Ania z Wyspy/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Wyspy
Wydawca A. Francuz
Data wydania ok. 1930
Druk Drukarnia „Grafia“
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVI.
Nowa zażyłość.

— Jest to najmilszy dom, jaki kiedykolwiek widziałam, — rzekła Filipa Gordon. Zebrały się wszystkie o zmroku w wielkiej bawialni „Ustronia Patty“ — Ania i Priscilla, Fila i Stella, ciotka Jakóbina, Morusek, Józek, kot Magdy oraz Gog i Magog. Koty mruczały, a cienie ognia na kominku tańczyły po ścianach.
Od trzech tygodni mieszkały w domu i wszystkim się już wydawało, że eksperyment udał się pomyślnie. Pierwsze dwa tygodnie minęły w radosnem podnieceniu. Dziewczęta zajęte były organizowaniem swego małego przedsięwzięcia.
Gdy nastąpiła chwila powrotu do uniwersytetu, Ania bez wielkiego żalu opuściła Avonlea. Ostatnie kilka dni jej wakacyj nie były miłe. Jej nagrodzona nowela została przedrukowana w czasopismach wyspy, a pan William Blair miał na stole w sklepie duży stos różowych, zielonych i żółtych broszurek, które ją zawierały i które rozdawał swoim klientom. Z uprzejmości posłał też paczuszkę tych broszurek Ani, która natychmiast spaliła je w kuchni. Upokorzenie jej było tylko konsekwencją jej własnych ideałów, gdyż mieszkańcy Avonlea uważali za wspaniałe, że zdobyła nagrodę. Liczni jej przyjaciele spoglądali na nią ze szczerym podziwem; nieliczni wrogowie z pogardliwą zazdrością. Józia Pay oświadczyła, że Ania Shirley niewątpliwie „ściągnęła“ te nowelę. Była przekonana, że już ją przed kilku laty gdzieś czytała. Slonowie, którzy dowiedzieli się skądsiś czy odgadli, że Karol dostał „kosza“, twierdzili, że z nagrody tej nie można być zbyt dumnym, że każdy prawie mógłby ją zdobyć, gdyby, tylko spróbował. Ciotka Atosa oznajmiła Ani, iż bardzo jej przykro dowiedzieć się, że wzięła się do pisania opowiadań. Kto się urodził i wychował w Avonlea, nigdyby tego nie uczynił. Takie były rezultaty, gdy się adoptowało sieroty Bóg wie skąd i po Bóg wie jakich rodzicach. Nawet pani Linde miała wątpliwości, czy słusznem było pisać zmyślone rzeczy, chociaż przejednał ją niemal zupełnie czek na 25 dolarów.
— Dziwne to rzeczywiście, jakie sumy płacą ludzie za kłamstwa, — rzekła nawpół z dumą, nawpół surowo.
Ostatecznie doznała Ania ulgi, gdy nadeszła chwila odjazdu. Z radością powitała znowu dawnych przyjaciół w Redmondzie. Priscilla, Stella i Gilbert byli także; Karol Slone spoglądał jeszcze wynioślej, niż starsi studenci w zeszłym roku; Fila nie rozstrzygnęła dotąd kwestji Olesia i Alfonsa; przybył też Moody Spurgeon Mac Pherson. Matka jego zdecydowała, że najwyższy czas, aby porzucił nauczycielstwo i zaczął się przygotowywać do stanu duchownego. Biedny Moody nie miał szczęścia na początku swojej karjery uniwersyteckiej. Kilku „nowicjuszów“, którzy byli jego sąsiadami w pensjonacie napadło go pewnego wieczora i ogoliło mu połowę głowy. W takiej postaci musiał biedny Moody chodzić, aż mu znowu podrosły włosy.
Ciotka Jakóbina przybyła dopiero, gdy „Ustronie Patty“ było gotowe na jej przyjęcie. Panna Patty przysłała Ani klucze z listem, w którym donosiła, że Gog i Magog zapakowani są do pudełka pod łóżkiem, ale można ich wyjąć, jeżeli dziewczęta będą chciały. W dopisku dodawała, iż spodziewa się, że dziewczęta będą ostrożne z rozwieszaniem obrazów i nie porobią w nowych tapetach więcej dziur, niż to będzie konieczne.
