Ania z Avonlea/Rozdział XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXVIII
Królewicz powraca

Nadszedł i minął ostatni dzień szkoły. Uczniowie Ani wywiązali się znakomicie z egzaminów. Na pożegnalnej lekcji wręczono jej list dziękczynny i teczkę pamiątkową. Matki i dziewczynki płakały, nawet niektórzy chłopcy pocichu przyznali się sobie do łez, chociaż głośno wypierali się tego. Panie Andrews, Slone i Bell, powracając do domu, omawiały sprawy szkolne.
— Jaka szkoda, że Ania odjeżdża teraz, gdy dzieci ją tak pokochały — wzdychała pani Slone, która zwykła była nawet żarty kończyć westchnieniem. — Oczywiście — dodała pośpiesznie — i w przyszłym roku będziemy mieli dobrą nauczycielkę.
— Nie wątpię, że Janka będzie spełniała bez zarzutu swe obowiązki — odezwała się oschle pani Andrews. — Nie sądzę, aby opowiadała dzieciom tyle baśni i włóczyła się z niemi po łąkach i lasach. Ale nazwisko jej figuruje na Honorowej Liście i obywatele Nowych Mostów są niepocieszeni, iż opuszcza szkołę.
— Jestem bardzo rada, że Ania idzie na uniwersytet — mówiła pani Bell. — Zawsze tego pragnęła — to jak wymarzone dla niej.
— Tego nie można wiedzieć — pani Andrews była dziś zdecydowana nie podzielać niczyjego zdania. — Nie uważam, iżby Ani potrzeba było więcej wykształcenia. Zapewne wyjdzie zamąż za Gilberta Blythe, jeśli jego zaślepienie przetrwa okres studjów, a naco jej wtedy łacina i greka? Gdyby na uniwersytecie uczyli, jak postępować z mężem, to jeszcze widziałabym w tem jakiś sens.
Wśród kumoszek avonleaskich krążyły słuchy, że pani Andrews nie umiała postępować ze swym mężem, wskutek czego ognisko domowe tej szanownej matrony nie było wzorem szczęścia rodzinnego.
— Zdaje się, że pastorstwo Allan niedługo już nas opuszczą — rzekła pani Bell.
— Nie przed wrześniem — objaśniła pani Slone. — Będzie to wielka strata dla gminy. Chociaż zawsze uważałam, że jak na żonę duchownego, pani Allan ubiera się zbyt jaskrawo. Ale nikt z nas nie jest doskonały. Czyście panie spostrzegły, jak schludnie i dostatnio wyglądał dziś pan Harrison? Nigdy nie przypuszczałam, żeby człowiek mógł się tak zmienić: co niedziela bywa na nabożeństwie i dobrowolnie podpisał składkę.
— Jakże ślicznie wyrósł Jaś Irving — zauważyła pani Andrews. — Gdy tu przybył, było to takie maleństwo, a dziś ledwie go poznałam. Jaki podobny do ojca!
— Bardzo ładny chłopiec! — orzekła pani Bell.
— Ładny, owszem. Ale — pani Andrews zniżyła głos — nie wiem, czy tam u niego w głowie wszystko w porządku. Któregoś dnia Kasia, powróciwszy ze szkoły, opowiadała niestworzone bajki, które on jej naplótł o jakimś „Ludku“, mieszkającym nad zatoką. Zapowiedziałam jej, żeby nie wierzyła tym bredniom. Podobno on sam w nie nie wierzy, ale w takim razie poco je opowiada?
— Ania twierdzi, że Jaś jest genjalny — broniła Jasia pani Slone.
— Być może. Wszystkiego można się spodziewać po dziecku Amerykanki — rzekła pani Andrews. Jej ograniczony umysł pojmował wyraz „genjalny“ jako „zwarjowany“, i z pewnością byłaby się zgodziła z Marją, że Jasiowi brak piątej klepki.
W tym samym czasie w opustoszałej sali szkolnej siedziała Ania, z głową opartą na rękach, wilgotnemi zamyślonemi oczami spoglądając przez okno ku Jezioru Lśniących Wód. Zupełnie tak samo, jak dwa lata temu pierwszego dnia po objęciu kierownictwa szkoły. Rozstanie z uczniami sprawiało jej taki ból, że na chwilę uniwersytet stracił cały swój powab. Ciągle jeszcze czuła na szyi gorący uścisk Aneczki Bell i słyszała jej dziecinne łkanie.
— Nigdy nie będę kochała żadnej nauczycielki tak jak pani. Nigdy, nigdy!
