Ania z Avonlea/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIX
Dzień, jakich wiele

— A jednak — powiedziała pewnego razu Ania — wydaje mi się, że nie te dni są najmilsze, kiedy spotyka nas coś nadzwyczajnego, lecz te, które przynoszą nam drobne, codzienne rozkosze i przesuwają się gładko, jak perełki na naszyjniku.
Życie na Zielonem Wzgórzu obfitowało właśnie w takie dni. Niepowodzenia i przygody Ani, podobnie jak to bywa u każdego, nie zdarzały się wszystkie odrazu, lecz pojawiały się od czasu do czasu przeplatane długiemi okresami dni beztroskich, zapełnionych pracą i marzeniami, nauką i zabawą.
Takim był właśnie jeden z ostatnich dni sierpnia. Przed południem Ania i Diana zawiozły rozpromienione bliźnięta na przeciwległy brzeg stawu, gdzie pozwoliły im dowoli brodzić po wodzie i zbierać wodorosty, podczas gdy wiatr wyśpiewywał stare pieśni, wyuczone w czasach, kiedy świat był jeszcze młody.
Po południu Ania udała się w odwiedziny do Jasia Irvinga. Zastała go leżącego na trawie w sosnowym zagajniku, osłaniającym dom od północy. Był zatopiony w czytaniu czarodziejskich baśni, lecz na jej widok zerwał się radośnie.
— Jakże się cieszę, że pani przyszła — zawołał z żywością. — Babuni niema w domu. Zostanie pani ze mną na podwieczorku, prawda? To tak przykro jeść samemu, przecież pani to rozumie! Miałem już zamiar poprosić Marję, żeby ze mną zasiadła, chociaż obawiam się, że babcia byłaby z tego niezadowolona. A przytem, z Marją trudno rozmawiać. Zawsze się śmieje i powiada: „Nigdy w życiu nie widziałam takiego dziecka“. Nie lubię takiej rozmowy.
— Bardzo chętnie zostanę — zgodziła się Ania wesoło. — Czekałam tylko na zaprosiny. Od ostatniego podwieczorku twojej babuni ślinka szła mi do ust na wspomnienie waszego pysznego kruchego ciasta.
Jaś spoważniał.
— Gdyby to zależało ode mnie — rzekł, stając przed Anią z rękami w kieszeniach i nagłą troską na ślicznej twarzyczce — poczęstowałbym panią natychmiast. Ale, niestety, zależy to od Marji. Słyszałem, jak babunia, wychodząc, zapowiedziała jej, by mi nie dawała kruchego ciasta, bo to za ciężkostrawne dla dzieci. Ale jeśli przyrzeknę, że nie zjem ani ździebełka, może Marja zgodzi się ukroić dla pani kawałek. Miejmy nadzieję, że uda się ją przekonać.
— Tak, miejmy nadzieję — zgodziła się Ania, której ten optymizm odpowiadał w zupełności. — Jeśli jednak Marja okaże się nieubłaganą, nie martw się tem, kochanie.
— A czy to pani doprawdy nie sprawi przykrości? — spytał Jaś z niepokojem.
— Na pewno nie, drogie dziecko!
— Nie będę się więc martwił — rzekł Jaś, wzdychając z ulgą — tem bardziej, że przypuszczam, iż Marja usłucha głosu rozsądku. Wie ona coprawda, że rozkazy babuni trzeba wypełniać. Babcia jest bardzo dobra, ale wszyscy muszą robić, co ona każe. Dziś rano była ze mnie bardzo zadowolona, bo udało mi się zjeść całą porcję kaszki. Dużo trudu mnie to kosztowało, ale wreszcie zwyciężyłem. To też babunia powiedziała, iż wyrośnie jeszcze ze mnie porządny człowiek. Ale muszę panią zapytać o coś bardzo ważnego. Czy pani odpowie mi szczerze?
— Postaram się — przyrzekła Ania.
