Ania z Avonlea/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXII
To i owo

— Więc byłyście na podwieczorku u Lawendy Lewis? — pytała Maryla nazajutrz przy śniadaniu. — Jakże teraz wygląda? Widziałam ją po raz ostatni piętnaście lat temu w graftońskim kościele — zapewne bardzo się zmieniła... Tadziu, jeśli chcesz coś, czego nie możesz dosięgnąć, poproś, żeby ci to podano, a nie kładź się na stole. Czy Jaś Irving zachowywał się tak podczas posiłku?
— Bo Jaś ma dłuższe ręce — tłumaczył Tadzio. — Jego rosły jedenaście lat, a moje tylko siedem. Zresztą ja prosiłem, ale wy z Anią jesteście tak zajęte rozmową, że nie słyszałyście. I Jaś przychodzi tu tylko na podwieczorki, a łatwiej jest być grzecznym przy podwieczorku, niż przy śniadaniu. Nie jest się wcale tak głodnym, a od kolacji do śniadania trzeba strasznie długo czekać. Patrz, Aniu, łyżeczka od cukru nie jest wcale większa, niż była w zeszłym roku, a ja przecież dużo urosłem.
— Nie wiem coprawda, jak panna Lawenda wyglądała piętnaście lat temu, ale nie sądzę, żeby się bardzo zmieniła — odpowiedziała Ania, dając Tadziowi, w celu uspokojenia go, dwie czubate łyżeczki cukru. — Ma wprawdzie śnieżno-białe włosy, a twarz jest świeża i prawie dziewczęca, słodkie bronzowe oczy ze złotemi ognikami i głos jej przypomina szemrzący strumyk i czarodziejskie dzwoneczki.
— W młodości swej była uważana za piękność — rzekła Maryla, — znałam ją bardzo mało, ale podobała mi się, mimo iż wtedy już mówiono, że jest dziwaczką... Tadziu, jeśli jeszcze raz uczynisz coś podobnego, będziesz jadał oddzielnie, gdy my wstaniemy od stołu.
Prawie każda rozmowa Maryli i Ani, tocząca się w obecności bliźniąt, była przerywana karcącemi uwagami, skierowanemi do Tadzia. Tadzio, nie mogąc zebrać łyżeczką ostatnich kropel soku, wziął talerz w obie ręce i skrupulatnie począł go oblizywać swym różowym języczkiem. Spotkawszy pełne oburzenia spojrzenie Ani, mały winowajca poczerwieniał po same uszy i bronił się napoły wyzywająco, napoły ze wstydem:
— Tak się chociaż nic nie zmarnuje.
— Ludzi nieprzeciętnych zawsze nazywa się dziwakami — mówiła Ania. — A panna Lawenda jest bezsprzecznie niepospolita, chociaż trudno orzec, na czem to polega. Pochodzi to może stąd, iż należy do tych, co się nigdy nie starzeją.
— Należy starzeć się wraz ze wszystkimi swymi rówieśnikami — orzekła Maryla trochę bezwzględna w swym sądzie. — Kto tego nie czyni, musi wreszcie zostać samotny. O ile mogę sądzić, Lawenda Lewis odbiegła zupełnie od swego pokolenia — mieszkając na takiem odludziu, że wszyscy o niej zapomnieli. Jej domek jest jednym z najstarszych na wyspie; pan Lewis zbudował go, skoro tylko tu się osiedlił, jakieś osiemdziesiąt lat temu... Tadziu, przestań trącać Tolę! Widziałam dobrze — nie rób niewinnej miny. Co to jest, że się tak źle sprawujesz?
— Może wstałem dziś na lewym boku — zgadywał Tadzio. — Emilek Boulter mówi, że takiego dnia wszystko musi już iść źle — babka mu to powiedziała. Ale dlaczego akurat na lewym? I co zrobić, jeżeli łóżko stoi prawą stroną przy ścianie? Powiedzcie mi.
— Zawsze byłam ciekawa, co właściwie zaszło między Lawendą a Stefanem Irvingem — ciągnęła Maryla, nie zwracając uwagi na Tadzia. — Byli przecież zaręczeni i nagle zerwali. Nie wiem, o co im poszło, ale przypuszczam, że musiało być coś ważnego, bo Stefan wyjechał do Stanów i nigdy już nie wrócił do domu.
— A może wcale nie było nic ważnego. Często drobiazgi odgrywają w życiu większą rolę, niż rzeczy ważne — rzekła Ania z nagłym przebłyskiem świadomości, jaką zwykle daje tylko doświadczenie. — Ale, proszę cię, Marylo, nie mów pani Linde o mojej bytności u panny Lewis. Z pewnością zadawałaby mi setki pytań, na które nie chciałabym odpowiadać ze względu na pannę Lawendę.
