Andrzej Chenier/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Andrzej Chenier | |
| Podtytuł | Powieść historyczna z czasów rewolucyi francuzkiej (1792-1794) | |
| Wydawca | Józef Zawadzki) | |
| Data wyd. | 1852 | |
| Druk | Józef Zawadzki | |
| Miejsce wyd. | Wilno | |
| Tłumacz | Józef Ignacy Kraszewski | |
| Tytuł orygin. | André Chenier | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
ANDRZEJ CHENIER.
Powieść historyczna
Z CZASÓW REWOLUCYI FRANCUZKIEJ.
(1792—1794).
przez
MERY.
PRZEKŁAD
J. I. Kraszewskiego.
Z przydaniem wiadomości o życiu Andrzeja Chenier.
WILNO.
Nakładem i Drukiem Józefa Zawadzkiego.
1852. Pozwolono drukować z obowiązkiem złożenia w Komitecie Cenzury, po wydrukowaniu, prawem oznaczonéj liczby exemplarzy. Wilno, 16 Marca 1852 roku.
Cenzor Paweł Kukolnik.
|
Pewnego razu, pan prokurator generalny trybunału w Aix, był łaskaw zaprosić mnie na wieczór, który dawał w domu swoim na ulicy Święto-Michalskiéj. Pan Borely, jest najprzyjemniejszym, najdowcipniejszym i najzacniejszym z urzędników. Szczęściem jest dla każdego odpowiedzieć na grzeczne jego wezwanie; bo każdy pewien jest, że znajdzie tu przyjęcie wdzięczne człowieka wykształconego, który zrzucając z siebie togę, zapomina osądach i procesach.
Aix jest miastem stworzoném dla nauki, pełném wdzięku i spokoju. Marsylja, rzec można, stanowi jego handlowe przedmieście. Korzystałem z zaproszenia P. Borely i zabawiłem nieco w zacnym grodzie Sexcjusza. Raz, gdym z panem prokuratorem rozmawiał stojąc w oknie jego domu, spostrzegłem na przeciwko ogród spokojny, pusty jak cmentarz, opuszczony przez żywych i umarłych.
— Patrz pan, rzekłem do P. Borely, co to za miłéj melancholji ustroń, gdyby z tych wysokich traw wyglądały zielonawe złomki posągów, i urna skruszona wodowstrętnéj Najady, sądziłbym się w Rzymie, na górze Quirinalu. Któż jest szczęśliwym posiadaczem tego ogrodu?
— Nie żyje on, był nim hrabia de C....
— A! stare to, szlacheckie w Prowancyi nazwisko; niema nic bardziéj malowniczego nad stary zameczek hrabiów c... w głębi golfu Carry. Więc i ten ogród był jego własnością; cóż to za śmieszność umierać mając tak piękne rzeczy!
— Ale, przerwał mi pan Borely wskazując palcem na wspaniały hotel, ogród ten należy do hotelu, a hotel był także własnością hrabiego.
— To jakiś hrabia bajeczny! kochany prokuratorze... zowiesz-że ten ogromny gmach hotelem! To pałac przecie, to Luwr wasz! Któż jest posiadaczem tego Luwru?
— Wdowa, hrabina de C... O! o! gdybym opowiedział ci całą historją, gotów byś z niéj powieść napisać.
— Jeśli się pan nie obawiasz powieści, powiedz mi też historją.
— Nie będzie długą. Ten Luwr nasz, jak go pan nazywasz, zamieszkuje dwie tylko osoby, hrabina de C... i stara jéj sługa; zajmują one jedyne pomieszkanie dotąd mieszkalne; a hrabina od lat cztérdziestu nie wyszła z niego krokiem.
— Jak to? nie widuje nikogo?
— Nikogo. Hotel jéj dla wszystkich bez wyjątku zamknięty.
— Ależ wnosząc z hotelu, domyślać się można i znacznego majątku?
— Sto tysięcy franków dochodu.
— Są na świecie szczęśliwi spadkobiercy!
— Wedle powszechnego odgłosu, sąsiadka moja przepędza czas bardzo przyjemnie i wedle upodobania. Czyta, pracuje nad literaturą, tłómaczy Horacjusza...
— Co? tłumaczy Horacjusza! zawołałem przerywając panu Borely — z oryginału czy z innego tłumaczenia?
— Cóż znowu! z oryginału! Pani de C... mocniejsza jest w łacinie od pana.
— A! panie prokuratorze, nie wyjadę z Aix, żebym nie odwiedził godnéj sąsiadki pańskiéj.
— Próżne by to było staranie.
— Napiszę do niéj list wierszami, i po łacinie.
— Szkoda czasu i łaciny.
— No! szanowny prokuratorze, chcesz-li się założyć i zakład przegrać ze mną?
— I owszem.
— Zakładam się o sto franków na ubogich, że wnijdę do tego niedostępnego hotelu.
— Radbym przegrać zakład, bobyś nam pan piérwszy opowiedział, co w sobie ten pusty Luwr zawiera. Wyobraź pan sobie, że umeblowanie jest z roku 1788, że nic nie zmieniono w niém i nie poprawiono, nie tknięto nawet niedopalonéj główni, która zagasła zduszona nogą Mirabeau odjeżdżającego do Paryża.
— Prokuratorze, podbudzasz moję ciekawość do najwyższego stopnia, wnijdę...
— Przyjmuję zakład.
— Nigdym w życiu nie przegrał zakładu.
— Wszystko począć trzeba kiedyś.
Wyszedłem od P. Borely, usiłując zaraz zrobić przełom przed twierdzą hrabiny de C... Główną kwaterę moję założyłem w rogu ulicy Cztérech-Delfinów, ulicy pustéj, którą zaludnia najpiękniejszy jarząb w świecie, stare drzewo, rzekłbyś sadzone przez konsula Sexcjusza.
Z mojego punktu widzenia, pałac pani de C. ukazywał mi się w całym blasku swéj wdzięcznéj i poważnéj architektury: cios, z którego zbudowany, tak jeszcze piękny, młody, czysty, że nie rychło dójrzeć można opuszczenia i zniszczenia zachmurzających całość tego wspaniałego gmachu; okna są nieprzeliczone, ale szyby z nich znikły, mchy i saxyfragï, potężną swą wegetacyą powolnie, poobalały, porozsadzały jakby minami, całe połaci gzémsów i fryz, i rzuciły, na wysokie trawy dziedzińca, urny, rzeźby, przepyszne ozdoby, okrywające przysklepienia drzwi i nagłówki frontonów. Nic tu nie przyczyniła się ręka ludzka, same trawy powolnie dokonały tego zniszczenia, i podpisały je kwiatami dzikiemi wytwornéj piękności.
Wszystkie wnijścia tego pałacu zamurowano jak w klasztorze, na który interdykt rzucono. Siląc się znaleźć drzwiczki wśród ogromnych murów, odkryłem ciasną furtkę, a przy niéj młotek zardzawiały. Zdało mi się nadaremném stukać do wrót tych, które od pół wieku tyle rąk znużyły, a nieśmiejąc robić wyłomu, bo to tylko generałom dozwolono, wróciłem do piérwszéj mojéj myśli; pobiegłem do hotelu pani Alary, w którym stałem, zaimprowizowałem dwadzieścia łacińskich dystychów, i posłałem je pocztą, hrabinéj de C....
Dwa dni oczekiwałem na odpowiedź, i nie przyszła. Nadto widać rachowałem na moje dystychy. Prokurator starał się mi odjąć odwagę i nadzieję, i prosił mnie, żebym się nie narażał na nowe niepowodzenia. Mogę pana zapewnić! rzekł, że wszystkie większe figury tutejsze, wszyscy znakomitsi podróżni, artyści sławni, ludzie naszego miasta, tacy jak Granet, Mignet, Thiers, Peisse, Roucton, Roux-Martin, podbudzeni cudami, które o tym pałacu prawią, stokrotnie usiłowali dostać się do niego. Pani de C... zatyka uszy i dozwala im krzyczeć, wedle słów piosenki ułożonéj w naszém mieście przez jednego urzędnika.
Kilku zacnych sąsiadów pana Borely, ruszyli ramionami widząc moję zarozumiałość, gdym upiérał się, że do tego Illium wejść muszę, choćby mi przyszło konia drewnianego budować.
— Jak to, mówił mi P. Desfougères, rektor akademji, ksiądz arcy-biskup. Pan prokurator-generalny, piérwszy prezydent trybunału P. Emmanuel Poulle, pan Thiers, cofnąć się musieli od tych murów niedostępnych, a...
— A mnie się uda! przerwałem rektorowi.
— Życzę tego bardzo, rzekł P. Desfougères, bom właśnie podał rządowi projekt prześliczny. Chciałbym żeby kupiono ten hotel od pani de C... i założono w nim schronienie dla weteranów uniwersytetów francuzkich. Byłby to hotel inwalidów nauki.
— Zajmujemy się gorąco tym projektem, rzekł prokurator, myśl wyborna.
— Jutro przedstawię ją hrabinéj de C... odezwałem się wśród mnogich zaprzeczeń i niedowierzania powszechnego.
Codziennie bywałem na obiedzie u prokuratora Borely, co wieczór znajdowałem się w jego salonie, wśród codziennego towarzystwa miejscowego, i codzień, co wieczora, witano mnie szyderskiém pytaniem: A cóż? widziałeś pan nieznane cuda hotelu pani de C..? Na to przybierałem postawę człowieka pewnego siebie, który wygląda tylko pory dogodnéj do spełnienia co postanowił.
Jednego lipcowego poranku, termometr Reaumura wskazywał stopni trzydzieści, gotowałem się do szturmu, przed małą furtką hotelu. Upał wygnał przechodniów; ulica przypominała Pompeję. Aix spało całe... Cisza przerywana tylko szmerem wodotrysku Cztérech-Delfinów panowała, a dzwon Ś. Jana powolnie się zdala odzywał.
Rozpatrując stronę północną, zobaczyłem okno ogromne, wyniosłe, całkiem otwarte, ale zasłonione kratą żelazną. Z pomocą szczerb w kracie, sprobowałem dostać się do niego, uczepiłem się szczebli. Wziąwszy za nie lazłem daléj i usiadłem wreście na oknie. W téj chwili rektor akademji, przeszedł mimo i odezwał się półgłosem: Doniosę o tém prokuratorowi. Dałem mu znak tylko wyrażający: Idź sobie, a zostaw mnie przy mojém oblężeniu.
Przez kraty żelazne, oczy moje zakradły się w głąb’ ogromnéj, głębokiéj i ciemnéj sali, pełnéj resztek dawnéj wspaniałości. Kobieta, która, jak mi się zdawało, mieć mogła ze siedmdziesiąt pięć lat może, szyła cóś przerywając sobie robotę kiedy niekiedy, i głowę ociężałą sennością, którą wywoływało gorąco, spuszczała na jedno lub drugie ramię.
Na odgłos umyślny nóg moich, odwróciła się biedaczka, i krzyknęła zdziwiona, wyciągając ręce ku mnie. Powitałem ją ruchem i uśmiechem jak mogłem najuprzejmiéj, i w języku prowanckim wybierając dźwięków i wyrazów najmelodyjniejszych, począłem zachwalać bogate obicia leżące przedemną.
— Co tam robisz? spytała mnie dość ostro.
— Niech się pani nie gniewa, odpowiedziałem, przynoszę jéj wiadomość o dzieciach.
Mówiąc to mogłem wprawdzie trafić najgorzéj i wpaść na starą pannę, lub bezdzietną wdowę; ale we wszystkich grach tego świata, w które się bez kart bawimy, nie trzebaż zawsze cóś oddać losowi? Miałem za sobą dziewięćdziesiąt przeciwko stu. W południowych krajach, wszystkie niemal kobiéty mają dzieci. Uśmiechnęła się staruszka i odezwała się głosem wzruszonym.
— Więc z Menosque przybywasz?
— Właśnie.
— I widziałeś pana Dulme?
— A jakże, widziałem pana Dulme; pomówimy o tém, ale chciejcie mnie wpuścić.
Na to straszne słowo, biédna kobiecina cofnęła się z krzesłem i zdawało się jakby chciała przeżegnać.
Pośpieszyłem zapewnić ją, że nic złego nie zamyślam, i poczęliśmy, w języku naszym prowanckim, rozmowę, która wkrótce stała się tak wesołą; — (wesołość jest córką tego pięknego języka, w którym każdy wyraz błyska dowcipem), — że stara strażnica tego dziewiczego hotelu wzięła klucz, wstała, położyła palec na ustach i dała mi znak, nadzwyczaj radujący: znak, że mi drzwi otworzy.
W téj chwili karzełkami mi się wydali Ks. arcybiskup, pan prezydent, rektor i ministrowie 11 oktobra i 1 marca!
Zlazłem z okna, i w tejże chwili furtka zaskrzypiała na starych wrzeciądzach.
— Niema nikogo na ulicy? spytała staruszka.
— Jak zawsze — nikogo, jedno tylko słońce.
Drzwi zamknęły się zaraz. Byłem w korytarzu ciemnym, który wiódł do jasnéj sieni.
— Mój Boże! gdyby to margrabina wiedziała, wypędziłaby mnie niezawodnie!
— Naprzód ręczę, że o tém wiedzieć nie będzie, rzekłem, bo nikt z nią nie mówi, wyjąwszy was; a gdyby i wypędziła, nie byłoby to wielkie nieszczęście: wyszlibyście z tego więzienia, pojechali do Menosque zobaczyć dzieci i P. Dulme, i zapewne poszlibyście jeszcze za mąż.
To życzenie wystrzelone do uszu prawie osiemdziesiątletniéj staruszki, wzbudziło w niéj śmiech, który echo feodalne, uśpione w sieni od r. 1788, powtórzyło. Zachwycałem się naprzód wschodami, które są przepyszne, ale okryte całe warstwą grubego pyłu; noga ich ludzka nie tknęła od czasów PP. Villars, margrabiego d’Argens, P. de Valbelle, de Forbin, Vernet’a i Mirabeau. Jest to dziś przytułek przelotnego ptastwa; wielka ptaszarnia puhaczów i sów.
Przeszliśmy przez obszerne kuchnie, w których pająki założyły swoję przędzalnię na obszerną skalę, a staruszka, wskazując mi bramę ogrodu, rzekła: — Nie otwierała się od pięćdziesięciu siedmiu lat ani razu (było to w r. 1845). Nie bez trudności dały się odjąć dwie żelazne zapory, i wszedłem do ogrodu, gdzie przytomność moja, osłupiła zdziwieniem wielką rodzinę kotów, rachujących z podania na niepodległość swego teritorium, przez ich dziadów uważanego za niedostępne rodzajowi ludzkiemu.
W téj chwili, miałem minę natręta, który wpadł na repetycyą bajki La Fontain’a, granéj przez artystów właściwych. Towarzystwo kocie zdawało się naradzać nad wypadkiem tak dziwnie plączącym tradycye rodzinne. Młodsi, niby obwiniali starszych, wymawiając im zwodne ich obietnice niezgwałconego bezpieczeństwa, nagle zawiedzione najściem jakiegoś nieznanego zwierzęcia. Żal mi było, bo lubię koty, żem tak raj ich zamącił, raj ustalony edyktem zwołującym stany-powszechne, dla tych stworzeń wdzięcznych i ładnych; i usunąłem się wyraziwszy im pantomimą znaczącą, jak bolałem na tym wypadkiem. Prezydent i minister gabinetu 1 marca, pewnie by im grzeczności tyle nie okazali.
Staruszka zaprowadziła mnie potém do górnych apartamentów; tu odetchnąłem wonią, którą wiek XVIII zostawił po sobie w tém feodalném ustroniu, niezamęconą niczyim oddechem od 1788 roku. W piérwszym salonie, do którego wszedłem, znalazłem formalny bunt krzeseł. Nieład mebli świadczył o ostatnim wybuchu społeczności arystokratycznéj, zachwyconéj uraganem powiewającym z Paryża.
Niczyja ręka nie starała się zatrzéć śladów bezładzia, jakie sprawił ostatni wieczór w tym hotelu, gdy młoda jeszcze i jaśniejąca hrabina de C..., buntując się przeciwko buntowi, zamknęła drzwi swojego Luwru w niebytności męża, i postanowiła całe życie zamknięta jak królowa Egipska, w piramidzie pustéj swego pałacu, protestować się przeciw zmianom.
W téj chwili nie wiedziałem, że z okna hotelu pana prokuratora, z ulicy Ś. Michała, rektor, prezydent, państwo Borely, widzieli mnie w ogrodzie pani de C... i rozsyłali oznajmując wszędzie o zwycięzkim moim wjeździe, do tego niedostępnego państwa. Prokurator zaprosił zaraz na obiad licznych swych przyjaciół, i sto franków między ubogich rozdzielić kazał.
Salon, w którym się znajdowałem, nie miał sobie pewnie, we Francyi całéj równego; przypomniał mi dolinę jedną przy Ponte-Centino we Włoszech, w któréj wrzące lawy wulkanu, tchnienie Boże ostudziło nagle, zostawując ostygłym kształty, które im siła ognia nadała. Każde krzesło tego salonu wyłamywało się z symetrycznego swego porządku, i świadczyło o uczuciu tego, który z niego tylko co powstał, w r. 1788. Ten zjazd mebli zdawał się mówić jeszcze. Jak gdybym słyszał rozprawy o nowinach przyniesionych z Paryża, wstrzęsających miękki spokój tych szczęśliwych próżniaków. Krzesła mówiły wyraźnie
— Ale czy też to prawda?
— Tak jest, P. de Gallifet, odebrał list od P. de S. Blancard, szambelana J. K. Mości.
— P. d’Albertas miał także list z Wersalu.
— Od kogo?
— Od P. de Grave. Piszą za pewno, że ogromny deficit w finansach odkryto. Król wydał edykt. Poznano źródło złego. Nadto jest kass do których wpływają podatki. Edykt zmniejsza ich liczbę. Tym sposobem, oszczędzi się około siedmiu miljonów.
— Wielka rzecz!
— Myślicie że to deficit zapełni?
— Ależ król J. M. tak sądzi.
— Król w tych rzeczach mylić się może.
— Listy P. de Grave i pana szambelana nie piszą wszystkiego.
— A!
— Cóż więcéj słychać?
— Jest edykt drugi.
— Nic pewniejszego. Edykt zwołujący Stany-powszechne.
— Francya ocalona!
— Zgubiona Francya!
— Średni stan wyzwoli się.
— Szlachta upadnie!
— Anglija daje nam rewolucyą swoję!
Salon ten rozlega się jeszcze wykrzykami podobnemi, dziwnie sprzecznemi z szytemi na kanwie bajkami La Fontain’a, zdobiącemi powywracane krzesełka; z grupami pasterzy różowych wśród kwiatów i baranków rozsypanemi po nad drzwiami; z zégarem spoczywającym od lat pięćdziesiąt siedmiu, wystawującym chytrego bożka Kupidyna, który całe stado serc przebija strzałą.
W chwili gdym do sąsiedniego wchodził salonu, staruszka zaleciła mi, żebym się jak najciszéj znajdował, i zabroniła mi niemal oddychać. Spytałem ją o powód téj ostróżności, zachmurzyła się poważnie i szepnęła:
— Salon, do którego wchodzimy, dotyka gabinetu hrabinéj de C... Skłoniłem się z uszanowaniem, i odpowiedziałem jéj znakiem przyrzekającym, że zatrzymam oddech, jak człowiek płynący po pod wodą.
Odpowiedź moja doskonałą wyrażona pantominą, tylko co drugi raz nie pobudziła jéj do głośnego śmiechu, który byłby niebezpieczny, pod drzwiami pani de C... Staruszka zagryzła usta i wstrzymała się od niego.
Salon ten miał fizjognomją spokojną; krzesełka nie zdradzały politycznego poruszenia umysłów; dwa z nich tylko usunięte na stronę, zdawały się rozmawiać z sobą przed kominem; miały minę ostróżną i tajemniczą. Wielem czynił domysłów nad dwojgiem tych siedzeń syzmatyckich: pewnie tu dwóch ludzi, przewidujących i przebiegłych, oddalili się od tłumu w chwili, gdy reszta rozprawiała o nowinach z Paryża, i musieli tak sobie mówić po cichu:
— Koniec końcem zły obrót rzeczy biorą.
— I ja tak myślę.
— Rewolucya u wrót stoi.
— Już weszła.
— Najmędrszy kto się do niczego mięszać nie będzie.
— Nie mieszajmy się do niczego.
— Często głośno wypowiedziane zdanie, drogo może kosztować.
— Może kosztować życie.
— Są ludzie co zapamiętają słówko, a potém...
— A potém gotowa kompromitacya.
— Nie kompromitujmy się.
Zastanowiwszy się przez chwilę nad polityczną ostróżnością tych dwóch krzeseł, szedłem daéj na palcach, przez pokłady pyłu, ku drzwiom gabinetu pani de C... Staruszka była wzruszona: szérokie koronki czepca drżały na jéj skroniach, nic wstrzymać mnie nie mogło. Przez niedojrzaną szczelinkę dopuściłem się niegodziwéj czynności, rzuciłem wzrokiem na niedostępny gabinet pani de C... Pani de C... siedziała w obszernym fotelu, i czytała nieruchoma z uwagą nadzwyczajną; szlachetną jéj i pogodną twarz przeszłość nie naznaczyła rysami rozdrażnienia i smutku; był to anachoreta w pustyni, Ś. Hieronym rodzaju żeńskiego, w Thebaidzie z wspaniałego i odludnego pałacu.
W istocie, w postanowieniu i heroizmie téj zacnéj niewiasty, było cóś wzruszającego i uderzającego podziwieniem. W kwiecie wieku, piękna, wielbiona, pożegnała świat, rodzinę, przyjaciół; nie chciała widzieć rewolucyj, które pod jéj oknami się snuły: cofnęła się do znanéj przeszłości. Nie chciała znać ani chwały, ani szałów, które naród taki jak Francya miał zrodzić, krusząc dwa zarówno dla siebie ciężkie brzemiona, despotyzm i swobodę.
Ale nie zaczepiajmy rzeczy poważnych jeszcze, przyjdą one zawsze zawcześnie! Wyszedłem z salonu, gdziem był bardzo krótko, i przesunąłem się przez drugi, którego obicie, szyte perłami, zdało mi się bardzo bogate: ogromne kawały poodzierały się od murów, i przegniły od wilgoci. Minąłem późniéj długi parawan, na którym mignęły mi się wiekuiste XVIII w. fantazje, nieuchronne stado pastérzy wiedzionych przez kilka owieczek: wszedłem jeszcze do długiéj galerji, z któréj odgłos moich kroków spłoszył stado ptaków i gromadę innych źwierzątek mniéj wdzięcznych, opanowujących zwykle bezpłatnie i niszczących niegodnie wszelką pustkę niezamieszkaną.
Zwiedzałem ten wspaniały gmach w r. 1845, to jest w epoce właśnie, gdy gorączka nieruchoméj własności zapalała wszystkie głowy we Francyi; gdy każdy przyszły obywatel Rzeczypospolitéj, pragnął posiąść kilka kamieni w kupę złożonych, gdy zapis w księdze hypotecznéj ceniono jak miejsce w raju; — a tu pod nogami memi, nad głową, w około, rozlegał się ogromny pałac, zbudowany z rzymskiego ciosu, cudne dzieło architektury, okryte wzgardą kobiéty — i ta jedna kobieta, wśród zaślepionego materjalizmem świata, miała prawdę za sobą!
Dozwalała rozsypywać się w proch wszystkiemu, co zdobiło wnętrze tego pałacu, meblom, obrazom, obiciom, kobiercom, lamperjom, drzwiom, malowaniom, ozdobom, posągom, rzeźbom i sufitom; a gdyby jeszcze pół wieku pożyła, dała by była murom nawet spaść sobie na głowę, heroicznie wieńcząc najheroiczniejsze postanowienie. Nieraz spekulatorowie, komissanci czarnéj bandy, przychodzili do okien pałacu wołając o jéj uszy cenami bajecznemi. Wołali napróżno, był to głos w pustyni. Dopóki żyła, nigdy ta monumentalna i skamieniała protestacya nie mogła się stać fabryką, przędzalnią, warsztatem, czémś powszedniém posługującém przemysłowi; — dziedzice dopiéro mieli dopełnić metamorfozy..
Wstrzymany na pochodzie moim, stosem zbutwiałych ciekawości, zapragnąłem zręcznemi słowy wybadać sługę, co też o swojéj pani myślała. Ale dyplomacya moja rozbiła się o jéj poczciwą wierność. Postępowanie pani de C... zdawało się jéj bardzo naturalne; każdyby tak w jéj miejscu uczynił; było to życie tak dobre, jak i drugie. Tylem się dowiedział. Natomiast udzieliła mi drobnych szczegółów zaspokajających ciekawość; między innemi, mówiła, że wychodzi co rana, przededniem, i skupuje żywność dla siebie i pani.
Wielcem jéj był wdzięczen za tę wiadomość uspakajającą, bo gotów już byłem przypuścić, że jak anachoretam w pustyni, ptak żywność codzienną dla pani de C... przynosi.
Jakieś przeczucie mówiło mi, że przeglądając wszystkie kątki tego schronienia, zrobię jakieś niespodziewane odkrycie: traf, gdy się na jego grzeczność spuścimy, zawsze się nam przysłuży jakąś niespodzianką.
W końcu galerji, nie dowierzałem jednym drzwiom, które się otworzyć nie chciały, i patrzałem na nie, jak się pogląda na człowieka, który spytany odpowiadać nie chce. Zamek nie stał na zawadzie; bo zamku tu jak wszędzie nie było: chodziło tylko o popchnięcie drzwi otwartych, ale według wszelkiego podobieństwa gratami jakiemiś przywalonych, lub upadłego muru gruzem. Że stan ogólny pałacu nie zdawał się po mnie wielkiéj ostróżności w obejściu wymagać, i w ruinie wszystko wolno, rozbiłem drzwi spróchniałe, jak w Cyrku koń rozbija papierem naciągnioną obręcz, i wszedłem do maleńkiego pokoiku zarzuconego bezimiennemi sprzętami, których rozklasyfikować nie potrafiłby nawet tapicer.
Okno pokoiku, zasłonione firanką podartą w kawałki, zdobiły gniazda jaskółek do najęcia. Spoglądając w ogród przez rozpierzchłe deszczułki zazdrostki, odkryłem na lewo, kilka liter wyrytych na murze; czas zczernił pyłem rysy, i na piérwszy rzut oka rzekłbyś, że były wypukłe. Wyczytałem łatwo dwa imiona:
jedno nad drugiém. Wychodząc chciałem się lepiéj jeszcze napisowi przypatrzyć, żeby być pewnym, żem go dobrze wyczytał.
Staruszka przypomniała mi, że odwiedziny moje trochę już niegrzecznie się przeciągają, że lęka się by na nią nie zadzwoniła pani; począłem ją jak najgrzeczniéj przepraszać i musiałem wychodzić przez wielkie wschody, których babylońską majestatyczność ujrzałem po raz wtóry z roskoszą. Kolosalne okrągłe okno, dziś otwór tylko, wylewa na zapylone stopnie strumienie światła niepokojące kolonją sów, gospodarujących we wszystkich muru rozpadlinach. Jedyna ozdoba wspaniałego tego miejsca, pozostała jeszcze: jest to długi łańcuch, na którym wisiał pająk. Pająka niéma, znikł kędyś, rozpłynął. Gwiazda jasna uczt tutejszych, zagasła z niemi razem. Łańcuch pozostał, opowiadając o przepychu przeszłości.
Poczciwa staruszka otworzyła furtkę z nadzwyczajnemi ostróżnościami, i kazała mi się wprzód przypatrzéć czy nie było kogo w ulicy. Zazwyczaj, ulice w Aix są zupełnie puste, zdają się brzydzić przechodniem, jak natura czczością. Nie wahałem się zaręczyć, iż niéma niebezpieczeństwa by mnie kto postrzegł. Uścisnąłem rękę czcigodnéj staruszki, która nie chciała przyjąć ofiarowanego przezemnie datku i szczęśliwy z mojéj wycieczki, stąpałem po trawie ulicy Cztérech-Delfinów.
O szóstéj, udałem się do prokuratora, u którego licznie zgromadzonych znalazłem gości. Przynaglono mnie do opowiedzenia ze wszelkiemi szczegółami mojéj podróży po pałacu pani de C... i nakłoniono, żebym ją opisał. W owym czasie wstrzymywały mnie od tego powody szczególne, dziś już nieistniejące, a niedozwalające mi ogłosić téj powieści; lecz przyrzekłem, w kilka dni potém, użyć hotelu pani de C... jako prologu do nieznanéj historji z życia Andrzeja Chenier, opowiedzianéj mi przez kogoś, co hotel ten widywał w całym blasku, do roku 1788.
Imię Chenier’a, które wyczytałem na murze, nie poprzedzała żadna głoska. Konsul-generalny Chenier miał cztérech synów: Marję-Józefa, Sowera, Andrzeja i Konstantego. Nazwisko Trudain’a wpisane obok, zastępowało niejako imię Andrzeja. Pytałem się siebie w jakiéj epoce Andrzéj mógł w Aix przebywać? Młode swe lata przepędził w Narbonnie; pozostały mu miłe wspomnienia tego pięknego kraju i brzegów Alby, zapewne poeta nasz, przed 1789, zapragnął zobaczyć ulubioną stronę, i czas jakiś zatrzymał się w Aix.
Może też wracając ze Szwajcarji z Trudain’em, w Aix przebywał? I to być może bardzo. Andrzej Chenier urodzony w Konstantynopolu, u brzegów Sekwany miłując zawsze wybrzeże Śródziemnego morza, może w téj epoce, zawrócił się z podróży ku południowi. Trzecie jeszcze uczynić można przypuszczenie: Andrzéj Chenier przed 89 służył wojskowo, był podporucznikiem w regimencie Angoumois, który stał załogą w Strasburgu i kilku miastach południowych.
Wkrótce obrzydł mu stan jego, rzucił szablę i ujął lyrę, wrócił do Paryża, dokąd go los jego wzywał. Quis vincere fatum? Kto los swój zwycięży? napisał rzymski Andrzéj Chenier!
Zresztą, niewiele mi szło o ścisłe oznaczenie, w któréj z tych trzech epok Andrzéj Chenier znajdował się gościem w hotelu pani de C... Był tu — miałem tego dowody. Rozmawiając z jednym z jego współczesnych, z tych ludzi co widzieli wszystko, dowiedziałem się mnóstwo szczegółów o pobycie Andrzeja Chenier w Aix, w Prowancyi, około 86 lub 87 roku.