— Czy pani myśli, że mi „brak piątej klepki?“ — zapytał Jaś takim tonem, jakgdyby całe jego życie zależało od jej odpowiedzi.
— Jasiu, co znowu! — zawołała Ania zdumiona, — kto wmawia ci takie głupstwa?
— Marja to mówiła... Nie wiedziała, że ją słyszę. Wczoraj wieczorem była u niej Weronika od państwa Slone. Przechodząc sienią, słyszałem ich rozmowę w kuchni. Marja mówiła: „Ten Jaś plecie same brednie — na pewno brak mu piątej klepki“. Długo w nocy nie mogłem zasnąć, bo myślałem ciągle o tem, czy ona nie ma racji? Nie mogłem zapytać się o to babuni, lecz postanowiłem poradzić się pani. Jakże się cieszę, że pani w to nie wierzy.
— Rozumie się, że nie wierzę! Marja jest głupi nieuk, więc nie przejmuj się nigdy tem, co plecie — rzekła Ania z oburzeniem, postanawiając zwrócić uwagę pani Irving, aby powściągnęła gadatliwość Marji.
— Jaki ciężar spadł mi z duszy — rzekł Jaś. — Dzięki pani jestem teraz zupełnie szczęśliwy. Czy nie byłoby to straszne nie mieć piątej klepki? Marja sądzi tak zapewne dlatego, że nieraz opowiadam jej rozmaite moje myśli.
— Nie czyń tego więcej, Jasiu — przestrzegała Ania, wspominając własne swoje doświadczenia w tym kierunku.
— Opowiem pani to wszystko, co mówiłem Marji, i pani sama zobaczy, czy to takie dziwaczne — rzekł Jaś. — Ale poczekam do zmroku, bo wtedy aż mnie korci, żeby te historje komuś opowiadać. Jeśli nie mam nikogo innego, zwierzam się Marji. Teraz już nie będę; nie chcę, żeby myślała, że mi brak piątej klepki. Niechaj mnie korci, muszę to przezwyciężyć.
— Przychodź wtedy na Zielone Wzgórze i mnie się zwierzaj z twych myśli — prosiła Ania z powagą, którą dzieci tak lubią w stosunku do ich drobnych spraw.
— Dobrze. Przyjdę. Ale chciałbym, żeby wtedy nie było Tadzia, bo on mi się wykrzywia. Nie obchodzi mnie to bardzo, bo on przecież taki mały, ale jednak to nieprzyjemne. Przytem Tadzio robi takie straszne miny, że czasem boję się, że już pozostanie wykrzywiony na zawsze. Nawet w kościele, kiedy powinien myśleć o rzeczach świętych, przedrzeźnia mnie. Tola mnie lubi, i ja ją także lubię, chociaż nie tyle, co dawniej, odkąd zwierzyła się Mini Barry, że chce, bym się z nią ożenił, gdy dorosnę. Zapewne ożenię się, gdy dorosnę, ale teraz jestem chyba o wiele za młody, żeby myśleć o tem, z kim się ożenię, prawda?
— Tak, o wiele za młody — zgodziła się Ania.
— Muszę pani jeszcze coś powiedzieć — zwierzał się Jaś. — W zeszłym tygodniu była u babuni na podwieczorku pani Linde. Babunia kazała mi jej pokazać portret mojej matuchny — ten, co mi go przysłał ojciec na urodziny. Niebardzo chciałem, by go zobaczyła, bo chociaż to jest dobra i miła osoba, nie należy ona do tych, komu się chętnie pokazuje portret matki. Pani to rozumie, prawda? Usłuchałem babuni. Pani Linde powiedziała, że jest bardzo ładna, ale wygląda jak aktorka i musiała być o wiele młodsza od ojca. Potem dodała: „Twój ojciec ożeni się zapewne niezadługo. Czy pragnąłbyś mieć nową mamusię, panie Jasiu?“ Aż mnie coś w gardle ścisnęło, ale nie chciałem, by to pani Linde zauważyła. Spojrzałem jej prosto w oczy, ot tak, i rzekłem: „Proszę pani, ojciec bardzo dobrze wybrał moją matkę, więc na pewno i drugi raz dobrze wybierze“. Ojcu mogę ufać; jeśli kiedykolwiek zechce, bym miał nową matkę, na pewno zapyta się mnie o radę, zanim będzie zbyt późno... Oto Marja woła nas na herbatę, pójdę się z nią rozmówić o kruche ciasto.
