Ania z Wyspy/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXII.
Wiosna i Ania wracają na Zielone Wzgórze.

Blask ognia migotał na ścianach kuchni na Zielonem Wzgórzu, gdyż wieczór był chłodny; przez otwarte okno wschodnie płynęły łagodne, słodkie odgłosy nocy. Maryla siedziała przy ogniu — przynajmniej cieleśnie: duchem kroczyła po dawnych drogach, stopami, które znowu stały się młode. Ostatniemi czasy Maryla spędziła w ten sposób niejedną godzinę, robiąc jednocześnie pończochy dla bliźniąt.
„Zdaje się, że się starzeję“, pomyślała.
Ale Maryla bardzo mało zmieniła się w ostatnich dziewięciu latach. Stała się jeszcze trochę wątlejsza tylko i nawet jeszcze bardziej kanciasta. Włosy jej odrobinę bardziej posiwiały. Spięte były temi samemi jeszcze dwiema szpilkami. Ale wyraz jej twarzy zmienił się jednak. Ów rys wokół ust, który znamionował lekki humor, rozwinął się dziwnie, oczy jej stały się bardziej miękkie i łagodne, uśmiech częstszy i czulszy.
Maryla myślała o całem swojem minionem życiu, o swem twardem, ale nie nieszczęśliwem dzieciństwie, o zazdrośnie ukrywanych marzeniach i płomiennych nadziejach lat dziewczęcych, o długich, szarych latach skromnego życia następnego okresu. I o przybyciu Ani — tego żywego, pełnego fantazji, impulsywnego dziecka z sercem pełnem miłości i światem pełnym wyobraźni, które wniosło w jej dom barwę i światło i rozkwitło tutaj jak róża. Maryla czuła, że z tych sześćdziesięciu lat swoich żyła tylko przez dziewięć, które nastąpiły po przybyciu Ani. A jutro wieczorem Ania miała powrócić do domu.
Drzwi kuchenne otworzyły się. Maryla podniosła wzrok, spodziewając się, że to pani Linde. Przed nią stała Ania, wysmukła, z błyszczącemi oczyma, z rękami pełnemi konwalij i fiołków.
— Ania! — zawołała Maryla.
Po raz pierwszy w życiu została zaskoczona w swej powściągliwości. Chwyciła dziewczynkę w ramiona i przycisnęła ją i kwiaty do serca, całując gorąco jasne włosy i słodką twarz.
— Nie spodziewałam się ciebie przed jutrzejszym wieczorem! Jak przyjechałaś z Carmody?
— Przyszłam pieszo, Marylo. Czyż za czasów seminarjum nie robiłam tego setki razy? Pocztyljon przywiezie jutro mój kufer. Nagle zatęskniłam za domem i przyjechałam o dzień wcześniej. O, taki miałam cudowny spacer w zmroku majowym! Zatrzymałam się przy ugorach i zebrałam te konwalje. W Dolinie Fiołków narwałam tych kwiatków. Moc ich tam teraz rośnie. Powąchaj, Marylo.
Maryla powąchała posłusznie, ale interesowała ją więcej Ania, niż woń fiołków.
— Siadaj, dziecko, musisz być rzeczywiście zmęczona. Przygotuję ci kolację.
— Pięknie zachodzi dziś księżyc za pagórkami, Marylo, a jak mi żaby śpiewały po drodze z Carmody! Lubię muzykę żab. Wiąże się ona z memi najszczęśliwszemi wspomnieniami wieczorów wiosennych. I przypomina mi zawsze ów pierwszy wieczór, kiedy tutaj przybyłam. Czy pamiętasz jeszcze, Marylo?
— O tak, — rzekła Maryla z przejęciem, — nigdy pewnie tego nie zapomnę.
— Owego roku śpiewały tak głośno w bagnach i w stawie! Przysłuchiwałam się im w mroku z okna swego pokoju i dziwiłam się, że mogły być zarazem tak zadowolone i smutne. O, ale jak to dobrze być znowu w domu! Redmond był wspaniały, a Boligbroke czarujący — ale Zielone Wzgórze to mój dom!
— Gilbert podobno tego lata nie przyjedzie do domu, — rzekła Maryla.
— Nie.
Coś w tonie Ani skłoniło Marylę do spojrzenia na nią bystro, ale Ania najwidoczniej zajęta była ustawianiem swoich fiołków w wazonie.
— Spójrz, czy nie są słodkie? — ciągnęła szybko. — Rok jest książką, prawda, Marylo? Stronice wiosenne zapisane są konwalją i fiołkami, letnie różami, jesienne czerwonemi liśćmi klonowemi, a zimowe jodłą i świerkami.
— Czy Gilbert dobrze zdał egzamin? — nalegała Maryla.