Przez dwa lata pracowała poważnie i sumiennie, popełniając wiele omyłek, lecz ucząc się dzięki nim. Otrzymała swą nagrodę — nauczyła swych uczniów niejednego, ale czuła, że oni nauczyli ją jeszcze więcej: łagodności, panowania nad sobą, znajomości dusz dziecięcych. Być może, iż nie udało jej się wpoić wysokich ambicyj w serca swych wychowańców. Ale przykład jej, więcej jeszcze niż czynione uwagi, wskazywał im, jak postępować łagodnie i subtelnie, kierować się prawdą i dobrocią, unikając wszystkiego, co tchnęło fałszem i pospolitością. Zasady te bez wiedzy uczniów przeniknęły ich dusze i pozostały jeszcze długo potem, gdy nazwa stolicy Afganistanu i daty Wojny Białej i Czerwonej Róży ulotniły się z pamięci.
— Zakończył się drugi rozdział mojego życia — rzekła Ania głośno. Poetyczność tej myśli łagodziła trochę smutek, jaki ją opanował.
Pierwsze dwa tygodnie wakacyj Ania spędziła w Chatce Ech. Namówiła pannę Lawendę na przejażdżkę po sprawunki do miasta i przekonała ją o konieczności sprawienia nowej letniej sukni. Po powrocie zajęły się z zapałem przykrawaniem i szyciem kupionego muślinu, podczas gdy Karolina, uszczęśliwiona myślą o nowym stroju swej pani, zawzięcie pomagała fastrygować i skrzętnie zbierała ścinki.
Panna Lawenda, która niedawno skarżyła się, że nic już jej nie interesuje, rozjaśnionym wzrokiem podziwiała nową suknię.
— Jakież puste ze mnie stworzenie — westchnęła. — Trudno mi uwierzyć, że nowa suknia, choćby nawet z błękitnego muślinu, mogła mnie tak ożywić, podczas gdy czyste sumienie i dodatkowa składka na cele misjonarskie nie potrafiły tego uczynić.
Podczas tych odwiedzin Ania na jeden dzień wróciła do domu, aby wyreparować bieliznę bliźniąt i odpowiedzieć na całą masę czekających na nią pytań Tadzia. Wieczorem udała się nad zatokę do Irvingów. Przechodząc koło niskiego okna bawialni, zauważyła Jasia, siedzącego na kolanach jakiegoś pana. W mgnieniu oka wybiegł na jej spotkanie.
— Ach, panno Aniu — wołał rozpromieniony. Nie może pani sobie wyobrazić, co się stało! Coś cudownego! Ojciec przyjechał! Co pani na to? Ojciec przyjechał! Niech pani pozwoli do pokoju. Ojcze, oto moja ukochana nauczycielka.
Stefan Irving, uśmiechnięty, wyszedł na spotkanie Ani. Był to wysoki, przystojny mężczyzna w średnim wieku, szpakowaty, o głęboko osadzonych, ciemno-niebieskich oczach i smętnej twarzy z pięknie sklepionem czołem.
— Wymarzona twarz bohatera powieści — myślała Ania z dreszczem wewnętrznego zadowolenia.
Jakże rozczarowaną czułaby się, gdyby oczekiwany bohater był łysy lub zgarbiony.
— Więc to jest „ubóstwiana nauczycielka“ mego syna, o której tyle słyszałem — rzekł pan Irving, ściskając serdecznie jej rękę. — Listy Jasia zawierały zawsze tyle opowiadań o pani, że wydaje mi się, iż nasza znajomość trwa już oddawna. Serdecznie jestem pani wdzięczny za wszystko, co pani uczyniła dla Jasia — wpływ jej był właśnie takim, jakiego pragnąłem dla mego dziecka. Matka moja to najdroższa i najlepsza z kobiet, lecz jej praktyczny zdrowy rozsądek nie zawsze był w stanie zrozumieć mego chłopca. Pani uzupełniła to, czego jej brakowało. Dzięki wam obu w ciągu tych dwóch lat wychowanie Jasia było idealnem w tym stopniu, w jakim być niem może wychowanie osieroconego dziecka.
Pod wpływem tej pochlebnej oceny Ania spłonęła rumieńcem, a zmęczony pracą i przeciwnościami losu ojciec Jasia, patrząc na nią, musiał się zgodzić ze swym zapalonym synem, że nigdy nie widział bardziej czarującego dziewczęcia, jak ta młodziutka rudowłosa nauczycielka o wielkich rozmarzonych oczach.
