Ania z Avonlea/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IX
Kwestja koloru

— Ta stara wścibska Lindowa była tu dziś znowu — zanudzała mnie o składkę na kupno dywanu do zakrystji — mówił pan Harrison gniewnie. — Niecierpię tej baby tak, jak nikogo na świecie.
Ania, oparta o balustradę ganku, rozkoszowała się czarem szarego listopadowego zmierzchu. Z nad świeżo zaoranych pól płynął łagodny wietrzyk i poświstywał cicho między otaczającemi ogród sosnami.
— Całe zło jest w tem, że pan i pani Linde nie rozumiecie się nawzajem — zauważyła Ania, obracając swą marzącą twarzyczkę ku mówiącemu, — to jest właśnie przyczyną braku sympatji. Ja także nie lubiłam dawniej pani Linde, lecz polubiłam ją z chwilą, gdy nauczyłam się ją rozumieć.
— Być może, że pani Linde przypada do gustu niektórym osobom. Ale ja nie będę się zmuszał do jedzenia bananów dlatego, że mi ktoś wmawia, iż zasmakuję w nich, o ile będę się niemi raczył często, — burknął pan Harrison. — Co zaś do rozumienia jej, przekonałem się, że to niepoprawna wścibska i powiedziałem jej o tem.
— Ach! musiało to strasznie zranić jej uczucia — rzekła Ania z wyrzutem. — Jakże pan mógł powiedzieć jej coś podobnego? Ja również powiedziałam kiedyś pani Linde parę przykrych słów, ale to dlatego, że straciłam panowanie nad sobą.
— Rzekłem jej prawdę, a prawdę należy każdemu mówić w oczy.
— Ale pan nie mówi całej prawdy — zaprzeczyła Ania, — pan mówi tylko nieprzyjemną część prawdy. Naprzykład powiedział mi pan już z dziesięć razy, że moje włosy są rude, ale ani razu, że mam ładny nos.
— Przypuszczam, że wiesz o tem i bez mojego powiedzenia — zaśmiał się pan Harrison.
— O rudych włosach wiem również — nawiasem mówiąc, są wiele ciemniejsze, niż były dawniej — więc niema potrzeby wspominania o tem.
— Dobrze, już dobrze. Postaram się nie mówić o tem, skoroś taka wrażliwa. Wybacz mi, Aniu. Przyzwyczaiłem się do szczerości, i ludzie nie powinni mi tego brać za złe.
— Ależ muszą brać za złe. Okoliczność, iż jest to pańskie przyzwyczajenie, nie zmienia postaci rzeczy. Coby pan powiedział o człowieku, który wtykając ludziom szpilki za skórę, tłumaczyłby się: „Nie pamiętajcie mi tego, taki już mam zwyczaj“. Uważałby go pan za szaleńca, czyż nie? Pani Linde jest może wścibską, ale czy powiedział jej pan także, że ma dobre serce, pełne litości dla biednych? Wie pan chyba, że Tymoteusz Cotton skradł garnek masła z jej piwnicy, a żonie powiedział, że kupił; kiedy zaś Cottonowa przy pierwszem spotkaniu z panią Linde zrobiła uwagę, że masło czuć było marchwią, ta poczciwa kobieta przyznała: „Rzeczywiście, było nieudane“.
— Wierzę, że posiada pewne zalety — zgodził się pan Harrison niechętnie. — Każdy człowiek ma jakieś, nawet ja, chociaż tego nie podejrzewasz. W każdym razie na dywan nie dam ani grosza; tu u was nie przestają wcale zbierać składek. A cóż wasz projekt pomalowania Domu Ludowego, jakże wam się wiedzie?
— Świetnie. Na ostatniem piątkowem posiedzeniu K. M. A. obliczyliśmy, że mamy aż zbyt wiele pieniędzy na ten cel. Większość obywateli daje szczodrą ręką, drogi panie!
Mimo wrodzonej słodyczy, Ania potrafiła, gdy okoliczności tego wymagały, ukryć żądełko ironji w niewinnem napozór zdaniu.
— Na jaki kolor malujecie budynek?
— Wybraliśmy bardzo piękny zielony — ale pokrycie dachu będzie oczywiście ciemno-czerwone. Roger Pay kupi dziś farbę w mieście.
— A kto wykona robotę?
— Józef Pay z Carmody. Z dachem już prawie skończył. Musieliśmy jemu to powierzyć, gdyż wszyscy Payowie — a jest ich cztery rodziny — zapowiedzieli, że nie dadzą ani grosza, jeżeli się nie umówimy z Józefem. Podpisali się na dwanaście dolarów, więc zdawało nam się, iż stracilibyśmy zbyt wiele. Chociaż niektórzy twierdzą, że Payom nie należało ustąpić. Pani Linde powiada, że oni starają się wszędzie wkręcić.