Z jakąż radością zabrały się dziewczęta do upiększania swego gniazdka! Każda przywiozła coś, co miało do tego celu służyć. Mimo przestróg panny Patty porozwieszały jednak mnóstwo obrazków.
— Zalepimy dziury zpowrotem, opuszczając dom, — oświadczyły protestującej Ani. — Panna Patty nic nie zauważy.
Ania dostała niebieski pokój, którego pragnęła od pierwszej chwili. Priscilla i Stella zajęły wielką sypialnię. Fila zadowolniła się małym pokoikiem nad kuchnią, zaś ciotka Jakóbina zajęła sypialnię nadole obok bawialni. Kot Morusek początkowo sypiał na schodach pod drzwiami.
Gdy w kilka dni po przyjeździe Ania wracała do domu z Redmondu, spostrzegła, że ludzie przyglądają się jej z ukrywanym uśmiechem. Ania doznała przykrego uczucia, nie wiedząc, o co idzie. Czy włożyła krzywo kapelusz? Czy rozluźnił się jej pasek? Gdy odwróciła głowę, aby zbadać przyczynę tego zjawiska, ujrzała po raz pierwszy Moruska. Tuż przy jej obcasach biegł za nią najbardziej opuszczony kotek, jakiego kiedykolwiek widziała. Zwierzątko wyrosło już z okresu dziecięctwa. Było chude i niepozorne. Oko miało nabrzmiałe, a kolor sierści odpowiadał barwie, jaką osiągnęłoby się, gdyby się idealnie czarnego kota osmędziło nad ogniem.
Ania chciała odegnać kota, ale zwierzątko nie dało się spłoszyć. Kiedy stanęła, przysiadło na trotuarze, spoglądając na nią z wyrzutem jedynem zdrowem okiem. Gdy poszła dalej, kotek ruszył za nią. Ania musiała się zgodzić na jego towarzystwo, aż stanęła przed bramą „Ustronia Patty“. Potem zamknęła mu bramę przed nosem, sądząc, że widzi go po raz ostatni. Ale gdy po piętnastu minutach Fila otworzyła drzwi, kot siedział na schodkach. Co więcej, skoczył wprost do pokoju i z nawpół błagalnem, nawpół triumfalnem miauczeniem znalazł się na kolanach Ani.
— Aniu, — zapytała Stella surowo, — czy to twój kot?
— Nie, to nie mój, — zaprotestowała Ania. — Szedł za mną z miasta do domu nie mogłam się go pozbyć. Fe, wynoś się! Lubię przyzwoite koty, ale nie znoszę bestyj o takim wyglądzie, jak ty!
Ale kizia nie miała zamiaru zeskoczyć z jej kolan. Zwinęła się na łonie dziewczynki i poczęła chrapać.
— Zaadoptował cię widocznie, — zaśmiała się Priscilla.
— Nie chcę być adoptowana, — rzekła Ania uparcie.
— Biedne stworzonko kona z głodu, — rzekła Fila litościwie. — Kości niemal mu przebijają skórę.
— Możemy je obficie nakarmić, a potem niech sobie idzie, skąd przyszło! — rzekła Ania.
Nakarmiono kota i wypuszczono. Nazajutrz stał jeszcze na progu. Pozostał w tem miejscu, wskakując do mieszkania, ilekroć otworzono drzwi. Niechętne powitanie nie wywierało na nim najmniejszego wrażenia. Prócz Ani nie zwracał uwagi na nikogo. Dziewczęta karmiły z litości, ale gdy minął tydzień, uradziły, że coś się musi stać. Wygląd kota poprawił się. Oko jego odzyskało normalny wygląd, nie był już tak chudy jak pierw i mył sobie pyszczek.