Jaś, bezgranicznie szczęśliwy, usadowił się między nimi.
— Nie marzyłem nawet o tem, że ojciec przyjedzie — opowiadał rozpromieniony. — Nawet babunia o tem nie wiedziała. Była to wielka niespodzianka. Wogóle — Jaś potrząsnął kędziorami, — nie lubię niespodzianek, bo nie mam czasu cieszyć się na przyjemność. Ale tym razem dobrze się stało. Ojciec przyjechał wczoraj wieczorem, kiedy już byłem w łóżku. Skoro się nacieszył babcią, przyszedł na górę, aby mnie zobaczyć, ale nie miał zamiaru mnie budzić. Na szczęście ja się sam zbudziłem i skoczyłem ku ojcu.
— Z uściskiem małego niedźwiadka — dodał pan Irving z uśmiechem, otaczając Jasia ramieniem. — Zaledwie poznałem mego chłopca, tak wyrósł i zmężniał.
— Nie wiem, kto więcej cieszył się ojcem: babunia, czy ja? — prawił dalej Jaś. — Babunia cały dzień dzisiejszy spędza w kuchni, przygotowując ulubione potrawy ojca, bo obawia się, że Marja mu nie dogodzi. Babunia w ten sposób okazuje swą radość, ja zaś wolę siedzieć tutaj i gawędzić z ojcem. Ale teraz odejdę na chwileczkę, bo muszę zapędzić krowy do obory; to jeden z mych codziennych obowiązków.
W nieobecności Jasia pan Irving dalej rozmawiał z Anią o rozmaitych sprawach, lecz Ania czuła, że przez cały czas myślał o czem innem. Wreszcie rzecz się wyjaśniła.
— W ostatnim liście Jaś wspomniał o swych odwiedzinach u ...dawnej mojej znajomej, panny Lewis. Czy znacie się panie dobrze?
— Tak, to moja serdeczna przyjaciółka — brzmiała opanowana odpowiedź Ani, która niczem nie zdradziła nagłego dreszczu, wywołanego tem zapytaniem. „Instynktownie“ poczuła, że oto zbliża się niezwykle poetyczny epizod w jej życiu.
Pan Irving wstał, podszedł do okna i utkwił wzrok w morze, toczące bez przerwy swe spienione fale.
Przez kilka chwil w mrocznym pokoju panowało milczenie. Nagle pan Irving odwrócił się i spojrzał z serdecznym uśmiechem w życzliwą twarzyczkę Ani.
— Radbym wiedzieć, czy pani zna tę sprawę? — zapytał.
— Wiem o wszystkiem — odpowiedziała Ania bez namysłu. — Widzi pan — objaśniała pośpiesznie — panna Lawenda jest moją bardzo serdeczną przyjaciółką; nie mówiłaby każdemu o takich świętościach. Jesteśmy pokrewne dusze.
— Wierzę, że jesteście... Poproszę panią o przysługę. Chciałbym odwiedzić pannę Lawendę; może pani zechce ją zapytać, czy zgodzi się na to?
Czy zechce ją zapytać? O, bezwątpienia! Oto była poezja, prawdziwa, cudowna poezja, wyśniona w najśmielszych marzeniach. Zapewne nieco spóźniona, jak róża, która zamiast zakwitnąć w czerwcu, zakwitła w październiku, ale mimo to zakwitła różą pełną słodyczy i zapachu.
Ania nigdy w życiu nie spełniała skwapliwiej niczyjego polecenia jak tym razem, kiedy nazajutrz rano dążyła lasami do kamiennego domku, aby wywiązać się z powierzonego jej zadania. Niezwykłe podniecenie ogarnęło ją, gdy zbliżała się do siedzącej w ogrodzie panny Lawendy.
— Mam dla pani nowinę... Coś niezwykle ważnego! Czy pani zgaduje, o co chodzi?
Ania na chwilę nawet nie przypuszczała, aby panna Lawenda mogła odgadnąć. A jednak, ku wielkiemu jej zdumieniu, panna Lawenda zbladła, jak płótno, i głosem cichym, bezdźwięcznym, zupełnie niepodobnym do jej zwykłego, spytała:
— Stefan Irving powrócił?
— Skąd pani wie? Kto pani powiedział? — zawołała Ania, rozczarowana, że zdradzono jej wielką tajemnicę.
— Ależ nikt. Po twojem zachowaniu poznałam, że to nie może być nic innego.
— Pragnie zobaczyć się z panią — rzekła Ania. — Czy mogę go zawiadomić, że pani zgadza się?