Gdyby nie odwiedziny moje w hotelu pani de C..., gdyby nie odkrycie dwóch imion w owym pokoiku, nigdybym nie dowiedział się epizodu tego życia poety. W ciągu lat pięciu, pokilkakrotnie czyniłem poszukiwania w Rouen i Wersalu, miastach, w których Chenier przebywał, aby związać historją moję pobytu w Aix z epokami 93 i 94; gdym się oświecił, spisałem wszystko. Jest to historją poety rzuconego wśród rewolucyi.
Osiemdziesiąt dziewiąty wkrótce miał zaświtać; w hotelu de la Tour d’Aigues; w Aix, dawano wieczór świetny. Pogoda i spokój złotego wieku jaśniały w salonach i masowały się odbite w twarzach kobiet i mężczyzn. Wszystek ten świat, kołysany błogiem uczuciem, zdawał się być pokrewnym szytym na obiciu postaciom, na którém pasterze i pasterki Lignonu, uśmiechali się do siebie, niosąc krzywe w ręku laseczki strojne różowemi wstążkami.
Towarzystwo dnia tego rozprawiało o wszystkich płochych chwili zajęciach, gdy oznajmiono podróżnego, krewnego nieboszczyka P. de Voltaire: był to Florjan, przybywający z Langwedocyi, dążący do Paryża, chwilę wstrzymany w Aix. Oczekiwano na niego niecierpliwie; wiedziano już, że miał wydać dwa romanse Estellę i Galatheę, przyrzekł je odczytać tego wieczora. W téjże chwili prawie, margrabia d’Albertas przybył z zamku swojego Gemenos, z księdzem Delille. Hotel de la Tour d’Aigues, od kilku dni także ugaszczał jednego jeszcze podróżnego, mającego pozyskać wielką sławę, młodego Andrzeja Chenier. Wieczór zapowiadał się świetny. Młode kobiety wyższéj klassy uśmiechały się z radości na samą myśl usłyszenia Estelli, wprzód niżeli ją w Wersalu w hotelu de Grave, dokąd Florjana oczekiwano, przeczytają.
Pan de Florjan rozwinął rękopism, który był podobno siódmą kopją, i szlachetne serce słuchaczy zabiło z radości w chwili, gdy się dał słyszéć początek: O wy! pasterki kraju mojego, wy które pod słomianém pokryciem zakrywacie wdzięki, któremi by tyle innych się pyszniło! Uwaga ciągle współczucia pełna, niekiedy zapału, towarzyszyła czytaniu pasterki okcytańskiéj. Oklaski, prawie zgodne, dały się słyszeć w końcu, a ksiądz Delille, który poetę w prozie nie uważał za strasznego rywala, przepowiedział Florjanowéj sielance, wielkie powodzenie.
— Teraz, rzekł pisarz sielankowy, jeśli szlachetne towarzystwo dozwoli, młody kompozytor przybywając z Włoch i podróżujący ze mną, zaśpiewa jednę z piosnek Estelli, przy fortepjanie.
Szmer powszechnéj radości przebiegł po kątach uprzywilejowanego salonu. Młody człowiek niewielkiego wzrostu, twarzy ożywionej oczyma włoskiemi, siadł do fortepjanu i zaśpiewał piosnkę:
Pasterz tak piękny i czuły....
Arję uznano zachwycającą; okryto ją nieskończonemi oklaskami.
— Ten młodzieniec pójdzie wysoko, rzekł pan Florjan.
— Jak się nazywa? spytało kilka głosów.
— Cherubini.
— Co za roskoszny wieczór! powtarzano na wszystkich prawie krzesłach.
Pan d’Albertas głos zabrał.
— Mamy nowe szczęście jeszcze, rzekł; JMPan Delille powie nam wiersze, które ułożył w zamku moim Gemenos, wiérsze przeznaczone do poematu: Wieśniak. Odgłosy radości nastąpiły po tych wyrazach; poeta wstał, skromnie się ułożył, jak człowiek do tryumfów przywykły i deklamował ustęp znany, poczynający się:
Widziałem cię winnemi uwieńczoną grony,
Urywek ten przyjęły został z uwielbieniem na jakie wówczas wszystkie poezje Delilla zasługiwały zwykle. P. d’Albertas, poczciwy szlachcic, wyśmienitego serca, rozpływał się z radości słuchając tych wierszy sławiących Tempe Prowancyi. Była to ostatnia wesoła chwila jego życia; wkrótce miał upaść od sztyletu zbójcy w téj roskosznéj oazie, pełnej cienia i wody, nad którą wznoszą się cztéry wieżyce zamku Gemenos.
Wieczerza wytworna uwieńczyła ten wieczór literacko-pasterski. Jak to zwykle bywa w takich razach, przytomni rozmawiali o prozie i wierszach, które słyszeli.
P. de Castellane nadewszystko nadał żywy obrót rozmowie, uwagą, która zdała się bardzo trafną:
— Mamy tu, o kilka mil od Aix, zamek przypominający myśl jednę i jednego filozofa....
— Zamek Vauvenargues, ozwało się kilka głosów.
— Tak jest. No! Vauvenargues to przecie powiedział, że literatura jest odbiciem społeczeństwa. Jest to myśl nadzwyczaj trafna, niezmiernie prawdziwa. Społeczność nasza, tak wzruszona i niespokojna za czasów Frondy i w ostatnich wojnach religijnych, dziś jest uśmierzona zupełnie, wypogodzona ostatecznie; odtąd zachowa to usposobienie, bo doświadczenie uczy ludzi. To też, pisarze, muzycy, poeci, spójrzmy co czynią? Piszą, śpiewają, wedle spokojnego smaku swéj epoki. Francya wpada w zapał słuchając powieści z życia dwójgu, prostych pasterzy. Obyczaje nasze złagodzone są do tego stopnia, że innéj literatury nie pragną, a pisarze odpowiadają tym szczęśliwym wymaganiom, dziełami naiwności pełnemi, śpiewami prostemi, godnemi złotego wieku.
— Nic prawdziwszego, odezwał się P. de Florjan; pisarze nim pisać poczną, przysłuchują się światu, dają mu to czego pragnie, tym tylko sposobem zyskują sławę sobie i powodzenie dziełom swoim. Tak naprzykład, gdyby dziś poeta ujął trąbę marsową, lub powołać chciał lud do buntu przeciw królowi, nie miałby i jednego czytelnika.
— O! ani jednego! zawołali biesiadnicy i mężowie stanu 1788 roku.
— To też, ciągnął daléj pan de Florjan, powiem jak pan Rousseau z Genewy, i daleko szczęśliwiéj od niego: Widziałem obyczaje wieku, i piszę sielanki.
— Ślicznie! ślicznie panie de Florjan! zawołało kilku gości.
Pan de Florjan mówił daléj:
— Wszystkie nadużycia energicznie potępione przez sławnego krewnego mego P. de Voltaire, znikły. Wojna encyklopedystów dościgła celu swego. Lazur niebios ukazuje się po burzy. Gdyby pan de Voltaire, od dziewięciu czy dziesięciu lat zmarły, miał jeszcze pióro w ręku, pisałby prześliczne sielanki, o pasterkach z nad brzegów Fernejskiego jeziora.
Najniezawodniéj! powtórzyło szlachetne zgromadzenie; i pan Rousseau z Genewy także!
— Ależ on także, ciągnął daléj pan de Florjan; Rousseau miał już skłonność pewną do rodzaju sielankowego. Napisał mnóstwo sielanek sam o tém nie wiedząc; cóż by to on dziś natworzył w tym rodzaju, gdyby Francya zapragnęła od niego eklogi? a nie Umowy społecznéj?
— Rzecz oczéwista, rzekł P. Delille, że Rousseau dziś jak my puścił by się w pasterstwo. Zresztą według mnie, nic doskonalszego nie stworzył nad Wieszczka wiejskiego.
— Capo d’opera, dorzucił młody Cherubini.
— Tak, arcy-dzieło! rzekł P. Florjan, muzyka francuzka nie może pójść daléj.
Rozprawa, coraz żywszą się stając, zeszła na inne kwestje, na których ją opuścim; dość dla nas, żeśmy skreślili cząstkę tego obrazu historycznego czasu, gdy społeczność Francyi usypiała, w błogosławionéj nieopatrzności swéj, na progu 89 roku. Biesiadnicy napełniali wykrzykami salę, tak, że trudno było pojedyńczą usłyszeć rozmowę, wiedzioną u końcu stoła, między młodą kobiétą a poetą, co się do powszechnéj wrzawy nie mięszał.
— Tak, pani, mówił poeta odpowiadając na jedno obojętne pytanie mające służyć za początek rozmowie — tak, ja lubię rolę słuchacza.
— Jednakże, pan też poetą jesteś? spytała młoda kobieta.
— Poetą... pani... nie wiém doprawdy... wątpię... Byłem podporucznikiem w regimencie Royal-angoumois, dziś nim nie jestem, możem był wczoraj poetą, a dzisiaj...
— Jak to, dziśbyś pan miał stracić i podporucznikowstwo w poezji? Możnaż tak nie dbać o stanowisko swoje?
— Probuję życia, probuję...
— Urodziłeś się pan w kraju bardzo mogącym natchnąć poetę, w Konstantynopolu.
— A kraj ten jednak żadnego turka nie uczynił poetą.
— Konstantynopol czekał zapewne, na cztérech synów konsula Chenier.
— Dziękuję pani za braci moich.
— Pozwolisz mi pan być trochę natrętną?
— O! pani, młodość, wdzięk, piękność, nie mają prawa pytać nawet o pozwolenie?
— Patrzałem na pana uważnie, gdy Florjan czytał Estellę, gdy P. Delille mówił swe wiersze, i twarz jego nie odbijała powszechnego zachwytu?
— Zachwycam się zawsze w głębi siebie. P. de Florjan, Ks. Delille są pisarzami wielkich zalet. We Francyi wielkim tylko talentom powodzi się — a im się powiodło.
— Zdaje mi się, że dość niezręczne zadaję panu pytania....
— A! nie, to ja tak zapomniałem odpowiadać, od czasu jak wyszedłem z wojska.
— Muszę mówić na ten raz wyraźniéj — co pan sądzisz o Estelli P. de Florjan?
— Jest to wytworne tłómaczenie wielu naszych kobierców. Pasterze i pasterki są nie wiem czém, ale pewnie nie pasterzami i nie pastérkami.
— Widzisz pan, żeś się powoli odpowiadać przyzwyczaił, jak gdybyś miał wrócić do wojskowéj służby.
— O! służyłem Francyi sześć miesięcy, i pewien jestem, że tego rodzaju służby pół roku było za wiele. Nie moje to powołanie.
— Chciałabym też, panie Chenier, wiedzieć zdanie jego o wierszach Ks. Delille, tak ślicznie nam wydeklamowanych.
— W istocie pani, deklamuje prześlicznie.
— Tak, ale o poezji co pan sądzisz.
— O poezji! a! w istocie — wiersze napisane z wielką łatwością, ale przyznam się pani, że nie bardzo lubię poezję w rodzaju naprzykład ustępu:
Zdaje mi się, że nie tak poeta powinienby malować zachwycającą Tessalską dolinę Gemenos. Nad wszystkie te wierszyki łatwe, zręczne ale zimne, całe życie przenosić będę czworowiersz, który mi któś wczoraj przeczytał, u jednego adwokata parlamentu. Czworowiersza tego autorem jest ziomek pani, pan de Valbelle, szczęśliwy kochanek panny Clairon, aktorki teatru komedyi. Jednego wieczora przechadzali się razem w parku w Tourves, nie daleko Aix; panna Clairon spoglądała na gwiazdę oczyma pożądliwości, a Valbelle ułożył czworowiersz, który moim zdaniem wart tyle, co cała konstellacya:
Miłości chwila wybija;
Niech wzrok twój gwiazdy omija,
Chenier powiedział te kilka wierszy z zachwycającem uczucia wyrazem, a oczy jego, których źrenice jaśniały lazurem rodzinnego Bosforu, zabłysły ogniem pod szérokiém czołem, pełném przyszłości.
Młoda kobiéta spójrzała długo na poetę, i dwie łzy tajemnicze, dwie perły nieodgadnionego smutku, spłynęły po jéj pięknem licu. Andrzéj Chenier myślał o poetycznych miłostkach pana de Valbelle z panną Clairon.
— Zrobiłeś pan kiedy uwagę, rzekła młoda kobiéta poczynając się uśmiechać, jak to czasem niewiele potrzeba, żeby być smutnym w końcu najweselszéj uczty?
— O! nie wszystkim to pani! W ogólności, wesołość podbudza się sama środkami sztucznemi; odurza wszystkie głowy, gwałci biesiadników dyssydentów i nieusposobionych do niéj, i naówczas wywołuje smutek w kątku filozoficznym stołu, z którego tylko poglądają na nię jak przechodzi.
— Może to wspomnienie tego biédnego Valbelle, tak mnie poruszyło przed chwilą. Był to przyjaciel rodziny mojéj, i tak miły człowiek.
— Przebacz pani, dzika to była myśl z mojéj strony myśl egipska, wprowadzić do téj sali biesiadnéj, smutną trumnę.
— O! cudna to myśl panie; Egipcyanie mieli słuszność... Nie, nie nazwisko to tego człowieka smutek mi w duszę wlało, niesłuszniem pana obwiniła; cóś jakby chmura krwi przesunęła mi się przed oczyma, muszę być strasznie blada, nieprawdaż?
— Pani to mówisz z uśmiechem, a ja się nie przestraszam.... owszem rumieniec jéj jaśnieje nadzwyczajnie... oto zwierciadło, które nie potrafi kłamać, aby ją uspokoić... Nie wierz pani mnie, ale jemu.
Młoda kobiéta powstała powolnie i zbliżyła się do źwierciadła; potém usiadła znowu w miejscu, i odezwała się spokojnie.
— W istocie okropnie jestem blada; skłamałeś pan bardzo grzecznie panie Chenier...
— Pani...
— O! mamy tu sędziego z Wenecyi, który wyrok jego skassował.
Z uśmiechu przeszła do powagi i mówiła: W naszych rodzinach wojskowych, miewamy zawsze podobne przeczucie nieszczęść. Gdy wuj mój zabity został na okręcie la Belle-Poule, którym dowodził pan de la Clochetterie, matka moja, w chwili jego śmierci zbladła przed źwierciadłem. Mój mąż jest teraz z okrętem swoim na morzu; wielkie niebezpieczeństwo mu zagraża. Zobaczysz panie Chenier, zapamiętaj ten dzień... Niewiasty Gallów od brzegów Ronu, dziś jeszcze jak niegdyś, mają genjusz przeczucia.
Chenier z dziwnym oczu wyrazem spójrzał na młodą kobietę. Goście się rozchodzić zaczynali, posługacze niosący lektyki napełniali sieni, w podwórzu błyskały pochodnie przewodników, krzyżowały się pożegnania, obiecywano sobie zobaczyć się wprędce, winszowano tak miłego wieczora. Chenier oczyma gnał za młodą kobietą, wśród tego świetnego tłoku ją widział tylko, wszyscy sobą byli zajęci.
W tém zbliżył się pan de Castellane i odezwał się: — Będziemyż długo jeszcze mieć przyjemność cieszenia się nim tutaj?
— Niestety! nie, odpowiedział poeta, za dwa dni odjeżdżam do Paryża. Ojciec mój czeka na mnie.
— Ślicznąś pan miał sąsiadkę u stołu.
— O! przecudną. Nie miałem odwagi spytać o jéj nazwisko.
— Jest to hrabina Margareta de G.
— Żona oficera od marynarki?
— Mąż jéj dowodzi okrętem l’Epervier, który ma missją do Senegalu.
Andrzéj obojętnie tego wysłuchał, ukłonił się panu de Castellane i za służącym poszedł wielkiemi wschodami.
Dwa poprzednie rozdziały są jakby prologiem następującéj powieści.
Starym swoim zwyczajem, wiosna odmładzała piękne drzewa lasów Satory, pod Wersalem; kwiaty dzikie, zielone wzgórza, krzaki wonne, budziły się z piérwszemi kwietnia poranki, jak gdyby ludzie nie zaprzestali używać świeżych bogactw, jakiemi natura dla nich się stroi, po nudnéj zimie.
A była to wiosna roku 93: dwóch ludzi, ubranych z prostotą więcéj niż skromną, usiedli, trochę na ustroni od ścieżek uczęszczanych, w lasku Satory; starszy zdawał się mieć około czterdziestu pięciu lat; twarz jego łagodna i pojętna oblana była melancholją; towarzysz jego mógł mieć około lat trzydziestu, był średniego wzrostu, głowę jego okrywały piękne czarne włosy, czoło było szerokie, oczy jego niebieskie, rysy twarzy energji pełne. Byli to dwaj znakomici poeci: pierwszy z nich Roucher, drugi Andrzéj Chenier.
Andrzéj Chenier rozłożył właśnie list, który zdawał się bardzo długi, sądząc po wielkości koperty, i odezwał się do przyjaciela:
— List ten oddał mi nie postyljon, ale jakiś tajemniczy posłaniec. Nikt przez tę pustynię nie przechodzi. Schronienie wyborne. Nie trzeba dziś niczém gardzić, nawet przestrogami nieznajomych. — Czytajmy, list bez podpisu.
«Z wielkiej liczby ludzi, którzy od r. 1789 miotają się we Francyi, żaden może nie miał czasu, obejrzeć się z uwagą na siebie. Każdy więcéj spoglądał na drugich, i przez mgłę krwawą téj wojny domowéj, która trwa od lat cztérech, nikt pewnie nie przypatrzył się nawet rysom twarzy najbliższego sąsiada. Nikt nikogo nie badał, popychano się, a silniejsi wywracali słabszych. Nikt się nie zna. Gorączka powszechna tak silna, że wszystkie charaktery, powołania, instynkta wyszły z miejsca; tak, że ci co się zrodzili do życia palrjarchalnego na łonie rodzin swoich, porwali do rak topory, i ukazują się nam w złowrogim blasku, w odzieży kata, gdy drudzy, co w sercu mieli namiętność energiczną, przestraszyli się sami siebie, widząc czyny drugich i żyją dziś na ustroni, spokojni i zapomnieni. Twój ulubiony pisarz Bernardin de St. Pierre, mówi o kataklyzmie jakimś, co wszystkie strefy pomięszał i krainy zwrótnikowe przerzucił na bieguny, a biegunowe ku zwrótnikom. Teorja ta zapożyczona z fizyki, da się zastosować do zjawisk umysłowych. Krew uderzyła do głowy Francyi. Wszystkie strefy społeczne zmięszały się i wywróciły.
«Zbierz ducha w siebie, Andrzeju Chenier; pochwyć w przelocie, w pośród zewnętrznych naszych ciemności, jeden z tych błysków, które Bóg najgrubszym zsyła nocom, i spytaj się czy śmieć będziesz wyrzec, żeś się urodził na takie życie, jakie od lat cztérech prowadzisz. Konstantynopol był kolebką twoją; greczynka ci matką była; język wielkich poetów twoim piérwszym przyjacielem; morze piérwszą kochanką. Przepłynąłeś potém Archipelag, jak naddziad twój, Homer ślepy, i przybyłeś do Europy z potężnym poezji zapasem, z dźwiękami melodyi i miłości pełnemi. Cóżeś zrobił ze skarbami temi, które Bóg zrzuca w dusz ludzkich pustynie, na ukochane mu głowy? Pożyczyłeś mowy cudzéj, miasto nauczyć ich swego języka; pisałeś pospolite pamflety; rozpocząłeś polemikę z Brissot’em i Collot d’Herbois; pisałeś satyry prozą przeciw Piotrowi Manuel, prokuratorowi generalnemu gminy paryzkiéj; związałeś się z ideologami, a duszę starego ojca zalałeś goryczą, gdy gazety paryzkie rozległy się smutnemi waszemi rozterki z bratem Marją-Józefem! Otóż do czego wiedzie, niepohamowany popęd namiętności politycznych, nawet najpoczciwsze dusze! W imię republikańskéj zasady braterstwa, szarpaliście się bracia rodzeni! Daliście do rozwiązania świata, to smutne zadanie: który z nich będzie Kaimem? Wy! wy poeci oba! nie pomyśleli-żeście nigdy o matce waszéj, gdy obu pieściła na jednych kolanach siedząc nad brzegami Bosforu! Oczy wasze ni razu nie zwróciły się ku téj drogiéj mogile. Zapomnieliście matki dla Collot d’Herbois, dla Garat’a i Cabanis’a. O! szlachetna, o! piękna ta polityka wasza, która dwóch poetów, wiedzie do tego bratobójczego braterstwa!”
Tu Andrzéj Chenier przerwał czytanie listu, i odezwał się głosem wzruszonym do towarzysza:
— Chciałbym bardzo wiedzieć, kto mi to pisze. Maszli jakie imię, którebyś pod tym listem podpisał?
— Właśnie słuchając myślałem o tém, rzekł Roucher... Nie jest to list Pange’a.
— O! de Pange nie tracił by czasu na pisanie, przyszedł by i powiedział co myśli.
— Byłże by to, który z braci Trudaine?
— Nie... z téjże przyczyny nie sądzę... ale to być musi ktoś, kogo jednak obchodzę żywo, bo w téj chwili każdy skłonny do egoizmu; osobiste sprawy pochłonywają każdego i o bliźnim zapomnieć każą.
— Lepiéj się zastanowiwszy, rzekł Roucher po chwili, myślę, że chyba kobiéta mogła powziąść myśl napisania takiego listu. Mężczyzni w zagadnieniach politycznych nigdy na rzeczy z tego stanowiska nie patrzą. Wszyscy, w stronnictwach swych mają teorje niepokonane, żaden nie śmie oprzeć się zimnym rachmistrzom mówiącym w imieniu filozofji i ludzkości. Mężczyzna, w czasie w którym żyjemy, nie śmiałby nic podobnego napisać, bojąc się odpowiedzi zwyczajnéj, która na nic nie odpowiada, a do wszystkiego służy: nie znacie się na polityce wy co tak mówicie. Są powody wyższe patryotyzmu i dobra powszechnego, które zabijają wszelkie podobne uwagi; przedewszystkiém potrzeba być obywatelem.
— Zdaje mi się, że masz słuszność Roucher — kobiéta... kobiéta, któréj podobno nie znam, a którą los mój obchodzi... Mężczyzni i kobiéty nigdy się w polityce nie zgadzają; my mówimy głową, kobiéty sercem; ale kończmy czytanie:
«Andrzeju Chenier, zapoznałeś powołanie swoje; przy wstępie do życia, wziąłeś zapał szlachetnych popędów za powołanie wojskowe, wszedłeś w szeregi. Wkrótce niesmak się wyrodził; poznałeś że rzemiosło żołnierza nie było dla ciebie, i oddałeś się podróżom.
«Gdy rewolucya wybuchła, uległeś pociągowi idei poczciwych, i stałeś się publicystą. Raz, pod cieniem drzew w Passy, muza grecka, muza matki twéj, doradziła ci słodkie wczasy i kapłaństwo poezji; przyniosła ci siedmiostronną lirę, i ręka twa już wyciągniona była by ją pochwycić, gdy wszedł Cabanis i podał ci pióro, a tyś napisał zamiast wielkiego poematu, świstek, pod tytułem: Przestroga Francuzom o ich prawdziwych nieprzyjaciołach.
«Drugi raz, w lasku d’Autruil, trzymałeś kwiaty w ręku; miękki trawy kobierzec rozściełał się pod twemi nogami, śpiew ptaków odzywał się nad twoją głową, w około jaśniały wdzięki kwietniowéj jutrzenki; już usta twe poczynały wiersz joński, gdy przyjaciel twój Garat spotkał cię i namówił do ogłoszenia sławnego twego: Numeru trzynastego Dziennika Towarzystwa 1789. Od téj chwili muza twa zwinęła skrzydła, uczyniono cię redaktorem głównym Gazety paryzkiéj, i Homer pisał Illjadę klubu Jakóbinów.
«O! wiém jak się usprawiedliwiać będziesz, a choć to tłómaczenie uczciwe, ja go nie przyjmuję. Tak, rzeczesz mi, kto wśród krajowych wstrząśnień trzyma pióro w ręku, winien tym orężem walczyć o zwycięztwo wielkich zasad porządku społecznego i ludzkości, choćby miał paść na tém polu obywatelskiém. Jest to prawdą dla wielu, ale ty, Andrzeju Chenier, tyś nic na tém polu nie miał do czynienia, to nie cyrk olympijski. Choć całą głową przenosisz pisarzy, z któremi walczysz, oni cię zwyciężą; oni cię zawsze zgniotą. Pisarz dogmatyczny, suchy, pedant, zimny, trzeźwy i wstrzemięźliwy bo bezsilny, zwycięży cię w tych zapasach; powiedzą o nim, że jest poważny i głęboki; o tobie żeś powierzchowny i poeta. Upadniesz bez korzyści dla swojéj sprawy, bez sławy dla imienia twego.
«Ręka, co kreśli tych słów kilka, nigdy nie dotknęła twojéj, Andrzeju Chenier, ale serce co nią kieruje, liczy zdaleka wszystkie uderzenia twojego; ale głos proroczy wychodzi z tych zimnych kart, które w téj chwili czytasz, i woła do ciebie byś złożył cest gladyatora, a wziął lyrę poety: to jest, wszedł na drogę, która jest jedyném i istotném powołaniem twojém. Opatrzność, która wybranych swych chce ocalić, posługuje się czasem ręką niegodną, i pisze nią oznajmienia swe; dziś może moją wybiera: nie pogardzaj tém, co ci się zdawać może pochodzić z nizka, to, mam-li wierzyć przeczuciu, pochodzi z wysoka.”
— Niepodobna wątpić, rzekł Chenier, kobiéty to list... spójrz zresztą na pismo, płeć w niém wyraźna; charaktery nakreślone nieśmiało, znaków pisarskich całkiem braknie, linje z lewa ku prawéj się podnoszą i tracą równowagę... to pisała kobiéta...
— I najpodobniéj, dodał Roucher, kobiéta mieszkająca w Wersalu.
— Niewątpliwie, a nikt jednak nie wié, zdaje mi się, że tu obrałem schronienie.
— Nikt, prócz téj kobiéty — zauważył Roucher.
— Prawda, bo pisze do mnie i posyła mi list przez posłańca, którego spotykam na progu domu.
— Chce być niepoznaną, mówił Roucher, bo odpowiedzi nie żąda, i adresu ci nie daje.
Chenier pomyślał chwilę i rzekł:
— O! znajdę ją, muszę znaleźć! jestem pewny.
— Wątpię — rzekł Roucher.
— Zobaczysz, mój przyjacielu.
— Gdybyśmy żyli w zwyczajnych czasach, rzecz byłaby łatwą, ale i my nie zbyt w ruchach naszych swobodni, a lękając się sami, żeby nas nie odkryto, ciężko myśleć o szpiegowaniu drugich.
— W planie moim przewidziałem tę trudność, i — usuniętą została. Znajdę tę kobietę nie ruszając się z domu.
Uśmiech smutny, jak wszystkie uśmiechy owego czasu mignął na twarzy poety Roucher, i rzekł późniéj:
— Przyjacielu, zrobiłeś dość uwag o piśmie tego listu i wiele domysłów nad jego autorem prawdopodobnym. Teraz radbym się dowiedzieć, co myślisz o naukach i przestrogach nieznajomego lub nieznajoméj....
— O! nieznajoméj! rzekł Chenier zastanowiwszy się.
— No! niech i tak będzie, nieznajoméj, przypuszczam płeć żeńską. No — cóż myślisz?
— Mój przyjacielu, gdybym nie myślał, że stokroć ma słuszność, czyżbym się starał ją poznać? Tak myśleć i pisać może tylko kobiéta wyższych usposobień... sądzę, że młodą być musi — bardzo młodą. W teraźniejszych czasach, stare kobiety zamykają się w domach i nie mięszają do tego, co się dzieje zewnątrz — musi być młodą...
— Jednakże, przerwał Roucher, listem dowodzi niejakiego doświadczenia...
— A! mój Boże, ostatnie cztéry lata, dały doświadczenie dzieciom nawet. Z téj strony wszyscyśmy starzy.
— Dobrze, zawołał Roucher, uśmiechając się — przypuściliśmy, że jest młodą; przypuśćmy jeszcze, że piękna.
— O! to nie zaprzeczona! piękna! myśli jakie zamyka ten list, muszą się z natury swéj odbijać w twarzy i oczach; dusza musi jaśnieć we wszystkich rysach téj nieznanéj twarzy; czytając ten list, widzę ją.
— Chenier, rzekł Roucher z westchnieniem, bardzo już dawno, jak się nam podobnéj treści nie wydarzyła rozmowa.
— Niestety! tak jest, przyjacielu, wina w tém rewolucyi... wielu jest ludzi, co żyć nie mogą bez wzruszeń ulicznych i wrażeń Izb, umierając z nudy, gdy im ich zabraknie. Ludzie ci pocieszają nas z sobą gwałtownie, nas co umiémy żyć najdrobniejszém zjawiskiem natury, promieniem słońca, lub gwiazdą, cieniem drzewa, wonią kwiatu. Gdybyśmy powołali z sobą tych ludzi czytać wiersze, poglądać na naturę i mówić o tajemnicach duszy i roskoszach życia, jakby nas pogardliwą zbyli odmową! a my idziemy za niemi, głupcy! I ty, mój poczciwy przyjacielu, ty co umiész sobie zapewnić tak doskonale całodniowe szczęście dwónastą wierszami o wiośnie, i ty ulegasz powszedniemu pociągowi, mięszasz się do dziwnego świata, który twoim nie mówi językiem, niema upodobań twoich, twych obyczajów, twych przywyknień, twéj wiary i miłości.
— Bo muszę! rzekł naiwnie Roucher; gdy ci panowie nie chcą ze mną układać dwónastu wierszy na cześć wiosny, to i ja z niemi zmuszony jestem pisać dwanaście kart o prawach ludzkości.
— Tak! otóż to logika nasza! Musimy zabawiać nudy tych panów, my co nie potrzebujemy nikogo do szczęścia, mając niewinne fantazje poetów. Dość poświęcaliśmy się dla ich przyjemności, teraz pożyjmy, trochę dla siebie.
Poeci rozmawiając tak skończyli swą przechadzkę, i weszli do małego domku, prawie odosóbnionego, okrytego dwoma pięknemi drzewy, które zdawały się odkradzione z blizkiego lasu, na osłonę przytułku dwóch wygnańców.
Staruszka otworzyła im drzwi, Andrzéj spytał jak zazwyczaj:
— Nic nowego?
— Nic, odpowiedziano mu.
— Czy już czasem, rzekł Roucher, nie wyglądasz wiadomości od młodéj i pięknéj kobiéty, która do ciebie pisała?
— Roucher, rzekł Chenier uśmiechając się, zawsze wdzięcznie żartować umiesz, ale zdaje mi się, że jutro już nie będzie z czego.