— Jestem pewna, że Małgorzata byłaby ciekawa wszystkich szczegółów — przyznała Maryla, — pomimo że obecnie ma mniej czasu niż dawniej do zajmowania się cudzemi sprawami. Trudno jest jej wydalać się z domu ze względu na Tomasza, i wpada w coraz większe przygnębienie, gdyż zaczyna tracić nadzieję co do jego powrotu do zdrowia. W razie katastrofy zostanie bardzo osamotniona, gdyż wszystkie jej dzieci, z wyjątkiem jednej Elizy, wywędrowały w świat. Małgorzata twierdzi, że gdyby Tomasz tylko opanował się całą siłą woli, wyzdrowiałby odrazu. Ale niechże galareta się nie trzęsie! Tomasz nigdy nie posiadał siły woli. Do dnia ślubu matka nim rządziła, a potem Małgorzata objęła władzę. Istny cud, że odważył się chorować, nie zapytawszy jej o pozwolenie. Ale niesłusznie jestem złośliwa — Małgorzata uchodziła zawsze za dobrą żonę. Bez jej pomocy nie osiągnąłby nic w życiu. Przeznaczeniem jego było żyć pod pantoflem i szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostał się w ręce takiej rozumnej i praktycznej kobiety, jak Małgorzata. Nie brał jej za złe despotyzmu, bo to mu oszczędzało kłopotów samodzielnych decyzyj. Tadziu, przestań się wreszcie kręcić!
— Nie mam nic innego do roboty — bronił się Tadzio. — Ja już wszystko zjadłem, a to żadna przyjemność patrzeć, jak wy jecie.
— Więc idź z Tolą nakarmić kury — zarządziła Maryla. — Tylko nie wyrywaj piór z ogona białemu kogutowi.
— Kiedy potrzeba mi było piór na indyjski pióropusz — skarżył się Tadzio smutnie. — Emilek ma taki pyszny, aż miło! Matka dała mu pióra, gdy zabiła ich starego zawadjakę. Dajcie i wy mnie parę. Nasz kogut ma na pewno więcej piór, niż mu potrzeba.
— Możesz sobie wziąć ze strychu stary pióropusz od skurzania. Pomaluję ci go na różne kolory — przyrzekła Ania.
— Psujesz chłopca — rzekła Maryla, gdy Tadzio rozpromieniony wybiegł za Tolą.
W ciągu ostatnich sześciu lat Maryla odrzuciła wiele swych dawnych pedagogicznych zasad, a trzymała się uparcie zdania, że nie należy dogadzać dziecku w jego zachciankach.
— Wszyscy jego koledzy mają indyjskie pióropusze, więc nic dziwnego, że i on o tem marzy — mówiła Ania. — Wiem, co się wtedy czuje. Nigdy nie zapomnę jak pragnęłam bufiastych rękawów, widząc je u innych dziewczynek. A Tadzia bynajmniej nie psuję — z każdym dniem sprawuje się on lepiej. Pomyśl, jaka w nim zaszła zmiana od czasu, gdy tu przybył.
— Oczywiście, nie psoci tyle, odkąd uczęszcza do szkoły — przyznała Maryla. — Nie rozumiem, dlaczego już od maja nie mamy żadnych wiadomości od Ryszarda Keitha.
— Ja bo lękam się jego listu — westchnęła Ania, sprzątając ze stołu. — Oby tylko nie zażądał odesłania bliźniąt.
A jednak w miesiąc potem list nadszedł. Pisał go nie Ryszard Keith, lecz przyjaciel jego, donosząc, iż Ryszard Keith umarł na suchoty. Piszący był jednocześnie wykonawcą testamentu, w którym zmarły zapisywał dwa tysiące dolarów Tadeuszowi i Teodorze Keith. Procenty od tej sumy, do czasu dojścia dzieci do pełnoletności, miała otrzymywać panna Cutbert na koszta ich wychowania.
— Strasznem się wydaje cieszyć się czemś, co ma związek ze śmiercią — mówiła Ania poważnie. — Żal mi biednego pana Keitha, lecz rada jestem, że dzieci u nas zostają.
— Bardzo zadowolona jestem z tych pieniędzy — rozważała Maryla. — I ja pragnęłam zatrzymać dzieci, ale doprawdy nie wiedziałam, czy uda mi się związać koniec z końcem. Dochody z farmy zaledwie wystarczają na utrzymanie domu, a postanowiłam nie naruszać ani grosza z twojego kapitału. Ty i tak zbyt wiele poświęcasz dla nich. Ten nowy kapelusz, który kupiłaś Toli, jest jej akurat tak potrzebny, jak kotowi drugi ogon. Teraz mam chociaż spokojną głowę — dzieci są zabezpieczone.
Tola i Tadzio byli zachwyceni wiadomością, iż pozostaną na Zielonem Wzgórzu „na zawsze“. Śmierć wuja, którego nie znały, nie mogła przyćmić ich radości. Tola miała jedną tylko wątpliwość.
— Czy wuj Ryszard jest pochowany? — zapytała szeptem Anię.
— Tak, dziecino, oczywiście.
— Czy... czy on nie jest podobny do wuja Miry Cotton? — szeptała jeszcze bardziej zaniepokojona — Czy nie będzie przechadzał się dokoła naszego domu?




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.