— Owszem — zmieszała się panna Lawenda. — Dlaczegożby nie? Oczywiście, odwiedzi mnie, jak każdy inny dawny przyjaciel uczyniłby to.
Ale Ania inaczej zapatrywała się na tę sprawę. Wbiegła do mieszkania, aby przy biurku panny Lawendy napisać bilecik do Stefana Invinga.
— Co za rozkosz żyć jak w powieści — myślała rozradowana. — Wszystko zakończy się doskonale... Jaś będzie miał wymarzoną matkę i wszyscy będą szczęśliwi. Tylko szkoda, że pan Irving zabierze stąd pannę Lawendę i, kto wie, jaki los spotka kamienny domek. To odwrotna strona medalu. Trudno, tak jest ze wszystkiem na świecie.
Po napisaniu tego arcyważnego listu Ania osobiście zaniosła go na pocztę do Graftonu, gdzie czatowała nawet chwilę na listonosza, by jego specjalnej opiece powierzyć tę wysyłkę do Avonlea.
— To nader ważne — zapewniała z przejęciem.
Nie była zupełnie pewną, czy może zaufać pamięci mrukliwego staruszka, nie przypominającego w niczem wysłannika Amora. Wobec tego jednak, że przyrzekł nie zapomnieć, uspokoiła się wreszcie.
Karolina Czwarta czuła tego dnia, że jakaś tajemnica zawisła nad Chatką Ech, tajemnica, do której ona nie miała dostępu. Panna Lawenda w dziwnem jakiemś roztargnieniu snuła się po ogrodzie, Ania zaś, jakby opanowana przez ducha niepokoju, bezustannie krążyła po mieszkaniu, wchodziła na górę, schodziła na dół. Karolina długo przypatrywała się temu cierpliwie. Aż wreszcie, gdy Ania po raz trzeci zupełnie bezcelowo zjawiła się w kuchni, zagabnęła ją z oburzeniem:
— Panno Aniu, psze pani. Widać przecież, że panie mają jakiś sekret. A ja myślę — przepraszam, jeśli jestem zbyt śmiała, psze pani — że to wcale nieładnie mieć przede mną tajemnicę, jeśli dotąd byłyśmy takiemi przyjaciółkami.
— Ach, Karolinko droga, powiedziałabym ci wszystko, gdyby to o mnie chodziło, ale to sprawa panny Lawendy... Zresztą powiem ci, tylko pamiętaj, ani słowa o tem nikomu! Widzisz, Królewicz przyjeżdża dziś wieczór. Był tu już kiedyś, ale, nierozważny, powędrował w świat i zagubił tajemniczą ścieżką do zaczarowanego pałacu, gdzie stęskniona Księżniczka zalewała się rzewnemi łzami. Wreszcie przypomniał sobie drogę — a Księżniczka wciąż czeka. Bo tylko jej ukochany Królewicz może ją odczarować.
— Ach, psze pani — pytała zaciekawiona Karolina — ale co to znaczy naprawdę?
Ania roześmiała się.
Naprawdę? Dawny dobry znajomy panny Lawendy przyjedzie ją dziś odwiedzić.
— Jej dawny konkurent, pani myśli? — domagała się wyjaśnień Karolina.
— Tak się to zapewne nazywa naprawdę — odpowiedziała Ania poważnie. — Jest to ojciec Jasia: pan Irving. Kto wie, jak to się skończy? Ale miejmy nadzieję, że jak najlepiej.
— Jestem pewna, że się pobiorą — zadecydowała Karolina. — Niejedna kobieta rodzi się na to, żeby zostać starą panną, psze pani, i taki zapewne będzie mój los, bo nie mam cierpliwości do mężczyzn. A ja martwiłam się tak strasznie, co też moja biedna pani pocznie, gdy ja dorosnę na tyle, że będę musiała jechać do Bostonu. Niema więcej dziewcząt u nas w rodzinie, więc cóżby ona zrobiła, gdyby musiała zgodzić obcą służącą, któraby się śmiała z tych podwieczorków „na niby“ i nie chciała się nazywać Karoliną Piątą? Może nowa nie tłukłaby tyle naczyń, ale z pewnością kochałaby ją mniej niż ja.
I wierna mała służąca skierowała się do komina, ażeby ukryć łzy.
Podwieczorek w Chatce Ech odbył się dnia tego o zwykłej porze, ale jedzenie pozostało nietknięte. Poczem panna Lawenda poszła na górę, ażeby włożyć swą nową szafirową suknię. Obie z Anią były bardzo wzburzone, lecz panna Lawenda udawała spokój.