— Jutro! Jak to! w tak krótkim czasie tajemniczy korespondent twój, miałby zrzucić osłony?
— Tak, przyjacielu, jeśli jutra doczekamy równie pięknego, wiosennego dnia jak dzisiaj.
Domek, w którym dwaj poeci wynaleźli dla siebie przytułek, jak dwa ptaki burzą gnane, wznosił się dawniéj, a raczéj, zniżał się pod pagórkiem od Wersalu wznoszącym się do hypodromu Satory.
Wieczorem, w chwili, gdy słońce zdaje się dotykać wierzchołka lasów, Chenier wybrał sobie na postrzegalnię miejsce za żaluzją mieszkania swego, i wzrok, gorącéj ciekawości pełen, kierował drogą ku Satory.
Dwie kobiety powolnie szły brzegiem lasu od strony małego domku: ubior ich bardzo skromny nie dawał rozeznać żadnéj różnicy stanu między niemi, ale wprawne oko omylić się nie mogło: jedna miała w postawie cóś skromnego i uniżonego, objawiającego położenie zależne; druga, pomimo widocznego usiłowania ukrycia wytworności i szlachetności do jakiéj zwykła, musiała być wyższego stanu, jedną z tych gwiazd promienistych nagle zagasłych pod stropami Wersalu, po wystrzale 10 sierpnia.
Andrzéj Chenier długo uważał wszystkie ruchy téj kobiéty, która pagórek Satory zdawała się wybierać na miejsce wieczornéj przechadzki; nie szła ona bezmyślnie, jakby dla odetchnienia tylko wieczorném powietrzem. Niekiedy, oczy jéj, ciągle prawie zwrócone ku ziemi, wlepiały się w jeden punkt i szukały przez otwory drzew widoku domku Cheniera. Ten kierunek ich stał się jeszcze wyraźniejszym, gdy dwie kobiéty zbliżyły się do muru otaczającego ogródek. Ta, która zdradzała się swą postawą, podniosła głowę i spójrzała w okno Andrzeja wzrokiem długim i przeciągłym; ruch odkrył jéj twarz.... twarz była nieznajoma.
Chenier mógł schwycić ogół rysów: twarz ta miała blask kwitnących lat młodości, i odznaczała się szczególną szlachetnością, odbijającą dziwnie od prostoty stroju, ubioru głowy, chusteczki i płaszczyka.
Andrzéj ujrzał ją przechodzącą i znikającą zaraz za drzewami; oparł łokcie na oknie, twarz na ręku i szukał we wspomnieniach swoich; ale w nich nie znalazł téj kobiety i dla niego była istotnie nieznajomą: a jednak cóś mu mówiła, że ona ten list pisała; wątpliwość, gdyby jaka być mogła, o schyłku dnia całkiem usuniętą została.
Młoda kobieta, zchodząc z pagórka, przeszła po raz drugi przed domkiem, i w mroku zatrzymała się na chwilę, bo pod drzewami było już dosyć ciemno. Chenier nie tracił czasu na próżnych domysłach, gdy tak łatwo mu było wprost prawdy dochodzić: zbiegł szybko ze cztérech wschodów jedynego swego piąterka, lotem przebiegł ogródek, otworzył furtkę, i przybył na gościniec dosyć w czas jeszcze, bo mógł rozeznać dwie kobiety, jak dwa cienie elizejskie, przesuwające się w kłębie drzew trochę oddalonych od brzegu lasu.
Andrzéj podwoił kroku i poszedł w tym kierunku, ukrywając się za drzewami; plan ten strategiczny zaimprowizowany naprędce, prosty był ale dobry; szedł wślad za kobietami nie będąc postrzeżony, do miasta, a tu przybywszy, zginął w tłumie przechodniów, nie wzbudzał już podejrzeń, i nie tracąc śladu, już miał niechybnie odkryć dom gdzie mieszkały.
Niechybne plany najpospoliciéj się nie udają. Andrzéj, który z oczów dwóch kobiét nie tracił, na chwilę je zgubił tylko i już znaleźć nie mógł. Przez tę krótką chwilę postradał owoc całéj pracy, i pomimo usiłowania rozpoznać nie potrafił w tłumie, dwóch nieznajomych. Chenier znalazł się w pustyni. Zamiast jednéj, dwie miał teraz tajemnice; ale w sercu poety było teraz życie nowe, i obietnica przyszłości: niebieskie zjawisko nie obdarzałoby go rozkoszniejszemi widzeniami. Wszystkie burze przeszłości, wszystkie dni nieszczęścia znikły z pamięci jego; znalazł piękną i młodą kobietę, która czuwała nad nim, jak anioł stróż ziemski, i oczyszczała swém poświęceniem atmosferę ciążącą nad wszystkiemi, w godzinach tych dni smutnych.
Pochwycony rozmyślaniem, Chenier nie postrzegł się, że błądził bez celu i w kierunku oddalającym go od domu, bo właśnie wszedł był w jedną z tych uliczek samotnych, które napełniały kwartał Ś. Ludwika. Dom hrabiego de Pressy stał przed nim; pan ten starego dworu był jednym z blizkich przyjaciół Cheniera, znał dawny wielki świat Wersalski; nie było kogo by się mógł lepiéj poradzić.
Nim bronzowy młot wiszący u drzwi podniósł, spójrzał na facyatę domu. Wszystkie okna w trzy rzędy były zamknięte szczélnie; żaden promyk wewnętrznego światła nie błyskał w ściśniętych żaluzjach. Można było sądzić, że mieszkanie to zostało opuszczone w epoce emigracyi prawie powszechnéj. Jednakże Chenier podniósł młot, który opadł wydając rozgłośne echo. Od tego uderzenia nie poruszyły się drzwi jeszcze, za drugiém otworzyło się okno i ukazała białogłowa ostróżnie wychylająca na ulicę. Chenier pokazał się i powiedział kto był.
W chwilę potém drzwi zaskrzypiały na wrzeciądzach, i Chenier, wszedł na korytarz ciemny, obszerny, zaledwie nieco rozwidniony lampą służącego. Pan de Pressy jest w domu? zapytał poeta.
— Jest, panie Chenier.
Służący poprzedził gościa i poprowadził go ku ogrodowi; otworzył drzwi i Chenier znalazł się w przepysznym salonie, oświeconym żyrandolami, zaludnionym troistym krzeseł rzędem.
— Oznajmuję pana Andrzeja Chenier, rzekł służący odchodząc.
Poeta zdziwiony został niepomału tém przygotowaniem uroczystém, tym zbytkiem najświetniejsze dni monarchji przypominającym. Rzekłbyś, że król J. M. był jeszcze w Wersalu, a pan de Pressy dawał bal tego wieczora rodzinom najznakomitszym monarszego dworu.
Tu powieściopisarz chciałby pójść za starym zwyczajem i zrysować wizerunek fizyczny i moralny pana de Pressy, ale woli po rozmyśle, żeby P. de Pressy sam się odmalował, lub wyrzezał historyczny swój posąg, słowami i czynem.
Pan de Pressy wszedł, ubrany, utrefiony, uperfumowany, jak na ranek w Oeil de Boeuf. Rzekłbyś, że tylko, co wstał z krzesła, na którém służył za wzór Roucher’owi, a portretu jego oczekiwano do galerji w Trianon.
— A! to ty, kochany poeto! zawołał ściskając za ręce Chenier’a. Bardzo zapominasz o nieprzyjaciołach swoich? Spodziewam się, że nie przychodzisz żądać odemnie jakiéj posługi. Wiesz, że umarłem od 10 sierpnia 1792 roku, umarłem i tu pogrzebiony zostałem, czekając zmartwychwstania, którego się spodziewam, gdy król będzie wolny, wkrótce, nieprawdaż, kochany nieprzyjacielu?
Kochany Pressy, rzeki Chenier, sługa twój widać lepiéj mnie zna od ciebie, otwiera tylko przyjaciołom.
— A więc, kochany poeto, rewolucya nas nie poróżniła?
— O! bynajmniéj.
— Teraz więc, słuchaj drogi Andrzeju, nie wiém powodu jaki cię do mnie sprowadza; lecz nim mówić zaczniesz, muszę ci zrobić przestrogę, którą spotykam wszystkich rzadkich moich gości. Zabroniono im przynosić mi wieści wszelkiego rodzaju. Nie chcę wiedzieć o niczém, nic nie chcę czytać, nic widzieć. Sługa mój niemy jest przedemną. Dziesiątego sierpnia, byłem w Tuileries; wiesz zapewne jakem się tam sprawił — wyszedłem z honorem. Nazajutrz, powiedziałem z Hektorem: Sat patriae Priamoque datum, i przyszedłem zagrzebać się tu w 34 roku życia, własnemi rękoma. Nie wiém i nie chcę wiedzieć, co się odtąd stało.
Rewolucye w oczach moich mają tę potężną wadę, ze są nudne. Raz doradziłem był sobie emigrować. Ale dokąd? do Anglji? czy do Niemiec? są to kraje zbyt smutne dla ludzi wesołych. Mnie potrzeba co rana, gdy się budzę, zobaczyć dzwonicę kaplicy Wersalskiéj; jest mi ona czém maszt okrętu dla marynarza, co się na nim urodził. Dzwonicy téj wszędzie brak mi będzie: zostaję tutaj. Widzisz kochany poeto, obyczaje moje domowe w niczém się nie zmieniły. Jestem ubrany, jak na wieczerzę w szczupłem przyjaciół gronku.
Dziś, czwartek, jest to mój dzień; przyjmuję, salon niebieski, jak widzisz wystrojony. Przybywasz w samę porę... patrzysz na mnie z wytrzeszczonemi oczyma, kochany poeto; rumienisz się na myśl znajdowania w towarzystwie pięknych pań, w tym śmiesznym stroju Żirondyna zakrawającego na Górala. Uspokój się; jest to mój dzień przyjęcia, ale nie przyjmuję nikogo. Rodzina moja zwykle przyjmowała we czwartki. Dopełniam obowiązku, bądź co bądź, ale nic nie będzie, a raczéj nikt...
— Tém lepiéj, rzekł Chenier uśmiechając się, bom już miał prosić o pożyczenie wieczornego ubrania.
— Jakżeś bo mógł przyjąć ten strój niewolniczy! przerwał P. Pressy. Ubrany jesteś zupełnie jak marmur starożytny wystawujący barbarzyńcę, który prosi o jałmużnę. Co do mnie, dam się posiekać w kawałki, nim pozwolę sobie obciąć włosy, à la Titus lub Caracalla, i włożę karmanjolę z gąbkowego sukna! Wówczas, kiedy mi jeszcze mówiono co się dzieje, ktoś mi powiadał, że są rewolucyoniści co przyjęli spodnie długie; i jak błazny włoskiéj komedyi się ubierają. Jeśli i ta moda stanie się zaraźliwą, bądź zdrów sławiony francuzki smaku! Wystaw pan sobie dworaka lub poetę w długich spodniach! O! o! tych wyrazów domawiając pan de Pressy rozśmiał się z cicha, wziął rękę Cheniera i rzekł: Wybacz, kochany poeto, daruj umarłemu. Rzadko mi się wydarza mówić w moim grobie; wypłacam się z zaległości mojéj roztrzepanéj prozy, przed piérwszym jakiego napadłem poetą... No... wróćmy do przedmiotu. Miałeś myśl jakąś przychodząc do mnie, mów, słucham.
— Tak kochany de Pressy, w istocie myśl mnie tu przywiodła. Ale ze wszystkiego, co mi powiadasz, sądzę niepotrzebnem prosić cię o objaśnienia, boć widzę nie należysz już do świata żyjących...
— Mów dla tego i pytaj, kochany poeto. Może przypadkiem....
— I ja rachuję na przypadki, rzekł Chenier przerywając mu, chciałbym jakiéj wiadomości o młodéj i pięknéj kobiecie.
— Jak się zowie, Chenier?
— Nie wiem, jak się zowie.
— Gdzie mieszka?
— Nie wiem, gdzie mieszka.
— A cóż wiesz o niéj?
— Nic.
— Do zbytku już jesteś poetą, nadużywasz naiwności czystéj muzy, matki twéj. Przychodzisz do mnie czegoś się dowiedzieć, z takiemi tylko danemi!
— Ale kochany Pressy, wszystkiego ci powiedzieć nie mogę, ponieważ...
— Prawda, Chenier, rozumiem, uważasz na moję przestrogę. Zabroniono jest najwyraźniéj odwiedzającym mnie, mówić o tém, co się zewnątrz dzieje; nawet dla ciebie, Chenier, nie zrobię wyjątku.
— Ten zakaz niezmiernie mnie pęta.
— Ale probuj dla tego, probuj kochany poeto powiedzieć mi cóś, nie uwiadamiając o niczém.
— Jest to kobiéta wzrostu więcej niż średniego, w sukni...
— Ostróżnie, Chenier, przestrogę pamiętaj! powiesz mi o jakiéj piekielnéj modzie nowéj, która mi krew zburzy.
— No, to ci nie powiem o sukni; ale ubranie głowy.
— Tém bardziéj! Niech mnie Bóg uchowa, żebym wiedział, jak dziś kobiety głowy stroją... może całkiem ich nie ubierają!!...
— Dam więc pokój głowie; twarz pełna powagi i szlachetności, oczy czarne bardzo piękne, popiersie prześlicznych kształtów, postawa ex-hrabiny, nadewszystko nóżki malutkie, jakich mało, nóżki które zdają się ze wstrętem stąpać po ubitéj ziemi, jak gdyby przywykły posuwać się po posadzkach, po marmurach i kobiercach...
— Wybornie, Chenier, i chcesz żebym cię oświecił, kierując się podobnemi wskazówkami? To dosyć trudno. Wszystko to zbyt nieokreślone, opis twój dałby się zastosować do pięćdziesięciu kobiet dawnego dworu.
— Gdybym mógł nieco zapomnieć o przestrodze.
— No, Chenier, dozwalam ci o niéj troszeczkę zapomnieć, na chwilę ją usunąć, ale nie nadużywaj.
— Mogę ci pokazać list.
— O! to, nie! nadużywasz!
— Urywek... pismo...
— Ani urywku! dosyć będzie adresu.
— Kiedy go niema.
— No! to pokaż takie cztéry wiersze, w których by nic nie było: cztéry wiersze nic nieznaczące; listy są zazwyczaj pełne podobnych.
Chenier oddalił się na chwilę, przebiegł oczyma list bezimienny, i znalazłszy co żądał, ukazał kawałeczek najmniéj znaczący.
Pan de Pressy przebiegł go oczyma i pobladł; smutek głęboki wyrył się na jego twarzy; ale nadludzkiem usiłowaniem zwyciężając się, przybrał swój uśmiech i wdzięczny układ dworaka, oddał list Chenierowi i rzekł: nie znam tego pisma...
Chenier dostrzegł zmięszania P. de Pressy, ale przybrał postawę roztargnioną człowieka, który nic nie widzi.
— Muszę cierpliwie nosić moję zagadkę, rzekł, dopóki jéj los nie rozwiąże.
— To najlepiéj, rzekł P. de Pressy udając zupełną obojętność.
— A musi już być bardzo późno, dodał Chenier żegnając się; przyjaciel mój Roucher może być o mnie niespokojny. Żegnam cię kochany, Pressy — żegnam.
— Bądź zdrów kochany poeto; pamiętaj, że przyjmuję w czwartki.
Wróciwszy do swéj izdebki, młody poeta uczuł w sobie burzę gwałtowniejszą od wszystkich, jakiemi wrzały rynki od jutrzenki 89 roku. Jakiém litości okiem zmierzył on papiery, rękopisma, gazety nagromadzone przed sobą! Zbiór Dziennika paryzkiego i dodatków do niego, wiązkę zapyloną exemplarzy sławnego N. 13, pół wydania swéj przestrogi Francuzom, wstęp do satyry na Brissot’a, i mnóstwo urywków ołówkiem pisanych tragedyj, które brat jego Marja-Józef zwał bezstronnemi, z powodu niewinności klassycznego ich wątku.
— I ja także, rzekł z gorzkim uśmiechem — i ja także, dość żyłem dla drugich, żyjmy teraz dla siebie! Gdybym był zmuszony poddać się moralności politycznéj tych ludzi, młodość moja zwiędła by napróżno od powiewu bezpłodnego ich szalonych zapędów! Z jakiego grodu Pentapolis, przeklętéj i zniszczonéj ogniem nieba, wyszli ci ludzie, co na swéj krwawéj drodze nigdy się nie wstrzymali dla wejrzenia kobiety, by żyć, by kochać?
Otworzył okno, a że w téj nocnéj godzinie, nie lękał się być spostrzeżonym, oczy jego spoczęły, i rozczuliły się widokiem pięknéj nocy kwietniowéj. Gwiazdy pływały nad parą okrywającą drzew wierzchołki, powietrze miłe, balsamem oblewało duszę. Wszystkie harmonje nocne mówiły językiem boskim, pojętnym dla wszystkich, a niezrozumianym od nikogo. Miasta spały na prędce, gotując jutro nowe nienawiści i walki.
Andrzéj zwracał ciągle oczy ku miejscu, w którém piękna nieznajoma zatrzymała się chwilę, spoglądając na jego domek. Noc pod drzwiami była czarna, a jednak z okna widać było postać ludzką, poruszającą się i nie podchodzącą bliżéj.
Chenier wlepił oczy w to dziwne zjawisko, które zdawało się być niebezpieczeństwem: przerażenie jego zbyt się przedłużało, i już myślał zejść i zbliżyć się wprost ku temu co groziło, gdy głos jakiś zanucił ten wiersz w obcym języku:
Napad zdradliwy Emira,
Rozbojnika z wyspy Róż,
Który choć drzwi nie zawiera
O! ze wszystkich harmonij téj nocy, żadna większą rozkoszą nie napoiła serca młodego poety, nad tę strofę bojaźliwie zanuconą, w starym języku synów Homerowych. Andrzéj powstrzymał wykrzyk radości i przebiegłszy wschody i ogródek dwóma skokami, rzucił się w objęcia brata Marji-Józefa, który rzekł do niego.
— Nie chcę by mnie kto widział, nawet Roucher... — nie chciałem nawet, żebyś ty mnie zobaczył, ale list napisany do ciebie nie byłby mi zastąpił téj chwili.
— Z Paryża przybywasz mój Józefie?
— W téj chwili; unikałem gościńca, przyszedłem przez las od Ville-d’Array... Chodź — oddalmy się ztąd, Andrzeju, pogadamy trochę na ustroniu, w lesie.
Marja-Józef i Andrzéj zeszli z drogi i stanąwszy w ostróżném oddaleniu od mieszkań, piérwszy rzekł do brata:
— Drogi Andrzeju, wczoraj, 10 kwietnia, Robespierre wyrzekł wreszcie oskarżenie Żirondynów.
— Byłem tego pewny; Żirondyni zginęli.
— A z niemi kochany Andrzeju, wszyscy ich stronnicy, wszyscy ludzie występnie umiarkowani. I twoje tam imię wspomnianem było. Dziś może jeszcze nie jesteś w niebezpieczeństwie, ale jutro będziesz... to nieuchronna. Widzę chód ludzi i wypadków: wir ten porywa wszystko.
— No, drogi Józefie, uściśnijmy się serdecznie, i niech wir ten pochwyci nierozłączając nas obu.
— Ja walczyć będę, kochany Andrzeju; będę się opierał, znam tajemnice żywota politycznego, które mnie mogą ocalić; ale ty — tylko poetą jesteś, marzycielem; nic nie umiesz, nic nie przygotowałeś na obronę twéj przeszłości przed przyszłością. Rozdrażniłeś silnych, głupcom pokazałeś swój rozum, zimnym swe serce płomieniste. Zanotowany jesteś we wszystkich mściwych-głowach, zażądają twéj głowy, powiész, że nie warto z katem o nią walczyć; przez niedbalstwo schylisz ją, a historja, kłamliwa jak zawsze, na czole mojém wyciśnie piętno Kaina.
— Nigdy! nigdy! przerwał Andrzéj; nie wiém, co mi Bóg zgotował, ale wiém, że nigdy historja nie splami twego patrjotyzmu, często zapalczywego, lecz zawsze czystego! Nie potwarzajmy tak towarzyszów naszych — pisarzy przyszłości.
— Niech i tak będzie, mój kochany Andrzeju; historja, choć raz sprawiedliwa, nie będzie mnie obwiniać, ale krew w żyłach moich, krew która jest twoją także, oburza się jeszcze na myśl tę, że teraz spoczniesz ubezpieczony, bo ja, w przekonaniu twém, nie powinienem lękać się plamy historji. Czyż tego mi ma być dosyć Andrzeju? Nie. Chcę żebyś żył; chcę żebyś obrał sobie ziemię przytułku gdzieby sen twój był spokojny i przebudzenie wesołe; chcę twéj młodéj głowie wyszukać podpory innéj, któraby nie była pniem kata.
— Zaprawdę, dobry mój bracie, rzekł Andrzéj składając ręce na krzyż i wznosząc oczy na gwiazdy — zaprawdę, nie rozumiem tego niebezpieczeństwa które mi ma grozić; szukam w méj głowie popełnionych zbrodni, godnych kary śmierci, i nie mogę ich wynaleźć....
— Ale Andrzeju, przerwał Marja-Józef — wiekuiste z ciebie dziecko; nigdy polityki rozumieć nie będziesz.
— Słowo w słowo czytałem to wczoraj w jednym liście.
— W jakim liście?
— W liście kobiety.
— Otóż jest, kobieta znowu! zawsze te kobiéty! Andrzeju, nigdy na człowieka nie wyjdziesz.
— Człowiekiem więc nazywasz tego co zażąda głowy niewinnéj jak moja, dla ustalenia porządku społecznego?
— W rewolucyach, Andrzeju, nie można rachować na logikę rozumową.
— Czémże rozumować?
— Namiętnością.
— To antypody logiki.
— To logika rewolucyi, kochany Andrzeju; jest to twarda konieczność o któréj mówi Horacy, saeva necessitas; to prawo nieprzewidziane, które wystrzela jednéj nocy, jak kwiat aloesu, i daje głowę niewinną potrzebie chwilowéj, nie troszcząc się o jutrzejsze wrażenie.
— No, kochany Józefie — nic tedy nie rozumiem rewolucyjnéj logiki.
— Tak, ale piorun co zabija nie pyta cię, czy rozumiesz fenomena elektryczności. Kochany Andrzeju, nie trać czasu na rozprawach o meteorach; wyjeżdżaj jutro; jedź do Anglji którą znasz, gdzie masz przyjaciół. Chciałem ubezpieczyć podróż twoję; postarałem ci się o pasport, oto go masz. Papier ten zawiera w sobie życie twoje i mojego połowę. Choremu daje się lekarstwo, zagrożonemu pasport.
— Kochany Józefie, przyjmuję pasport.
— I wyjeżdżasz jutro?
— Jutro?.. nie.. Na cóż to jutro? czyż niebezpieczeństwo tak blizkie?
— Tak, tak, Andrzeju, blizkie, groźne! mam ci mówić całą prawdę? Widziałem się dziś rano z Robespierrem, mówiłem z nim; człowiek ten ponury jest i zakryty jak przyszłość; ale niekiedy wyrzuca z siebie wyrazy urwane jak wyrocznie Sybilli, a dla uszu pojętnych odkrywa myśl całą, sądząc że ją osłonił. Po téj rozmowie, znam Robespierra najlepiéj; znam go lepiéj może niżeli on sam siebie, wiem bowiem do czego zmierza; widzę dokąd fatalność niezłomna pcha go w téj wielkiéj tragedyi którą grać będzie na benefis kata. My co piszemy dramata, umiémy przewidzieć z piérwszych scen rozwiązanie; jaką to wyższość wieszczą mają pisarze dramatyczni nad resztą ludzi, gdy los zmienia ich na prostych widzów. Wczoraj obwiniono Żirondynów; jutro zabraknie im przyjaciół, im, co o włos nie sprzymierzyli całéj Francyi! To dopiéro piérwsze sceny, wykład przedmiotu. Przybywa, publiczność i roznamiętnia się; akcya musi się rozwijać. W tragedyi którą z życia Karola IX napisałem, protestanci obwinieni są w piérwszym akcie; rzeź w ostatnim: to będzie rozwiązanie z Żirondynami! Historja wiekuiście się powtarza, bo namiętności panujące wypadkom zawsze są też same; bo potok ludu unosi zawsze jak rzeka Araxus, o któréj mówi poeta, wszystko co nieostróżne ręce porzucą na brzegu. Myślisz że po zniszczeniu Żirondynów, hekatomba dostateczną uznana będzie? Nie. Historja powtarzać się musi.
Ujrzymy proskrypcye Marjusza i Sylli, usłyszym znowu ponure żale rozlegające się w naszych przystaniach: Ziemia mnie moja wygnała!; Napaści zewnętrzne, szalony opór wewnątrz ukoronują dyktaturę Grozy; naówczas głowy wszystkie na włosku ramion najsilniejszych trzymać się będą; naówczas będą tylko wigilje boleści, bez jutra. Tę przyszłość, ja przyjąłem; idę do niéj, biegnę naprzeciw mego przeznaczenia, i nie oglądam za siebie: gotów jestem zapieczętować krwią moją swobodę któréj nie ujrzę, która będzie innych udziałem. Ofiara życia mojego spełniona: przepadły jak krople wódy w kataraktach rewolucyi. Wiem że ginę, ale na horyzoncie oglądam już spokojne wody co kraj mój użyźnią.
Krew moja niech spłaci cały dług rodziny; sądzę że mam dość energji w sercu na obronę głowy mojéj, od głupiéj fantazji kata, któryby jéj mógł pożądać. Ty mój bracie, usunąłeś się od walki, jak Enfelle; schroniłeś się pod święty laur poświęcony Muzom; nie należysz do Cyrku; idź i zapłodnij młodość swą spokojniejszém niebem. Zostaw ciężką pracę toczenia skały Syzyffa z doliny ku górze, i proś Bogów aby ci otwarli wrota słoniowe wiodące do elyzejskich gajów.
Prośba ta, w któréj wybuchy serca łączyły się z żywemi obrazy wymowy klassycznéj epoki owéj, na czas jakiś oniemiła Andrzeja Chenier. Nasz młody poeta do łez poruszony, już miał uledz piérwszemu natchnieniu, ale panująca chwili myśl wstrzymała go i zamknęła mu usta. Józef ściskał ręce brata, a dwaj wielcy poeci, stojąc tak jeden na przeciw drugiego i ognisto mięszając westchnienia, mieli jedynemi świadkami drzewca i gwiazdy, tych wiekuistych powierników smutnych ludzkości tajemnic.
Andrzéj przemógł się z wysileniem, i rzekł stłumionym głosem:
— Nie, nie — to niepodobna, bracie.. Nogi moje głębiéj w tę ziemię wrosły niżeli otaczające nas drzewa. Zostaw mnie losowi memu.
— Buntujesz się przeciwko głosowi krwi własnéj, kochany Andrzeju — Chcesz całéj prawdy?
— O! mój Boże, mów co chcesz, odpowiedział Andrzéj obojętnie, nie wykorzenisz drzewa.
— Andrzeju, imię twe wymówione zostało w tajemniczych naradach, w spiskach nocnych któremi kierują ludzie, co nigdy nie przebaczali nikomu. Zapisany jesteś na karcie wyznaczonych... obiecano głowę twoję ludowi. Głowa ta, twoją już nie jest.
— Kochany bracie, rzekł Andrzéj ze smutnym uśmiechem, doprawdy, mówisz o życiu i śmierci jakbyśmy żyli w czasach pogodnych, gdy śmierć i życie mają jakąś cenę. Żyć, umrzeć, dziś to słowa jednoznaczne. Kto dziś dba o życie? Kto się dziś lęka umrzeć? Nikt... nawet kobiety. Gdybym mógł zgodzić się na opuszczenie Francyi, to pewnie nie ze strachu śmierci. Twoje straszliwe groźby wcale mnie nie poruszają. Pojechałbym jedynie żeby zadość uczynić pragnieniu twego braterskiego serca, które do mnie przemawiało w sposób tak czuły, ale wierzaj mi, drogi bracie, jestem jak żołnierz na placu boju: nie radź bratu by uciekał.
— Przynajmniéj, Andrzeju, powiedz mi otwarcie... Kobieta cię wstrzymuje?
— Tak jest.
— No, to jedźcie razem, i...
Andrzéj powolnym ręki ruchem wstrzymał brata, i wiążąc dłoń jego ze swoją, zwierzył mu się całkowicie, żadnego nie tając szczegółu. Dodał kończąc:
— Kochany Józefie, z największą odrazą odkrywam ci tajemnicę, któréj część należy do kobiety, aleś mnie zmusił do téj ostateczności.
Piérwsze już blaski jutrzeńki migotały na drzew wierzchołkach, a to wesołe rozbudzenie natury, okryło smutkiem twarze braci. Nieszczęśliwe czasy, gdy z przestrachem pogląda się na uśmiechnięty brzask dnia wiosennego. Józef wejrzał w niebo z melancholijném utęsknieniem, i rzekł do brata:
— Musimy się rozłączyć; pomyślę o nowém twojém położeniu, i napiszę do ciebie przez posłańca za którego ręczę. Bądź ostróżnym... obiecujesz mi być ostróżnym?
— Przysięgam ci na to w obec ostatnich gwiazd téj nocy pamiętnéj.
Bracia pożegnali się we łzach, i w lasku rozeszli.
Józef kierował się jak żeglarz ostatnią gwiazdą zachodu, szukając drożyn myśliwych rozsypanych pod Ville-d’Avray, a brat jego poszedł uliczkami znanemi sobie, które go wiodły do domku. Roucher nie postrzegł jego oddalenia; autor poematu miesięcy, wiódł życie wcale nieobciążające przyjaciół i w nowém swém schronieniu zapomni<ił już był burzy i walk, w jakie go los pomimo woli był wepchnął.
Zamknięty jak anachoreta, czytywał co wieczór zamiast brewiarza: Praedium rusticum, ojca Vanniére, i porównywał poemat z Georgikami Wirgiljusza, na wzór paralelli Ks. Rapin, uczonego anatomisty starożytności, pisząc powolnie rozprawę. O dziewiątéj zamykał Vanniera i rękopism swéj paralelli, usypiając i marząc w snach swoich o wiejskim domku i ptaszarni, o domowych źwierzętach, które francuzki Wirgiliusz tak dobrze opisał, a sztycharz Lejay tak wybornie na stali wyraził. W téj chwili Góra i Żironda walczyły z sobą jak Skamander i Wulkan Illjady, a poeta miesięcy uśmiechając się zasypiał.
Pan de Pressy wstał, usiadł przed stołem i napisał następujący bilet:
Panie Gubernatorze!