— Najważniejszą rzeczą jest, czy ten Józef wywiąże się dobrze ze swego zadania.
— Uchodzi za dobrego rzemieślnika, ale mówią o nim, że dziwak. Prawie nigdy nie rozmawia.
— W takim razie to doprawdy oryginał — a przynajmniej tutejsi mieszkańcy uważaliby, że należy go tak nazwać — odrzekł pan Harrison oschle. — Ja sam do chwili osiedlenia się w Avonlea nie byłem gadułą. Ale tu, poprostu w celu samoobrony, musiałem odzwyczaić się od milczenia. Boć w przeciwnym razie pani Linde byłaby mnie okrzyczała niemową i urządziła składkę dla nauczenia mnie mowy głuchoniemych. Czy już odchodzisz, Aniu?
— Muszę. Wieczorem mam jeszcze dużo reparacyj dla Toli. Poza tem lękam się, że Tadzio irytuje Marylę jakąś nową psotą. Dziś rano pierwsze jego pytanie było: „Aniu, chciałbym wiedzieć, dokąd odchodzi ciemność nocna?“ Odpowiedziałam, że idzie wokoło na drugą stronę świata. Lecz po śniadaniu oświadczył, że tak nie jest, bo ciemność schodzi na dno studni. Maryla przyłapała go już dziś czterokrotnie, jak przewieszony przez cembrowinę studni zaglądał w jej głębię.
— A to szelma — zaopinjował pan Harrison. — Przybiegł tu wczoraj i, zanim zdołałem temu przeszkodzić, wyrwał Imbirkowi sześć piór z ogona. Od tej chwili biedny ptak strasznie posmutniał. Te dzieciaki to istne utrapienie.
— Ale jednocześnie i skarb umiłowany — rzekła Ania, w duszy postanawiając wybaczyć Tadziowi pierwszą przyszłą psotę, jakąkolwiekby ona była, za to, że zemścił się za nią na Imbirku.
Roger Pay przywiózł wieczorem oczekiwaną farbę, Józef zaś, mrukliwy, milczący jegomość rozpoczął malowanie następnego dnia. Nie przeszkadzano mu w pracy. Budynek mieścił się przy tak zwanej „dolnej drodze“. Późną jesienią droga ta bywała zwykle błotnista, więc udający się do Carmody kierowali się dłuższą „górną drogą“. Dom Ludowy był otoczony gęstym lasem świerków i trudno go było dojrzeć, o ile się nie podjechało tuż blisko. Józef Pay pracował więc w ciszy i samotności, których tak łaknęła jego dusza odludka.
W piątek popołudniu ukończył robotę i odjechał do Carmody. Wkrótce po jego odejściu pani Linde, niepomna błotnistych wybojów „dolnej drogi“, przejeżdżała tamtędy. Wiodła ją ciekawość. Pragnęła pierwsza zobaczyć, jak też wygląda Dom Ludowy w swej nowej szacie. Okrążywszy las świerków, ujrzała go wreszcie. Lecz widok ten wywarł na niej nieoczekiwane wrażenie. Rzuciła lejce, wzniosła ręce do góry i zawołała: „Boże miłościwy!“ Patrzała, nie wierząc własnym oczom, aż wreszcie wybuchnęła głośnym śmiechem.
— Nie mogło się obejść bez pomyłki. Nie mogło! Wiedziałam, że Payowie nawarzą piwa!
Pani Małgorzata jechała do domu, zatrzymując się co chwila, aby wśród spotkanych sąsiadów rozgłaszać nowinę. To też wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Przez usta parobka Blythe’ów dotarła ona do Gilberta; przerażony, rzucił książki, nad któremi ślęczał, i popędził na Zielone Wzgórze. Po drodze dogonił go zdyszany Alfred Wright. U furtki, pod ogołoconemi z liści wierzbami zastali Dianę, Jankę Andrews i Anię — uosobienie rozpaczy.
— To chyba nieprawda, Aniu? — zawołał Gilbert.
— Owszem, prawda — odrzekła Ania z miną muzy tragedji. — Pani Linde, wracając z Carmody, wstąpiła, by mi o tem donieść. To straszne! Czy warto dążyć do jakichkolwiek ulepszeń!
— Co jest straszne? — zapytał Oliver Slone, nadchodząc właśnie z paczką, przywiezioną z miasta dla Maryli.
— Jakto, nie słyszałeś jeszcze? — rzekła Janka zirytowana — Tylko tyle: Józef Pay pomalował Dom Ludowy na niebiesko zamiast na zielono! Jaskrawym niebieskim kolorem, używanym zazwyczaj do malowania wózków i taczek. Pani Linde powiada, że to najwstrętniejsza barwa, jaką kiedykolwiek widziała, szczególniej w połączeniu z czerwonym dachem. Omal nie zemdlałam, gdy usłyszałam o tem. Serce pęka na myśl, wiele trudów ta sprawa pochłonęła.