Wynikiem tej rozmowy było, że Marja do podwieczorku prócz kruchego ciasta dodała i salaterkę konfitur.
Ania nalała herbatę i spędziła z Jasiem miłą godzinkę w mrocznej bawialni, przez której okna płynął do pokoju świeży morski powiew. Mówili przytem tyle różnych głupstw, że następnego wieczora oburzona Marja opowiadała Weronice, że „ta panna ze szkoły taka sama warjatka jak Jaś“.
Po herbacie Jaś zaprosił Anię na górę do swego pokoiku, aby jej pokazać portret matki — ów tajemniczy podarek urodzinowy, w swoim czasie przechowywany przez panią Irving w bibljotece.
Niski pokoiczek Jasia pełen był łagodnego różowego światła, przesyłanego przez ognistą kulę słoneczną, znikającą za morzem. W czarodziejskiej grze blasków wychylała się z ram portretu słodka, dziewczęca twarzyczka o czułem macierzyńskiem spojrzeniu.
— To jest moja matuchna — rzekł z pełną dumy miłością. — Prosiłem babuni, aby portret wisiał w nogach łóżka, żebym mógł ją widzieć, jak tylko rano otworzę oczy. Teraz już nie brak mi światła wieczorem, bo wydaje mi się, że matuchna jest tu przy mnie. Ojciec dobrze wiedział, czego pragnąłbym na urodziny, chociaż nigdy nie pytał mnie o to. Czy to nie dziwne, że ojcowie wszystko wiedzą?
— Twoja matka, Jasiu, była prześliczna, a ty jesteś trochę do niej podobny; włosy i oczy miała ciemniejsze, niż ty.
— Moje oczy są takie jak ojca — objaśniał Jaś, przysuwając dla Ani wygodny fotel do okna — ale jego włosy są siwe — ogromna czupryna zupełnie siwa! Ma przecież prawie pięćdziesiąt lat. To już porządnie stary, prawda? Ale on tylko nazewnątrz jest stary, wewnątrz jest młody jak nikt inny. Ale proszę, niech pani tutaj spocznie, a ja usiądę u pani nóg. Czy mogę położyć głowę na pani kolanach? Zawsze tak siadywałem z moją matuchną. O, jak mi dobrze!
— Teraz opowiedz mi te twoje myśli, które Marja uważa za takie dziwne — rzekła Ania, pieszcząc jego kędzierzawą główkę.
— Jednego wieczoru w lasku sosnowym wymyśliłem je sobie — mówił rozmarzony. — Rozumie się, że nie wierzę w to, tylko tak myślę. Musiałem je komuś opowiedzieć, a nie było nikogo prócz Marji. Miesiła ciasto w śpiżarni, więc usiadłem obok na ławeczce i powiedziałem: „Marjo, wiesz, myślę, że gwiazda wieczorna jest latarnią morską w krainie czarodziejek“. Ale Marja odburknęła: „Jesteś głuptas. Niema żadnych czarodziejek na świecie“. Rozgniewało mnie to bardzo; przecież ja wiem, że niema czarodziejek, ale mogę je sobie wyobrażać. Pani to rozumie, prawda? Znowu zacząłem do niej mówić: „Wiesz, Marjo, myślę, że po zachodzie słońca na ziemię schodzi wielki, biały anioł o srebrzystych skrzydłach i śpiewem swym kołysze kwiaty i ptaki do snu. Dzieci słyszą go, jeśli umieją słuchać“. Wtedy Marja wyjęła ręce z ciasta i załamując je, zawołała: „Ty chyba jesteś jakiś głupi, boję się ciebie!“ I naprawdę wyglądała wystraszona. Więc wybiegłem do ogrodu i z reszty mych myśli zwierzyłem się kwiatom. Była tam mała uschnięta brzózka — babunia powiada, że sól morska ją zabiła. Ale ja myślę, że jej opiekunka — swawolna nimfa leśna — powędrowała w świat szeroki i zabłądziła, a biednej drzewinie, co pozostała samotna, pękło serce z bólu.