Wyrządziłeś pan obelgę kobiecie, wdowie zostającéj pod moją opieką. Jest to kobieta wyższéj klassy, ale pochodzenie jéj nie powiększa obelgi. Pod tym względem r. 89 ma zupełną słuszność.
W odpowiedzi swéj raczysz mi wskazać godzinę i miejsce gdzie się spotkamy. Obiecuję sobie dowieść panu na placu, żem równie szlachetnego pochodzenia jak pan.
Świadek mój czekać będzie na rozkazy wasze.
P. de Pressy złożył bilet, zapieczętował go fantazyjną pieczątką, i śmiejąc się rzekł do Walentego:
— No, stary mój wojaku z Pondichéry, uczynimy z tobą maleńką wycieczkę...
— Pan wychodzisz z hotelu? zawołał Walenty z zadziwieniem i przestrachem.
— A muszę, Walenty... mam obowiązek do spełnienia... spodziewam się powrócić zaraz..... chyba bym... Dowiesz się nazwiska pana gubernatora prowincyi w hotelu de Grave, zapiszesz je na bilecie... Oddasz potém list mój jego służącemu i będziesz czekał odpowiedzi.
— Muszę słuchać pana hrabiego, rzekł Walenty z widocznym smutkiem.
— O to cię dziś tylko proszę, Walenty.
— Spełnię rozkaz pana hrabiego.
— I bądź co bądź, nie powstydzisz się za mnie mój Walenty.
Stary sługa wziął bilet, ubrał się przyzwoicie, ale z prostotą owym czasom właściwą, i wyszedł ślepo spełnić polecenie pana.
Pan de Pressy, zostawszy sam na sam, otworzył maleńki familijny relikwiarzyk i wyjął z niego portrecik pastelowy, któremu czule począł się przypatrywać. Był to portret młodj kobiéty w stroju idealnym pastérki, piękności idealniejszéj jeszcze od ubioru; uśmiechała się jak wschodzące słonce, i z pomiędzy dwóch łuków ust koralowych, ukazywała dwa rzędy cudnych kształtów pereł. Malarz, korzystając z przywilejów epoki i fantazji stroju dozwolonych pasterkom ówczesnym, nie żałował cudnych nagości pastelowi, a suknia grała w nim rolę podrzędną i nieznaczącą.
Żywe poruszenie dało się widzieć na szlachetnéj i zawsze wypogodzonéj twarzy Hr. de Pressy: ale jak wszyscy ludzie których łzy nigdy na zewnątrz nie płyną, co tajemnéj boleści objawić się nie dają, nawet w samotności, na tychmiast rozjaśnił znowu oblicze, zamknął portret w relikwiarzyku i zszedł do pokojów przytykających ku ogrodowi.
Tu, z panoplji dziedzicznéj, wysunął szpadę, sprobował jéj gardy, dotknął ostrza i schował do pochwy; potém przerzucił kilka książek narzuconych na gierydonie, wziął Almanach Muz z r. 1788, usiadł i przeczytał kilka sielanek, czekając powrótu Walentego.
Usłyszawszy uderzenie młota, pan de Pressy zaniknął zbiór ulotnych poezji, i poszedł otworzyć, bo nie miał się kim wyręczyć z powodu rewolucyi. Uśmiechał się zawsze, gdy mu przychodziło samemu iść otwierać jedynemu słudze.
Walenty na twarzy dziwnie zmieniony, widoczne nosił ślady niepowodzenia, które go spotkało, lub może obelgi. Rozmowa poczęła się zaraz w sieni.
— Wyśmienicie, mój Walenty, rzekł hrabia, pomimo twéj nogi kulawéj i siódmego krzyżyka, widzę żeś z pokolenia tych ludzi, co to się w siedmioletniéj odznaczyli wojnie; no, i jakąż mi przynosisz odpowiedź?
— A! panie hrabio, jeśli mi trochę nie dopomożesz... niepotrafię tego opowiedzieć...
— Powiedz mi wprost jak było — nic łatwiejszego.
— Wcale bo to nie łatwo... prawdziwie, nie wiem od czego zacząć... panie hrabio, bądź łaskaw, jakoś mi pomóż trochę.
— Widziałeś się z gubernatorem?
— Nie, panie hrabio.
— Jaklo? a list mój?
— Kazał mi go oddać nazad przedarłszy na czworo, przez sekretarza swego, z taką odpowiedzią: — Spiskowych posyłamy do więzienia la Force, a warjatów do Charenton.
— Cóż to ma znaczyć, Walenty?
— Pan hrabia lepiéj to może zrozumiesz odemnie, wiedząc cóś napisał?
— A cóżeś ty Walenty, odpowiedział na to zuchwalstwo?
— Nic, panie hrabio...
— Prawda! prawda! cóż było odpowiedzieć! wiesz jak się pan gubernator nazywa, Walenty?
— Wiem.
— Zowie się?
— Zowie się... Klaudyusz Mouriez.
— Ba, nazwisko wcale nie ma miny szlacheckiéj.
— Cóżbyś pan Hrabia powiedział zobaczywszy samego!
— A ty go widziałeś?
— Widziałem... gdy sekretarz otworzył drzwi odnosząc cztéry kawałki rozdartego listu.
— No cóż, wygląda przyzwoicie?
— Wygląda całkiem nieprzyzwoicie. Jest to drab pięć stóp cali osiem, włosy kręcone, bez pudru, obcięte nizko; twarz maskaronu, oczy jak węgle, rysy ostre, nos jak dziob jastrzębi, cera jakby ją pod zwrótnikami, opalił; — gdyby z piekła dezerterowali, wiedziałbym jakie mu pochodzenie naznaczyć. Nie dziwuję się wcale, że pani hrabina znikła, boć to aniołek... gdy ten cyklop wszedł do hotelu de Grave.
— Nie mówmy już o nim, przerwał pan de Pressy, źlem zrobił żem pomyślał na chwilę o pojedynku, nadto honoru dla niego.
— O, panie hrabio!
— Nie mówmy o tém Walenty, zajmijmy się piękną hrabiną: trzeba nam wiedzieć koniecznie, nieodzownie, gdzie ona jest. Zerwałem wszystkie węzły wiążące mnie z dworem, z kobiétami, że światem; ale niezmieniając piérwszego postanowienia, honor mi nakazuje bronić hrabinéj w chwili, gdy piękność jéj wystawia ją na niebezpieczeństwo.
— Panie hrabio, rośnie mi serce od tego co pan mówi.
— Słuchaj Walenty: postrzegłem w tobie wielką zręczność, okrytą pozornie dobrodusznością; jest to najcenniejsza zręczność, bo się jéj nie każdy domyśla. Był człowiek obdarzony przebiegłością cudowną, który napisał dwa tomy najwymyślniejszych sposobów zwodzenia mężów, ojców i opiekunów. Świat, zawsze biorący wszystko powierzchownie, nazwał tego wynalazcę dobrą duszą, dla tego że twarz sobie ułożył głupawą... Ja cię porównywam do poety Lafontaina.
Walenty skłonił się rumieniąc przez skromność.
— Widzisz że cię dobrze znam, Walenty, kończył pan de Pressy; dam ci więc czego brakło twemu sławnemu prototypowi, dam ci pieniędzy ile zechcesz, a ty sześć godzin w dzień poświęcisz poszukiwaniu hrabiny. Nie wyjechała z Wersalu, za to ręczę... Nie zaprzeczaj mi; przysięgam że jest w Wersalu; wczoraj poznałem jéj charakter na jednym liście.. jest w Wersalu... Ty ją znajdziesz Walenty; na to jesteś dobrą duszą.
— Pan hrabia może być pewien, że dołożę wszelkiego starania, żeby był kontent ze mnie.
— Poczniesz dziś zaraz, Walenty, w téj chwili.. Oto worek, a gdy zapotrzebujesz, nie oszczędzaj pieniędzy, będziesz ich miał ile zechcesz.. Idź.. idź, Walenty.
Stary sługa wyszedł; pan de Pressy zamknął się w bibljotece i począł pisać komentarjusz nad pocałunkiem Dorata, który się tak poczyna:
Ptaszek umilkł wśród krzewiny,
I wstrzymując słodkie pieśnie,
Walenty szedł z głową spuszczoną, aż do głównych stajni Wersalskich, i tyłem się obróciwszy do sztachet opuszczonego zamku, obejrzał się smutnie na prawo i lewo po mieście, które dwóma skrzydłami swemi rozciągało się na dalekim horyzoncie.
W myśli starego żeglarza, następujący rozwijał się monolog:
— Pan hrabia, pan mój, mówił sobie — godzien jest żeby mu służyć gorliwie i z poświęceniem; niezaprzeczone to dla mnie: ale we wszystkiém jest miara, nawet cnota wiernego sługi ma pewne granice. Mam przed sobą nie jedno miasto, ale dwa, z ulicami ginącemi gdzieś daleko, hotelami z których najmniejszy ma tyle okien co dni w roku, i każą mi znaleźć kobietę w tym świecie, co się zowie Wersalem! To tak zupełnie jakby mi kazali szukać igły, którą pani Dubarry wpuściła w sadzawkę Cent-Suisses, i żebym miał do wyboru, wołałbym jeszcze igły szukać.
Hrabia chce mnie zachęcić pochlebstwem; porównywa mnie do dobréj duszy pana de Lafontaine, który wymyślił całe dwa tomy samotrzasków i pułapek do polowania na kobiéty; radbym go widzieć na mojém miejscu, tego P. de Lafontaine, żeby mu kazali wśród rzeczypospolitéj szukać Hrabiny, kiedy Hrabiów niéma.
Stary majtek spędził lata swéj młodości wśród wrzawy burz morskich i wojny; niejeden okręt rozdarto pod nim, a żelazne jego uszy oparły się gromom artyllerji na morzach Indyjskich; w dodatku zbroiła go ta wzgarda z jaką wszyscy żeglarze patrzą na sprawy lądu i ziemi; — wrzawa też w téj chwili obejmująca miasto Wersal, wcale go nie poruszyła.
Kupy kobiét i mężczyzn biegały po placach i szerokich ulicach śpiewając pieśni patriotyczne; deputacye jakieś zalewały ulice Parafialną i Pompową, idąc ku Ratuszowi, gdzie Klaudyusz Mouriez, zwykle wysyłany na poskromienie rozruchów, miał je przyjmować. Ten hałas publiczny, tak straszny uszom spokojnych mieszczan, zaledwie drasnął starego majtka, jak wietrzyk od wysp Azorskich; dla niego było to cóś nakształt swawoli studentów wypuszczonych na wakacye; nie raczył się nawet dłużéj temu przypatrywać.
Monolog który był w myśli rozpoczął przed sztachetami zamkowemi, ciągnął się daléj, a krzyki tłumu przerwać go nie zdołały. Zdaje mi się, mówił, że te hałaśliwe sceny uliczne powinny by wiele osób do okien wywołać, a tu nie widzę wcale ciekawych. Prawda, że jeśli pani hrabina schroniła się do którego z domów miasta, pewnie nie wybrała sobie tych ludniejszych jego części. Tu jéj twarzy w oknie nie spotkam, choćby ciekawość doradziła jéj tak nieostrożny postępek, który nuda i zaryglowanie mogłyby potrosze wymówić. Gdzieindziéj szukajmy.
Walenty pożegnał ostatniem wejrzeniem spokojnéj wzgardy, hałaśliwe manifestacye tłumu, i wszedł w długie ulice wysadzane drzewami, które są gościńcem do Paryża. Tu, pod gęstym drzew cieniem, zgromadziły się pojedyńcze domki których wrzawa miejska nie obchodzi, które w tych godzinach zamieszek, zdają się schronieniem i przytułkiem otwartym prześladowanym lub zobojętnionym. Domki te były zamieszkane, jak się to łatwo poznać dawało, ale ich mieszkańcy nie ukazywali się na progu domów, i pewnie, deputacye owe i zaburzenia, gdyby się zwróciły w tę stronę, nie otwarły by jednego okna, ani wyciągnęły jednéj twarzy na całéj linji tych grobów żyjących.
Stary sługa poczuł w sobie zniechęcenie; przerwał nawet monolog swój, i nie bojąc się podsłuchania, zaczął głośno mówić, jak to zwykle stare gaduły, którym braknie słuchacza.
— Podjąłem się, mruczał sobie, rzeczy do wykonania niepodobnéj. Ten pan Pressy nie pojmuje by co było trudnego; myśli że to jeszcze rok 1788, gdy piękne panie haftowały sobie spokojnie siedząc pod drzewami ulic Viroflay i Sèvres. Ba! wszystkie te rajskie ptaszki uleciały; kasztany tylko stoją. W miarę jak szedł coraz daléj, odkrywał Walenty coraz nowe schronienia, nowe przytułki, nowe grobowce; wszędzie cisza, nieruchomość, śmierć, lub raczéj, życie ukryte z przestrachu, osłaniające się przed wejrzeniem nieprzyjaciół.
— W rzeczy, pan de Pressy — mówił — jest sprawiedliwy, naprowadzę go na rozwagę, i nic mu niemówiąc co się tu dzieje, potrafię dowieść, że nie jestem P. de Lafontaine, że mi niepodobna znaleźć téj perły, którą zgubił w cieśninie Magellańskiéj.
Zatrzymał się, pomyślał chwilę i dodał:
— Jednakże, wstyd trochę majtkowi, człowiekowi zręcznemu, mającemu pieniądze i nie szlachcicowi, wyznać nieudolność swoję przed młodym paniczem, któremu się zdaje, że niema nic trudnego. Jest to upokarzające dla weterana jak ja.. A sprobujmy odkryć... tak, sprobujmy.. łatwo to powiedzieć! jak pomyślę, to mi się w oczach mąci! «Iść na los jest podobno jedynym sposobem, w podobnym razie. Gdy nas spotyka niemożność materjalna, niepodobieństwo fizyczne, los ostatnim chyba może być przewodnikiem, jedyną nicią w labyryncie powszechnym.
Na rogu ulicy zwanéj Fleurus, stał naówczas jeden z tych domków spokojnych i ustronnych, osłoniony od złośliwości przechodniów żelaznemi sztachetami. Dwoje dziatek bawiły się wewnątrz na trawie, a trzy kobiéty siedząc na darniowych ławkach, przyglądały się im robiąc wełniane pończochy.
Na gościńcu obok, przed sztachetami, rodzaj Sabaudczyka śpiéwał przygrywając sobie na lirze, a głos jego fałszywy czy wybór piosenki, doskonale tłumaczył osamotnienie w jakiem zostawał. Walenty szukał tylko powodu żeby się zatrzymać, i stanął jako słuchacz jedyny przed trubadurem, rzucając z ukosa wejrzenie na trzy kobiéty.
Sabaudczyk śpiewał nową piosnkę, do Monitora, na nutę niewinną mistrza Adama: Skoro światło dzienne. Piosnka ta podobała się bardzo Walentemu, i dla nuty przebaczył chętnie wyrazom, których pierwsza zwrótka tak brzmiała:
Którym księża pany,
Cień Brutusa ku nam leci,
Stańcie się Rzymiany.
Idźcie przeciw swemu panu,
Zbudźcie się nareście,
I na gruzach Watykanu
Po śpiewie, Sabaudczyk wyjął z kieszeni miseczkę drewnianą, i wyciągnął ją ku trzem kobiétom, przez sztachety. Trzy głowy poruszyły się jednomyślnie odmawiając datku, a śpiewak odwróciwszy się, znalazł jednego tylko dilettanta cały tłum zastępującego, i zażądał od niego ceny miejsca w pierwszéj loży. Walenty, trochę zmieszany niespodziewaném żądaniem, zanurzył rękę w głęboką kieszeń swych spodni axamitnych, i znalazłszy w niéj tylko worek pański, rozwiązał go, zaczął szukać zdawkowej monety, lub dwunastu groszy, ale same spotkał luidory. Stary żeglarz nie chciał śpiewaka odprawić z niczém nakarmiwszy go słodką nadzieją datku, i niemając do wyboru tylko albo mu dać sztukę złota lub odmówić, dał luidora.
Sabaudczyk, promieniejący radością, uczuł się w obowiązku wywiązania za tę wspaniałomyślność, przedstawując narodowy swój taniec nad zwykły programm; ale Walenty nie czekając końca widowiska, poszedł daléj, błądząc bez celu po pustych ulicach wiodących ku północnéj części Wersalu.
Nagle wstrzymał się, jakby myśl którą powziął uderzyła go piorunem, nogą tupnął o ziemię, ręką za czoło się chwycił; oczy jego zabłysły.
Odwrócił głowę i wzrokiem powiódł na wszystkie strony, chcąc wyszukać śpiéwaka, i zobaczył go zaraz poruszającego swą lyrę przed drugim ogródkiem zamieszkanym.
Walentemu nie trudno przyszło go dognać, bo on, widząc zmierzającego ku sobie wspaniałego słuchacza, sam ku niemu podszedł, poskakując nowy taniec, jakiego żaden balet Wersalski nie widział.
— Potrzebuję cię, mój przyjacielu, rzekł do niego Walenty usuwając się z nim na bok, musisz mi zrobić jednę przysługę, nagrodzę ci za nią jak należy.
— Niech no pan mówi, pójdę w ogień za was, odpowiedział wędrujący muzyk.
— Umiesz dużo piosnek na pamięć?
— O! juściż dosyć ich umiem, kochany panie; jestem paryżanin, z przedmieścia Ś. Jakóba N. 32. Umiem: Dumne Italji dzieci; Gdy mój kochany powróci; Nie pójdziemy w las już więcéj; Pięknas i jasnowłosa moja Amarylko. Umiem marsz gwardyj Francuzkich, ale to zabronione przez rząd. Jeśli pan każe to mu w domu zaśpiewam. Trubadur dumną przybrał postawę, jak artysta który nareście trafił na znawcę wśród zawodu swego, pełnego niepowodzeń.
— Tyle tylko umiesz, mój przyjacielu! ej no! poszukaj trochę w głowie?
— Chcę pana tèmi naprzód zabawić, a potém znajdą się i inne. Zaśpiewam panu: Amarylko! Amarylko... tyś...
Walenty urwał piosnkę o Amarylce na piérwszym wierszu, gwałtowném poruszeniem.
— Daj pokój, przyjacielu, nie tego ja chcę...
— To możebyś pan życzył... Droga Zelijo, mocno kochać ciebie?
— Nie... ale umiesz że? ba! kiedy bo ja jéj zapomniałem także... czekaj!.. zaśpiewam ci nutę...
— Aha! aha wiem, kochany panie!
Czegoż mu więcéj potrzeba?
— Otoż to! to mój przyjacielu... zawołał Walenty uszczęśliwiony... taż sama, a umiesz że ją całą!
— Umiém, ale poczekajcie no... zdaje mi się że także przez rząd zakazana.
— Cóż znowu? to piosnka pasterska!
— Ja ją panu w domu zaśpiewam.
— O nie! właśnie potrzeba żebyś ją zaśpiewał publicznie, i dam ci za każdy raz po dwadzieścia cztéry soldy...
— A! panie! musisz ją pan bardzo lubić... na nieszczęście cóś mi się zdaje, że to przeciwko Rzeczypospolitéj.
— Nie wiesz co pleciesz, i....
— Czekaj no pan, dobrze ją rozbierzmy.
Kollin ci oddał już swoje —
Ty zawsze będziesz moją jedyną
— Otoż to jest! rzekł Walenty, gdzież ty tu u licha znalazłeś co przeciwko Rzeczypospolitéj? Owszem jest to piosnka antimonarchiczna, bo pastérz mówi że ona będzie całą jego wielkością... piosnka czysta republikancka.
— A prawda kochany panie, prawda! No! będziesz ją pan miał za swój miły grosz, i...
— E! poczekaj przyjacielu! mnie ta piosnka nie koniecznie potrzebna... ktoś inny ją lubi nad inne, i przenosił ją dawniéj nad wszystkie; dawno mu już téj piosnki nikt nie zaśpiewał... uszczęśliwisz tego kogoś.
— O! zaśpiewam mu ją tysiąc razy... przerwał artysta wędrujący. Prowadź mnie pan pod okna téj osoby.
— Ba! otoż w tém sęk przyjacielu...
— Rozumiem, rozumiem — kochany panie. — Jest to... jest to osoba... która się... jak wiele innych... ukrywa, i...
— Właśnie, zrozumiałeś dobrze....
— Ale nie myślicie jéj odszukiwać tym sposobem w jakim złym celu; bo jeśli tak, to schowajcie sobie pieniądze, śpiewać nie będę.
— Poczciwy z ciebie chłopiec, mój przyjacielu... O! bądź o to spokojny: mogłżeś myśleć żeby stary majtek chciał komukolwiek przykrość wyrządzić?
— No, no! to nie rachujcie mi żem się z tém wyrwał; łaskawco. Prowadź mnie, zapłacisz za dzień talarka, więcéj nie żądam, tyle zwykle zarabiam.
— Nie, nie, mówiłem ci cenę, od tego nie ustąpię; luidora za dwadzieścia piosnek! już się nie targujmy. Jeśli cię zbogacę, tém ci gorzéj, trzeba się było wprzódy targować! Słowo się dało.
— No! zawołał śpiewak śmiejąc się do rozpuku, jeśli macie pieniądze do wyrzucenia... wszystko jedno, wolę już je zbierać. Ruszajmy.
— Chcesz ruszać, dokąd? przyjacielu.
— Alboż ja wiém.
— I ja nie wiém... to-jest, nie jestem pewny zkąd zaczniemy naszę przechadzkę. Ty lepiéj znasz miejscowość z powodu zatrudnień twoich. Musisz probować przed każdym domkiem ustronnym, takim jak ten u którego bramy tylko co śpiewałeś; ja powoli pójdę za tobą.
— Teraz już zaczynam rozumieć, kochany panie. Poczniemy od ulicy Wolności.
— Ja tych nowych nazwisk nie znam.
— Wszystko to jedno, ja je znam. — Ale! kochany panie, trochę to będzie nudno śpiewać ciągle jednę piosnkę.
— A co ci to szkodzi, kiedy niéma nikogo.
— A prawda.
— Tylko zaczynać będziesz zawsze od innéj.
— Rozumiem; kończyć będę: Kto umie kochać, a zaczynać: Dumne Italji dzieci...
— Nie, nie! wściekły paryzki Sabaudczyku! daj mi pokój z temi dumnemi dziećmi!
— No, to Amarylko.
— Śpiewaj co chcesz, tylko nie te dumne dzieci.
— A jednak to wcale piękne.
— Nie zaprzeczam jéj piękności; ale w naszych przechadzkach daj jéj pokój.
— Jak pan chcesz.
— Teraz już nie mówmy do siebie; idź o dziesięć kroków przedemną, i poczynaj od piérwszéj furtki jaka będzie na drodze.
Początek téj próby nie bardzo był pomyślny. Wyczerpano wszystkie domy ulicy Wolności, nigdzie nie otworzyło się okno żadne. Szczekanie tylko gdzieniegdzie odpowiedziało na pieśń wirtuoza; przeszedł ogrodnik z grabiami na ramieniu, po za sztachetami, i sam jeden słuchał dwudziestu może powtórzeń piosenki.
Przy ostatnim drzewie, Walenty i śpiewak zeszli się, a Sabaudczyk dosyć nieśmiało zapytał.
— Czy pozwolicie rozpocząć ulicę Konstytucyjną?
— Pocznijmy ją, rzekł Walenty.
Ale i tu nie było skutku; jednakże objawiające się gdzieniegdzie wzruszenie, kazały się spodziewać powodzenia. Śpiew był powodem otwarcia dwóch żaluzji i wywołał dwie głowy sześćdziesiątletnich staruszek. Przebywszy do końca, Walenty rzekł do artysty.
— Teraz, zaczynam się czegoś spodziewać.
— Jeśli się nam ciągle tak będzie udawać, rzekł uśmiechając się śpiewak, worek pański się wyczerpie, a nic pan nie wskórasz. Pan musisz szukać młodéj i pięknéj kobiéty i pewnie nie dla siebie...
— Nie czarownik jesteś, mój kochany, istotnie szukam kobiéty przepysznéj...
— Którą mąż stracił?
— Nie, ale ona męża straciła.
— Nie rozumiem, kochany weteranie.
— Wdowa.
— A! rozumiem teraz.
— Ty co śpiewasz we wszystkich częściach miasta, i pod wszystkiemi balkonami, — spójrzałeś kiedy w okno hotelu de Grave, na ulicy Rezerwuaru?
— To ona! żywo przerwał śpiewak uliczny, ja ją znam, miała kwiaty na balkonie. Tak! pyszna kobiéta, rzucała mi sztuki dwunasto-soldowe obwinięte w papier, ale od dwóch czy trzech miesięcy opuściła ten hotel. Teraz tam zamknięto, — kwiatów niéma... Spotkałem ją tydzień temu, przebraną za prostą kobiétę, w ulicy Satory; musi mieszkać gdzieś w tamtéj stronie miasta... O! musimy ją wynaleźć, panie weteranie, musimy koniecznie..
— No! jeśli ją znasz, możesz daléj sam już próbować. Przytomność moja ci niepotrzebna, a mogła by być podejrzaną lub niebezpieczną... weź te dwa luidory zadatku, a jeśli ci się uda ją wyszukać, dam ci co zechcesz! Od dziś dnia, codziennie spotykać się będziemy, co ranka, o dziewiątéj, przed wielką bramą zamkową.
— Dobrze, kochany panie weteranie.
Walenty pobiegł uradowany z nadzieją do P. de Pressy, ale nie chciał mu szczegółowie nic powiedzieć o swojéj wyprawie.
Powieść nasza dość już daleko zaszła, i czytelnik widzieć może, jak wyjątkowy charakter nadaje jéj epoka, z któréj przedmiot nasz wybraliśmy. Życie postaci naszych, całkiem się odróżnia od wszelkiego żywota historycznych osób innego czasu. Czy to przez dziwactwo, czy ze strachu, czy z ostróżności, każdy się osłania i zamurowywa nic na zewnątrz nie wystawując; szlachetne instynkta i namiętności dzikie stykają się z sobą w cieniu; będzie to jakby podziemna hislorja téj chwili straszliwéj, w któréj łoskot zewnętrzny wszystkich uwagę odwracał, nie dozwalając niczyjemu wejrzeniu rozpoznać tego, co się przed światłem dnia ukrywało.
— Słuchaj mnie z uwagą Walenty, mówił P. de Pressy osłaniając się szerokim płaszczeni w jednym z salonów dolnych hotelu; słuchaj mnie z uwagą; odrywasz mnie od moich przywyknień, wyprowadzasz za próg domu, rzecz to bardzo ważna! Mogęź ufać twoim doniesieniom?
— Przysięgam panu hrabiemu, że doniesienie moje na zupełną wiarę zasługuje. Proszę iść za mną z zamkniętemi oczyma. Śpiewak sabaudczyk Wincenty, sześć dni szukał domu pani hrabinéj; nareście piosenką odkrył go w ulicy Thiers N. 19. Podejście moje powiodło się. Tego ranka, z rozkazu pańskiego nająłem w tejże ulicy N. 18, oddzielony od 19, ogrodem tylko i uliczką wiązową, odźwiernego odprawiłem z gratyfikacyą: w ostatku, co lepiéj nadewszystko, prześliznąłem się od drzewa do drzewa sunąc aż pod murek N. 19, i widziałem na moje oczy, poznałem doskonale panią hrabinę, w chwili gdy otwierała ostróżnie okno, chcąc spójrzeć na pola: możnaż żądać pewniejszych doniesień?
— Widzisz Walenty, chcę nim wyjdę z domu, być pewnym, zupełnie pewnym swego — wejdź do mojego gabinetu i przynieś mi szkatułkę, którą onegdaj przy tobie otwiérałem.
— Zaraz, panie hrabio.
Walenty wypełnił polecenie i przyniósł żądany relikwijarz.
Hrabia dobył z niego portret, i ukazując go Walentemu przy świetle wiązki świec, zapytał: kto to jest?
— Na piérwszy rzut oka, podobniusienkie, jak dwie lilje. To pani hrabina.
— Sądzisz więc Walenty, że to jest portret osoby, którą zrana widziałeś?
— Przecież, niema na świecie dwóch takich twarzy!... tylko... pani hrabina inaczéj teraz ubrana...
— Dość, otwieraj drzwi Walenty i prowadź mnie.
Hrabia włożył kapelusz myśliwski, portret wziął pod pachę i przeszedł przez sień. Walenty otworzył drzwi, ale krzyknął z podziwienia; bo któś przez nie wszedł do środka. Był to Andrzéj Chenier.
— Hrabia wychodzisz? spytał cofając się nazad.
— Wychodzę! ja! odparł hrabia nie zmięszany, przechadzałem się po sieni, oczekując gości. Usłyszeliśmy chód w ulicy pustéj, a Walenty odgadł ciebie.
— Wszak przyjmujesz co czwartki? — spytał Chenier.
— I dla tego właśnie zgadliśmy cię, gdyś nadchodził, rzekł hrabia śmiejąc się, a że to dziś jeden z moich czwartków, przyjmuję w żółtéj sali... Chodź, chodź, kochany poeto... Walenty, przysuń-że krzesło P. Chenier, a potém idź sobie do swego zajęcia... No! Chenier, nie spytam cię co nowego? nigdy w ten sposób nie zapytuję teraz, — ale co tam słychać starego? Wiesz, że nie wychodziemy z r. 1788.
— Nic nie wiem kochany hrabio, żyję jak wy tu, w pustyni, nie obawiaj się, nic ci nie powiem... Od was to chciałbym się czegoś nauczyć?
— Ode mnie? o! kochany poeto, nie żądaj tylko, żebym cię uczył poezji!
— Kochany Pressy — ty masz w ręku jedną z tajemnic mojego życia.
— O! jakże to mówisz poważnie... no, pomówmy więc jeśli chcesz, o téj tajemnicy.
— Od ostatniego widzenia się naszego, zastanowiłem się lepiéj, jestem pewny, że znasz tę, która pisała list pokazywany ci przezemnie.
— Zkąd-że to wnosisz? rzekł hrabia z uśmiechem.
— W przeszły czwartek zdradziło cię wzruszenie, zdradza cię ono dziś znowu; pomimo arystokratycznego wdzięku twych rysów, czytam w nich, że ją znasz.
Hrabia przechylił od niechcenia głowę na poręcz krzesła, założył nogi, i prawą ręką gładząc się po brodzie:
— Zawsześ poetą, rzekł, wyobraźnia cię uwodzi. Ja nigdy wzruszać się nie daję. Znasz godło rodziny de Pressy?
— Nie, odparł Chenier ponurym głosem.