— Mimo to wszystko nie możemy go zatrzymać, — rzekła Stella. — Ciotka Jakóbina przyjeżdża w przyszłym tygodniu i przywiezie kota Magdy. Nie możemy mieć dwóch kotów, a gdybyśmy to uczyniły, ten osmędzony smoluch przez cały czas gryzłby się z kotem Magdy. Jest on wojowniczy z natury, wczoraj wieczorem stoczył regularną walkę z kotem króla tytoniowego i zmusił go do ucieczki kawalerją, piechotą i artylerją.
— Musimy się go pozbyć, — przyznała Ania, ponuro spoglądając na przedmiot ich sporu, który mruczał na dywanie z miną niewinnego jagniątka. — Ale pytanie jak!
— Trzeba go zachloroformować! — oświadczyła Fila. — Jest to najhumanitarniejszy sposób.
— Która z nas zna się na chloroformowaniu kotów? — zapytała Ania ponuro.
— Ja. To jeden z moich nielicznych talentów. Robiłam to w domu nieraz. Bierze się kota rano i daje mu się dobre śniadanie. Potem wsadza się go w worek i nakrywa drewnianem pudełkiem. Następnie bierze się flaszeczkę z dwiema uncjami chloroformu, wyjmuje się korek i wsuwa się ją pod pudełko. Na wieko pudełka kładzie się ciężarek i zostawia się to tak do wieczora. Kot zdechnie spokojnie, zwinięty, jakby spał. Bez bólu, bez walki.
— Brzmi to łatwo, — rzekła Ania z powątpiewaniem.
— I jest łatwe. Pozostaw to mnie. Już ja to załatwię, — rzekła Fila z pewnością siebie.
Kupiono więc chloroformu i następnego ranka zwabiono Moruska na stracenie. Kot zjadł śniadanie, wylizał talerz po kotlecie i wpełznął na kolana Ani. Serce Ani nie dopisało. Uczuła, że pokochała to biedne stworzenie. Jak mogła wziąć udział w jego straceniu?
— Masz, bierz go, — rzekła szybko do Fili. — Czuję się jak morderczyni.
— Nie będzie cierpiał, — pocieszyła ją Fila, ale Ania uciekła.
Złowieszczy czyn spełniony został w korytarzu kuchennym. Nikt się tam tego dnia nie zbliżał. Ale o zmroku Fila oznajmiła, że trzeba Moruska pochować.
— Prissy i Stella muszą wykopać dół w ogrodzie, — zawyrokowała Fila, — a Ania niech pójdzie ze mną podnieść pudełko. Tej części zadania ja nigdy znieść nie mogę.
Dwie sprzysiężone z niechęcią ruszyły na palcach do tylnego korytarza. Fila uniosła kamień, który położyły na pudełku. Nagle rozległo się słabe miauczenie.
— On żyje! — jęknęła Ania, siadając blada na progu kuchni.
— To niemożliwe!
Drugie słabe miauczenie dowiodło, że Fila nie miała racji. Dziewczęta spojrzały po sobie.
— Co teraz zrobimy? — zapytała Ania.
— Dlaczego nie idziecie? — zawołał Stella, zjawiając się w bramie. — Grób jest już gotowy.
— Głosy śmierci brzmią jeszcze! — odpowiedziała Ania uroczyście, wskazując na pudełko.
Salwa śmiechu przerwała naprężenie.
— Musimy go tu zostawić do rana, — rzekła Fila, odkładając kamień na miejsce. Od pięciu minut nie miauczał już. Może miauczenie, któreśmy słyszały, było jego jękiem śmiertelnym. A może to było tylko nasze złudzenie, wywołane wyrzutami sumienia!
Ale gdy następnego ranka podniesiono pudełko, Morusek jednym susem skoczył na ramię Ani, gdzie z miłością począł lizać jej twarz. Żaden kot nie był bardziej żywy!
— W pudełku była dziura — jęknęła Fila. — Nie zauważyłam jej pierw. To jest powodem, że kot nie zdechł. Musimy teraz zacząć wszystko na nowo.
— Nie, nie zrobimy tego! — oświadczyła nagle Ania. — Nie zabijemy już Moruska! To mój kot i ja go biorę pod swoją opiekę.
