Ania z Avonlea/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V
Świeżo upieczona nauczycielka

Gdy tego ranka Ania przybyła do szkoły — po raz pierwszy w życiu minęła Ścieżkę Brzóz głucha i ślepa na jej uroki — zastała ciszę i spokój. Poprzednia nauczycielka wymagała, aby dzieci zasiadały w ławkach przed jej nadejściem, to też gdy Ania weszła do klasy, znalazła się przed szeregami odświętnie przybranej dziatwy o wiośnianych twarzyczkach i błyszczących badawczych oczach. Odłożyła kapelusz i objęła wzrokiem swych uczniów; miała nadzieję, że wygląd jej nie zdradza lęku i niepewności, które odczuwała, że może nie zauważą jej drżenia. Poprzedniego wieczora prawie do północy układała mowę. Miała nią przywitać swych wychowańców na pierwszej lekcji. Przerabiała ją i poprawiała starannie, wreszcie nauczyła się jej napamięć. Była to bardzo piękna mowa; zawierała wiele wzniosłych myśli, dotyczących współpracy i poważnego dążenia do wiedzy. Niestety, w tej chwili nie mogła sobie przypomnieć z niej ani słowa.
Po pewnym czasie, który jej się wydał rokiem — w rzeczywistości upłynęło zaledwie dziesięć sekund — rzekła słabym głosem: „Otwórzcie książki, proszę“ — i osunęła się bez tchu na krzesło, oszołomiona hałasem otwieranych i zamykanych pulpitów.
Podczas gdy dzieci czytały, Ania starała się zebrać rozproszone myśli i przeglądała czujnem okiem hufiec małych pielgrzymów, dążących w krainę Ludzi Dorosłych. Większość ich była jej dobrze znana; przecież chodzili z nią jednocześnie do szkoły. Wyjątek stanowiła przygotowawcza klasa i dziesięciu nowych przybyszów. W duszy Ania interesowała się bardziej tą nową grupą, niż resztą dzieci, o których było już wiadomem, że nie rokują nadzwyczajnych nadziei. Oczywiście, nowe mogły się okazać równie pospolitemi umysłami jak tamte, ale mógł się też znaleźć między niemi genjusz! Ta myśl przejmowała ją dreszczem.
Na ławce w rogu siedział sam jeden Antoś Pay. Z ciemnej, ponurej twarzyczki para czarnych oczu spoglądała wrogo na Anię, która natychmiast postanowiła zdobyć sympatję tego potomka osławionej rodziny Payów.
W przeciwnym rogu na ławce z Arciem Slonem siedział inny nowy uczeń; z wyglądu urwis, piegowaty, z zadartym noskiem i niebieskiemi oczami o jasnych rzęsach — zapewne mały Donnellów. A jeśli podobieństwo nie myliło, z Maniusią Bell sąsiadowała jego siostrzyczka. Ania zdumiała, jak matka może przysłać dziecko do szkoły w podobnym stroju. Dziewczynka miała na sobie wyblakłą różową jedwabną sukienkę, przybraną suto nicianą koronką, brudne białe skórkowe pantofelki i jedwabne pończoszki. Jej jasne włosy, poskręcane w nienaturalne loki, związane były ognistą kokardą, większą niż jej główka. Sądząc z minki, była bardzo z siebie zadowolona. Blada, mała istotka o miękkich kędziorach jedwabistych włosów, spływających na ramiona, to — myślała Ania — Aneczka Bell, której rodzice z Nowych Mostów przenieśli się obecnie do Avonlea. Trzy dziewczyneczki, przytulone do siebie na jednej ławce, były to z pewnością Cottonówny. Nie ulegało też wątpliwości, że mała piękność o długich ciemnych lokach i piwnych oczach, rzucająca kokieteryjne spojrzenia ku Jankowi Gillis, była to Priscilla Rogerson, której ojciec, ożeniwszy się właśnie po raz drugi, przywiózł dziewczynkę do domu od babki w Graftonie. Nazwiska wysokiej, niezręcznej uczennicy w jednym z dalszych rzędów, której własne ręce i nogi zdawały się zawadzać, Ania nie mogła odgadnąć. Później dowiedziała się, że była to Basia Shaw, przybyła na stałe do swej ciotki w Avonlea. Miała się też wkrótce przekonać, że ilekroć Basia dobrnęła do tablicy bez potknięcia się o cudze lub własne nogi, koledzy zapisywali ten niezwykły fakt, celem upamiętnienia go, na ścianie przedsionka.
Lecz kiedy oczy Ani spotkały spojrzenie malca z pierwszej ławki, dziwnie miły dreszcz wstrząsnął nią — jakgdyby odnalazła oczekiwanego genjusza. Wiedziała odrazu, że to musi być Jaś Irving, i że pani Małgorzata raz przynajmniej miała rację, przepowiadając, iż będzie on różny od dzieci avonleaskich. Co więcej, Ania uznała, iż był on różny od wszystkich dzieci wogóle i że przez te wielkie, szafirowe oczy garnie się ku niej duszyczka subtelna, bliska jej własnej.