— No, zawołał hrabia zdejmując z palca swój sygnecik, patrz kochany poeto, to herb mój i godło: łacina nie wyśmienita może, ale tém zrozumialsza. Andrzéj wziął pierścień, jakby przez grzeczność tylko, i zwrócił z miną człowieka, który prosiłby o wyjaśnienie.
— Kochany poeto, niewiele się rozumiesz na heraldyce, widać to: mam w polu lazurowém, złocistą rysę z tém godłem: Ad omnia paratus: to jest: gotów na wszystko. Dosyć mi rzucić okiem na ten pierścień, by pośkromić w sobie wszelkie wzruszenie, jeśli by mi się na nie zbierało. Godło to jest hasłem mojéj rodziny, głosem ojców moich. Słucham go i jestem mu posłuszny.
Chenier przybrał postawę skromną, ale poważną; oko jego, burzliwe zzieleniałe, błysnęło płomieniem; szérokie czoło zmarszczyło się jak u starca, i rzekł:
— Hrabio de Pressy, spójrz więc, na godło rodziny swéj. Ta kobieta, któréj mówisz że nieznasz, jest w niebezpieczeństwie — życie jéj zagrożone.
Hrabia rzucił się i powstał mimowolnie, a w tém na podłogę upadł portret, który trzymał dotąd pod ręką. Chenier schylił się i zawołał: to ona! to ona!
Pan de Pressy energicznie starał się okazać spokojnym, i rzekł podnosząc portret:
— Ha! jeśli ta pani jest w niebezpieczeństwie, toś ją powinien ratować. Po cóżeś tu przyszedł panie Chenier?
— Dowiesz się o tém panie de Pressy, zawołał poeta najżywszym opanowany wzruszeniem; tu, u ciebie muszę znaleźć wiadomości potrzebne mi, po nie przyszedłem. Oto kartka, którą odebrałem; bez podpisu, bez adresu, jak zawsze. Słuchaj hrabio: — «Ostatnie to wyrazy odbierasz ode mnie. Obrałam była sobie schronienie, z którego mogłam czuwać nad tobą; ale przytułek ten odkryto, zostałam zdradzona. Dziś rano, podkradł się któś zasłaniając drzewami pod mur mojego ogródka. Wczoraj nieostróżnie pokazałam się w oknie, od strony gościńca. Musiał tam być szpieg nieprzyjaciół moich, wysłaniec ich przebrany za wędrownego śpiewaka, który poznawszy mnie, nie umiał pokryć swéj radości. Nie dodaję reszty szczegółów. Kartka ta będzie ostatnim dowodem żywego współczucia, jakie dla pana czuję. Przyszłéj nocy, obawiam się najgorszego; — szczęściem w epoce naszéj, kobiéty także umierać umieją.”
— No, kochany Andrzeju, rzékł hrabia z lekkim uśmiechem, po przeczytaniu téj kartki, jestem wielce uspokojony.
— Jak to? kartka ta uspokaja cię panie hrabio o los kobiéty, która cię obchodzi?
— Tak jest.
— I myślisz, że twoje, tak, spokojnie wyrzeczone, uspokaja mnie! Nie myślisz-że nic mi więcéj powiedzieć, nic objaśnić?
— Kochany poeto, znajduję cię, doprawdy bardzo dziwnym. A tyś mi się objaśniasz? Mów do mnie otwarcie, odpowiem ci po szlachecku.
— Niestety! Hrabio nic ci powiedzieć nie mogę, ty sam wiész wszystko!
— Jak poznałeś tę kobiétę?
— Ja jéj nie znam.
— Nie znasz kobiéty, która do ciebie pisuje foljanty!
— Nie znam, przysięgam ci to na popioły matki mojéj.
— I nie mówiłeś z nią nigdy?
— Nigdy.
— Aleś ją widzieć musiał, poznałeś przecie jéj portret?
— Widziałem ją dwa razy, ale zdaleka, bardzo zdaleka.
— Wierzę ci, Chenier, wiem żeś szczery. Otoż, mogę cię uspokoić zupełnie, kobieta o któréj mowa, przelękła się daremnie, przysięgam ci, że żadne nie grozi jéj niebezpieczeństwo.
— Jakże wiész o tém, hrabio de Pressy?
— Przekonam cię, zaczekaj chwilę tylko.
Hrabia zadzwonił, i w chwilę potém, drzwi salonu otwarły się, wszedł Walenty.
— Walenty, rzekł hrabia, posłuchasz kartki, którą pisała kobieta pewna, a potém odpowiesz na pytania, jakie ci zada pan Chenier. Ja do waszéj rozmowy się nie mięszam.
Hrabia sparł się o komin i począł patrzeć w źwierciadło.
Gdy kartkę przeczytano, Walenty w następnych słowach wytłómaczył się:
— Osoba, która to pisała, nie ulega żadnemu niebezpieczeństwu, ręczę panu honorem starego majtka. Mozę spać spokojnie nocy dzisiejszéj, pomimo owych dwóch szpiegów, których widziała, nie straszne to dla niéj szpiegi.
— Widzisz kochany poeto, rzekł hrabia, zdaje mi się, żem się nie mógł namówić z Walentym.
— Doprawdy, przerwał Chenier, wszystko to zadziwia mnie, durzy. Widzę po uspokojeniu twém, że nic jéj w istocie grozić nie może.
— Ale zagrażałoby, — rzekł hrabia tajemniczo, — gdybyśmy tu dłuźéj o tém mówili.
— Wyprawiasz mnie panie hrabio?
— Wyprawiam, ale po przyjacielsku, zrozumiéj mnie proszę.
— Jednakże pozbywasz się zawsze. Będę teraz wiedział, hrabio, jak przyjmujesz przyjaciół we czwartki!
— Kochany poeto, myślisz się nadąsać na mnie? Godziż się tak brać rzeczy? Nie należyź sobie wzajemnie w teraźniejszych czasach wiele wybaczać? No, porozumiejmy się. Rozporządzamyż my dzisiaj wolą naszą, otwartością, grzecznością nawet? Wszystko przewrócone. Nie jesteśmy panami cnót, ani występków naszych. Jest w powietrzu cóś panującego, co nas zmienia w automaty i wiąże nasze naturalne ruchy. Widzisz Andrzeju, że umiem mówić rozumnie, gdy tego potrzeba.
Hrabia wymówił to głosem dziwnie łagodnym, któremu towarzyszył wzrok pełen uczucia. Chenier wstał, podał rękę hrabiemu i rzekł:
— Dopełniłem obowiązku. Jeśli się jakie przytrafi nieszczęście, sumienie przynajmniéj nic mi wyrzucać nie będzie.
— Do widzenia, kochany Andrzeju, — rzekł hrabia ściskając dłoń podaną sobie, — teraz, przyjmuję codziennie i we wszystkich salonach moich. Walenty, poświeć panu Chenier w korytarzu i zamknij drzwi hotelu jak najpilniéj, czasem bywasz nieuważny. Odważnym być można i ostróżnym razem.
Andrzéj wyszedł, i drzwi się za nim zamknęły; ale ostatnie słowa hrabiego do Walentego były zbyt wyszukane i nie zręczne, przez to dał się domyśleć, że wyjdzie wkrótce. Zresztą, już wchodząc, Andrzéj uważał po ubiorze hrabiego, po jego zakłopotaniu, że musiał mieć zamiar nocnéj wycieczki. Była to zręczność wyborna, któréj nie mógł opuścić.
Noc ciemna okrywała ulice; rewerbery, urządzone za Ludwika XVI w r. 1786, jak świadczą medale, w przestankach, oświecały je słabo, powiększając jeszcze ciemności. Andrzéj stanął w rogu uliczki nie daleko hotelu de Pressy, i czekał na to, co nie ochybnie musiało się przytrafić, na wyjście hrabiego.
W kwadrans potém, pan de Pressy z Walentym wyszedł i w górę ulicą się posunął. Andrzéj za nim postępował po nad domami na palcach idąc za temi dwóma ludźmi, którzy mu w téj chwili cały świat zaludniali.
Szedł śladem, z oczyma wlepionemi w czarne ich cienie, wstrzymując oddech, i szukając stopami, ulic opuszczonych, trawy, która je zarastała. Szedł niemi aż do ulicy wiodącéj do swego domu właśnie, i ujrzał zatrzymujących się przed sztachetami, otwierających bramkę, wchodzących do jednego z ogródków.
Okropna rozpacz porwała poetę. Tajemnica była odkryta. Hrabia szedł na schadzkę w umówione miejsce, nie było wątpliwości o tém, kto na niego oczekiwał w tym odosobnionym domku: pan de Pressy był jéj kochankiem!
Kobiela tak wzniosła, serce tak piękne, nagle w oczach jego splamione zostały intrygą pospolitą, mającą za świadka sługę! Myśl ta głowę mu rozsadzała.
— Będę całą noc stał u tego domu, rzekł w sobie, a jutro światło dzienne natchnie mnie jakiem postanowieniem zbawienném! Ale nogi mu osłabły; i usiadł na jednym z pagórków trawą okrytych, które otaczają wielkie gościńce, jak znużony podróżny.
Niema straszniejszych boleści nad te, którym imienia nawet dać nie można, bo ich brak w słowniku cierpiącéj ludzkości. Zazdrość jest pospolitém uczuciem, córką miłości własnéj; powściągniona do pewnego stopnia, wspólna wszystkim prawie organizacyom, musi mieć nawet pewien jakiś urok drażniący, gdy tyle istot życie całe spędza na zazdrości i żyć z nią może wyśmienicie; lecz gdy ten szatan domowy kłótni codziennych, zmieni się w sępa prometeuszowskiego, gdy zamiast drasnąć skórę, wyżera wątrobę, o! niéma naówczas nazwiska na to uczucie, na tę śmierć żywą; nie jest to zazdrość, lecz piekło!
Ta boleść nieznośna obejmowała w téj chwili Andrzeja Chenier. Od czasu wielkiego poety Prometeusza, wszyscy co ognia niebieskiego zachwycić chcieli, musieli w godzinie życia odbyć wiek Kaukazu. Andrzéj ujrzał hrabiego de Pressy znikającego w cieniach nocy i drzew, usłyszał łoskot drzwi ostróżnie zamykanych, a oczy jego starały się przez sztachety schwycić promyk światła wewnętrznego z okien domu; ale nic nie błyskało z przodu, nic słychać nie było, a ucho chwytające niby szepty głosów ludzkich, poznawało w nich zaraz szum wiatru nocnego, poruszającego liśćmi, i w przestankach odzywający się w ulicach ogrodu.
Nie trzeba mu było jednak słyszeć, by wszystko wiedzieć, czuć i cierpieć. W podobnym zbiegu okoliczności, któżby mógł jeszcze wątpić nawet? Chwilami, przystępy szału ogarniały głowę jego, zbliżał się do sztachet, chcąc przestraszyć kochanków niespodzianym głosem wielkim, jaki się czasem z głębi ciszy puszcz odzywa i śmiertelną bladością wszystkie osłania twarze.
Godziny płynęły, jeśli godzinami zwać można, te wieki przetrwane w boleściach namiętnych. Słabe opalowe światełko ukazywało się nad wierzchołkami drzew, i kilka gwiazd rozsianych na ciemném niebie, bladnąć zaczęły przy świetle jutrzenki. W téj chwili, która już nocą nie jest, a nie jest jeszcze świtem, Andrzéj usłyszał bardzo wyraźnie zamykanie drzwi i chód w ogrodzie; któś szedł ze środka ku bramce. Chenier ukrył się za krzakiem głogu przy sztachetach rosnącym, a serce jego tak gwałtownie bić zaczęło, że tylko co nie stracił następującéj rozmowy:
— Spałżeś ty trochę Walenty?
— Niewiele panie hrabio.
— I ja także spać będę pewnie cały ranek, obudzisz mnie o dwónastéj dopiero... Co za noc Walenty!
Dwaj rozmawiający przeszli, i minąwszy gościniec, znikli w ciemnych głębiach ulicy Thiers.
Andrzéj wyszedł ze swego schronienia i odezwał się z uśmiechem potępieńca: tak, słyszałem wyraźnie, zawołał głośno, wykrzyknął zwycięzko z poetą łacińskim: Qualis nox, dii deaeque! — a ja żyję jeszcze, chociem to słyszał!
Posępne i szalone myśli zajechały w głowę; obłąkanie w nim mówiło i natchnęło najdziksze monologi, po których najdziwniejsze nastąpić miały czynności.
— Tak! miałżebym w takiéj chwili rozmyślać jeszcze! Rozwaga jest cnotą epok spokoju. Biorą bastylle szturmem, wyłamują drzwi pałaców, zalewają tłumami Wersal i Tuileries, a jabym się miał wstrzymywać, szanując parkan ogrodu!
Murek był nizki, Andrzéj go przelazł z łatwością i upadł na drugą stronę. Brzask dnia oświecił ogród.
Poeta drżał jak winowajca w chwili, gdy ma spełnić zbrodnię, i poczynał pojmować, że łatwiéj wpaść do ogrodu królewskiego, niż przeleźć płot podwórka, w którém mieszka kobiéta; nie byłby może cofnął się od Bastylli w chwili szturmu, zawahał się przed drzwiami od ganku: nigdy drzwi żadne mocniéj zamknięte mu się nie wydały. Widać było sień i wschody wiodące do pokojów na górze. Nikt ich nie strzegł, drzwi otwarte na wciąż przerażały tém opuszczeniem obojętném.
Po rozwadze, Andrzéj przypuścił, że te podwoje roztwarte zostały przez roztargnienie, przez nieuwagę hrabiego.
— Ale, rzekł w sobie potém, sługa jego Walenty nie miał takich powodów roztargnienia, jak pan jego, po bezsenności całonocnéj.
Czekał wschodu słońca w ganku; blask jego dodaje odwagi i zmienia wahanie się nocne w stanowcze zamiary.
Z piérwszym jego promieniem, Andrzéj wszedł do sieni. Nogi mu jednak chwiały się jeszcze. Zobaczył w prawo salon otwarty, i wszedł. W przedmiotach tu znajdujących się, wszystko wskazywało, że go zamieszkiwała kobiéta. Konsole, gierydony, krzesła, okryte były świetnemi, a wdzięcznemi fraszkami właściwemi niewieście.
Ale w wazach Japońskich kwiaty były powiędłe, choć obok ogród rozkwitał bzami i różami wiosennemi. — To nic nie dowodzi, rzekł w sobie, w teraźniejszych czasach kobieta, szczególniéj ona, nie myśli o codzienném odnawianiu kwiatów.
Dzień coraz był większy, żadnego przecie nie słychać było szelestu, żaden sługa się nie ukazał. Milczenie to miało w sobie cóś strasznego. W około ogrodu, pola dźwięczały wesołemi odgłosami wiosny.
Ciekawość nieprzełamana ciągnęła daléj poetę; stanął nogą na piérwszym stopniu wschodów, a że piérwszy krok tylko trudny, wszedł do górnych pokojów. Czworo drzwi w prawo i lewo znalazł otwartych w korytarzu silnie oświeconym dnia blaskiem. Co chwila lękał się spotkania sługi, myśl ta przerażała go i radziła się cofnąć, nim by się na scenę nieprzyjemną naraził.
Ale nikt się nie ukazywał. Andrzéj odważył się wejść do jednego pokoju, i znalazł w nim sprzęty w nieładzie, a kwiaty jak na dole, oddawna powiędłe. Przegląd trwał daléj, wszędzie pustka, niezamieszkanie, cisza.
Andrzéj przestał się skradać i wystrzegać, szedł głośno, mówił do siebie, zamykał drzwi hałaśnie; wyzywał ludzi, żeby się pokazali... Głuche milczenie. Poeta ręce założył, głowę na piersi spuścił — myślał.
Ale daremnie dumał, nic nie umiał wywnioskować. Jeden tylko zamiar przyszedł mu do głowy i zaraz się go chwycił.
Hrabia de Pressy rozkazał Walentemu wejść do siebie o południu. Andrzéj przygotował plan napaści, i z pustego domu powrócił do siebie spocząć trochę, a doczekawszy godziny stosownéj, udał się pustemi zaułkami do pana de Pressy.
Hrabia kończył się ubierać po pańsku, gdy Walenty oznajmił pana Chenier.
— Kochany hrabio, rzekł poeta, mówiłeś mi wczoraj, że przyjmujesz co dzień, korzystam z twéj gościnności. Zresztą mam powód dzisiaj naprzykrzać się odwiedzinami. Spędziłem noc w śmiertelnéj trwodze, zgadujesz pan z jakiego powodu.
— Chenier, rzekł hrabia bardzo naturalnie — jesteś poetą, to jest dzieckiem. Nie mówił-żem ci wczoraj, że kobieta, która cię zajmuje, nie podlega żadnemu niebezpieczeństwu? Czy wierzysz memu szlacheckiemu słowu?
— Wierzę, kochany hrabio; lecz pozwól, że możesz — w najlepszéj wierze mylić się, a gdy chodzi o życie i cześć kobiety, potrzeba...
— Potrzeba, potrzeba, — przerwał hrabia — wierzyć słowu de Pressy.
— Znasz hrabio największy błąd, w jaki zwykle wpadają ludzie większego świata?
— Nie, poeto, obaczmy ten błąd, proszę cię.
— Tym błędem jest mniemanie, że poeci są głupcami.
— Tegom nie mówił, kochany Andrzeju.
— Nie mówi się to nigdy, ale się myśli ciągle.
— No, ale o cóż ci idzie? Co znaczy ten epigrammat na ludzi wielkiego świata?
— Idzie mi o to hrabio... że jesteś w najzupełniejszym błędzie sądząc i mówiąc, że ta kobieta dzisiejszéj nocy nie była w niebezpieczeństwie.
— Kochany Andrzeju, choćbyś mnie miał drugi raz przybić epigrammatem, powtórzę ci żeś poeta.
— Kochany hrabio, poeci widzą to, co inni ludzie, a w dodatku często i to czego nikt nie widzi.
— Mają czworo oczów, rzecz wiadoma — kończ.
— Kończę. Wiém z najlepszego źródła, że ostatniéj nocy dwóch ludzi wkradło się do domu na ulicy Thiers, zapewna w zamiarze nie najlepszym względem osoby, która nas obu obchodzi.
Andrzéj wyrzekł to powolnie, a zielone oczy jego wlepiały się w hrabiego.
— A! wiesz o tém! rzekł hrabia głosem pozornie niewzruszonym, mogącym pospolitego człowieka omamić.
— Tak, kochany hrabio, wiém o tém, a nawet honorem zapewniam, że to co wiém jest jedyną prawdą.
— A ja, kochany Chenier, stoję przy tém, co mówiłem.
— Łatwo mi jednak będzie dowieść, hrabio de Pressy, że dom pod N. 18, w ulicy Thiers, zeszłéj nocy napadnięty był przez dwóch ludzi, którzy o świcie dopiéro go opuścili. Wychodząc jeden z nich rzekł do drugiego...
— Co za noc! — Człowiek ten kto był, niewiadomo.
— A! człowiek co się z tém odezwał nie jest wiadomy! — rzekł hrabia z najwspanialszą flegmą.
— Tak, ale mi przyrzeczone wyjawić imię jego, gdy go dójdą.
— Cóż myślisz uczynić, gdy się go dowiész?
— Będę strzegł téj kobiéty od nocnych zasadzek.
— Kochany Andrzeju, nie mogę zrozumieć tego, co mi mówisz.
— Ale mnie już nie nazywasz poetą?
— Jesteś nim przecie więcéj niż kiedykolwiek. Czoło twe okrywają chmury, a mówisz jak wyrocznia Kumejska.
— Hrabio de Pressy, pozwolisz mi odsłonić te chmury?
— A! jeśli ci się podoba, nie uważaj na mnie, proszę...
— Chcesz wiedzieć nazwisko tego nieznajomego.
— Bardzobym rad je wiedzieć, choć to dla mnie rzecz obojętna.
— Przebaczysz mi co powiem?
— Wszystko a wszystko... któż był ten nieznajomy?
— Był to hrabia de Pressy.
— Ja? rzekł hrabia śmiejąc się z przymusem.
— Tak, pan, wiész to lepiej odemnie.
— Słowo honoru, kochany Andrzeju, nie wiém na jakęś dziś, chodząc po ulicy Thiers, nastąpił trawę!
— A jeśli o słowie honoru mowa, przysiąż, że co mówię jest fałszem.
— O! o! we własnym domu przychodzisz mi dyktować prawa! Doprawdy, nadużywasz swobód 89 roku.
— Hrabio, wykręcasz się.
— Tak! wykręcam się! cóż z tego? nie jestem panem w domu? A kiedy mi się podoba wykręcać?
— Żartujesz nader przyjemnie hrabio, ale przyjdzie chwila, że z żartów wyjdziemy na serjo.
— Chyba gdy mnie jako arystokratę każesz uwięzić? Czemu nie, panie Chenier? nie uważasz, że od pół godziny przemawiasz do mnie w sposób najnieprzyzwoiciéj zaczepny.
— Hrabio, zbijasz się z drogi. Mówiliśmy bardzo łagodnie i przyjaźnie. Ja swoje, pan swoje utrzymywałeś: sameś mnie zachęcił, a gdym cię przyparł do muru za własném twém pozwoleniem, uśmiech skonał na ustach, i wejrzenie twe poczęło się mroczyć.
— A więc, tak było Andrzeju Chenier, tak, ja to ostatniéj nocy wszedłem do tego domu: przyznaję, dość ci tego?
— Nie ze wszystkiém.
— Wymagasz wiele.
— Mam do tego prawo.
— Obaczmy jakie?
— Hrabio, ja tę kobiétę kocham.
Hrabia de Pressy ogromnym, homerycznym niepohamowanym, potężnym rozśmiał się śmiéchem; śmiéch taki mieścić się tylko może w arystokratycznéj piersi, do któréj przeszedł spadkiem od bohaterów Illjady.
Chenier zdziwiony patrzał osłupiałym wzrokiem na ten wybuch wesołości przechodzący różne koleje, i czekał napróżno by się skończył.
— Kochasz tę kobiétę? zawołał hrabia.
I powolnie śmiał się jeszcze, ale uśmiech już gasnął na jego ustach.
— I cóż hrabio, odparł Chenier z miną naiwnie dziecinną, często poecie właściwą — cóż zresztą w tém dziwnego? Zdaje mi się, że w wieku moim kochać się można. Zmusiłeś mnie do wyznania, uczyniłem ci je; tak jest, kocham ją.
— Chenier, niémasz jeszcze pojęcia, jak mi się to wyznanie gwałtownie śmieszném wydawać musi; nic równie komicznego chyba w komedyi Goldoniego, tłómaczenia Cailhava.. Znasz tę komedyę pod tytułem: — Nieostrożny Kochanek. Znasz ją?
— Nie.
— Ale znasz-li przynajmniéj tę kobiétę którą kochasz?
— Hrabio, mówiłem ci to wczoraj jeszcze, nieznam jéj.
— Ta kobiéta, kochany poeto, jest — żoną moją!
Na tę piorunującą wiadomość, ze śmiéchem wyrzeczoną, Andrzéj Chenier, znalazł się w położeniu doskonale opisaném przez przodka swego Owidjusza — położeniu człowieka w którego grom uderzył: żyje on, ale życia nie czuje.
Vivit et est vitae nescius ipse suae.
Gdy obłok krwi oblewający jego czoło rozszedł się, mowa mu wróciła, i odezwał się głosem stłumionym:
— Hrabio, wyrzekłeś słowo, które rozmowę zabija i związki rozrywa. Bądź zdrów — bądź zdrów hrabio de Pressy!
Posunął się ku drzwiom, ale na głos hrabiego dwakroć go wzywający, odwrócił głowę.
— Chenier, Chenier gorzéj niż poeta, jesteś dziecko, bądź przecie człowiekiem. Cóż znowu! Chcesz zerwać stosunki ze mną dlatego, że kochasz się w mojéj żonie? Gdybym ja to uczynił, miałbym powód przynajmniéj, ale ty, nie masz prawa! nie przyznaję ci go!
— Hrabio de Pressy, — rzekł Chenier odwracając się na jednéj nodze, — nie obrażaj się moją otwartością.
— Nie obawiaj się, mów.
— Nie mam dla ciebie ani nienawiści, ani wstrętu, przeciwnie; — ale zmuszony jestem wyjść bo w téj chwili ohydnym mi się wydajesz.
— Z powodu żem mężem mojéj żony? spytał hrabia z uśmiechem. W istocie wyznajesz to z dziwną otwartością! Bądź zdrów Chenier — i dodał ciszéj — Otoż to poeta!
Walenty, przechadzający się po sieni, nie chciał wypuścić Chenier’a drzwiami od ulicy; przeprowadził go przez ogród i otworzył mu fórtkę na pole; poeta dał się ślepo prowadzić, nic nie mówiąc, a Walenty odezwał się do niego.
— Trzeba być ostróżniejszym niż kiedy — wiadomo panu dla czego.
Chenier nic nie odpowiedział, Walenty dodał:
— Nie wiész pan czemu?
— Nie, odparł Chenier machinalnie.
— Bo dziś lano odebraliśmy bardzo nie dobre nowiny z Paryża. Zdaje się, że to pana niewiele obchodzi — jednakże.. pan wié o czém mówię?
— Nie! powtórzył poeta jak automat Vaucanson’a, jedno słówko wciąż tylko mówiący.
— A! nie wiész pan! no! otoż, ma zapaść postanowienie względem...
— Dziękuję ci Walenty! przerwał Chenier sucho i rzucił się w pole, zostawując sługę ogłupiałym ze zdziwienia.
Andrzéj szedł długo bez celu, nim pomyślał o kierunku drogi; kilka godzin upłynęły nim trafił do domu, którego nie szukał. Roucher przechadzał się po ogrodzie; pośpieszył naprzeciw przyjaciela z radością dziecka, które otrzymało nagrodę i zawołał.
— Kochany Andrzeju, zrobiłem najpiękniejsze w świecie odkrycie, mrę z niecierpliwości, żeby się niém z tobą podzielić.
Andrzéj, który w myśli miał jedno tylko odkrycie, zadrżał, ścisnął za ręce przyjaciela, i badał go wzrokiem.
— Odkryłem nareszcie dwa wiersze literalnie przetłómaczone, a właśnie tłómaczem ich jest pan de Voltaire w Henrjadzie, — sam o tém nie wiedział jak je przełożył. Nie dziwi to cię Andrzeju?
— Tak, rzekł Andrzéj obojętnie, jak gdyby mówił nie.
— Mało to cię zdaje się dziwić.
— Owszem wielce mnie to dziwi.
— Dwa te wiersze łacińskie są Vid’y... Uważaj tylko dobrze ich znaczenie.
— Uważam.
— Słuchaj:
Emilios calcat cineres tumulosque Catonum.
— Prawda! wyśmienicie! rzekł Andrzéj chcąc odejść.
— Jak to? wyśmienicie! zawołał Roucher wstrzymując go, ależ nie słyszałeś tłómaczenia pana de Voltaire?
— A tak! tłómaczenia!
— Oto jest:
Les tombeaux des Catons, et les cendres d’Emile.
— Prześlicznie przetłómaczone! odparł Andrzéj wyrywając się z rąk przyjaciela.
— Prawda że dobrze, kochany Andrzeju?
— Bardzo dobrze!
— I dosłównie.
— Dosłównie... ale mój Roucher, mam tam robotę zaczętą na górze — zobaczemy się wieczorem; muszę cię porzucić.
— Alboż już będąc ze mną, nie czujesz się jakby sam, Andrzeju?
— Tak, Roucher, — zawsześmy jednym we dwojgu ty i ja, ale dziś mam coś....
— A! rozumiem Chenier, rozumiem... W istocie, to okropne.
— Co okropne?
— To co cię zajmuje.
— A! więc wiész?
— Boże mój, wszak to wszyscy wiedzą!
— Jak to Roucher? wszyscy wiedzą już o tém?
— Kiedy już i gazety o tém piszą!
— Co ty mówisz? A! zgaduję, to musi być zemsta Brissol’a?.
— I wielu innych Andrzeju!
— To cios ostatni, cios najsroższy, dobijający, Roucher, przyjacielu? A imie kobiéty czy także wymieniają pisma publiczne?
— Jakiéj kobiéty?
— Hrabinéj de Pressy.
— Co za hrabinéj? zawołał Roucher robiąc wielkie oczy.
— O niéj niéma mowy! A! chwała Bogu!
— Zdaje mi się Andrzeju, że się nie rozumiemy, ja ci mówię, o wielkiéj dzisiejszéj nowinie..
— Właśnie i ja ci o niéj mówię.
— O prawie na podejrzanych, które pan Robespierre ma ogłosić.
— To tylko to!
— Zdaje mi się, że bardzo dostateczne.
— To nic..
— Co sobie myślisz Andrzeju? prawo na podejrzanych! prawo przeciwko mnie, przeciwko tobie, przeciwko przyjaciołom naszym, przeciwko pisarzom Suplementów! przeciwko stronnikom Żirondystów! Ty mówisz że to nic.
— Tak, nic.
— Ciągle swoje!
— Ale, mój kochany Roucher, zdawało mi się tylko co, żeśmy się zgadzali, bo ty sam zadumywałeś się nad łacińską Vidy poezją.
— To prawda, rzekł Roucher dobrodusznie. Ja także zapomniałem na chwilę o prawie na podejrzanych.
— Nie dziwuj się więc że i ja zapominam o niém.
— A propos Vidy, mój Chenier, czy ci się podoba ostatni wiersz poematu o Chrystusie?
— Cóżeś ty znalazł w tym wierszu?
— Spondaiczny.
— Wielkie nieszczęście!
— Nie znasz może tego wiersza?
— Nie.
— No, to sądzić o nim nie możesz.
— Oczéwiście; nie sądzę téż.
— Ten wiersz..
— Bądź zdrów, Roucher.
— Andrzeju, nie chcesz słyszeć tego wiersza?
— Ha! mów go!
— Uważaj dwa spondeje u końca:
— Wiersz brzydki! Bądź zdrów Roucher.
Andrzéj pobiegł ku domowi.
Roucher pozostawszy sam, daléj ciągnął monolog.
— Brzydki? Sąd to bardzo ostry, niesprawiedliwy nawet! bo dwa spondeje wyrażają bardzo dobrze dokonanie i oddech ostatni, lepiéj niż daktyl i spondej ułożone według prawideł hexametru. Chenier się na tém nie poznał.
Szczęśliwy poeta!
Zbierzcie wszystkie księgi filozoficzne i wyciśnijcie z nich elixyr elektryczny nowej teorji, coby warta była takiéj mądrości praktycznéj! Co zaszczytna wzgarda ludzi i rzeczy! Poeta Miesięcy, uśmiéchający się do wierszy, gdy wszystko w koło niego rozwala się i rozpada, większy jest od Plinjusza, który rozkazuje stérnikowi zawrócić do Pontonian’a, pod popioły wulkanu.