— Kiedy zaś lekkomyślnej nimfie znudzi się świat szeroki i powróci do swego drzewka, to jej serce pęknie — dokończyła Ania.
— Tak, gdyż nimfy powinny cierpieć za swoją lekkomyślność zupełnie, jakgdyby były ludźmi — zdecydował Jaś poważnie. — A wie pani, co to jest księżyc po nowiu? To mała złota łódeczka, napełniona marzeniami sennemi.
— A gdy zahacza o obłok, niektóre z nich wypadają i dostają się do naszych snów.
— Tak, właśnie. Pani to dobrze rozumie. Myślę też, że fiołki są to kawałeczki nieba, które na ziemię spadły, gdy aniołowie wykrawali otwory, przez które gwiazdy mrugają. A jaskry są zrobione ze starych promieni słonecznych, z groszku zaś pachnącego powstaną w niebie motyle. Proszę pani, czy te myśli są takie głupie?
— Nie, drogi chłopcze, wcale nie głupie. Są one oryginalne i piękne w ustach dziecka. I tylko ludzie, którzy nie potrafiliby wymyślić nic podobnego, nawet gdyby myśleli przez sto lat, nazywają je głupiemi. Ale ty, Jasiu, nie porzucaj tych myśli; nie wątpię, że kiedyś zostaniesz poetą.
Po powrocie do domu Ania zastała zupełnie odmienny typ chłopięcości. Tadzio, nadąsany, czekał, by go położyła spać. Zaledwie zdążyła go rozebrać, wskoczył do łóżka i ukrył głowę w poduszce.
— Tadziu, zapomniałeś zmówić pacierza — rzekła Ania z wyrzutem.
— Wcale nie zapomniałem — odparł Tadzio hardo — ale ani myślę mówić więcej pacierza. I już nie będę się starał być grzecznym, bo czy jestem grzeczny, czy nie, zawsze więcej kochasz Jasia Irvinga. Wolę być niegrzeczny i nadokazywać się przynajmniej.
— Wcale nie kocham Jasia więcej — rzekła Ania poważnie. — Kocham Jasia tyleż co i ciebie, tylko inaczej.
— A ja chcę, żebyś mnie kochała tak samo — upierał się Tadzio.
— Nie można jednakowo kochać różnych osób. Czy ty tak samo kochasz Tolę i mnie?
Tadzio namyślał się przez chwilę.
— N... nie — przyznał wreszcie. — Kocham Tolę, bo jest moją siostrą, a ciebie — bo ty jesteś ty. — A ja kocham Jasia, bo jest Jasiem, a Tadzia, bo jest Tadziem — odpowiedziała Ania wesoło.
— W takim razie będę mówił pacierz — rzekł Tadzio, któremu to rozumowanie trafiło do przekonania. — Ale teraz nie będę już zaczynał. Jutro rano zmówię go dwa razy. Czy to nie będzie to samo?
Nie, Ania była przeciwnego zdania. Więc Tadzio wygramolił się z łóżeczka i ukląkł przy niej. Odmówiwszy pacierz, przysiadł na bosych opalonych nóżkach i zagadnął:
— Prawda, Aniu, że teraz jestem lepszy, niż dawniej?
