Ania z Avonlea/Rozdział XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXIX
Poezja a proza

Cały następny miesiąc Ania przeżyła w stanie gorączkowego podniecenia. Jej własne przygotowania do wyjazdu na uniwersytet zeszły na drugi plan. Niezadługo miał się odbyć ślub panny Lawendy i kamienny domek stał się widownią bezustannych narad i planów, które wprawiały w zachwyt i zdumienie Karolinę Czwartą. Zjawiła się krawcowa, a z nią okres rozkoszy i trudów przy wyborze fasonów „do twarzy“ i „nie do twarzy“. Ania i Diana całemi dniami nie opuszczały Chatki Ech. Roztrząsanie zagadnienia, czy słusznie doradziła pannie Lawendzie kolor bronzowy zamiast granatowego na strój podróżny, lub fason „princesse“ na suknię jedwabną, niejednej nocy spędziło sen z powiek Ani.
Zmiana w losie panny Lawendy miała się odbić dodatnio na życiu wszystkich jej bliskich osób. Skoro tylko Jaś dowiedział się od ojca o wielkiej nowinie, przybiegł na Zielone Wzgórze, by pomówić z Anią.
— Wiedziałem, że mogę ufać ojcu, iż mi wybierze miłą drugą mateczkę — mówił z dumą. — Jak to dobrze mieć ojca, na którym można polegać. Ja naprawdę kocham pannę Lawendę. I babunia jest zadowolona; cieszy się bardzo, że ojciec nie żeni się po raz drugi z Amerykanką, bo chociaż pierwszym razem trafił bardzo szczęśliwie, kto wie, co teraz mogło się zdarzyć. Pani Linde też pochwala to małżeństwo i powiada, iż zapewne teraz, gdy panna Lawenda wyjdzie zamąż, porzuci swe dziwactwa i będzie taką, jak inni. Ale ja myślę, że nie porzuci swoich dziwactw, bo ja je bardzo lubię. Nie chciałbym, żeby była, jak wszyscy inni, bo takich zwykłych ludzi jest dosyć wokoło. Pani to rozumie, prawda?
Karolina Czwarta była również rozpromieniona.
— Ach, panno Aniu! wszystko się tak doskonale złożyło, psze pani. Kiedy pan Irving i panna Lawenda powrócą z podróży, zabiorą mnie, jako służącą, do Bostonu... A mam przecież dopiero piętnaście lat. Moje siostry musiały czekać, aż skończą szesnaście. Jaki ten pan Irving jest zakochany! Nie przestaje na nią patrzeć, ubóstwia ziemię, po której ona stąpa. Jestem strasznie rada, że się tak kochają, chociaż niektórzy obchodzą się i bez kochania. Jedna moja ciotka miała już trzech mężów. Za pierwszego wyszła z miłości, a za drugiego i trzeciego z wyrachowania. Mówi, że ze wszystkimi była bardzo szczęśliwa, a martwiła się tylko podczas pogrzebów. Ale mnie się zdaje, że ona ryzykowała, psze pani.
— Jakież to wszystko poetyczne — wzdychała Ania, rozmawiając z Marylą. — Jeślibym nie zabłądziła, idąc wówczas do Kimballów, nie byłabym nigdy poznała panny Lawendy. Nie zaprowadziłabym do niej Jasia, a on nie napisałby o tych odwiedzinach swemu ojcu, wybierającemu się właśnie do San-Francisko. Pan Irving powiada, że otrzymawszy list od Jasia, odrazu postanowił wysłać swego wspólnika do San-Francisko, a sam przybył tutaj. Przed piętnastu laty dowiedział się od kogoś, że panna Lawenda wychodzi zamąż, odtąd już nic o niej nie słyszał, i nie chciał pytać. A teraz dzięki mnie wszystko się dobrze ułożyło! Kto wie, czy pani Linde nie ma słuszności, twierdząc, że przeznaczenie rządzi światem, więc musiało się to spełnić w jakikolwiek sposób. Ale gdyby nawet... miło przecież pomyśleć, że byłam narzędziem w ręku przeznaczenia! Tak, w istocie, to niezwykle poetyczne!
— Nie widzę w tem nic poetycznego — rzekła Maryla dość kwaśno. Uważała, że Ania zbytnio przejmowała się tą sprawą, a i tak miała dosyć zajęcia z własnemi przygotowaniami do wyjazdu. Pocóż więc było „gnać“ pięć razy na tydzień do Chatki Ech? — Gdzież tu poezja? Najpierw dwoje młodych narwańców sprzecza się i obraża na siebie. Potem Stefan Irving jedzie do Stanów, żeni się i jest szczęśliwy. A gdy żona jego umiera, on, przeczekawszy odpowiedni okres czasu, powraca do domu, żeby się przekonać, czy jego pierwsza miłość zechce go przyjąć. Tymczasem ona nie wychodziła zamąż, prawdopodobnie dlatego, że nikt dość sympatyczny jej się nie oświadczył. Spotykają się i wreszcie postanawiają się pobrać. Gdzież tu poezja w tem wszystkiem?