W téj chwili Andrzéj Chenier, walczył z inną filozofją praktyczną, przeciwko burzy zewnętrznéj, ludźmi miotającéj. Gdy miłość uciekała z ziemi, a nienawiści potężne suszyły wszystkie kwiaty wiosny 93; wielki poeta kochał kobiétę nieznajomą, i na ciemnym horyzoncie widział przed sobą tylko tę tęczę jasną.
Dusza jego złamana boleścią, żądała od ciała trochy spoczynku, by się rzucić w pogoń uczucia, nie zważając na zasadzki polityczne i grożące prześladowania. Czém dla niego były straszliwe słuchy z Paryża przyniesione!.. Cięższych tajemnic pragnął rozwiązania od siebie. Kto był ten hrabia de Pressy, zamknięty w swym pustym domu, i żyjący zdala od żony? Kto to była ta kobiéta, opuszczona od męża, a poświęcająca się na anioła stróża poety? Co to był za dom ów, w którym hrabia przepędzał noce, w najczystszéj samotności, zostawując po sobie nazajutrz drzwi pootwierane i uwiędłe kwiaty? Całe życie Andrzeja Chenier było w tych trzech zadaniach. Głupi byli ci, co w téj chwili gotowali prawo na podejrzanych! Ci prześladowcy nie mieli żon, nie znali miłości chyba!
Poeta skończył na postanowieniu pewniejszém, a gdy ciało spoczęło, dusza odzyskała swą siłę i działać była gotowa.
Gdy ostatnie błyski zmierzchu zagasły, Andrzéj wyszedł ze swego schronienia i udał się ku ulicy Thiers, pod N. 18. Nie była to godzina w któréj hrabia przybywał; można więc było nie lękając się spotkania, wnijść powtórnie do ogrodu, znanemi już drogami. Noc sprzyjała śmiałemu i niebezpieczeństw pełnemu przedsięwzięciu, bo poeta wiedział, że hrabia de Pressy, mimo swego wdzięcznego pańskiego roztrzepania, miał u boku szpadę, któréj w potrzebie heroicznie umiał używać.
Na ten raz Andrzéj domek porzucił na lewo, i zwiedził kupkę drzew, chcąc wybrać w niéj dobre stanowisko do nocnych postrzeżeń.
Gdy rozpatrywał wszystkie zakątki małego ogródka, i przechodził ponad parkanem żelaznym, oddzielającym go od sąsiedniego, rzucił okiem nań i ujrzał kobiétę, idącą zamyśloną, powolnie ku ulicy ocienionéj, od strony sztachet i bramy.
Noc była ciemna, nie można było ufać własnym oczom, oceniając przedmioty.
To też, pomimo roztargnienia, Chenier nie mógł się nie uśmiéchnąć z siebie, i rzekł w duchu.
— O złudzenie miłości! wszędzie mi się widzi to czego szukam: jakżem głupi! zdaje mi się że w téj kobiécie widzę hrabinę de Pressy!
Jednak, gdy w braku rzeczywistości i marzenie nam drogie, a miło spójrzeć na obojętną kobiétę, która nam ukochaną przypomina, poeta nasz sparł się na sztachetach, okrywając głowę swą liśćmi obfitemi w téj roku porze, i wstrzymując oddech, patrzał na przechadzającą się blizko piękną sąsiadkę.
Mimo ciemności jakie panowały pod sklepieniami zielonemi ogrodu, Andrzéj rozpoznał postać, figurę, chód hrabinéj, i pół-wiersz innego poety, jednego z przodków jego, na myśl mu przyszedł.
O! nie mylę się, nie mylę! pomyślał w duchu, nie mogąc wykrzyknąć.
Uliczka, po któréj wieczorną odbywała przechadzkę kobiéta, nie była długą; i w niewielkich przestankach, szła i wracała przed oczyma śledczemi, których błyski twarz jéj oświecić pragnęły.
Przybycie drugiéj kobiéty na ulicę, wszelką zniszczyło wątpliwość. Nowo przychodząca była wyraźnie towarzyszką czy przyjaciółką hrabinéj, a zresztą rozmowa poczęła się zaraz po cichu, i jéj urywki dolatujące uszów poety, zdradzały piękną nieznajomą.
Chenier usłyszał bardzo wyraźnie te słowa bez ciągu, ale znaczące, które w przechodzić go doszły... Nikt się już w... nieukazał — fałszywy postrach, który.. — tak, ten człowiek widziany w ogrodzie, był to starzec... — należy i śpiewaków się wystrzegać. Dom zmienia właścicieli — trzeba być bardzo ostróżnym.. gdzież się schronić zresztą, gdy.. jeśli pan Chenier niema...
Na to imię, które dotknęło uszów poety, ostatni poranek wyjaśnił się, jak gdyby słońce zajrzało w tę ciemność. Chenier całéj mocy swéj duszy wezwał w pomoc, dla oświecenia się i postanowienia czegoś..
W tejże chwili, łoskot drzwi zamykanych i chód po trawie cichy, doszły uszu jego. Dwóch ludzi wchodzili ostróżnie na ganek domu pustego. Nie było najmniéjszéj wątpliwości o tych nocnych przychodniach; hrabia de Pressy z Walentym poznani zostali; przybyli o téj godzinie co wczora.
Tak, tłómaczyło się wszystko; — jasność ze wszech stron spędzała tajemnice i ciemności. Dom pusty musiał się łączyć nieznaném przejściem z domem zamieszkanym. Małżonkowie, rozdzieleni zapewne rewolucyjnemi postrachy, łączyli się co wieczora przez stykające z sobą ogrody. Numer 18 był tylko ukrytém wejściem do 19.
Sztachety dzielące je, musiały mieć bramkę, któréj po nocy dójrzeć nie było można, a którą hrabia umiał otworzyć. Myśli te, logicznie wysnute z okoliczności, przebiegły błyskawicą po głowie Andrzeja.
Poeta ścisnął w ręku żelazny parkan konwulsyjnie, i oczekiwał na dalsze odkrycia, jakich mu ta noc straszliwa dostarczyć miała.
Gdyby wszyscy młodzi ludzie tamtéj epoki byli naówczas w położeniu Andrzeja Chenier, rok 93 nie byłby 93 rokiem.
Poetę dusiły dwa śmiertelne wzruszenia: nie wiedząc któremu się poddać, znosił oba razem, jak człowiek coby konając od dwóch sztyletów, cierpiał dwie śmierci w jednéj.
Była nadewszystko chwila nieznośna, chwila oczekiwana, gdy miał być świadkiem niemym otwarcia się téj tajemniczéj bramki łączącéj dwa ogrody. Człowiek, który się nie cofa przed tą ostateczną boleścią miłości, i czeka na nią odważny, nie może się już lękać żadnego nieszczęścia więcéj — bo żadne nie przewyższy cierpienia, jakiego wówczas doświadczył.
Noc szła powolnie, nie sprowadzając żadnych nowych wypadków, w dramacie który odegrywali trzéj oddaleni od siebie i nie wiedzący o sobie aktorowie. Poeta porównywał położenie swoje do stanowiska skazanego na śmierć, który w więzieniu, usłyszał bijącą godzinę ostatnią, a nie może się doczekać przybycia kata i stróży; śni mu się nadzieja przebaczenia, wśród zdziwionéj niepewności jakę zrodziło opóźnienie śmierci.
Kobiéta rozpoczęła była ze swą towarzyszką rozmowę przerywaną i rozszytą, która wieczorem bywa jakby spisem rzeczy długiego dnia wypadków i myśli. Zatrzymała się, przechadzając niedaleko Andrzeja, i odezwała głosem cichym, ale wyraźnym.
— Niepodobna, mówię ci, żeby ten młody człowiek nie zajął się choć cokolwiek kobiétą nieznajomą, która ten list pisała. Ostatnia kartka moja, była przerażająca, jutro będę miała za obowiązek sobie, uspokoić go.
— Uspokoić go, listem który ma być napisany jutro? spytała druga kobiéta.
— Tak jest.
— Więc pójdę zaraz jutro do Viroflay oznajmić o tém wiernemu posłańcowi twemu pani, Denisowi.
— I jak najraniéj Anielo, jak najraniéj; trzeba żeby go odebrał Chenier, przed południem.
— Tak jest, pani, bo pan Roucher, zawsze śpi jeszcze o téj godzinie.
— Wstaniesz więc, moja Anielo ze słońcem, a teraz odejdź sobie i spocznij, dobranoc.
— Pani mnie nie chce słuchać i lękam się dla niéj wilgoci wieczornéj..
— Dobra moja Anielo, czyż dziś kobiéty czegokolwiek lękać się mogą?
— Pani ma zawsze słuszność.
Aniela wyszła z alei i znikła wkrótce; młoda kobiéta poczęła przechadzać się znowu, chcąc sobie zapewne nagrodzić zamknięcie całodniowe.
Nowy niepokój dla Andrzeja!
Myśl, która go gwałtownie schwyciła, nie była rozsądną ani przyzwoitą, ale są chwile, w których umysł traci spokój, ten stér czynności, i zrzeka się rozumu a słucha ślepo instynktu.
Wydarł białą kartkę z małego Albomu, któremu powierzał natchnienia swéj muzy, napisał na niéj imie i nazwisko, a gdy młoda kobiéta przeszła koło niego, wyciągnął rękę i upuścił papier na ulicę, na któréj białość jego odbiła się wyraziście i śrébrzysto w pośród gęstych cieni.
W téj chwili i biesiadnicy uczty obywatelskiéj, w liczbie dwóch tysięcy, schodzili ulicą Thiers, śpiewając hymn piękny Marji-Józefa Chenier. Ta burza potężna głosów, jakby wyzyw nieprzyjaciół zahuczała obok, a Andrzéj jéj nie usłyszał. Cała jego dusza przeszła w wejrzenie, wlepione w punkt jeden.
Te chwile stanowcze, które przynoszą z sobą objawienie czegoś nieznanego i losy całego życia, ciężą nad głową jak brzemię nieskończoności.
Kobiéta zawróciła się ulicą, a każdy krok jéj uderzał o pierś poety, zatrzymała się nagle, i odgłos głuchy westchnienia, dał się słyszeć wyraźnie wśród milczenia nocy.
Nie zawsze potrzeba zjawiska nagłego i straszliwego wśród ciemności smutnych, by duszę napełnić bojaźnią; najmniejsza drobnostka rozrywając, logikę wypadków codziennych, burzy umysł i rodzi przestrach jak niebezpieczeństwo śmierci.
W powietrzu nie było powiewu: najlżejszy wiaterek nieporuszył lekkich drzew listków, a młoda kobiéta ujrzała nagle u nóg swoich, cóś strasznego, odtrącającego rękę, która się ku niemu schylała. Lękliwym wzrokiem szybko obiegła do koła, i podjęła białą kartkę z ostróżnością i obawą z jaką się bierze rozżarzony węgiel. Mimo ciemności panującéj pod drzewami, imie Andrzeja Chenier napisane wielkiemi głoskami, dawało się czytać wyraźnie... kartka wyrwała się z jéj rąk jakby je paliła; jakiś głos dziwny wyszedł z ust kobiéty, a dwie jéj ręce wyciągnęły się z podziwem ku gąszczy zielonéj, któréj liśćmi zdawał się od kraty poruszać wiater, gdy reszta ogrodu leżała w ciszy spokojnéj.
W téjże chwili usłyszała, głos wdzięczny mówiący jéj:
— Czyż dzisiaj kobiety lękać się czego mogą?
— Tak nie obawiają się niczego, odpowiedziała kobiéta, zbliżając śmiało ku sztachetom i głosowi.
— Pani, rzekł poeta drżący, mówi do ciebie przyjaciel... Jestem Andrzéj Chenier.
— To on! to on! zawołała kobiéta, i ścisnęła podaną jéj rękę.
— Niech będą błogosławione rewolucye — pani, mówił Chenier, winienem im ten popęd otwarły, tę szczérotę przyjaźni, którą w innych czasach odepchnęły by odemnie przyzwoitości. Ty pani i ja, spotykamy się piérwszy raz jak starzy przyjaciele...
— Bośmy też przyjaciele dawni, panie Chenier, odpowiedziała młoda kobiéta — a dowodem żem pana poznała po głosie.
— Smutném by dla mnie było, pani, zniszczyć w niéj złudzenie, które mnie w téj chwili takiém szczęściem obdarza nie zasłużoném... ale muszę, sumiennie wyznać jéj, że głos mój do dziś dnia znanym być jéj nie mógł.
— Nie panie, znam go od lat pięciu — poszukaj lepiéj we wspomnieniach swoich.
— Daruj mi pani, że początek téj rozmowy, oddala to co mi najpilniéj było ci powiedzieć; muszę pozostać wśród zakréślonego mi przez panię obwodu, choćbym miał do śmierci żałować téj drogiéj chwili straconéj... Wszystkie wspomnienia zatarła twoja przytomność, lecz gdybym miał był szczęście kiedy głos twój słyszéć, byłbym go musiał słyszeć ciągle, wyzywać nieustannie... Zresztą, pani, jeśli to złudzenie ma dla ciebie wdzięk jaki, zachowaj je życie całe, ja z niego uczynię sobie rzeczywistość.
— Powiedziałeś pan słusznie, że żyjemy w czasach w których niepewność jutra, uwalnia nas od starych towarzyskich prawideł przyzwoitości; mnie jednak wiele chodzi o to bym mu dowiodła, żeśmy dawno znajomi; muszę więc zaraz uspokoić jego sumienie, któremu by trudno było, jakkolwiek bądź, zmyślenie moje przyjąć za rzeczywistość... Pięć lat temu, panie, przejeżdżałeś przez Prowancyę, byłeś w hotelu de la Tour d’Aigues, w Aîx. i...
— Tak! tak! zawołał Chenier wstrzymując wykrzyk radości, niebezpieczny z powodu sąsiedztwa. Daruj mi pani... Jesteś pani hrabiną Margaretą de G... Tak! poznałem cię niemogąc rozpoznać. Wrażenie drugie było dalszym ciągiem piérwszego... Pod skromnym jéj strojem 93 roku, nic mi nie wskazywało świetnéj hrabiny 88-go; ale urok wdzięku i blask piękności nie został zniszczony jak stroje nasze, wyziewem politycznego szatana, i po pięciu leciech, wrócił mi w stroju pospolitym, ten typ idealny i boski, który każdy poeta ma w sobie i zachowuje jako marzenie czci swojéj!
— Dziękuję panu, żeś w tych czasach pozostał wiernym dawnym nawyknieniom francuzkiéj grzeczności... Cienie dworaków Wersalskich zadrżą z radości słysząc mowę twoją. Jednakże, racz rozmowę sprowadzić w tor na który ją rzuciłam, jak pan mówisz, i wytłumacz mi tajemnicę znajdowania się pańskiego w tym ogrodzie?
— Pani, rzekł Chenier wahając się — Bóg świadkiem że mnie tu traf sprowadził.
— Panie Chenier, proszę pana, bądź szczery jak szlachcic, kiedyś grzeczny jak dworak.
— Pani...
Głos poety uwiązł nagłe na ustach, jakby mu język zdrętwiał, ale ruchem gwałtownym, niepohamowanym i piorunowo wymównym, dokończył przerwanéj mowy, i odepchnął hrabinę od ogrodowych sztachet.
Kobiéta jak zraniona gazella odskoczyła i zgadując po ruchu gwałtowności, grożące niebezpieczeństwo nieznane, schroniła się w najciemniejszy zakąt zarośli.
O kilka kroków ód Chenier’a była studnia do polewania, któréj otwór cały prawie okrywały rośliny bujne i zdziczałe porastające rychło opuszczone miejsca. Poeta nie widząc innego nad to schronienia, nie wahał się, wsunął się, rozsuwając liście w ten niebezpieczny przytułek, i rozpierając silnie nogami i rękoma, uczepił na chropowatych ścianach wewnętrznych, a zawieszony nad przepaścią, czekał co los mu zeszle przez hrabiego de Pressy.
Domyślił się zapewne czytelnik, że odgłos kroków i rozmowy uderzył ucho Chenier’a, i że wypadek ten, łatwo mogący się przewidzieć, przerwał nagle rozmowę.
Hrabia a za nim Walenty, zeszli z ganku i pomimo ostróżności z jaką stąpali, poruszyli rozłamane schodów kamienie; szli potém zwolna ku sztachetom; zatrzymali się przy studni, śledząc i badając: hrabia ściskał w ręku szpadę obnażoną z pochew, a postawa jego dumna, zdradzała silną wolę i odwagę.
Ciemność i milczenie panowały w obu ogrodach.
Walenty z rękoma na piersiach założonemi, z głową od niechcenia na ramię zwieszoną, szydersko jakoś, niedójrzane śledził niebezpieczeństwo.
Nic nie widząc, ani mogąc dosłyszeć, hrabia na kilka słów się odważył, umyślnie nawet był nieostróżnym w ten sposób, dla wywołania coby grozić mogło, bo mu nieznośnie dolegała bezużyteczna nieczynność.
— Walenty rzekł, rozumiem znaczenie twego milczenia: słucham twéj myśli, no! jeszcze raz ręczę ci że mnie uszy nie omyliły... Któś tu rozmawiał... tu... w tém miejscu... jestem tego pewny.
— Jeśli pan hrabia pewny i ręczy, to naturalnie wierzyć muszę.
— Są tu pewne głosu odbicia w tym ogrodzie, które znam doskonale, rzekł hrabia: toż samo było w Trianon, bawiliśmy się tam często z królową i panią de Polignac. Mówiący po cichu, w nocy, przed sztachetami, słyszany był bardzo wyraźnie pod murami pałacu. Tu głos od sztachet tych idzie ulicą i odbija się od facyaty nagiéj domku, i dla tego słychać go dobrze, jeśli tam kto słucha. Mogę nawet zapewnić żem nie tylko głos słyszał, ale wyrazy: marzenie czci mojéj... Rozumiesz; spodziewam się Walenty, że to mi się przyśnić nie mogło. Juściż drzewo niemogło gadać ze studnią o marzeniu czci swojéj, a wyrazy te z nieba nie padły.
— A! panie hrabio, rzekł Walenty kłaniając się — pan mi to tak wytłómaczysz, że...
— Że nareście nic nie zrozumiesz.
— Choroba to być może panie hrabio.
— Przybyliśmy tu na zasadzkę, dla bronienia hrabinéj w przypadku jakiéj napaści jakobińskiéj. Teraz rola moja zmienia się, będę musiał się może bronić od jakiego niewieściucha Żyrondyn’a, który we dnie propaguje umowę społeczną, a nocą sztukę kochania.
— Tu, pan hrabia pozwoli mi się zaprotestować. Juściż pani hrabina nie słuchała by lada adwokata Żirondynów.
— Doskonale wiém co mówię, Walenty, a mówię głośno co wiém, bo mnie słucha ukryty w tych krzakach człowiek zapewne odważny, wyjdzie z nich, i znajdzie szpadę gotową złożyć się z nim; mamy nawet gotowy grobowiec dla ukrycia trupa... tę studnię.
— Musi być głęboka, bo bardzo ciasna — rzekł Walenty zbliżając się.
Hrabia wstrzymał go ruchem nagłym, i wskazał mu po za sztachetami sąsiedni ogródek.
W cieniach nocnych blizkiéj ulicy, przesunęła się w téj chwili postać ludzka, któréj chód poważny przypominał mary o jakich prawią podania ludu. Pan de Pressy zbliżył się ku sztachetom, i oczyma począł śledzić zjawiska, które znikło zaraz w czarnych zaroślach drzew i ukazało się znowu na brzegu najciemniejszym małego ogródka.
— Walenty, rzekł hrabia po cichu — czy ty wierzysz w duchy i mary?
— Nie, panie hrabio, jestem majtek, a na okrętach duchów niema. Dla tego w nie wierzyć nie mogę.
— No! cóż myślisz, o tém cośmy widzieli w drugim ogródku?
— Myślę panie hrabio, że to sobie naturalna kobiéta.
— A mógłbyś ją nazwać?
— Zdaje się panie hrabio.
— Prawda że omylić się niepodobna?
— Tak, boć to pani hrabina, jak ja jestem Walentym.
— Ona! ona! w najciemniejszą noc, serce by moje przez oczy ją poznało.
I hrabia umilkł, śledząc wszystkie ruchy wdzięcznéj postaci.
W wigilją tego dnia trwogi, znajdujemy w jednéj z sal ratusza Wersalskiego, Klaudyusza Mouriez, rozmawiającego z młodym człowiekiem około dwudziestu-dwuletnim, którego twarz poważną napełnia wyraz głęboki i poczciwy.
Klaudyusza Mouriez wizerunek cielesny już nam skréślił Walenty, a moralny wkrótce się nam przedstawi sam przez się.
— Adrjanie, bratanku, wołał Klaudyusz Mouriez przechadzając się żywo — są różne rodzaje republikanów. Ty jesteś republikanin de Viris illustribus. Masz lat dwadzieścia i dwa, ja trzydzieści pięć; masz cnoty a ja namiętności; nie pragniesz nic, a ja chcę wszystkiego. Nasz republikanizm jest wcale różnego pochodzenia!
— Stryju kochany, różnica taka: ja chcę służyć rzeczpospolitéj, a ty chcesz żeby ci ona na cóś posłużyła.
— Powiedziano to ładnie, Adrjanie, aleś ty to wziął z jakiegoś Platona.
— Nie, z mego serca.
— Winszuję ci bratanku; ale czekaj, znajdziesz wkrótce w tém sercu cale co innego; jak się namiętności rozwiną i ty będziesz korzystał z rzeczpospolitéj dla siebie.
— Nie obwiniaj mnie w przyszłości, stryju kochany, nie mogę bronić tego co jeszcze nie jest, bronię mojéj teraźniejszości.
— Mój Adrjanku, ty dla mnie zanadto jesteś rozumny i dowcipny. Usłuchaj mojéj rady, wracaj do Calondos, do matki, która jako wdowa, potrzebuje co dzień widzieć swego jedynaka. Tam sobie zostaniesz republikaninem po cichu, a twe cnoty spartańskie nie będą cierpieć od złego prowadzenia się sąsiadów. Jeśli chcesz mi służyć daléj za sekretarza, słuchaj mnie i czynności moich nie sądź. Sekretarz jest to rzecz sekreta zatrzymująca przy sobie, i walająca papier za 1200 liwrów rocznie, nie więcéj.
— Tak, ale ja jestem synowcem także: jestem synem brata twego, który zginął pod Fleurus; wiész to że pamięci ojca mojego winieneś wysoką godność nadzwyczajną, którą zostałeś zaszczycony. Wszystko to daje mi prawo, odezwać się szczerze...
— A ty tego prawa nadużywasz, Adrjanie, wiesz że pomimo miny srogiéj, jestem w gruncie dobry.
— Tak, stryju, gdy cię nie unosi namiętność, jesteś najlepszym z ludzi; ale cię namiętność unosi ciągle.
— Nawet teraz, gdy tak zimno rozumuję i rozprawiam z tobą?
— Jakto? jużeś zapomniał rannego gniewu z powodu ex-hrabinéj Margarety?
— No! a niemiałżem sto razy racyi?
— I znowu rozpoczniemy, stryju!
— Rozpocznę sześćdziesiąt razy na godzinę, Adrjanie tyś dziecko, ja jestem mężczyzna. Znam rozciągłość obowiązków moich. Ta ex-hrabina jest zajadłą nieprzyjaciółką rzeczypospolitéj i spiskuje przeciwko rządowi.
— To ty śpikasz się na nią.
— Adrjanie! stajesz się zuchwałym.
— Ja tylko jeden mogę ci prawdę powiedzieć, szczęśliwszy jesteś od króla...
— Jeszcze dodaj że się kocham w téj kobiécie! no! gadaj!
Kiedyś to sam powiedział, ja już niemam potrzeby mówić.
— Adrjanie, i ty mnie oto posądzasz?
— Nie posądzam, alem tego pewny.
— Wolę śmiać się z tych niedorzeczności Adrjanie, niżeli się za nie oburzać.
— Więc kochany stryju, nie prześladuj téj kobiéty, a ja cofnę co powiedziałem.
— A obowiązki moje, Adrjanie, obowiązki?
— Obowiązkiem twym, stryju, jest być i okazywać się uczciwym republikaninem, i budzić w drugich miłość rzeczpospolitéj. Nie dawaj powodu rojalistom rzucenia na nas potwarzy; niech obyczaje twe będą surowe jak...
— A! to ty myślisz, Adrjanku, przerwał nagle Klaudyusz Mouriez, że mi w smak idą twoje kazania! a! zaprawdę, świat do góry nogami! synowcowie gdyrzą na stryjów! komedya moljerowska na wywrót! Dość tego, mój bratanku, wprowadź mi zaraz tego grajka o którego to poszło wszystko. Słuchaj mnie lub ruszaj sobie do Calvados.
— Wiesz kochany stryju, że ten biedak niewiedzieć za co został uwięziony.
— Ba! to wiém.
— To też nie myślę cię o tém uwiadamiać; polecam go tylko twéj ludzkości i sprawiedliwości.
— Zobaczemy... wprowadź.
Był to ów śpiewak uliczny, fałszywy Sabaudczyk Wincenty — wszedł blady jak trup.
Klaudyusz Mouriez usiadł, i przebierając w papierach, wysunął z nich arkusz, odzywając się do więźnia.
— Oto jest wywód twego uwięzienia, Wincenty. Zobaczemy jak się będziesz tłumaczył. Zatrzymano cię w ulicy Thiers, za śpiewanie piosenki zakazanéj. — Gdy mój kochany powróci... Strzęsiono cię; znaleziono w kieszeniach kilka sztuk złota, zapytano zkąd pochodzą. Zmięszałeś się i odpowiedziałeś że ci je dał jakiś stary za odkrycie mieszkania pewnéj kobiéty; że po wielu poszukiwaniach daremnych, odkryłeś ją w ulicy Thiers. Czy to prawda?
— Tak jest, odparł Wincenty konającym głosem — jedna rzecz tylko fałszywa, bo nie śpiewałem: Gdy mój kochany powróci, to się im przysłyszało.
— Zresztą, mniejsza oto...
— Jakto mniejsza oto, przerwał Adrjan — szepcząc do ucha stryjowi, owszem to najważniejsza, to jeśli nie śpiewał téj piosenki, policya nie miała go prawa zatrzymywać.
— Ja wiem co mówię Adrjanie... Słuchaj no Wincenty, a gadaj prawdę jeśli chcesz być wolny. Gdzie mieszka kobiéta za którą dostałeś tyle złota?
— Mieszka w ulicy Thiers N-o 19.
— Znałeś ją zapewne, kiedyś jéj szukał.
— A znałem.
— Gdzieżeś ją znał?
— Widywałem ją w oknie hotelu w ulicy Reservoir.
Klaudjusz Mouriez uśmiechnął się radośnie, a ruch ten nie uszedł oka młodego Adrjana.
— Wincenty, rzekł Mouriez głosem wzruszonym jeszcze — jeśliś prawdę powiedział, jutro będziesz wolny. Ustąp — odprowadzą cię do więzienia.
Wincenty skłonił się i odszedł z rozjaśnioną twarzą.
— No, mój Adrjanku, rzekł Mouriez układając sobie postawę zimną, widzisz żem sprawiedliwy i ludzki.
— Widzę tylko żem zgadł — odparł Adrjan ponuro.
— A mógłżem go dziś uwolnić. Adrjanku, sam powiedz, szczerze.
— Nie o to chodzi mój stryju.
— No, a o cóż chodzi? spytał Mouriez z najniewinniejszém zdumieniem.
— Chodzi zawsze mój stryju, o ex-hrabinę Margaretę. Los rzuca ci ją w ręce. Masz oto przed sobą tysiące aktów których nigdy nie czytasz, a przeczytałeś akt uwięzienia tego śpiewaka, bo cię osobiście obchodził. Widzisz że chodzi o kobiétę którą prześladowałeś już w hotel de Grave, na ulicy Reservoir.
— Adrjanie, — rzekł z udaną powagą stryj, — słucham cię z pobłażaniem i dobrocią ojcowską, bo cię uważam za syna, posuwam się nawet z dobroci aż do rodzaju usprawiedliwienia przed tobą.
Czegoż możesz żądać więcéj?
— Nie, mój stryju; wiész że cię kocham, że usiłuję cię sprostować, używając ku temu co w tobie jest dobrego.
— Wyborny! synowczyk! rzekł Mouriez z uśmiechem, — ja, przed którym tu wszystko drży, będę jak widzę musiał drzeć z kolei przed studentem. Adrjanie, znasz i widziałeś scenę gorszącą pod hotelem de Grave!
— Tak, stryju.
— Widziałeś własnemi oczyma z jaką nieostróżnością anti-rewolucyjną, ta kobiéta wywiesiła na swoim balkonie kwiaty kolorów buntowniczych?
— Stryju, możesz to mówić serjo? mogąż być buntownicze kwiaty? wśród swobody powszechnéj nie wolnoż wystawić na balkonie kwiatów, jakie się komu podobają?
— Ale nie! tysiąckroć nie! otoż to dowodzi żeś dziecko, i nic polityki nie rozumiesz. Ta ex-hrabina nie mogła wywiesić w oknie chorągwi, wystawiła kwiaty!
— A! i to niesłychanie zagraża rzeczpospolitéj!
— Zagraża więcéj niż myślisz, gdyby dozwolono zostało tak wywieszać wszędzie oznaki rojalislów, codzień by w ulicach były boje, a nam wojsk potrzeba na granicę. W ten sposób energija jednego człowieka, stoi załogą w Wersalu i zastępuje pół brygady wojska, którego nad Sambrą potrzeba. No! a teraz, zrozumiałeś?
— Coraz mniéj rozumiem mój stryju; — jeśli mi zechcesz więcéj tłumaczyć, nic rozumieć w końcu nie będę — mam moje pojęcia swobody ustalone, których nie zmienię. Niech ginie co chce, byle zostały zasady!
Jeśliśmy na to zburzyli Bastyllę, żeby potém nie mieć wolności posadzenia białego gwoździka, ha! to odbudujmy lepiéj Bastyllę i wybierzmy króla.
— Adrjanie, pleciesz bez sensu!
— Nigdy się widzę w tym względzie nie porozumiemy. Powiém więcéj, gdyby cię namiętność niezaślepiała, gdyby hrabina Margareta była osiemdziesiątletnią buntowniczką, dałbyś jéj ręczę pokój i nie turbował bynajmniéj.
— No, toś powiedział prawdę Adrjanie. Znam wpływ jaki mieć mogą młode kobiéty, kobiéty piękne, w tém mieście, pełném jeszcze ambrowéj woni dawnéj dworskiéj galanterji, dla tego powinienem przeciw nim walczyć całą moją siłą. Tyś jak ja niewidział biesiady oranżeryjnéj w Wersalu.