— Na miłość Boską, skąd powstała ta pomyłka? — jęknęła Diana.
Winę tego nieszczęścia można było przypisać tylko Payom. Miłośnicy postanowili użyć farb Harrisa, a wiadomo, że blaszanki z farbą są numerowane wedle próbek kolorów, umieszczonych na wzorze. Wybrany zielony odcień był oznaczony numerem 147, więc kiedy Roger Pay przysłał syna swego Janka z wiadomością, że jedzie do miasta i może kupić farbę, Miłośnicy kazali go poprosić o nabycie numeru 147-go. Janek zaklinał się, że wypełnił ich polecenie, ojciec zaś jego równie stanowczo twierdził, że Janek powtórzył numer 157. I na tem sprawa stoi do dziś dnia.
Tego wieczoru w każdym avonleaskim domu, gdzie mieszkał jakikolwiek Miłośnik, panowała czarna rozpacz. Nastrój na Zielonem Wzgórzu był tak ponury, że nawet wesołość Tadzia przygasła. Ania płakała i była niepocieszona.
— Muszę płakać, Marylo, mimo że mam prawie siedemnaście lat — łkała. — To takie upokarzające. Wszyscy nas będą wyśmiewali. Ta wieść brzmi jak dzwon pogrzebowy dla naszego stowarzyszenia.
Jednakże w życiu, podobnie jak w snach, rzeczy przybierają często dziwny obrót. Mieszkańcy Avonlea nie mieli wcale ochoty do śmiechu, byli zbyt zagniewani. Przecież to za ich pieniądze malowano Dom Ludowy, więc też ich najboleśniej dotknęła ta pomyłka. Powszechne oburzenie skupiło się na Payach. Roger Pay i Janek pokpili sprawę. Józef zaś musiał być skończonym idjotą, jeżeli po otworzeniu blaszanki nie zorjentował się, że zaszła jakaś pomyłka. Gdy krytyka dotarła do wiadomości Józefa Paya, odburknął, że nie miał zamiaru wtrącać się do gustu obywateli bez względu na swe osobiste zdanie w kwestji kolorów; zamówiono go do malowania budynku, nie zaś do rozprawiania o barwach; robotę swoją wykonał, więc zaplata słusznie mu się należy.
Po naradzie z Piotrem Slonem, sądownikiem, Miłośnicy z ciężkiem sercem wypłacili Payowi należność.
— Musicie mu zapłacić — powiedział Slone — nie jest odpowiedzialny za to, co się stało. Nikt mu nie mówił, jakiego koloru miała być farba — dostał blaszanki z poleceniem rozpoczęcia pracy. Ale to wstyd prawdziwy i Dom na pewno wygląda strasznie.
Nieszczęśni Miłośnicy sądzili, że odtąd Avonlea będzie żywiła do nich jeszcze więcej uprzedzeń; tymczasem stało się wprost przeciwnie: sympatja ogółu roztoczyła nad nimi swe skrzydła. Powszechnie mówiono, że ta pełna zapału młódź, co z wytrwałością dążyła do osiągnięcia swych celów, została haniebnie oszukana. Pani Linde radziła im, by nie przerywali działalności i dowiedli Payom, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy umieją nie pokpić powierzonych im spraw. Pan Spencer zawiadomił ich, że na własny koszt wykarczuje pieńki wzdłuż drogi obok swej posiadłości i posieje tam trawę. Stara Slonowa zaś wstąpiła do szkoły i z tajemniczą miną wywołała Anię na dziedziniec, ażeby jej powiedzieć, że jeśli Miłośnicy trwają w zamiarze urządzenia kwietnika na rozstaju dróg, to już ona, Slonowa, ręczy, że upilnuje swej krowy, by ten żarłok nie zniszczył geranjum. Nawet pan Harrison — może zachichotał w cichości, jeżeli wogóle kiedykolwiek chichotał — lecz nazewnątrz okazał wiele sympatji.
— Nie martw się, Aniu — uspokajał. — Większość farb, blaknąc, staje się coraz brzydsza, lecz wasz niebieski jest tak szkaradny, że zczasem może tylko wypięknieć. Zato dach jest pokryty zupełnie dobrze. Nie będzie się już narażonym, tak jak dawniej, na to, że kapie z sufitu. Bądź co bądź, dokonaliście niemało.
— I cóż z tego, kiedy niebieski Dom Ludowy w Avonlea stanie się przysłowionym w całej okolicy — zauważyła Ania z goryczą w głosie.
Niestety, przewidywania jej spełniły się co do joty.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.