— No dobrze, jeżeli zdołasz go pogodzić z ciotką Jakóbiną i kotem Magdy, — rzekła Stella z miną człowieka, który umywa od wszystkiego ręce.
Od tego czasu Morusek należał do rodziny. Sypiał na brudnej poduszce w tylnym korytarzu i odżywiał się doskonale. Zanim przybyła ciotka Jakóbina, przytył i nabrał pewności siebie. Ale jak kot Kiplinga, chadzał zawsze własnemi drogami. Każdy kot był jego nieprzyjacielem i on był nieprzyjacielem każdego kota. Stopniowo pokonał wszystkie arystokratyczne koty w alei Spofforda. Co do ludzi, to kochał tylko Anię. Nikt nie ważył się nawet pogłaskać go.
— Mina tego kota jest nieznośna! — oświadczyła Stella.
— Morusek jest pięknym kotkiem, — zaoponowała Ania, ściskając swego ulubieńca.
— Ciekawam tylko, jak on się pogodzi z kotem Magdy, — rzekła Stella pesymistycznie. — Walka kotów tu w pokoju jest przecież nie do pomyślenia.
W oznaczonym czasie przybyła ciotka Jakóbina. Ania, Priscilla i Fila oczekiwały jej przybycia z niejakiem uprzedzeniem, ale gdy ciotka Jakóbina zasiadła na tronie w bujaku przed otwartym kominkiem, wszystkie otoczyły ją z ubóstwieniem.
Ciotka Jakóbina była niską starą kobieciną o małej, lekko trójkątnej twarzy i wielkich niebieskich oczach, promieniejących niezniszczalną młodością i pełnych nadziei, jak oczy dziewczęcia. Miała różowe policzki i śnieżnobiałe włosy, zaczesane na uszy.
— Staroświecka to robótka, — rzekła, poruszając szybko igłami, — ale i ja jestem staroświecką kobietą. Takie same są też moje poglądy. Nie twierdzę, że takie poglądy są najlepsze. Przeciwnie, muszę przyznać, że są o wiele gorsze ale były wygodne i miłe. Nowe buciki są zgrabniejsze od starych, ale stare są wygodniejsze. Jestem dość stara, aby sobie pofolgować w kwestji obuwia i poglądów. Spodziewacie się chyba, że będę was chciała krótko trzymać. Ale tak nie będzie. Jesteście dość dorosłe, żeby wiedzieć, jak się macie zachować. Co do mnie, — zakończyła ciotka Jakóbina, mrugając oczyma, — możecie wszystkie na swój sposób dążyć do zguby.
— O, czyż ktoś zdoła rozdzielić te koty! — jęknęła Stella ze zgrozą.
Ciotka Jakóbina przywiozła z sobą nietylko kota Magdy, ale i Józka. Józek należał do jednej z jej przyjaciółek, która wyprowadziła się na wyspę Vancouver.
— Nie mogła zabrać z sobą Józka, więc prosiła mnie, żebym go wzięła. Nie mogłam jej odmówić. Ładny to kot, to znaczy, że ma piękne usposobienie. Nazwała go Józefem, ponieważ ma pstrą szatę.
Józek był rzeczywiście pstry. Trudno było określić jego zasadniczą maść. Nogi miał białe, czarno nakrapiane, grzbiet szary z wielką żółtą plamą z jednej strony i czarną z drugiej, ogon żółty z czarnym koniuszkiem, jedno ucho czarne, drugie żółte. Czarna łata na jednem oku nadawała mu przeraźliwy wygląd. W istocie był słaby i nie niebezpieczny, usposobiony bardzo towarzysko. Pod jednym względem — jeśli nie pod innemi — był Józek jak lilja w polu: nie zadawał sobie trudu, aby łapać myszy. Nawet Salomon w swym przepychu nie sypiał na bardziej miękkich poduszkach i nie oblizywał się smaczniej przy tłustych kąskach.