— Jakiż mają związek uczty te z białemi gwoździkami?
— Jaki związek pytasz? Ot jest. Na téj uczcie a raczéj na téj orgji, kobiéty piérwsze skłoniły do podeptania kolorów rewolucyjnych, i poprzywiązywały do mundurów wstążki rojalistowskie, a więc kobiéty są najniebezpieczniejszemi nieprzyjaciołmi rzeczpospolitéj; gdyby nie one, nowy porządek rzeczy byłby się ustalił spokojnie, i nie mielibyśmy całéj Europy zbrojnéj na barkach naszych.
— Masz słuszność stryju, spełniaj więc plan swój, tyranizuj piękną hrabinę i ocal przez to ojczyznę, któréj zagrażają białe gwoździki.
— Mój kochany, nie dawno opuściłeś ławę szkolną, i masz passją używać przeciw własnemu stryjowi figury retorycznéj, którą zowią ironiją. Ja mam ważniejsze rzeczy na głowie, a nauczyciele moi inne mi zadali pensum.
— Ja zaś, stryju, uparcie będę poprawiał zadania twoich professorów.
— Jakże ty, Adrjanie, co czytasz co rana moje raporta policyjne, możesz mnie mieć za srogiego? Wersal jest gniazdem spisków. Szlachta kryje się po wszystkich piwnicach, pełno fałszywych emigrantów co ze swych hotelów nie wyszli i czekają tylko pory, by cóś przedsięwziąść. Niedawno jeszcze, nie doniesionoż mi dwóch wściekłych pisarzy Dziennika paryzkiego: Andrzeja Chenier i Roncher, którzy się schronili do Wersalu zamyślając o kontr-rewolucyj; dwóch ludzi gorszych od stu kobiét, bo rankami piszą wierszyki w gabinetach dam, a wieczorem prozę po tajemnych schadzkach. Rozkazując zatrzymać autorów dodatku N o 13, czy będę surowym czy sprawiedliwym?
— Stryju kochany, wychodzisz z kwestji, powiększasz ją, aby zamydlić. Jeśli są śpiskowi jacy, twoim obowiązkiem czuwać nad rzeczpospolitą. Nikt ci wyrzucać nie będzie nieszczęsnéj surowości twego urzędu; alem ja chciał rozprawę ograniczyć jedném zadaniem, i oświecić cię o fałszywym kierunku, w którym idziesz z powodu namiętności wcale nie politycznéj i nie republikańskiéj. Niechcę, dla czci rodziny naszéj, dla świętéj pamięci mojego ojca, żeby mówiono że zaciętość twoja względem hrabinéj Margarety, wynikła z uczucia podejrzanego i zupełnie obcego sprawie publicznéj.
— Adrjanie, Adrjanie, dość, niemasz już zemną najmniejszego pomiarkowania, muszę co chwila wstrzymywać się wspomnieniem, że jesteś moim bratankiem i przybranym synem.
— Dla tego właśnie tak otwarcie mówię; tytuł ten daje mi prawa. Gdybym był obcym, podałbym się do dymissji i pojechał do matki która czeka na mnie, ale zostaję w miejscu gdzie ci użytecznym być mogę, i nie pójdę.
Klaudyusz Mouriez ruszył ramionami, siadł do biura swego i począł przewracać góry papierów na niém leżące; w ostatku tonem łagodnym rzekł.
— Adrjanie, straciliśmy godzinę czasu na próżnéj gawędzie, czas drogi, nie trzeba go tracić ale używać. Mamy dwadzieścia listów czekających odpowiedzi. Pisz do Fouquier-Tinville list w tym sensie,.. że ogłoszenie w Wersalu o gotującém się prawie na podejrzanych, wywarło najlepszy skutek... ludność jest zawsze najlepszym ożywiona duchem i t. p.
— Ludność ożywiona najlepszym duchem! znajoma to zwrótka piosenki, rzekł Adrjan. I począł powoli bardzo zacinać pióro, żeby jak najpóźniéj wziąść się do roboty.
Hrabia de Pressy dał znak Walentemu, który w postawie stoika trzymał się trochę na ustroni, i stary sługa przybliżył się do pana.
W téj chwili zjawisko nikło na końcu ogrodu.
— Walenty, rzekł hrabia głosem umiarkowanym — tyś pełen roztropności jak wszyscy starzy majtkowie, no! czy pojmujesz też to co się w koło nas dzieje.
— Jeśli pan hrabia tego nie rozumie, ja wcale nie pochlebiam sobie, żebym miał być przebieglejszym nad niego.
— Ja bo nie mam krwi zimnéj Walenty, i wyznaję to ze wstydem. Że tu była schadzka jakaś to oczewista, była rozmowa poczęta, słyszałem z niéj oderwanych słów kilka. Mężczyzna znikł gdyśmy się zbliżyli, i to nie ulega wątpliwości, czemu i kobiéta razem z nim nie znikła?
— Tak! słusznie pyta pan hrabia, czemu i kobiéta...
— To nie pojęła, bo oboje słyszeć musieli gdyśmy nadchodzili; przestraszyli się, a hrabina przechadza się sobie spokojnie i wystawia na wejrzenia nieproszonych świadków których nie widzi, ale o nich wié, ale ich czuje... co ją najwięcéj właśnie przerażać powinno.
— Istotnie panie hrabio — to niepojęta rzecz!
Hrabia de Pressy sparł czoło na sztachetach i począł dumać.
W tém silne uderzenie młota dało się słyszeć w blizkości a kierunek głosu dowodził, że zastukano do bramy N-o 19.
Hrabia podniósł odniechcenia głowę i spojrzał znacząco na Walentego.
Stary sługa prawą rękę przyłożył do ucha i wskazał palcem na domek hrabinéj.
— Północ, rzekł cicho hrabia — pora nie właściwa na uczciwe odwiedziny!
— I ja to myślałem! rzekł cicho Walenty.
Brama się nie otwierała. Po długim przestanku, dwa uderzenia młota nastąpiły po piérwszém.
Hrabia ujrzał na ówczas biegnącą ku domowi z pośpiechem spłoszonéj gazelli, młodą kobiétę, którą teraz poznał lepiéj jeszcze. Milczenie nocy w opustoszonéj téj części miasta, dozwalało słyszeć wszystko, otworzyło się okno w facyacie domu wychodzącéj na ulicę, i głos słaby spytał o cóś nie wyraźnie.
Silniejszy odpowiedział.
— Otworzyć! w imie prawa!
— W imie prawa! rzekła hrabina nie starając się już głosu miarkować — hrabia w niebezpieczeństwie, zapomnijmy wszystkiego.
— Tegom się spodziewał — rzekł Walenty.
Hrabia obejrzał sztachety, zmierzył ich wysokość i rzekł.
— Można przeleść.
Rzucił szpadę na drugą stronę i do Walentego się odezwał.
— No! pora spisać się ze zręcznością majtka! za mną!
To mówiąc, hrabia wlazł na sztachety, sparł nogę pomiędzy dwóma ostrzami strzał zakończających je i skoczył za orężem swoim.
Dostawszy się na stronę przeciwną i nie patrząc już co się dzieje z Walentym, pobiegł zasiąść pod drzewami najbliższemi domu.
— Hrabia powinien był mi trochę dopomódz, odezwał się sługa i wesprzeć... ale probujmy.
Jakoż sprobował Walenty, ale choć zdrów jeszcze i silny, odzwyczaił się bardzo od łażenia na maszty.
— A! rzekł uderzając się w czoło, czemu mi też hrabia nie pomógł!
— No to ja ci pomogę, odezwał się głos cichy nad uchem jego.
Walenty powoli odwrócił głowę, jak człowiek z nadzwyczajnościami oswojony, i ujrzał przed sobą Andrzeja Chenier.
— Ani słowa! Walenty, ani chwili tracić nie można! rzekł Chenier, daj mi słowo starego żołnierza że dochowasz tajemnicy...
— Przysięgam że będę milczał, byłeś mi pan dopomógł przeleść te nieszczęsne sztachety.
Andrzéj obdarzony wielką siłą, wdrapał się na sztachety i złamał pięć szpic ich, zjedzonych rdzą odwieczną: a opanowawszy tę pozycyą, pomógł Walentemu wleść na wierzch i spuścić się w drugą stronę, wstrzymując go na rękach jak na sznurach żelaznych.
— Teraz, rzekł — masz jeszcze oto mój sztylet i zachowaj mi go razem z tajemnicą moją.
Walenty podniósł prawą rękę, powtarzając swoją przysięgę, chwycił sztylet i pośpieszył za swoim panem.
W téj że chwili usłyszano powtóre — Otworzyć, w imie prawa, a głosowi temu towarzyszyło gwałtowne dobijanie się do bramy.
Głos odpowiedział od domku — Zaraz! zaraz! i w krótce potém, drzwi się otworzyły i zamknęły prędko.
Chenier wskoczył do ogrodu nie wahając się, a gotował mieć udział w walce, jeśliby do niéj przyszło. Przykro mu było, bez wątpienia, kompromitować kobiétę, ukazując się u niéj o téj godzinie; ale są okoliczności wymagające, które wszelką rozważną i ostróżną myśl tłumią; — nie pokażę się, mówił w sobie, chyba w ostateczności, jeśli usłyszę krzyk boleści kobiéty.
Hrabia de Pressy i Walenty, zakryci krzakiem bzu, zwrócone mieli oczy na dom, zaledwie odległy o pięć kroków, usłyszeli naprzód głosy niewyraźne odbijające się w korytarzu, potém otwieranie i zamykanie drzwi z trzaskiem i wykrzyki niecierpliwości, gniewu, ulatujące przez otwarte okna. Hałas ten wewnętrzny zbliżał się i rozległ nareszcie w salce na dole, wychodzącej ku polu, na prost hrabiego de Pressy.
— Tak, — odezwał się głos żywy, utrzymujesz że tu mieszkasz sama?
— Tak, panie, sama jedna.
— Nazywasz się.
— Aniela Brunon.
— Zamężna jesteś?
— Jestem wdową.
— No, to ty pokazałaś oknem głowę, gdy sabaudczyk śpiewał pod oknami.
— Tak jest.
— Wiemy że kłamiesz, a zatém pójdziesz z nami.
— Pójdę.
— Czy jest tu piwnica w tym domu?
— Jest? chcecie ją zobaczyć, proszę...
— Nie głupi któś chować się w piwnicy teraz... pani twoja jest w ogrodzie... kiedyśmy jéj nie znaleźli tutaj... daj nam dwie świece, i nie ruszaj się ztąd.
Gdy Aniela przygotowywała żądane światło, dwaj ludzie dopełniający téj nocnéj rewizji, wystawili głowy przez okno salki dolnéj, i poczęli się przypatrywać ogrodowi.
— Dwóch tylko... rzekł Walenty do ucha hrabiemu.
— Nie licząc tych co są na ulicy, odpowiedział hrabia.
— Prawda! nie pomyślałem o ulicy!
— Tym czasem róbmy tu co każę obowiązek, a przyjdzie pora na ulicę także... nie widzisz że hrabina w ogrodzie być musi.
— Ba! to nie trudno zgadnąć, panie hrabio.
— Ci panowie zamyślają o polowaniu z pochodniami. Zabawka królewska!
— Tak panie hrabio, ale zapomnieli wprzód las przetrząść.
— Dobrześ to powiedział Walenty... masz wiele dowcipu.
— A! proszę pana, odbyłem dwie kampanje w Indyach.
— Prawda! no! weteranie mój, mówże, czekać, czy rzucić się na nich.
— Wielką mam ochotę szturmować do tego domu...
— Dość! otoż i oni!
Ten sam głos który wybadywał Anielę dał się słyszeć, gdy dwie świece zniesiono.
— Jeszcze jedno pytanie. Dla czegośmy musieli trzy razy stukać do bramy?
— Bo kobiéta sama jedna w domu, o północy, bardzo się może przestraszyć... A dopókim się odziała, wiele czasu straciłam.
— Doskonale odpowiada, kobiecina!
— Łatwo dobrze odpowiedzieć, kiedy się mówi prawdę.
— Dość! dość! idź sobie!
Dwaj ichmość zeszli z ganku i przybywszy do piérwszych drzew, spotkali się ze szpadą hrabiego de Pressy, który się odezwał do nich spokojnie.
— Ani kroku daléj lub śmierć! Precz! panowie inkwizytorowie!
Przybyli odskoczyli w tył żywo i dobyli szabel puszczając z rąk świece.
W téj że chwili nowy przeciwnik wpadł jako piorun pod cienie drzew, wywijając z nadzwyczajną szybkością gracę ogrodową, odpędził dwóch ludzi! i pognał za niemi aż do sali. Tu szczęściem dla nich, drzwi wiodące na ganek i ku bramie, znaleźli otwarte, wyskoczyli niemi na ulicę i uszli, a daléj ich nie gnano.
Hrabia de Pressy doznał wstrząśnienia okropnego, które nie pochodziło z uczucia doznanego niebezpieczeństwa. Scena ta odbyła się tak żywo, noc była tak ciemna, że poznać nie mógł tego zręcznego i silnego wojownika, który tak w porę na pomoc mu przyszedł; ale posiłek był dlań krwawą obrazą: nie widząc twarzy gorliwego obrońcy, hrabia w nim zgadywał kochanka i mógł go nawet nazwać. Tu dopiéro godło rodziny de Pressy — ad omnia paratus, miało wskrzesić w nim szlachcica i przypomnieć mu godność jego poniżoną w oczach sługi.
Zmiana była nagłą.
— No! Walenty, rzekł biorąc szpadę pod lewą rękę... to zuch który wywija kijem, jako szwajcar na processji w Aix... Wiész ty kto to taki?
— Nic nie wiém panie hrabio — odezwał się Walenty, wstrzymując oddech.
— Jeśli to prosty człowiek, radbym go wynagrodzić... Nie lubię usług daremnych.
— Tak i myślę że to prosty człowiek, dodał Walenty... najpewniéj... to być musiał ogrodnik miejscowy.
— Najpewniéj! powtórzył echem hrabia.
— Mimo ciemności uważałem, że ubrany był tylko na wpół, jakby przebudzony zerwał się z łóżka.
— Ba!.. dobrze miał oczy przetarte, zuch! Walenty, teraz już wszystko uspokojone, hrabina wyszła z niebezpieczeństwa, przynajmniéj do jutra; niewiem jakiem szczęściem nadzwyczajném, nikt mnie tu niewidział. Ukazując się, wiedziałem dobrze, że tracę owoc całorocznego ukrycia, ale w niebezpieczeństwie się nie rozumuje. Chodź Walenty, wracajmy do naszéj, w drugim ogródku, zasadzki. Sługa poszedł za panem aż do sztachet.
— Wiesz Walenty, rzekł hrabia uśmiechając się — wielce mnie zdziwiłeś przybywając mi w pomoc przed chwilą.
— Cóż to? pan hrabia o mnie wątpił?
— Nie, mój Walenty, nie! nie wątpiłem ani o odwadze twéj, ani o poświęceniu; ale wolno mi było zwątpić o zręczności. Do licha! w twoim wieku wleść na te sztachety jak się właziło na maszt Pomony, pod dowództwem hrabiego d’Estaing, — to sztuka!
— A! ba! bo... widzicie, panie hrabio... żeglarze się nie starzeją... jak wieloryby... jak wieloryby... morze ich soli i osoleni... trwają...
— Otoż jeszcze raz trzeba ci się sprobować z temi sztachetami, ale ci teraz przyjdzie łatwiéj, znasz drogę... Chcesz iść przodem?
Walenty zawahał się z odpowiedzią.
— No, rzekł hrabia — czego poglądasz?
— Ja... nic... tak panie hrabio... Zrobiłem sobie pewną uwagę.
— Jaką Walenty?
— Ja wolę tu resztę nocy przepędzić... niewiadomo jeszcze jak się to skończy... Tym sposobem będę gotów i niepotrzebuję przełazić drugi raz przez sztachety... a na wypadek...
— I myślisz że cię tu samego zostawię?
— Kiedy pan z drugiéj strony sztachet będzie, nie zostanę więc sam. Pan jakoś silniejszy... ja, gdy mi przyjdzie trzeci raz przełazić i drapać się na wielki maszt Pomony, stracę czasu wiele...
— Ale nie, nie, Walenty, samego cię nie porzucę! Odważnie tylko! sprobuj! jeszcze! Nuż hrabina jest w ogrodzie i pozna ciebie.
— Ale nie, hrabio, niema niebezpieczeństwa... Proszę mi wierzyć, ja jestem w téj chwili zupełnie zimny i biorę rzecz chłodno, znam panią hrabinę, ona nie zostanie w łożysku jak odyniec, czekając aż ją psy wytropią... Pewnie już uciekła.
— Myślisz?
— Gdyby była w ogrodzie, od kwadransa już byłaby się z hrabią spotkała.
— Masz racyą... w istocie, ogród i park ten wcale nie są obszerne.
— Pan hrabia pozwoli mi dać sobie radę jedną.
— Dawaj Walenty, dawaj.
— Czuję dom pusty z daleka... pewny jestem że tu już nikogo niéma, ani przyjaciół, ani nieprzyjaciół. Niech mi hrabia wierzy i posłucha mnie; poczekawszy, będzie zapóźno...
— No! stary marynarzu, probuj! śmiało! Walenty rzucił ostatnie i szybkie wejrzenie na zdradliwe sztachety, od których przelezienia się wykręcał, i szybko skierował się ku domowi.
Wszędzie było pusto i niepozamykano; brama nawet od ulicy Thiers, stała otworem.
— A com ja mówił? rzekł dumnie Walenty.
— Dobrześ był natchniony, wyznaję, ale wyznaj Walenty, że niechciało ci się drugi raz przełazić.
— Mnie! panie hrabio! mnie! jabym dwadzieścia takich parkanów jednéj nocy przesadził! Pan nieznasz marynarzy!
— A więc najkrótszą drogą do domu... Potém będziemy musieli wyszukać tego odważnego... ogrodnika który przyszedł nam w pomoc... Chcę mu... podziękować Walenty...
Sługa nic nie odpowiedział; w chwilę potém wracali do hotelu de Pressy.
Pewien że go nie poznano, a rachując na milczenie starego majtka, Andrzéj Chenier zatrzymał się chwilę w progu domu, oswobodzonego od nocnych szpiegów, a przewidując że wkrótce powrócą silniejsi, udał się ulicą szybkim krokiem do siebie, otworzył zwolna furtkę ogródka i wszedł do domku z największą ostróżnością, usiłując nie obudzić przyjaciela Roucher.
Ale go tu w pokoiku jego czekała niespodzianka; zastał w nim Roucher’a czytającego praedium rusticum, gdyby w biały dzień.
Andrzéj cofnął się na wschody, jak złodziéj spotykający z czujną strażą; i miał powody ku temu, chcąc ukryć przed okiem przyjaciela ubranie rozszarpane i na wpół odarte. Inna uwaga jeszcze wstrzymała go, Chenier zmyślił uśmiech, poszedł wprost do niego i odezwał się:
— Patrz co się zyskuje na wpatrywaniu się w naturę po nocy w lesie... obdarto mnie. Roucher nie zdawał się bardzo zdziwiony nieładem stroju przyjaciela; zamknął książkę, ścisnął rękę podaną i odparł.
— Zdaje ci się Andrzeju, że jesteś pod rządem leśniczych i pod opieką faunów i sylwanów. Lasy dziś są równie niebezpieczne jak miasta; niema bezpieczeństwa nigdzie, nawet w lesie. Autor podróży Anacharsysa napisał: Tajemny przestrach którego doznajesz wchodząc u lasy, oznajmuje ci Bogów przytomność. Dziś wypadałoby zmienić Bogów na co innego.
Andrzéj przerwał nagle przyjacielowi, jakby więcéj spoczynku niż rozmowy potrzebował.
— Roucher, rzekł, już późno, jutro ci to opowiem.
— Już jutro mamy, odparł uśmiechając się Roucher, zaraz będzie druga... Opowiadaj zaraz, słucham.
— Ale to długie.
— Tém lepiéj... no zaczynaj.
— Ale powiedz mi, mój Roucher, co za ochota bezsenności cię napadła, żeś tak przeciwko zwyczajowi się zaczytał do drugiéj po północy?
— Właśnie wyglądałem tylko tego zapytania.
— Masz je, więc odpowiadaj, i chodźmy oba spać...
— Odpowiedź nie może być krótka, uprzedzam.
— Ale na Boga, Roucher, zostaw tylko Fauny i Sylwany w Arkadyj, a potrafisz być krótkim jak adwokat który broni z urzędu.
— Siadaj że Andrzeju!
— Nie! stać będę! Jeśli siądę, słońce nas obu tu zastanie, mnie śpiącego, a ciebie odpowiadającego jeszcze.
— Początek rozraduje cię niewymownie... odebrałem przez wiernego posłańca, list zgadnij od kogo?
— Roucher, przysiągłeś sobie umorzyć mnie bezsennością... Mów prędko, od kogo i chodźmy spać.
— Od starszego Trudaina... No! i nie skaczesz z radości?
— Wyskoczę ale jutro.
— Andrzeju, twoja odpowiedź przypomina mi anegdotkę o tym synu...
— Jak to! i anegdotki mi jeszcze opowiadać myślisz?
— Ale króciutenką, Chenier; był to sobie syn którego obudzono w nocy, oznajmując mu o śmierci ojca. A! rzekł — cóż to będzie za zmartwienie gdy się jutro obudzę! i zasnął.
— Dobrze zrobił; dobranoc, i ja uczynię tak właśnie.
— Niechcesz żebym ci przeczytał list Trudain’a.
— Czytaj, czytaj! ale co najważniejsze...
— Chenier, zdawało mi się że ci dowiodę mojéj przyjaźni, oczekując tu na ciebie do piérwszéj w nocy, z tym listem.
— Dziękuję, dziękuję, kochany, poczciwy Roucher... masz słuszność... to ja... ale czytaj.
— Słuchaj więc, poczynam...
Roucher rozłożył list i czytał.
Pisząc do ciebie, piszę do Andrzeja razem, a tak mniéj to niebezpieczne. Boję się jego roztargnienia, nauczył się gubić listy, latając za muzami po lasach, gdyby wychowaniec Sylena, o którym mówi bajka Fenelona.
Dziś jednak same dobre mam nowiny. Wiész że zapatruję się na położenie nasze z krwią zimną, że się obawiam złudzeń, optyki zwodniczéj, z pomocą któréj aż nadto skłonni jesteśmy widzieć rzeczywistością sny nasze, począwszy od 89 roku. Ale, choć tak jestem niedowierzający, lubię uznać polepszenie gdy je widzę istotném i jawném jak słoneczne światło.
Umysły poczynają się uspakajać; burza ustała, trochę tylko po niéj fali. Prawo przeciwko podejrzanym ogłoszone nie będzie; dano mu pokój, zdaje się na zawsze. Umiarkowany Boyer-Fonfrède prezyduje w konwencyj. Exaltowani mało się ruszają i możeby całkiem spoczęli, gdyby nie trybuny. Zewnątrz Paryż nabiéra dawnéj swéj fizjonomji; miło widzieć ten ruch wesoły w mieście niedawno osłupiałem od zdziwienia.
W téj chwili co wieczór, dwanaście teatrów otwiera się tłumom już pragnącym wrócić do zwyczajów staréj francuzkiéj płochości. Jest to wyborny znak spokoju i nadchodzącego dla nas bezpieczeństwa. Gdy cała stolica myśli o zabawie, jakiżby rząd chciał ją zasmucać?
Przeszłego tygodnia mieliśmy wieczory prześliczne. Byłem w teatrze Feydeau, na piérwszém przedstawieniu komedyj w pięciu aktach pod tytułem: Dziwactwa losu. Tłumy zalegały wcześnie teatr, z niesłychaną trudnością dostać mogłem bilet na parter. Nowa komedya przyjętą została z zasłużonemi oklaskami. Autorem, którego wywołano, jest młody człowiek imieniem Theogat; idzie w ślady Moliera i czeka go najświetniejsza przyszłość.
Nie należy rozpaczać o kraju, w którym jeszcze serca się wzruszają na wrażenia słodkie literatury i sztuki.
W akademji muzyki, wielka opera Klimena napełnia co wieczór salę; to arcydzieło stanęło już w rzędzie na jaki zasługiwało; wszyscy znawcy przenoszą je nad Oedipa. Muzyka nasza daléj już postąpić nie zdoła. Po Klimenie dają, to balet Bacchus i Arjana, to Sąd Parysa.
Te dwa arcydzieła choreograficzne przedstawiane są z nadzwyczajnym przepychem. Dekoracya wysławująca wyspę Naxos, wielce zaleca przedziwny pędzel pana Ferretty. Niepodobno większego uczynić złudzenia. Opera komiczna narodowa, ma także swą modną nowość, a nią jest Melomanija Champein’a. Od czasów Wiejskiego Wróżka. nie słyszano piękniejszej muzyki. W teatrze fraucuzkim komicznym i lirycznym, drzwi oblegają od piątéj godziny, z powodu prześlicznéj opery Duni’ego: Myśliwcy i Mleczarka; Sainval cudowny jest wesołością swą, gdy śpiewa:
A! co za psie życie!
Przedstawiają także, z wielkiém powodzeniem arcydzieło Gossec’a — Rybacy; piękne to jak Rybacy Teokryta; a Leonard musi co wieczór powtarzać śliczną piosnkę:
Córunia mu w oczko wpadła...
— Z równém zajęciem i zapałem, publiczność okrywa oklaskami w Rozmaitościach wodewil pod tytułem: Podróż młodszego Roussel. Jest to farsa która śmieszy, że się za boki trzymać potrzeba; Cambon i Robespierre byli wczoraj w loży na téj sztuczce, i śmieli się jak dzieci.. Może też to stare dzieci.. Kto zna ludzi prócz Boga?
Ale wielka nowina dzisiejsza, to otwarcie amfiteatru Astley’a, na przedmieściu Temple. Lud płynie tłumami. Miejsca są różnych cen, począwszy od trzech liwrów do trzech soldów; równość w obliczu zabawy. Cyrk ten, naśladowanie starożytnych, poświęcono widowiskom konnym. Szczególniéj odznacza się młody jeździec, zdaje mi się Franconi, który woltyżuje w sposób zadziwiający i dokazuje sztuki równe indyjskim kuglarstwom, o których piszą Bussy i Tavernier.
Tak, przyjaciele moi, widząc wszędzie tę wesołość, upojenie, szał otaczający scenę; widząc cały lud wściekle zapełniający miejsca rozrywki dla umysłu, serca i oczów, czujemy że zbliża się koniec burzy, i że wkrótce ujrzemy nad głowami lazurowe, wypogodzone niebios sklepienie.
Nowiny polityczne, które późniéj wam udzielę, prawdziwe czy zmyślone, nie warte pewno tego co czytacie: Francuzi wracają do właściwego narodowego charakteru; śmieją się — ocaleni jesteśmy.
Wyrocznia to pewniejsza niżeli Kalchas’a. 93-ci źle się począł, skończy dobrze. Gotujcie się być szczęśliwi.
Przeczytawszy list, Roucher złożył go powolnie i spójrzał na Andrzeja, który zdawał się zatopiony w myślach wynikłych z odczytania pisma przyjaciela.
— Widzisz teraz, rzekł Roucher, że miałem racyą cię czekać, pomimo spóźnionéj pory. Jeden ze starożytnych powiedział: Rzeczy surowsze do jutra odkładam: ad crastinum seria remitto, ale rzeczy wesołe, to całkiem inna!... trzeba je przyśpieszyć.. Spodziewałżeś się Andrzeju, zastać wracając tak dobre nowiny?
— Nie.. odparł Chenier zamyślony o przygodach N. 19. i o hrabi de Pressy.
— Odpowiadasz mi tak prostą monosyllabą suchą i nieuważną.
Chenier wydał ostre westchnienie, i chwytając się oburącz za czarnych włosów pierścienie, zawołał:
— Przyjacielu! sprzysiągłeś się widzę, żeby mnie doprowadzić do warjacyi!
— Jak to? spytał Roucher spokojnie... i to tak mi jesteś wdzięczen? Nie rozumiém cię Andrzeju!
— Rozumiészże przecie, że najmniéj trzecia, a ja zmęczony śmiertelnie! Czy chcesz mnie ukarać jak królobójcę Damiens’a i umorzyć mnie bezsennością!...
— I ani słowa o liście Trudain’a! rzekł Roucher niby na stronie.
— Nie słyszałem i trzech wierszy z tego listu.... spałem stojąc... Co mnie tam obchodzi opera Chimeny, wodewil Arjany! cyrk konny Robespierr’a i balet Frankonich! Gdzieś u licha wyczytał, żeby dla tych głupstw warto było człowieka snu pozbawiać?
— Otoż jak sądzisz o rzeczach — Chenier!
— No! tak sądzę i po wszystkiém — bądź zdrów.
— Pozwolisz mi przeczytać ci teraz inny list, który...
— A! dosyć tych listów Roucher! na Boga dosyć!
— Donoszą mi ciekawe szczegóły o procesie kryminalnym pana Jana Pawła Marat’a, redaktora Przyjaciela ludu.
— Roucher! przyznaj, że to co czynisz przechodzi wszelkie granice! Jeśli nie jesteś jasnowidzącym i nie śpisz chodząc, nic cię nie potrafi wytłómaczyć w oczach moich.
— Tak ostro dziś mówisz Andrzeju, że mnie to istotnie i zadziwia i zasmuca...
— Ale proszę-cię, będziesz-że całą noc siedział jak przykuty w tém krześle?
— Chenier, wszak to maj, wkrótce rozświta, i nie warto...
— A! przerwał Chenier, nie warto spać, bośmy w miesiącu maju! no! kiedy ci się moja izdebka podoba, zostań że sobie w niéj, a ja pójdę spać do twojéj.
Andrzéj szybko posunął się do drzwi, ale w tém Roucher z zadziwiającą powstał żwawością, zaparł mu drogę od wschodów i zawołał:
— Nie pójdziesz ztąd przyjacielu!
— Ja! nie pójdę? rzekł Chenier robiąc wielkie oczy.
— Nie wyjdziesz!
— Roucher! chcesz mnie do gwałtu i użycia siły przymusić!
— Andrzeju, zaklinam cię, nie zapoznawaj najlepszego swego przyjaciela. Idź za radą moją, nie czyń hałasu... Przekupnie już ciągną ulicą, posłyszy nas kto... Bądźmy spokojni...
— Ale ja też spokojności chcę, Roucher; spijmy żeby jak najmniéj robić hałasu!
— No to spijmy Andrzeju.. a ja zostanę w tém krześle.
— Widzę że nie ustąpi.
