Ania z Avonlea/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV
Różne poglądy na wychowanie

Zapadał wieczór. U płota, w cieniu lekko kołyszących się sosen, gdzie leśna dróżka, zwana Ścieżką Brzóz, łączy się z szerokim gościńcem, nasi starzy znajomi: Ania Shirley, Gilbert Blythe i Janka Andrews zwlekali jeszcze ciągle z rozejściem się. Ania odprowadzała Jankę, która spędziła u niej popołudnie. Spotkały właśnie Gilberta i oto cała trójka omawiała gorączkowo rozstrzygający dzień jutrzejszy. Pierwszy września, początek roku szkolnego! Janka obejmowała szkołę w Nowych Mostach a Gilbert w Białych Piaskach.
— Wy oboje jesteście szczęśliwsi ode mnie — westchnęła Ania. Będziecie uczyli dzieci, które was nie znają; a moi uczniowie pamiętają mnie jako uczennicę ich własnej szkoły. Pani Linde lęka się, że nie będą dla mnie miały tyle szacunku, co dla obcej osoby, chyba, że od pierwszej chwili będę bardzo surowa. Ale ja nie wierzę, by nauczycielka musiała być surową. O, cóż to za odpowiedzialność!
— Ufam, że damy sobie radę! — rzekła pewna siebie Janka. Myśl o wywieraniu dobroczynnego wpływu na uczniów nie mąciła jej spokoju. Pragnęła zasłużyć uczciwie na swą pensję, zyskać sympatję Komitetu Szkolnego i ujrzeć swe nazwisko na honorowej liście inspektora. Poza tem żadnych ambicyj! — Najważniejsza, to utrzymanie subordynacji, dla której osiągnięcia nauczyciel musi być surowy. Jeśli uczniowie nie zechcą być posłuszni, będę ich karała.
— Jak?
— Sprawię im dobre lanie, oczywiście.
— O, Janko, z pewnością nie uczynisz tego — zawołała Ania oburzona.
— Z pewnością uczynię, jeśli zasłużą — odrzekła Janka stanowczo.
— Ja nie potrafiłabym nigdy uderzyć dziecka — twierdziła Ania uparcie — nie uznaję tego systemu absolutnie. Panna Stacy nigdy nie dotknęła żadnego z nas, a porządek był idealny, podczas gdy pan Philips walił bezustannie z jak najgorszym rezultatem. Nie, jeśli nie potrafię obejść się bez kija, rzucę szkołę. Istnieją lepsze metody wychowawcze. Postaram się zdobyć miłość uczniów, a wtedy z własnej woli będą spełniali moje życzenia.
— A jeśli nie? — pytała trzeźwa Janka.
— W żadnym razie nie będę ich biła. Jestem pewna, że to do niczego nie doprowadzi. O, droga Janko, nie bij twoich uczniów, jakkolwiekby się sprawowali!
— Jak ty sądzisz, Gilbercie? — zapytała Janka. — Czy nie uważasz, że niektóre dzieci wymagają rózgi od czasu do czasu?
— Czy nie uważasz, że barbarzyństwem jest bicie dziecka, jakiegokolwiek dziecka? — żywo zawołała Ania, rumieniąc się.
— Obie strony mają potrosze słuszności — rzekł Gilbert powoli, wahając się pomiędzy swem własnem przekonaniem a chęcią dosięgnięcia ideału Ani. — Nie twierdzę, by należało często bić dzieci. Zgadzam się z tobą, Aniu, że w zasadzie istnieją lepsze sposoby wychowywania. Lecz kara cielesna może być ostatnią ucieczką nauczyciela. Janka słusznie uważa, że bywają dzieci, na które niema innego sposobu, jak rózga. Ja też tylko w ostateczności będę się do niej uciekał. — W ten sposób, starając się zadowolić obie strony, nie zadowolił żadnej. Janka zaprzeczyła ruchem głowy.
— Będę biła moich uczniów, ilekroć na to zasłużą. Jest to najprostsza i najkrótsza droga dla przekonania ich.
Ania rzuciła Gilbertowi spojrzenie pełne rozczarowania.
— Ja nigdy nie uderzę dziecka — powtórzyła stanowczo. — Jest to zbyteczne i niesłuszne.
— Przypuśćmy, że uczeń okazał się krnąbrny, cóż wtedy? — spytała Janka.
— Zatrzymam go po lekcjach i przemówię doń łagodnie a stanowczo — odpowiedziała Ania. — W każdej istocie tkwią zarodki dobrego, trzeba tylko umieć je odnaleźć. Obowiązkiem nauczyciela jest odszukać je i rozwinąć. Czyż da się to osiągnąć zapomocą rózgi? Przypomnijcie sobie tylko, co mawiał nasz profesor w seminarjum: „Dodatni wpływ na dziecko jest ważniejszy, niż nauczenie go abecadła!“.
— Ale pamiętaj, że inspektor egzaminuje je właśnie z abecadła, i ty dostaniesz złą ocenę, jeśli się klasa zetnie — protestowała Janka.
— Wolę, żeby uczniowie kochali mnie i po latach wspominali moją serdeczną współpracę, niż żeby inspektor umieścił moje nazwisko na liście honorowej — upierała się Ania.
— Czy nie będziesz karała dzieci nawet, gdy na to zasłużą? — pytał Gilbert.