— O tak, bezwarunkowo, Tadziu — przyznała Ania, która nigdy nie skąpiła należnych pochwał.
Ja sam wiem, że jestem lepszy — zwierzał się Tadzio — i powiem ci, skąd to wiem. Dziś Maryla dała mi dwie kromki chleba z konfiturą: dla mnie i dla Toli. Jedna była o wiele większa, ale Maryla nie powiedziała, która jest dla mnie. A ja właśnie tę większą dałem Toli. Czy to nie było ładnie?
— Bardzo ładnie, postąpiłeś jak prawdziwy dżentelmen, Tadziu!
— Na szczęście Tola nie była bardzo głodna i zjadła tylko połowę, a resztę mnie oddała. Ale przecież nie wiedziałem, że to zrobi, więc byłem dobry.
O zmierzchu, błądząc dokoła Źródła Nimf, Ania ujrzała Gilberta, nadchodzącego z Lasu Duchów. Nagle przeniknęła ją świadomość, że Gilbert nie jest już uczniakiem. Jakże po męsku wyglądał — wysoki, barczysty chłopiec o szczerem, jasnem spojrzeniu. Ania uważała, że Gilbert jest bardzo przystojny, pomimo iż odbiegał od tego typu męskiej urody, który był jej ideałem. Dawno już zgodziły się z Dianą, że ich przedmiot uwielbienia powinien być wysoki i wytworny, o zadumanych niezgłębionych oczach i dźwięcznym głosie. W fizjognomji Gilberta nie było nic tajemniczego ani melancholijnego. Ale cóż to szkodziło przyjaźni!
Gilbert rozciągnął się na trawie obok Źródła i z zachwytem spoglądał na Anię. Zapytany o swój ideał kobiecy, byłby dał portret zgodny co do joty z portretem Ani, nie pominąłby nawet owych siedmiu piegów, których znienawidzona obecność ciągle jeszcze dręczyła ich właścicielkę. W marzeniach o swej przyszłości zawsze umieszczał postać dziewczęcia o szarych oczach i twarzyczce delikatnej, jak płatek kwiatu. Postanowił też w przyszłości okazać się godnym swej bogini. Nawet w cichem Avonlea trzeba było czasem umieć oprzeć się pokusie, ale Gilbert pragnął zachować przyjaźń Ani, a kiedyś w przyszłości zdobyć może jej miłość. Stał więc na straży każdej swej myśli i każdego czynu, jakgdyby jasne oczy Ani miały go bezustannie sądzić. Wywierała na nim ten bezwiedny wpływ, który każde dziewczę o wysokich ideałach wywiera na swe otoczenie. Za największą ozdobę Ani Gilbert poczytywał to, że nie uciekała się, jak niektóre jej koleżanki, do drobnych intryg, zazdrości, flirtu. Wszelkie tego rodzaju małostki były obce jej kryształowej naturze. Nie próbował jednak nigdy wypowiedzieć jej swych myśli, gdyż lękał się, że niemiłosiernie wydrwi wszystkie próby zdobycia jej uczuć.
— Aniu, wyglądasz pod tą brzozą jak prawdziwa nimfa leśna — rzekł, przekomarzając się.
— Lubię niezmiernie brzozy — odpowiedziała Ania, przytulając głowę właściwym sobie wdzięcznym ruchem do białego atłasowego pnia.