— Wyśmienicie! Był prymusem w swojej klasie. Ale gdzie bliźnięta i pani Linde?
— Małgorzata i Tola są u pana Harrisona, Tadzio poszedł do Boulterów. Zdaje się, że nadchodzi już.
Tadzio wpadł nagle, ujrzał Anię, zatrzymał się, potem rzucił się na nią z okrzykiem radości.
— O, Aniu, jakże się cieszę, że cię widzę! Wiesz, Aniu, od zeszłej jesieni urosłem o dwa cale! Pani Linde zmierzyła mię dzisiaj, i wiesz, Aniu, straciłem przedni ząb! Pani Linde przywiązała do niego jeden koniec nitki, drugi umocowała przy klamce, a potem zamknęła drzwi. Sprzedałem go Emilkowi za dwa centy. Emilek zbiera zęby.
— A nacóż mu zęby? — zapytała Maryla.
— Chce sobie zrobić naszyjnik z zębów, żeby móc grać wodza Indjan! — wyjaśnił Tadzio, wdrapując się na kolana Ani. — Ma już piętnaście, a że i inni chłopcy już mu swoje zęby przyrzekli, niema sensu konkurować z nim i zbierać także. Powiadam ci, że Boulterowie to doskonali kupcy.
— Czy byłeś grzeczny u pani Boulter? — zapytała Maryla surowo.
— Tak, ale co to chciałem powiedzieć, Marylo, zmęczyło mię to już, dość już mam grzeczności.
— Zdaje się, że prędzej ci się sprzykrzy być niegrzecznym, Tadziu, — rzekła Ania.
— Ale toby było przyjemnie, prawda? — nalegał dalej Tadzio. — Potem mógłbym oczywiście żałować...
— Żal nie wystarczyłby, Tadziu, musiałbyś ponosić skutki swego niegrzecznego zachowania. Czy pamiętasz jeszcze ową niedzielę ubiegłego lata, gdy nie poszedłeś do kościoła? Powiedziałeś mi wtedy, że nie opłaca się być niegrzecznym. Co robiliście dzisiaj z Emilkiem?
— O, łowiliśmy ryby i goniliśmy kota i wybieraliśmy jajka ptasie i krzyczeliśmy, żeby słuchać echa. W krzakach za stodołą Boulterów jest wspaniałe echo. Aniu, co to jest echo? Muszę to wiedzieć!
— Echo to piękna nimfa, Tadziu, która mieszka daleko za lasami i śmieje się z pomiędzy pagórków do świata.
— Jak ona wygląda?
— Włosy i oczy ma ciemne, a szyję i ramiona białe jak śnieg. Żaden człowiek nie może jej nigdy ujrzeć, szybsza jest niż jeleń, a jej złudny głos jest wszystkiem, co o niej wiemy. Możesz ten głos usłyszeć w nocy, możesz usłyszeć, jak się śmieje pod gwiazdami. Ale nigdy nie możesz tej nimfy zobaczyć. Ucieka, gdy ją gonisz, i zawsze cię wyśmiewa z za następnego pagórka.
— Czy to wszystko prawda, Aniu? Czy też to taka bujda tylko? — zapytał Tadzio zamyślony.
— Tadziu, — rzekła Ania z rozpaczą, — czy nie masz dość rozumu, żeby odróżnić bajkę od kłamstwa?
— W takim razie czem jest to, co się odzywa z za krzaków u Boulterów? — upierał się Tadzio.
— Gdy będziesz trochę starszy, Tadziu, wyjaśnię ci wszystko.
Słowa te nadały myślom Tadzia nowy zwrot, gdyż po chwili zastanowienia szepnął uroczyście:
— Aniu, ja się chcę ożenić...
— Kiedy? — zapytała Ania z taką samą powagą.
— O, naturalnie dopiero gdy będę dorosły.
— No dobrze, to dla mnie ulga, Tadziu. A kim jest twoja wybranka?
— Stella Fletcher. Chodzi do tej samej klasy co ja. Aniu, ona jest najładniejszą dziewczynką, jaką kiedykolwiek widziałaś. Gdybym umarł, zanim będę dorosły, musisz się nią zaopiekować, dobrze?
— Tadeuszu Keith, przestań gadać takie głupstwa! — rzekła Maryla surowo.
— To nie głupstwa, — zaprotestował Tadzio tonem obrazy. — Ona jest moją poślubioną żoną, a gdy umrę, będzie moją poślubioną wdową, prawda? A nie ma ona nikogo, ktoby się o nią zatroszczył, prócz swojej starej babki.
— Chodź, zjedz kolację, Aniu, — rzekła Maryla, — i nie zachęcaj dziecka do gadania głupstw.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.