— Sądzę, że wtedy będę musiała, chociaż wiem, że sprawi mi to dużą przykrość. Można przecież posadzić ucznia na oddzielnej ławce, kazać stanąć w kącie, lub dać wiersze do przepisywania.
— Myślę, że nie zechcesz karać dziewczynek, sadzając je na jednej ławce z chłopcami? — zażartowała Janka.
Gilbert i Ania spojrzeli na siebie z uśmiechem. Pamiętali przecież, jak to kiedyś Ania musiała za karę usiąść obok Gilberta. Skutki tego były niewesołe.
— Czas pokaże, kto miał słuszność — zawyrokowała filozoficznie Janka, gdy się rozstawali.
Ania wracała do domu cienistą i pachnącą Ścieżką Brzóz, Aleją Zakochanych, gdzie światła i cienie goniły się pod sosnami i Doliną Fiołków: nazwy te były, w swoim czasie, pomysłem jej i Diany. Szła powoli, rozkoszując się czarem pól i lasów i gwiaździstego wieczoru. Rozmyślała poważnie nad nowemi obowiązkami, które oczekiwały ją od jutra. Już w podwórzu usłyszała dochodzący z kuchni głos rezonującej pani Linde.
— Pani Małgorzata chce zapewne udzielić mi dobrych rad co do jutra — pomyślała niechętnie. — Nie wejdę do mieszkania. Jej rady są podobne do pieprzu: doskonałe w małych ilościach, lecz trudne do przełknięcia w większych. Pobiegnę raczej na pogawędkę do pana Harrisona.
Nie po raz pierwszy od czasu pamiętnej sprawy z Krasulą Ania odwiedzała swego sąsiada. Spędziła z nim już niejeden wieczór, gdyż zaprzyjaźnili się serdecznie, pomimo iż często raziła ją ciętość starego oryginała. Imbirek wciąż jeszcze spoglądał na nią podejrzliwie i nigdy nieomieszkał przywitać sarkastycznem: „ruda wiewiórka!“ Pan Harrison starał się odzwyczaić go od tego, więc skoro tylko ujrzał nadchodzącą Anię, zrywał się, wykrzykując: „Jak mi Bóg miły, oto znów ta śliczna dzieweczka“ — lub coś równie pochlebnego. Lecz Imbirek przejrzał jego plany i nie dał się wyprowadzić w pole. Ania nigdy nie dowiedziała się, jak wiele pochwał wygłosił pan Harrison poza jej plecami. W oczy za nic w świecie nie byłby jej powiedział komplementu.
— Wracasz zapewne z lasu, gdzie przygotowywałaś zapas rózeg na jutro? — przywitał Anię, wchodzącą na ganek.
— O, nie — odpowiedziała oburzona. Była doskonałym celem dla drwin swego przyjaciela, gdyż brała wszystko tak poważnie. — W mojej szkole nie będzie nigdy rózgi, a linji będę używała tylko do wskazywania liter.
— Więc masz zamiar używać rzemienia? Słusznie, moje dziecko. W danej chwili rózga kłuje dotkliwiej, lecz uderzenie rzemieniem dłużej boli, to fakt.
— Nie będę używała nic podobnego, nie mam zamiaru bić moich uczniów.
— Jak mi Bóg miły! — wykrzyknął pan Harrison z nietajonem zdumieniem — jakże więc będziesz do nich przemawiać?
— Będę przemawiała miłością, drogi panie.
— To ci się nie uda, to ci się absolutnie nie uda, Aniu. „Dziateczki Duch Boży rózeczką bić każe“. Gdy chodziłem do szkoły, regularnie codzień dostawałem baty — nauczyciel twierdził, że o ile kiedy nie spłatałem figla, to tylko dlatego, żem nie zdążył, bo plan był z pewnością gotów.
— Metody wychowania zmieniły się od pańskich szkolnych czasów.
— Ale nie natura ludzka. Wspomnisz moje słowa: nie opanuje roju młodzieży, kto nie trzyma rózgi w garści. To nie podobieństwo!
— Ja jednak wypróbuję moją metodę — odrzekła Ania. Miała ona bardzo silną wolę i nie odstępowała łatwo od swych poglądów.
— Ładny z ciebie uparciuch! — zawyrokował pan Harrison. — Dobrze, dobrze, zobaczymy. Pewnego dnia, gdy cię doprowadzą do ostateczności — a osoby o kolorze twoich włosów łatwo wpadają w pasję — zapomnisz wszystkich twoich pięknych zasad i trzepniesz rózgą na prawo i na lewo. Jesteś za młoda na nauczycielkę... o wiele za młoda i za dziecinna.
Tego wieczoru Ania poszła do łóżka bardzo przygnębiona. Spała marnie a nazajutrz przy śniadaniu była tak smutna i przybita, że zaniepokojona Maryla zmusiła ją do wypicia filiżanki kwiatu pomarańczowego. Ania łykała go cierpliwie, bez przekonania o jego skuteczności. Gdybyż to był jaki czarodziejski napój, mocen dodać jej lat i doświadczenia! Bez mrugnięcia wychyliłaby go całą kwartę!
— Marylo, a jeśli mi się nie powiedzie?
— Nawet jeśli ci się nie powiedzie pierwszego dnia, nie trać odwagi — uspokajała Maryla. — Całe zło w tem, Aniu, że pragniesz nauczyć dzieci wszystkiego i wykorzenić ich wszystkie wady odrazu. Jest to, oczywiście, niemożliwe, lecz w twojem pojęciu będzie dowodem nieudolności.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.