— Muszę jutro koniecznie zreparować firanki — mówiła, oglądając je, jakgdyby to było najważniejszą rzeczą w tej chwili. — Nie okazały się bardzo trwałemi, mimo iż drogo za nie płaciłam. Ach, Boże, Karolina znowu zapomniała skurzyć poręcz od schodów. Doprawdy, muszę jej dać burę!
Ania siedziała na stopniach ganku, gdy Stefan Irving ukazał się na drodze.
— Jest to chyba jedyne miejsce, gdzie czas się zatrzymał — mówił, wodząc dokoła wzrokiem, pełnym podziwu. — Dom ani ogród zupełnie się nie zmieniły od czasu, gdy byłem tutaj przed dwudziestu pięciu laty. Człowiek czuje się odmłodzonym.
— W zaczarowanym pałacu czas zawsze stoi — odpowiedziała Ania poważnie. — Dopiero, gdy Królewicz przybywa, wypadki odzyskują swój bieg.
Pan Irving uśmiechnął się smutnie, patrząc na jej twarzyczkę, promieniejącą młodością i radością życia.
— Nieraz Królewicz przybywa za późno — zauważył. Nie prosił Ani, by wyraziła to prozą: jak wszystkie, „pokrewne dusze“, zrozumiał odrazu.
— O, nigdy, jeśli rzeczywisty Królewicz przybywa do prawdziwej Księżniczki. — Ania zaprzeczyła ruchem głowy, otwierając jednocześnie drzwi bawialni. Poczem cofnęła się i w sieni spotkała Karolinę roześmianą i uszczęśliwioną.
— Ach, panno Aniu — mówiła bez tchu. — Wyjrzałam oknem kuchennem... Jaki on piękny! I wiekiem odpowiedni dla panny Lawendy. Czy to byłoby co złego posłuchać pode drzwiami, psze pani?
— To byłoby bardzo złe, Karolino — rzekła Ania surowo. — Chodźmy stąd, unikniesz pokusy.
— Robota mi nie idzie, a czekać i nic nie robić — to okropne — westchnęła Karolina. — A jeśli się jednak nie oświadczy, psze pani, co wtedy? Mężczyzn nigdy nie można być pewnym. Moja najstarsza siostra, Karolina Pierwsza, była raz przekonana, że jest zaręczona. Tymczasem nic z tego! Odtąd nie wierzy już żadnemu. Słyszałam i o innym wypadku, gdy chłopiec myślał, że kocha jedną dziewczynę, a tymczasem kochał jej siostrę. Więc jeśli chłopiec sam nie wie, jak się ma, to jakże biedna dziewczyna może być go pewną?
— Chodźmy do kuchni oczyścić łyżeczki — zaproponowała Ania. — Zajęcie to nie wymaga skupienia uwagi, ja bowiem nie potrafiłabym myśleć o niczem dziś wieczór, a przy robocie czas prędzej upłynie.
Minęła godzina. W chwili, gdy Ania odkładała ostatnią lśniącą łyżeczkę, rozległo się skrzypnięcie drzwi wejściowych. Dziewczęta z obawą spojrzały na siebie.
— Ach, panno Aniu! — jęknęła Karolina. — Jeśli tak wcześnie odchodzi, nic z tego nie będzie, psze pani.
Pobiegły do okna. Pan Irving nie miał zupełnie zamiaru odejść. Wraz z panną Lawendą zbliżali się powoli do kamiennej ławki.
— Obejmuje ją ramieniem, psze pani — szepnęła zachwycona Karolina. — Oświadczył się jej z pewnością — inaczej nie pozwoliłaby na to.
Ania chwyciła Karolinę wpół i tak długo tańczyła z nią po kuchni, aż obie zadyszały się ze zmęczenia.
— Karolino — zawołała wesoło. — Nie jestem prorokinią, ale mogę cię zapewnić, że zanim liście klonu poczerwienieją, w Chatce Ech odbędzie się wesele. Czy rozumiesz tę bajkę?
— O, doskonale! Wesele to nie bajka... Ale co to? Pani płacze? Dlaczego?
— Ach! bo to wszystko razem jest takie piękne... i poetyczne... i smutne... — mówiła Ania, ocierając oczy. — Każda szczęśliwa chwila mieści w sobie odrobinę smutku!
— Pewnie, że to ryzykowna rzecz wychodzić zamąż — objaśniała po swojemu Karolina. — Chociaż... mąż nie jest jeszcze najgorszem złem na świecie!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.