— Zapewne, jeśli oświetlasz sprawę w ten sposób, poezja znika — westchnęła Ania, jakby oblana zimną wodą. — W rzeczywistości tak się to przedstawia, lecz czy nie przyjemniej jest patrzeć przez pryzmat poezji? — zakończyła, odzyskując swój zwykły optymizm.
Maryla, patrząc na rozpromienioną twarzyczkę, powstrzymała się od dalszych gorzkich uwag. Doszła może do wniosku, że dobrze jest posiadać Ani dar patrzenia na świat przez różowe okulary. Ona, zarówno jak i Karolina Czwarta, były go pozbawione.
— Kiedyż odbędzie się ślub? — zapytała po chwili.
— W końcu sierpnia. Będzie miał miejsce w ogrodzie, w altance spowitej w powój, właśnie tam, gdzie przed dwudziestu pięciu laty odbyły się zaręczyny. To jest poetyczne nawet w rzeczywistości, Marylo! Obecni będą tylko: pani Irving z Jasiem, Gilbert, Diana i ja oraz siostry cioteczne panny Lawendy. Wyjadą pociągiem o szóstej w podróż nad Ocean. Gdy zaś powrócą w jesieni, zabiorą Jasia i Karolinę do Bostonu. W Chatce Ech wszystko zostanie po dawnemu — oczywiście sprzedadzą tylko krowę i kury i zabiją deskami okna — bo spędzać w niej będą każde lato. Cieszę się tem niezmiernie. Bolałoby mnie strasznie, gdybym musiała myśleć o pustce i ogołoceniu tego kochanego domku, lub, co gorsza, o obcych ludziach, gospodarujących w jego pokoikach. Ale teraz moge go sobie wyobrazić tak samo, jak go dawniej widywałam, czekającego cierpliwie, ażeby lato napełniło jego wnętrze gwarem i śmiechem.
Lecz na świecie znajdowała się jeszcze poezja poza tą, która przypadła w udziale narzeczonym z kamiennego domku.
Pewnego wieczoru, idąc ścieżką leśną obok ogrodu Barrych, Ania spostrzegła Dianę, stojącą z Alfredem Wrightem pod starą wierzbą. Diana, w rumieńcach, opierała się o szary pień, Alfred zaś, trzymając ją za rękę, z głową pochyloną ku niej, szeptał coś z powagą i przejęciem. W tej czarownej chwili nie istniał na całej kuli ziemskiej dla tych dwojga nikt poza nimi samymi. To też żadne z nich nie zauważyło Ani, która, ogarnąwszy tę scenę zdumionem spojrzeniem, cofnęła się bez szelestu do lasu i popędziła do domu. Zdyszana wpadła na swą facjatkę i zasiadłszy u okna, starała się zebrać rozproszone myśli.
— Więc Diana i Alfred są zakochani! — westchnęła.
Oddawna żywiła podejrzenie, że Diana nie dochowuje wiary smukłemu, melancholijnemu ideałowi swych wczesnych snów. Lecz, jak wiadomo, to, co się widzi, czyni silniejsze wrażenie, niż to, co się słyszy, lub czego się oczekuje, więc naoczne sprawdzenie tego faktu uderzyło w nią jak piorun. Jednocześnie przeniknęło ją jakieś dziwne uczucie osamotnienia, jakgdyby Diana odeszła w nowy świat, a ją zostawiła za zamkniętemi do niego wrotami.
— Wypadki pędzą z tak oszałamiającą szybkością — myślała Ania smutnie. — Musi to wywołać pewne ochłodzenie naszej przyjaźni. Nie będę już mogła powierzać jej wszystkich moich tajemnic, bo a nuż zdradzi je Alfredowi? Doprawdy, co ona w nim widzi? Jest miły i wesoły... ale to przecież tylko Alfred.
Następnego wieczoru Diana przyszła na Zielone Wzgórze, zamyślona, poważna młoda osóbka — i w mroku facjatki zwierzała się przyjaciółce. Ściskały się, śmiały i płakały naprzemiany.
— Jestem bardzo szczęśliwa — mówiła Diana, — tylko dziwnem mi się wydaje, że jestem zaręczona.