Józek i kot Magdy przybyli pociągiem w specjalnem pudełku. Gdy ich wypuszczono i nakarmiono, Józek wybrał sobie poduszkę w kącie, która najbardziej mu odpowiadała, zaś kot Magdy zasiadł poważnie przed ogniem i począł myć sobie pyszczek. Był to wielki, leniwy, szarobiały kot, niezmiernie majestatyczny, nie noszący najmniejszych śladów swego plebejskiego pochodzenia. Ciotka Jakóbina otrzymała go od praczki.
— Na imię jej było Magda, więc mąż mój nazywał kota stale „kotem Magdy“, — wyjaśniła ciotka Jakóbina. — Ma już osiem lat i świetnie łapie myszy. Nie martw się, Stello. Kot Magdy nie walczy nigdy, a Józek bardzo rzadko.
— Tutaj będą musiały walczyć we własnej obronie, — rzekła Stella.
W tej chwili Morusek zjawił się na widowni. Skoczył wesoło do pokoju i nagle spostrzegł intruzów. Zatrzymał się, ogon jego wyprężył się do rozmiarów trzech ogonów. Sierść na grzbiecie zjeżyła mu się. Opuścił głowę, wydał straszliwy dźwięk nienawiści i wyzwania i rzucił się na kota Magdy.
Majestatyczne zwierzę przestało myć sobie pyszczek i spojrzało nań z zaciekawieniem. Atak jego przyjęło pogardliwem uderzeniem potężnej łapy. Morusek potoczył się po dywanie. Stropiony podniósł się znowu. Co to był za kot, który go tak klapsnął? Nieufnie spojrzał na kota Magdy. Zacząć znowu czy nie? Kot Magdy odwrócił się do niego tyłem i podjął znowu swoje zabiegi toaletowe. Morusek zdecydował się nie zaczynać na nowo. I nigdy już tego nic próbował. Od tej chwili kot Magdy panował na miejscu przed kominkiem. Morusek nigdy się już z nim nie stykał.
Ale oto Józek usiadł i ziewnął. Morusek, który płonął żądzą pomszczenia swojej porażki, skoczył na niego. Józek, usposobiony z natury pokojowo, potrafił w potrzebie dobrze walczyć. Rezultatem była serja długotrwałych potyczek. Codziennie gdy tylko się ujrzeli, Morusek i Józek rozpoczynali walkę. Ania stała po stronie Moruska i nienawidziła Józka. Stella była w rozpaczy. Zaś ciotka Jakóbina śmiała się tylko.
— Niech się biją, — mawiała wyrozumiale, — po pewnym czasie zawrą przyjaźń. Józkowi trzeba trochę ruchu, zanadto już tył. A Morusek niech się nauczy, że nie jest jedynym kotem na świecie.
Ostatecznie Józek i Morusek pogodzili się z sytuacją i z nieprzejednanych wrogów stali się nierozłącznymi przyjaciółmi. Sypiali na tej samej poduszce, obejmując się łapkami, i wzajemnie myli sobie pyszczki.
— Przyzwyczaiłyśmy się wzajemnie do siebie, — rzekła Fila, — a ja nauczyłam się zmywać naczynia i zamiatać podłogę.
— Ale nie chciej nas znowu przekonywać, że umiesz zachloroformować kota, — zaśmiała się Ania.
— To była wina dziury w pudełku, — zaprotestowała Fila.
— Dobrze się stało, że w pudełku była dziura, — rzekła Jakóbina nieco surowo. — Kocięta powinno się topić, to przyznaję, gdyż inaczej świat byłby zasypany kotami. Ale przyzwoitego, dorosłego kota nie powinno się zabijać. Chyba, że wypija jajka.
— Nic uważałabyś Moruska za przyzwoitego kota, gdybyś go widziała, gdy przyszedł do nas, — rzekła Stella. — Wyglądał poprostu jak djabeł.
— Nie sądzę, aby djabeł był aż tak brzydki, — rzekła ciotka Jakóbina w zamyśleniu. — Nie wyrządzałby tyle szkody, gdyby był brzydki. Ja go sobie wyobrażam zawsze jako dość przystojnego eleganta.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Marceli Tarnowski.