem, abym się zakochała w brzydkim mężczyźnie. I pomyśleć, że mogłam się ograniczyć do jednego adoratora! I jeszcze imieniem Janusz. Ale będę go nazywała Jasiem. To takie miłe, krótkie imię. „Alfonsa“ trudniejby mi było zdrobnić.
— A cóż na to Oleś i Alfons?
— O, powiedziałam im podczas Bożego Narodzenia, że nigdy nie wyjdę za żadnego z nich. Zabawnem wydaje mi się teraz, że kiedykolwiek wierzyłam w tę możliwość. Byli tem obaj tak przejęci, że poprostu płakałam nad nimi, ryczałam. Ale wiedziałam, że na całym świecie istnieje tylko jeden mężczyzna, za którego mogłabym wyjść. Raz przynajmniej potrafiłam się zdobyć na decyzję, a przyszło mi to rzeczywiście łatwo.
— Czy sądzisz, że potrafisz też wytrwać w tem nadal?
— W decydowaniu się? Nie wiem, ale Jaś dał mi wspaniałą receptę. Powiada, że gdy znowu będę niezdecydowana, co robić, mam sobie życzyć, aby to było zrobione, gdy będę miała osiemdziesiąt lat. Ale Jaś sam umie się bardzo szybko decydować, byłoby więc źle, gdyby w jednym domu było pod tym względem za wiele zdolności.
— Co powiedzą twoi rodzice?
— Ojciec niewiele powie. Uważa on wszystko, co czynię, za słuszne. Ale matka będzie mówiła. O, język jej będzie tak samo byrnowski, jak jej nos. Ale ostatecznie wszystko się jednak ułoży.
— Będziesz musiała po ślubie z panem Blake zrezygnować z wielu drobnostek, które dotychczas miałaś, Filo.
— Ale będę miała jego. Nie będę żałowała innych rzeczy. Od czerwca za rok weźmiemy ślub. Jaś obsolwuje tej wiosny w St. Columba. Potem weźmie mały kościół misyjny na ulicy Petersona w ubogiej dzielnicy. Wyobraź sobie mnie w ubogiej dzielnicy miasta! Ale poszłabym z nim nawet na lodowe góry Grenlandji.
— I to mówi dziewczyna, która powiadała zawsze, że nie poślubi mężczyzny, któryby nie był bogaty! — rzekła Ania do młodej sosny.
— O, nie wyrzucaj mi błędów młodości! W ubóstwie będę tak samo wesoła, jak byłam za czasów bogactwa. Przekonasz się. Nauczę się gotować i przerabiać suknie. Zakupów nauczyłam się już, odkąd zamieszkałam w „Ustroniu Patty“, a kiedyś przez całe lato uczyłam w szkółce niedzielnej. Ciotka Jakóbina powiada, że jeżeli wyjdę za Jasia, złamię mu karjerę. Ale tak nie będzie. Wiem, że nie mam wiele rozumu, ale mam to, co jest ważniejsze: zdolność czynienia ludzi takimi, jaka ja jestem.
— Filo, jesteś niepoprawna. Ale kocham cię tak bardzo, że nie mogę wygłaszać teraz zdawkowych powinszowań, lecz szczęście twoje serdecznie mnie cieszy.
— Wiem o tem. W twoich wielkich szarych oczach widnieje szczera przyjaźń, Aniu. Przyjdzie dzień, gdy ja spojrzę w ten sposób na ciebie. Poślubisz Roya, prawda, Aniu?
— Moja droga Filipo, czy słyszałaś kiedy o owej słynnej dziewczynie, która odpaliła mężczyznę, zanim się jej oświadczył? Nie chcę jej robić konkurencji, nie mogę więc powiedzieć mężczyźnie „tak“ ani „nie“, zanim mi się oświadczy.
— Cały Redmond wie, że Roy stracił dla ciebie głowę, — rzekła Fila szczerze. — A ty kochasz go także, prawda, Aniu?
— Sądzę... sądzę, że tak, — odpowiedziała Ania, ociągając się.
Czuła, że wyznając to powinna się zarumienić, ale nie zarumieniła się. Rumieniła się natomiast zawsze, gdy w jej obecności wspominał ktoś o Gilbercie i Krystynie. Gilbert Blythe i Krystyna Stuart zupełnie jej nie obchodzili, zupełnie. Ale Ania zrezygnowała z zastanawiania się nad powodem swoich rumieńców. Co do Royala, to oczywiście była w nim zakochana... zadurzona. Jakże mogło być inaczej? Czyż nie był jej ideałem? Kto mógł się oprzeć tym wspaniałym oczom i temu przekonywającemu głosowi? Czyż połowa dziewcząt redmondzkich nie płonęła z zazdrości? I jaki czarowny sonet przysłał jej w dzień urodzin z pudełkiem fiołków! Ania umiała każde słowo tego wiersza napamięć. Gilbert nigdyby się nie zdobył na to, aby napisać sonet o jej brwiach. Ale zato Gilbert znał się na dowcipach. Kiedyś opowiedziała Royowi wesołą anegdotę, a on nie zrozumiał pointy. Przypominała sobie koleżeński śmiech, jakim wraz z Gilbertem zanosili się przy tym dowcipie. To też Ania zastanawiała się, czy życie z człowiekiem, który nie posiadał zmysłu humoru, nie będzie na dłuższy czas nieco niezajmujące. Ale któż mógł wymagać od melancholijnego bohatera, by dostrzegał humorystyczną stronę życia? Byłoby to wręcz niezrozumiałe.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.