Pamiętała, że Jaś ma lat dziesięć, ale wyglądał zaledwie na osiem. Nie widziała nigdy równie pięknej dziecięcej twarzyczki: rysy cudownej delikatności w obramowaniu kasztanowatych kędziorów. Co za prześlicznie zarysowane usteczka o pełnych karminowych wargach! Zadumany i poważny wyraz zdawał się świadczyć, że duch jego był o wiele starszy od ciała. Lecz ilekroć Ania zwracała się do malca z łagodnym uśmiechem, wyraz ten pierzchał, a na jego miejsce zjawiał się porozumiewawczy uśmiech, rozjaśniający całą istotę dziecka. Zdawało się wtedy, że jakieś światło rozpala się w niem i promienieje zeń od stóp do głów; a co najważniejsza, był to odruch mimowolny, odzwierciedlenie pięknej duszyczki. Ta szybka wymiana uśmiechów sprawiła, iż Ania i Jaś zostali przyjaciółmi, nie przemówiwszy jeszcze do siebie.
Dzień minął Ani, jak we śnie; nigdy później nie mogła go sobie przypomnieć. Zdawało jej się, że to nie ona zasiadała na katedrze nauczycielskiej, lecz kto inny. Przesłuchiwała uczniów, sprawdzała rachunki, poprawiała przepisywania — wszystko machinalnie. Dzieci sprawowały się zupełnie dobrze; zdarzyły się tylko dwa wypadki nieposłuszeństwa. Maciuś Andrews został schwytany na zabawie parą związanych świerszczy. Ania postawiła go na godzinę do kąta i — co Maciuś odczuł dużo boleśniej — skonfiskowała świerszcze. Umieściła je w pudełku i w powrotnej drodze ze szkoły wypuściła na wolność w Dolinie Fiołków. Ale Maciuś wierzył święcie wtedy i zawsze potem, że zabrała je do domu i zachowała dla własnej zabawy.
Drugim winowajcą był Antoś Pay, który wylał resztę wody ze swej butelki za kołnierz Amelce Clay. Ania wzięła Antosia na stronę, miała doń przemowę o obowiązkach mężczyzn wobec kobiet, zapewniając go, że żaden „dżentelmen“ nie wyleje kobiecie wody za kołnierz. Dodała, że życzy sobie, aby wszyscy jej uczniowie byli „dżentelmenami“.
Mała jej mówka była bardzo łagodna i przekonywająca. Niestety, winowajca pozostał niewzruszony: wysłuchał jej w milczeniu ze swą zwykłą ponurą miną i wychodząc gwizdał gniewnie. Ania westchnęła. Pocieszyła się jednak myślą, że zjednanie sympatji któregoś z Payów nie może być dziełem jednego dnia. Nawet dla niej wątpliwem było, czy który z Payów zdolny jest obdarzyć kogokolwiek sympatją. Lecz spodziewała się czegoś więcej po Antosiu, który wydawał jej się dobrem dzieckiem; należało tylko zdobyć jego zaufanie.
Po skończonych lekcjach i rozejściu się dzieci Ania znużona osunęła się na krzesło. Głowa ją bolała, czuła się zmęczoną i zniechęconą. Właściwie nie miała powodu do zniechęcenia, gdyż nie zdarzyło się nic złego, mimo to ogarnęło ją przeświadczenie, że nigdy nie pokocha zawodu nauczycielskiego. A jakiż to straszny los zajmować się czemś, co ci jest niemiłe dzień w dzień przez — powiedzmy — czterdzieści lat! Ania nie mogła się zdecydować: czy pozwolić sobie na chwilę płaczu zaraz w szkole, czy też odłożyć to do czasu, gdy znajdzie się u siebie, w swoim białym pokoiku. Zanim powzięła jakieś postanowienie, w sieni rozległ się stuk obcasów i szelest jedwabiu. W drzwiach pojawiła się nieznajoma dama.
Nowoprzybyła miała na sobie niebieską, jedwabną suknię, nastroszoną falbankami, bufami i kokardkami wszędzie, gdziekolwiek falbanka, bufa lub kokardka dała się umieścić. Głowę zdobił wielki biały kapelusz o trzech podniszczonych strusich piórach. Różowa gazowa woalka, suto nakrapiana czarnemi punktami, spływała z ronda kapelusza na ramiona, powiewając za nią, jak dwa proporce. Przystrojona była w tyle kosztowności, wiele tylko jej drobna osóbka mogła na sobie ponawieszać. Wraz z jej przybyciem w pokoju rozszedł się silny zapach perfum.
— Jestem pani Donnell... Henrykowa Donnell — oświadczyło zjawisko. — Przyszłam rozmówić się z panią w pewnej sprawie, o której powiadała mi Klaryssa-Almira po powrocie ze szkoły. Było mi to nadzwyczajnie przykre.
— Żałuję bardzo — wyjąkała Ania, napróżno starając się przypomnieć sobie jakiekolwiek zajście z dziećmi Donnellów.
— Klaryssa-Almira powiedziała mi, że pani wymawia nazwisko nasze Donnell“. Tymczasem prawidłowe brzmienie jego jest „Donnell“ akcent na drugiej sylabie. Ufam, że pani będzie pamiętała o tem w przyszłości!