— W takim razie ucieszysz się wiadomością, że pan Spencer postanowił zasadzić brzozy wzdłuż drogi, przytykającej do jego farmy. Mówił mi dziś, że chce w ten sposób dodać otuchy K. M. A. — ciągnął dalej Gilbert. — Spencer — to najbardziej postępowy i uspołeczniony obywatel Avonlea. Pan Bell zaś ma zamiar urządzić świerkowy żywopłot wzdłuż swojej drogi. Nasze Koło znakomicie się rozwija, wyszło z okresu niemowlęctwa i zostało ogólnie uznane. Starsze pokolenie zaczęło się nami interesować, a i obywatele Białych Piasków chcą iść za naszym przykładem. Nawet Eligjusz Wright uznał nas od czasu, gdy goście amerykańscy wychwalali tutejsze drogi, twierdząc, że są lepiej utrzymane, niż gdziekolwiek na wyspie. A kiedy w przyszłości inni obywatele pójdą za przykładem pana Spencera i zasadzą ozdobne drzewa i żywopłoty wzdłuż swych dróg, Avonlea będzie najpiękniejszą osadą w naszych stronach.
— Komitet Szkolny przyrzekł, iż w roku przyszłym oparkani dziedziniec szkolny. Jeżeli dotrzyma obietnicy, urządzę Święto Sadzenia Drzew i każde z dzieci zasadzi drzewko, kładąc w ten sposób podwalinę pod przyszły ogród.
— A więc wszystkie nasze plany udały się, z wyjątkiem projektu zburzenia rudery starego Boultera — rzekł Gilbert. — Jego uporu nie zdołamy złamać, chce nam najwidoczniej dokuczyć. To najbardziej zacięty ze wszystkich Boulterów.
— Julja Bell twierdzi, że należy raz jeszcze posłać do niego delegację, lecz ja sądzę, że powinniśmy raczej okazać mu pogardliwą obojętność — zawyrokowała Ania.
— I zdać się na łaskę Opatrzności — jak mówi pani Linde — uśmiechnął się Gilbert. — Bezwarunkowo żadnych delegacyj więcej; one go tylko irytują. Julja Bell myśli, że jeżeli tylko naznaczy się delegację, sprawa jest załatwiona. Na przyszłą wiosnę zabierzemy się do upiększania trawników. Jeszcze przed zimą zasiejemy piękne gatunki trawy. Otrzymałem właśnie rozprawkę o urządzaniu trawników i postaram się jak najprędzej ją zreferować... Wakacje dobiegają końca — w poniedziałek zaczyna się szkoła. Czy Ruby Gillis została naznaczona do Carmody?
— Tak, Priscilla pisała mi, że objęła posadę w swem rodzinnem mieście, a Komitet ofiarował jej dawne stanowisko Gillisównie. Przykro mi, że Priscilla już do nas nie powróci, lecz jeśli tak być musi, rada jestem, że Ruby ją zastąpi. Soboty będzie przecież spędzała u rodziców w Avonlea, i jak za dawnych czasów, nasza czwórka z Janką i Dianą będzie znowu razem.
Powróciwszy do domu, Ania zastała Marylę, siedzącą na kamiennych schodkach ganku.
— Byłam u Małgorzaty — postanowiłyśmy jechać jutro do miasta. Mąż jej czuje się lepiej w tym tygodniu, więc Małgorzata chce wykorzystać tę chwilę, zanim nastąpi nowy atak.
— Ja zaś postanowiłam wstać jutro bardzo wcześnie, gdyż mam moc roboty — rzekła Ania. — Przedewszystkiem muszę przesypać pierze z mojej pierzynki do nowej poszwy. Powinnam była dawno już to uczynić, lecz odkładałam tę wstrętną robotę. Jest to złe przyzwyczajenie odkładać przykre zajęcia na później. Mnie szczególnie nie wolno tego robić, bo jakże mogłabym łajać dzieci za takie postępowanie — byłoby to nielogiczne. Chcę też upiec placek dla pana Harrisona, skończyć referat o ogrodach dla K. M. A., napisać do Stelli, uprać i uprasować moją białą sukienkę, no, i uszyć fartuszek dla Toli.
— I połowy tego nie wykonasz — ostrzegła przewidująca, jak zwykle, Maryla. — Ilekroć projektujemy wiele, zawsze zdarzy się coś, co staje wykonaniu na przeszkodzie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.