— Co się też czuje, będąc zaręczoną? — pytała Ania ciekawie.
— Zależy od tego, z kim się jest zaręczoną — odpowiedziała Diana tonem wyższości, przybieranym zwykle przez zaręczonych wobec niezaręczonych. — Rozkosznie jest być narzeczoną Alfreda, ale chyba okropnem byłoby być narzeczoną kogokolwiek innego.
— Niewielka to pociecha dla nas innych dziewcząt, wobec tego, że jest tylko jeden Alfred na świecie — zaśmiała się Ania.
— Ach, Aniu, nie zrozumiałaś mnie — tłumaczyła się Diana. — Nie to myślałam. Trudno mi jest ci objaśnić... Ale mniejsza z tem, zrozumiesz sama, skoro przyjdzie kolej na ciebie.
— Ależ, Diano najdroższa, ja już zrozumiałam! Nacoby się zdała bujna wyobraźnia, gdyby nam nie ułatwiała spoglądania na życie oczami naszych bliźnich?
— Musisz być moją druchną, Aniu. Przyrzeknij mi.
— Przyjadę choćby z końca świata! — przyrzekła Ania uroczyście.
— Oczywiście nie będzie to jeszcze tak prędko — rzekła Diana, rumieniąc się. — Najwcześniej za trzy lata, bo ja mam osiemnaście, a matka nie życzy sobie, by która z jej córek wyszła zamąż przed dwudziestym pierwszym rokiem. Zresztą ojciec Alfreda kupuje dla niego farmę Fletchera, a chce spłacić przynajmniej dwie trzecie jej wartości, zanim ją ofiaruje synowi. Ale trzy lata, to wcale nie za długi okres czasu dla przygotowania wyprawy, bo przecież ja nie mam ani jednej sztuki wyhaftowanej. Od jutra zaczynam haftować serwetki deserowe. Mira Gillis miała w swej wyprawie trzydzieści siedem serwetek własnej roboty, a ja postanowiłam mieć przynajmniej tyleż.
— Sądzę, że będzie zupełnem niepodobieństwem prowadzić dom, mając tylko trzydzieści sześć serwetek — przyznała Ania z poważną miną, lecz z roześmianemi oczami.
Diana poczuła się dotkniętą.
— Nie myślałam, że będziesz ze mnie drwiła, Aniu — rzekła z wyrzutem.
— Ależ, najdroższa, nie drwię zupełnie — zawołała Ania. — Przekomarzałam się tylko z tobą trochę. Będziesz niewątpliwie najmilszą gosposią w świecie, i bardzo roztropnie z twej strony, że już układasz plany, jak urządzić twe domowe ognisko.
Zaledwie wypowiedziała to zdanie, gdy pojęcie „ognisko domowe“ tak opanowało jej umysł, że zapragnęła wyobrazić sobie swoje własne. Panem jego był oczywiście dumny, wysmukły brunet. Ale, co najdziwniejsza, w tym obrazie Gilbert nie odstępował jej ani na chwilę, ustawiał meble, zakładał ogród i wykonywał rozmaite polecenia, które melancholijny bohater uważał za niegodne swej osoby. Ania próbowała usunąć postać Gilberta ze swoich zamków na lodzie, lecz ponieważ jej się to nie udawało, a śpieszyła się bardzo, więc zarzuciła te starania i kończyła fantastyczną budowę z takiem powodzeniem, że jej „ognisko domowe“ było wykończone i umeblowane, zanim Diana zaczęła mówić.
— Zapewne dziwisz się, Aniu, że kocham Alfreda, chociaż różni się tak bardzo od mego dawnego ideału — tego wysokiego, smukłego młodzieńca. Jednakże nie chciałabym, aby Alfred był wysoki i smukły... Nie byłby przecież wtedy sobą. Oczywiście — dodała smutnie, — będzie z nas strasznie krępa para. Lepsze to jednak, niż gdy jedno jest małe i grube, a drugie wysokie i chude, jak Marcin Slone i jego żona.
— Cieszę się, że Diana jest szczęśliwa i zadowolona — mówiła do siebie Ania tego wieczoru, układając się do snu. — Lecz kiedy na mnie kolej przyjdzie — jeśli wogóle przyjdzie — musi się to odbyć w bardziej romantycznych warunkach. Coprawda, i Diana tak kiedyś myślała. Nieraz twierdziła, że zaręczy się tylko z tym, kto spełni jakiś niezwykły czyn, by ją zdobyć. Zmieniła się... Może i ja się zmienię? Ale nie, stanowczo nie! Ach, takie zaręczyny naszych najbliższych przyjaciół wstrząsają nami zbyt silnie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.