— Postaram się — wykrztusiła Ania, z trudnością powstrzymując wybuch śmiechu. — Wiem z doświadczenia, jak przykrem jest widzieć swe nazwisko napisane nieortograficznie, domyślam się więc, że jeszcze przykrzej jest słyszeć je źle wymawiane.
— O, niewątpliwie! Klaryssa-Almira powiadomiła mnie też, że pani syna mego nazywa Kubą.
— Takie imię mi podał — tłumaczyła się Ania.
— Powinnam się była tego spodziewać — rzekła pani Donnell tonem, z którego można było wnosić, że w tem zepsutem stuleciu nie wolno oczekiwać wdzięczności od dzieci. — Ten chłopiec ma tak plebejuszowskie upodobania! Gdy się urodził, chciałam go nazwać Saint-Clair; to brzmi arystokratycznie, nieprawdaż? Ale mój mąż żądał, by się nazywał Jakób — po stryju. Ustąpiłam, bo stryj Jakób był to bogaty stary kawaler. I co pani na to powie? Kiedy nasz Bogu ducha winny malec skończył pięć lat, staremu Jakóbowi strzeliło coś do głowy, ożenił się i oto ma własnych trzech chłopców. Słyszała pani kiedy o podobnej niewdzięczności? W chwili, gdyśmy otrzymali zaproszenie na ślub — miał jeszcze czelność nas zapraszać — rzekłam „u nas skończyło się z Jakóbami, dziękuję uprzejmie!“ Odtąd nazywam mego syna Saint-Clairem, i Saint-Clairem musi pozostać! Wprawdzie ojciec uparcie nazywa go Jakóbem, a i on sam ma jakąś szczególną słabość do tego ordynarnego imienia, ale dla mnie jest i pozostanie Saint-Clairem. Pani zechce o tem pamiętać, prawda? Dziękuję. Odrazu powiedziałam Klaryssie-Almirze, że to tylko nieporozumienie i jedno słówko wystarczy dla usunięcia go. Donnell — akcent na drugiej sylabie i Saint-Clair — pod żadnym pozorem Jakób. Pani będzie pamiętać? Dziękuję bardzo.
Pani Henrykowa Donnell zaszeleściła i wyfrunęła; Ania zaś zamknęła szkołę i poszła do domu.
U stóp wzgórza na Ścieżce Brzóz zastała Jasia Irvinga. Podał jej wiązankę cudnych leśnych storczyków, ulubionych kwiatów dzieci Avonlea.
— Zebrałem je w lesie — rzekł nieśmiało — i powróciłem, aby je pani ofiarować. Zdaje mi się, że pani musi lubić kwiaty, a ja — dodał, podnosząc swoje wielkie piękne oczy — kocham panią.
— Dzięki ci, kochanie — odpowiedziała Ania, ujmując pachnące kwiaty.
Zniechęcenie i znużenie opuściły ją, jakgdyby słowa Jasia były czarodziejskiem zaklęciem. Pełna różowych nadziei, rozbudzonych tym słodkim darem, lekkim krokiem przebiegła resztę drogi.
— No, jakżeż ci się udało? — pytała Maryla niecierpliwie.
— Spytaj mnie o to za miesiąc; wtedy potrafię ci odpowiedzieć. Dzisiaj nie mogę — sama nie wiem. Czuję, że mąci mi się w głowie. Jedyne, czego jestem pewna, to, że nauczyłam małego Wrighta, że A jest A. Nigdy dotąd nie wiedział o tem. Czyż to nie cudowna rzecz wprowadzić duszyczkę na drogę, u której końca pozna Szekspira?
Nieco później nadeszła pani Linde, przynosząc pocieszające wieści. Ta poczciwa niewiasta u swej furtki wyczekiwała dzieci, powracających ze szkoły, ażeby się dowiedzieć, jak im się podobała nowa nauczycielka.
— Wszystkie były tobą zachwycone, Aniu, z wyjątkiem Antosia Pay. Nie mogę zataić, że on był innego zdania; wyraźnie powiedział: „to nic dobrego, taka, jak wszystkie baby nauczycielki“. Ta latorośl Payów przeznaczona jest na twoje utrapienie! Ale nie przejmuj się tem!
— Nie przejmuję się, bo jestem pewna, że potrafię zyskać sympatję tego urwisa. Łagodnością i cierpliwością na pewno zdobędę jego serduszko.
— Za żadnego Paya nie można ręczyć — zauważyła pani Małgorzata niedowierzająco. — Co się tyczy tej zwarjowanej Donnell, to ja nie będę jej nazywała Donnell, mogę cię zapewnić. Jej nazwisko jest i zawsze było Donnell. To istna warjatka, oto co! Ma ona mopsa, którego przezwała „Księżniczką“. Sadzają go przy stole z całą rodziną i dają jeść na porcelanowych talerzach! Na jej miejscu bałabym się gniewu Bożego. Tomasz powiada, że Donnell sam to rozumny, pracowity człowiek. Nie okazał jednak wiele sprytu, żeniąc się z taką kobietą, oto co!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.