— Andrzeju masz zaledwie lat trzydzieści, ja pięćdziesiąt i dwa; jestem przyjacielem twoim, mentorem, zastępuję ojca twojego.. Winieneś mi posłuszeństwo i uszanowanie.
— I dla tego nie dajesz mi spać? Proszę cię Roucher, wytłumacz mi czegoś się na mnie uwziął.
— Cóż ci mam tłómaczyć..
— A! to już za nadto! Zmiłuj się! jeśli nagle nie zwarjowałeś, nie podobna mi zrozumieć nawet tego co dokazujesz dziś ze mną.
— Nigdym przytomniejszy nie był.
— Roucher, zawołał Chenier w najwyższym stopniu rozdrażnienia — żarty posunięte tak daleko, są nieznośne;.. wyczerpał się cały zapas mojéj cierpliwości. Poraz ostatni, daj mi wyjść! proszę! czuję że się na ciebie porwę, a serce moje poczyna opanowywać głowa. Szanujże rospacz moją.
— A ty Chenier — szanuj kobiétę..
— Kobiétę!
— Jesteś trzpiot nieznośny, Andrzeju — to chyba jedyne twe usprawiedliwienie.
— Kobiétę mówisz! jaką? spytał zdziwiony nadzwyczaj poeta.
— Jak to? dla ciebie jestże na świecie dwie?
— Co! przyjacielu! ją!
Roucher palcem wskazał pokoik swój i szepnął.
— Jest tam!.
Malarze, którzy rzucili na płótno wyrazu pełne twarze, przedstawując Saula przed Pythonissą, lub proroków na górze Tabor; Salwator Rosa i Rafael, co kreślili przestrach piekielny i zachwyt boski, byliby złamali pędzle przed wielkim poetą, który nagle z rospaczy, przeszedł w zachwycenie na te słowa przyjaciela.
— Jest tam! powtórzył: melodya Hosanny niebieskiéj, towarzyszyła tym wyrazom na ustach homerycznego poety; dwie łzy, dyamenty radości zabłysły w oczach jego; aureola szczęścia uwieńczyła szerokie pełne przyszłości czoło; ręce załamał z gorączkową energją cichéj modlitwy, i cienie nocy rozprysły się na to promieniste objawienie.
Przyszła koléj przyjaźni; Andrzéj chwycił ręce towarzysza, zaczął go przepraszać i domagać się przebaczenia.
— Mój kochany Chenier, rzekł Roucher, nie rozumiém jak z twoją przebiegłością mogłeś się dać uwieść tak długo: i ty, co mnie znasz, mógłżeś przez dwie godziny myśleć żem dobrowolnie drażnił cię i niecierpliwił! Jakżeś ty nie zgadł od razu?
— Prawda, przyjacielu — tak.. masz słuszność,... rozumiém cię, nie rozumiém siebie, byłem głupi.. ale też.. co to za noc okropna! Trzeba mieć krew zimną, żeby najprostszą odgadnąć zagadkę... Schroniła się więc tutaj, szlachetna niewiasta!.. Napad nocny uzbrojonych zbójców! Co za nieopatrzność mieszkać w pustyni, w tak odosobnionym domu.. Cóż ci powiedziała przychodząc.. mój drogi, opowiedz mi wszystko.. mów mi.
— Nie, nie, potrzebujesz spoczynku.
— O! spocząłem już, doczekam do dnia.
— Sama ci jutro opowié wszystko..
— Przyjacielu, nie dawaj mnie na pożarcie wiekowi — mów.
— Ale ja potrzebuję spocząć, Andrzeju.
— No! teraz ty moją zaczynasz odegrywać rolę.
— A! kiedy ty zabrałeś mi piérwszą, ja muszę wziąść drugą.
— Co teraz to cię już nie rozumiem, przyjacielu! Mamyż rozpocząć na nowo naszą wojnę domową zmieniwszy tylko role? Tajemnica to dla mnie ciemniejsza nad dziewiąte zadanie Euklidesa.
— Andrzeju, przyjacielu, cóż ci mam powiedzieć więcéj! Kobiéta dla któréj mogłeś się obawiać niebezpieczeństwa śmierci lub sromoty — jest — w téj chwili bezpieczną. Nie wymagaj więcéj odemnie.
Wyraz z jakim Roucher wyrzekł ostatnie słowa, nie był zwyczajny spokojnemu poecie; była to forma niesłychana dla Andrzeja. Tajemnica znowu w chwili, gdy się wyjaśnić miała, poczęła mroczyć.
Chenier szepnął cóś nie wyraźnie, przechadzał się wielkiemi krokami, a że izdebka była ciasna, podobny był do lwa, który w klatce czeka na pastwę, tłumiąc ryki głuche, dla wstydu przytomnych, w obec których nie chce swéj godności królewskiéj poniżyć.
Roucher otworzył Praedium rusticum, i usiłował przedstawić człowieka, który spokojnie czyta.
Nagłe uspokojenie w sercach gwałtownych zawsze zapowiada wybuchy. Natura milczy nim uderzy piorun.
Andrzéj poskoczył ku drzwiom, wstrząsając swoją lwią grzywą, i odpychając rękę przyjaciela jakby końcem palca zgiął łodygę kwiatu, i rzucił się na wschody. Tu z kolei cofnął się pchnięty niewidzialną ręką uczucia honoru, wstrzymał się nagle, i cała energja z jaką szedł, upadła u progu drzwi, które gościnności prawa okrywały poszanowaniem. W tém drzwi otwarły się jakby same przez się, i głos łagodny rzekł mu.
— Można wnijść.
Raz piérwszy Chenier myślał, że mu się przysłyszało. Wszedł przez posłuszeństwo, bo pojmował że czynność jego dotykała występku, i padł na kolana błagając przebaczenia.
Oczy jego spuszczone widziały tylko koniec sukni, nie śmiejąc podnieść się wyżéj. Wzruszenie którego jeszcze brakło téj nocy, rzuciło nim, gdy poeta usłyszał te słowa.
— Wstań pan, nie zasługuję na tę cześć — dopełniłam tylko obowiązku.
Chenier podniósł głowę i ujrzał kobiétę nie młodą, zupełnie sobie nieznaną.
— Jestem Aniela, odezwała się — towarzyszka hrabinéj.
— A hrabina? spytał podnosząc się Chenier.
— Pani hrabina przysłała mnie do tego domu, który zna dobrze, dla oznajmienia panu, że ukryta jest i bezpieczna; ale mi też zaleciła żebym to powiedziała tylko przyjacielowi pańskiemu i nie pokazywała się do dnia.
— Na cóż te ostróżności?
— Dla uniknienia tego co się stało, dla zapobieżenia pytaniom i odpowiedziom niepotrzebnym, dla skrócenia wrażeń téj nocy, dla tego żebyś pan kilka godzin wypoczął. Gadatliwość pańskiego przyjaciela zniszczyła cały plan hrabinéj, a mnie wtrąciła w kłopot nadzwyczajny.
— Przyjaciel mój nie był nadto gadatliwym; proszę go nie obwiniać pani, ja sam winien jestem wszystkiemu. Rozum przestał władać wolą moją; gorączka mnie trawi; włosy mi się palą, krew tryska oczyma. To co mi pani powiadasz, dopełnia miary rospaczy mojéj! Nie mogę żyć, usłyszawszy to coś mi pani powiedziała.
— Co pan mówisz? To szał jakiś!
— Tak, pani! to szał! szał obłąkanego, konającego, potępieńca!
— Zamiast cieszyć się, dowiedziawszy, że pani..
— Ha! zawołał Chenier porywając się za głowę, wołałbym stokroć dowiedzieć, że hrabina znajduje się w jaskini zwierząt dzikich, w więzieniu inkwizycyi, w lesie pełnym bandytów!
— Niż posłyszéć że jest bezpieczną? odezwała się Aniela ze smutnym uśmiéchem.
— Tak! odparł Chenier uderzając nogą o podłogę.
— Tego przywiązania nie rozumiém.
— Ale bo ja wiém gdzie ona jest w téj chwili, ja to wiém! rzekł Chenier zakładając ręce i wpatrując się w Anielę.
— A! ręczę panu, że pan tego wiedzieć nie możesz.
— Nie wiém? spytał Chenier ze śmiechem szaleńca — nie wiém! Czy pani mnie wyzywasz żebym powiedział?
— Tak!
— Pani mnie doprowadzisz do ostateczności..
— Niepodobna żebyś pan odgadł schronienie hrabinéj.
— No! powiém więc! Hrabina jest w hotelu hrabiego de Pressy!
Aniela przyjęła to ruchem, którego dwuznaczność mógł sobie tłómaczyć poeta, wedle usposobienia téj gorączkowéj nocy.
— Mylisz się pan — wzruszonym głosem odparła kobiéta.
— Pani, powiedziałem jak jest. Wzruszenie jéj zadało fałsz wyrazom. Ona tam! tam!
— Nie, panie, proszę mi wierzyć.
— A! to myśl okropna! Boże! zachowaj mnie przy rozumie!.. dziś to ostatni skarb człowieka... Żyły jeżą się we mnie i kąsają jak węże, rozdzierają mi ciało! Szatan w piersi mojéj! Ona tam! bo tam być powinna! Hrabia de Pressy, młody, odważny, miły, głowę swą ważył dla niéj przeciwko katu, przeciw zbójcom, umiał spełnić czyn heroiczny z nadludzką skromnością! A! tak! zasługuje na miłość kobiéty! oddaję mu sprawiedliwość, choć go nienawidzę! Tak! dobrze uczyniła! szlachetne jéj serce to doradziło; poszła za skinieniem bohaterskiéj ręki, za wezwaniem uroczego głosu.. a teraz... co za upojenie! jakie roskosze!. Na téj ziemi przeklętéj, która cierpi i jęczy w boleściach, jest dwoje ludzi, którym zazdroszczą bogowie! a ja, z daleka patrzę jak żebrak, jak trędowaty, na tę ucztę która mnie okrywa żałobą, na tę radość, która jest udręczeniem mojém, na to życie które mi śmierć przynosi.
Poeta upadł na krzesło, a pierś jego zziajana, zamykająca w sobie wszystko co boleść wlać może, zdawała się buchać i rozpękać jak krater, by wyrzucić z siebie razem cały ciężar, któremu już nie starczyły słowa.
Aniela sparta o róg komina, spuściła głowę jakby nie miała co powiedzieć, i przyjęła co mówiono. Po kwadransie milczenia, poeta odzyskał siły jak wicher konający w lesie i wyrywający się z niego; spójrzał na postawę strapionéj Anieli i rzekł:
— Pani, rozumiém milczenie twoje, odpowiada ono jasno mojemu cierpieniu i trwodze. Zmusiłaś mnie mówić, powiedziałem wszystko; zmusiłem cię odpowiedzieć, zamilkłaś. Czegoż mogę żądać więcéj? dość na tém.
— Panie, odezwała się Aniela głosem słabym, czego się właśnie lękała hrabina, to się stało.. Gadatliwość pana Roucher...
— Niéma w tém niczyjéj winy, wina losu mojego.. czuję śmierć blizko. Ręka niewidzialna popycha mnie do grobu, czuję żelazne jéj dotknięcie na czole, a jeśli walczę, to że chciałbym raz jeszcze ujrzeć tę kobiétę która zabija, a którą konający błogosławić będę.
— Więc, odezwała się Aniela podnosząc głowę śmieléj, zobaczysz ją pan; mogę mu to zaręczyć.
— Ale ja chcę ją widzieć zaraz, natychmiast.. A! szaleję!.. prawda! pojmuję twe skinienie pani!.. żądam niepodobieństwa! Śmiech konwulsyjny rozdarł mu usta i łzy z oczów wysączył. — Tak, dodał — jakby to można zapukać do drzwi hotelu de Pressy i powiedzieć...
Wstał drżąc cały i zakrył oczy rękami, jakby chciał zasłonić się od strasznego, nieznośnego widzenia.
— Pani, rzekł ocierając łzy, głosem pewnym, pójdę za losem moim... niech będzie błogosławiony Bóg co cię tu zsyła, abyś była świadkiem największéj rospaczy jaka kiedy paliła serce ludzkie... Powiész jéj coś widziała i tego mi wystarczy! zapłacze nademną! Szatan fatalności pełen jest dowcipu! Hrabina Margareta poświęca się szlachetnie opiekując życiem mojém, któremu sądzi, że grożą nieprzyjaciele polityczni, a zabije mnie tu sama, w tém schronieniu w którém wstrzymały dotąd jéj rozkazy i jéj ręka!
— Nie, panie, powiém hrabinie com widziała, i że chcesz nadal iść za jéj radą i rozkazem.
— Nie powiész jéj tego pani, zawołał Chenier głosem grobowym, bo jutrzeńka dnia tego nie zobaczy mnie żywym.
— Co! myślisz o samobójstwie! konwulsyjnie krzyknęła Aniela.
— Jeśli podniosę ręce na siebie, to szanując spokój i życie kobiéty którą kocham. Winienem to hrabinie Margarecie.
— Chcesz więc umrzéć?
— Mówisz pani z konającym, jutro zobaczysz jego trupa.
— Panie Chenier! zawołała Aniela chwytając rękę poety! nie umrzesz! Biorę na siebie czynność którą zmuszona jestem popełnić.. Zobaczysz pan hrabinę..
— Kiedy?
— Natychmiast.
— Gdzie pani?
— Co panu do tego! zobaczysz ją.
— W hotelu hrabiego?
— Któż panu mówi o nim! Zobaczysz ją — zobaczysz samą..
— Samą?
— Samą, przy mnie tylko.
— Na Boga! pani.. idźmy, idźmy natychmiast!
— Oznajmij pan, panu Roucher i powiedz mu, żeby się nie obawiał niczego, niczego. Idziemy w miejsce bezpieczne.
Chenier, który téj nocy doznał co tylko może przecierpieć człowiek, wypogodził czoło i wszedł do pokoju swego, w którym zostawił przyjaciela.
Roucher spał snem niewinnych, z książką w ręku.
Chenier napisał parę wierszy, włożył je w książkę i wyszedł.
Aniela czekała na niego na wschodach; ujęła go za rękę i szepnęła po cichu.
— Chodź pan za mną.
Kobieta w pewnym wieku, podejrzaném nazwaniem gospodyni utytułowana, otwarła drzwi pokoju Klaudyusza Mouriez, i stawiąc lichtarz na stole, odezwała się:
— Czy pan kilka razy dzwonił?
— Cztéry razy, Zuzanko.
— Spałam.... Zdaje mi się, że spać o trzeciéj zrana jest rzeczą godziwą, zwłaszcza, gdy kto, jak ja, cały dzień musi siedzieć nad przyjmowaniem prośb.
— Widzę, że cię to w nienajlepszy humor, dzisiejszego ranka wprawia, biédna Zuziu?
— Teraz panie, będzie tego na cały tydzień.
— Daj mi białą kamizelkę széroko wykładaną?
— A gdzieżeś ją pan wczoraj wieczór zrzucił? Kiedyż pan zdobędziesz się na trochę ładu w tym pokoju.. to prawdziwie psiarnia.. oto kamizelka tabaczkowa, a drugiéj niema.
— Daj mi nową suknię... tam, na kanapie.
— A! naprzykład! myślisz, że ci dam wyjść w téj sukni, o trzeciej zrana, żeby rozprawiać z wichrzycielami! Bierz pan mi tę kapotę z grubego sukna, a wziąwszy do niéj szarfę wyglądać będziesz jak mer Paryża.
— Co tam mówi odźwierny o téj zawierusze ulicznéj!
— Mówi że to gawiedź z Marly, która się gromadzi na placu wolności, i śpiewa pieśń przeciwko władzom...
— Tylko tyle... No, to nie wielkie rzeczy.
— Tak, ale co wielka rzecz, to że wołają chleba.
— A chleba dla nich nie mam.
— Przecież go potrzeba. Śmieszna z was hołota panowie obywatele patrjoci! Robicie rewolucye dla ludu, a dajecie mu mrzeć z głodu.
— Zuziu, nic nie rozumiesz polityki..... dawaj mi bóty ze sztylpami.
— Masz pan na nogach trzewiki bez sprzążek, to właśnie co potrzeba idąc przeciwko wichrzycielom, bo ich tak podobno nazywacie, gdy się przeciwko wam buntują.
— No! niech będą i trzewiki!
— Wiesz pan, że nowe buty jegomościne kosztowały mnie cztéry nowe talary?
— Daj mi mój pasek...
— A to na co?
— Ba! zawieszę na nim szablę!
— A po co panu ta szabla? Alboż to potrzeba zbrojno wychodzić przeciwko biedakom, którzy proszą chleba?
— No, a jeśli mnie napadną?
— Jeśli napadną, to się starym szabliskiem nie obronisz. Dobremi racyami zasłonisz się chyba od ludu, gdy mu ani chleba ani zajęcia dać nie możesz.
— To prawda! A teraz... na głowę...
— Nie bierz pan tego kapelusza! Co za manjera stroić się jak byś pan szedł na paradę? Ci przystojni mężczyzni wszyscy jednego kalibru! Powyzłacali by się jak monstrancye, choćby do sów i puhaczy! Oto pan masz stary kapelusz; — widział on już deszcz na Marsowym placu... Weź pan go.... zakrawasz w nim na pięknego Leandra...
— Zuziu, zobacz no przez okno od balkonu czy moi ludzie już są...
— Są już, panie Klaudyuszu...
— A wielu?
— Naliczyłam ich sześciu.
— Tylko?
— Z sierżantem.
— Sześciu żołnierzy na poskromienie rozruchu! Nie powiedząż mi, że wstępuję w ślady Lafayett’a i Bailly?
— Proszę tylko pana, dobrze się obchodzić z biednemi ludźmi.
— Bądź Zuziu spokojna.
— O! pan mówisz zawsze: bądź spokojna! a potém głupstwa robisz..
— Jednak minister inaczéj to uważa; wczoraj jeszcze, winszował mi w swym liście mego obywatelstwa, i...
— Minister nie czyta tego co pisze.. lepiéj ja pana znam od niego.
— Gotów jestem Zuziu... patrz gdy będę przechodził pod oknami, ale się nie pokazuj.
— Ja pójdę spać: dobranoc panu! Ma on racyę ten arystokrata rojalista, co mówił przed trybunałem broniąc się:
„Obwiniają mnie, że nie lubię nowéj narodowéj chorągwi; przeciwnie, ja ją kocham, bo z jéj łaski oka zmrużyć nie mogę.”
— A gdzieżeś to czytała Zuziu?
— W ostatnim numerze — Miecza-mściwego.
Klaudyusz Mouriez okręcił się wdzięcznie przed dwóma zwierciadłami, przyjacielski pocałunek złożył na czole gosposi i zbiegł ze wschodów z miną poważną, krokiem odwagi pełnym.
Pięciu ludzi, obłamek oddziału wojskowego, stanęli w porządku; Klaudyusz Mouriez odbył rewją i zawołał głosem energicznym:
— Bracia, jeśli potrzeba będzie, dajcie się zabić, ale nie zabijajcie.
Stanął na ich czele i udał się na plac Wolności. Przy świetle niejasném dwóch rewerberów, Klaudyusz Mouriez ujrzał tłum liczny bardzo, a krzyki jego szalone oznajmywały nieprzyjazne usposobienie. Wszystkie okna sąsiednie były otwarte i napełnione głowami ciekawych widzów.
— W imię prawa! zawołał Mouriez głosem stentora — oświecić wszędzie, żebym rozeznać mógł dobrych obywateli.
Rozkaz ten wykonany został z obu stron ulicy w jednéj chwili, jakby raca zapaliła wszystkie okna domów.
Klaudyusz zbliżył się do piérwszych najbliższych kup ludu, i rzekł do nich głosem silnym, wstrzęsając straszną swą głową.
— Obywatele, rozkazuję wam odejść, mieszacie spokój publiczny.
— To spokój publiczny nas mięsza i niepokoi, obywatelu, zawołał silny burzyciel jakiś mający minę wodza — nie mamy roboty, i umieramy z głodu.
— Trzeba umieć cierpieć dla Rzeczypospolitéj.
— Daj chleba, to cierpieć potrafim.
— Będziecie go mieli. Dziś jeszcze napiszę do Komitetu ocalenia publicznego; ale rozejdźcie się natychmiast, w imię Rzeczypospolitéj.
— No! zawołał naczelnik, — a ja, zostaję tu w imieniu Wolności.
— A ja aresztuję cię w imieniu prawa — rzekł Klaudyusz chwytając burzyciela ręką silną i oddając go żołnierzom.
Krzyki wściekłe wyrwały się z ust tłumu, okropne groźby towarzyszyły krzykom, Klaudyusz podobny był skale, o którą biją bałwany; ruchy téj ciżby dochodziły aż do niego, i u stóp jego konały.
— Choćby was było sto tysięcy, wołał, ja się nie cofnę przed wami, a wyzywam was, żebyście śmieli tknąć reprezentanta Konwencyi narodowéj. No! probujcie, zakładam ręce na piersi, bronić się nie będę!
Burza nieznacznie cichła i cofała się, krzyki stawały rzadsze i nikły w oddaleniu. Klaudyusz Mouriez szedł ciągle sam wśród téj ciżby naprzód, i nie znajdował w niéj najmniejszego oporu.
— Obywatele, rzekł naówczas, ponieważ prawu posłuszni jesteście, wybierzcie z pomiędzy was sześciu delegowanych; polećcie im przedstawić skargi wasze, niech przyjdą do mnie o południu.
Szmer zezwolenia odpowiedział na te słowa; zbiegowisko straciło charakter nieprzyjazny i straszny i rozsypywać się poczęło; o świcie nie było śladów jego.
Klaudyusz Mouriez rozkazał żołnierzom prowadzić więźnia na miejsce przeznaczenia, a sam powrócił do domu, przeszedłszy kilka ulic pełnych ciekawych, wcale nieokazujących mu sympatji.
Przyjaźni i nieprzyjaciele, wszyscy z jakąś czcią patrzali na przechodzącego olbrzyma rewolucjonistę, który umiał sam walczyć przeciwko całemu ludowi, którego głos, ruch, energja, postać, rozsiewały daleko, milczący postrach przed sobą.
Przyznać potrzeba, że Klaudyusz Mouriez w podobnych zdarzeniach nie zaniedbywał korzystać z fizycznych swych przymiotów, któremi go obdarzyła natura: trzęsła się pod nim ziemia, jak pod przenośną wieżą rzymskich kohort, drżały mu usta, płonęły oczy, nadymały się nozdrza, rozdzierała się pod piersią széroką rozłożysta republikańska kamizelka; tak przerzynał się przez tłumy jak archanioł niedobity piorunem po buncie, i spadły na naszę ziemię przez omyłkę.
Synowiec Adrjan, o świcie na nogach, czekał stryja we drzwiach ratusza, i kończył czytać raporta policyi, które w nocy poprzychodziły; pilne były jak widać, bo na nich to słowo stało dopisane u wierzchu.
— A! jesteś Adrjanku, zawołał stryj, ściskając go za rękę — idźmy prędzéj, bo się przyzbiera ciekawych, a ty wiesz, że ciekawi są nasieniem rozruchów.
— O! zawołał bratanek, przodem postępując po wschodach.. zawsze słowa twe mędrzejsze są od czynów.
Gdy pozostali sami, i usiedli w municypalném laboratorium, Klaudyusz Mouriez rzekł do młodego człowieka:
— A i ty od samego rana jesteś widzę w złym humorze!
— Jest bo czego, kochany stryju.
— No! radbym wiedzieć!... daj pokój tym tajemnicom i mów.
— Oto macie, odezwał się Adrjan, rzucając papier na stół.. oto raport, który za mnie mówić będzie.
Klaudyusz wziął doniesienie policyjne, i twarz jego bronzowa zdawała się rozkładać jak wosk topniejący od ognia.
— Czytałeś to? spytał naiwnie Adrjana.
— A na cóż, kochany stryju (proszę wybaczyć wyrażenie), tak nieroztropnie powierzasz mi czytanie wszystkich raportów; kiedy się mogą trafić między niemi podobne temu?
— To wyjątek... Adrjanie... to nieszczęśliwy wyjątek.
— Stryju, wyraz to za słaby... nieszczęśliwy! nie każdy tak osądzi.
— Myślisz Adrjanie, że ta awanturka będzie miała rozgłos?
— Czy myślę! Ba! ależ stryju! jesteś bo czasem naiwny, jak piérwsze słowo dziecięcia. Jak to! posyłasz dwóch zbirów porwać kobiétę w domu na ulicy du Thiers N. 19; ci niezręczni nie porywają nikogo; wypędzają ich ztamtąd sromotnie łopatami, grabiami, ludzie tej kobiéty, i myślicie, że ta nocna wycieczka jest nieszczęśliwym wyjątkiem, niemogącym mieć rozgłosu.
— Trzeba bo ci powiedzieć Adrjanie, rzekł Klaudyusz głosem łagodniejącym, że miałem ważne powody zgwałcenia w ten sposób domu obywatelskiego.
— Ale mój stryju! jaż znam te ważne powody! ten obywatel, jest to raczéj obywatelka, niéma o niéj mowy w raporcie, ale ja łatwo odgadnę jéj imię.
— Omylisz się Adrjanie... Tak, tak, i darmo nie wytrzeszczaj na mnie oczów, omyliłbyś się.
— To nie hrabina Margareta?
— Nie! odparł Klaudyusz, zdobywając się z ciężkością na kłamstwo.
— Mówisz nie! więc nie ona! nie hrabina Margareta!
— Ex-hrabina, Adrjanie.
— Ba! nie czas śpierać się o tytuły; piękny koncept, że mnie chcesz w ten sposób zbić z tropu; ale ja nie dam się spędzić..
— A to już za wiele! rzekł Klaudyusz z miną jak by się chciał buntować, ale razem łagodnie — znowu mnie ten dzieciak zmusza, żebym się tłumaczył.
— Mój stryju, trzeba umieć znosić następstwa rewolucyi, które robicie. Hierarchje, pokrewieństwo zniknąć muszą. Teraz my jesteśmy stryjami z kolei, i mogę ci to dowieść.
Adrjan wstał, otworzył okno i spójrzał na niebo.
— Gdzie idziesz, dziecko! odezwał się Mouriez z akcentem nieśmiałym winowajcy, który chce przekupić sędziego.
— Ja także wybieram się na expedycyą.
— No! jaką? spytał Klaudyusz z uśmiechem poważnym.
— Dawniéj, przed 89, gdy stryj jaki dowiedział się, że synowiec jego skompromitował się w nocnéj wycieczce, udawał się osobiście na miejsce przewinienia, dla stłumienia niedobrego rozgłosu w kolebce. Idę więc, w skutek nowego rzeczy porządku, spełnić ten obowiązek.. tylko na wywrót.
— Adrjanie, nie pójdziesz, rzekł Klaudyusz, zastępując odedrzwi.
— Stryju, popełniłeś czynność niegodziwą, która może zbezcześcić imię twoje i imię ojca mojego! Puszczaj mnie, puszczaj, mówię, żebym co najprędzéj zaszył podarte szmaty honoru naszéj rodziny, który podarłeś téj nocy.
— Adrjanie, synu kochany, rzekł Klaudyusz prawie błagającym głosem, wszystko ci przesadza twoja młodzieńcza imaginacya. Honor nasz cały, nieskompromitowany.. wierzaj mi..
— Dwóch zbirów posłanych tajemnie do młodéj kobiéty, jak to bywało w rzeczypospolitéj Weneckiéj! świętość gyneceum sprofanowana o północy! a! to rzeczy uczciwe bardzo! to uzacnia imię nasze! Teraz chyba uczciwe kłamstwo obronić nas może od infamji! Trzeba powiedzieć hrabinéj Margarecie że to byli dwaj bandyci; trzeba się ich zaprzeć, i ich występku się wyrzec. Piérwsze poruszenie doradza mi ten krok, czynię to bez rozwagi, bo sądzę dobrém, i nie myślę czekać na dyplomatyczne rozmysły, które zawsze nie dozwalają spełnić co poczciwe... Stryju, puszczaj mnie... nie wstrzymuj mnie na drodze obowiązku...
— Czekaj jeszcze Adrjanie... światło dzienne lepiéj cię natchnie, zawołał Klaudyusz, składając ręce.
— Czekać! tu niéma chwili do stracenia!.. Oto już dzień świtać poczyna; idę, i wymagam więcéj: nie pójdę sam, musisz pójść ze mną.
— Ja?
— Powiedziałem jasno zdaje mi się... kochany stryju. Tak, ty ze mną pójdziesz do hrabinéj Margarety. Proszę przodem, idę za panem; brat twój woła byś to uczynił z głębi swojego grobu.
Klaudyusz Mouriez, zwyciężony od dziecięcia, jak Goliath przez Dawida, schylił głowę i nie wiele wiedząc co czyni, posłuchał młodego Adrjana.
Andrzéj poszedł za Anielą po wschodach, i towarzyszył jéj w ogród.
Przybywszy razem po nad pochyłość boczną drogi, zastanowili się; Aniela spójrzała w niebo, i lekko na znak że się udało skinęła głową; potém pociągnęła z sobą Andrzeja w długą ulicę gęsto drzewami wysadzaną, mówiąc.
— Pamiętasz pan jak dnia jednego szedłeś tędy za nami przez te dzikie zarośle? Czy przypominasz pan sobie?
— Jakżebym mógł zapomnieć? odparł Andrzéj wzruszony. Nie dawno to temu, pamiętani nawet żem wkrótce ślad stracił... właśnie w tém miejscu podobno.
— Teraz, panie Chenier, słuchaj pan dobrze co mu powiem. Proszę nie śledzić mnie gdzie się udam. Usiądź pan pod tym krzewem i czekaj na mnie.
— Słucham ślepo, rzekł poeta.
— Tak, ślepo, dobrześ pan powiedział.
Upłynął kwadrans; jutrzeńka napełniła las swemi wdzięcznemi szmery wiosennemi, budząc wszystkie uśpione zapachy kwiatów i głosy ptastwa.
Andrzéj nastawił ucha i zdało mu się jakby usłyszał szmer sukni która się przesuwała po trawie; nie zwrócił jednak głowy i oczekiwał na ukazanie się osoby, z okiem ciągle wlepioném w jedne miejsce.
Nagle powstał, padł na kolana i podniósł się na znak mu dany, wszystko w oka mgnieniu. Hrabina Margareta była przed nim.
— Trzeba żyć w naszych czasach, odezwała się, żeby podobnych scen być świadkiem. Ale wina nie nasza że wszystko przewrócone w prawach przyzwoitości i obowiązkach ludzi, że żyć musimy w podziemiach i ciemności: pochodzi to ze straszliwych warunków chwili dzisiejszéj. To panu tłumaczy, jakim sposobem znalazłam się tutaj.
— Pani, rzekł Chenier, przyszłaś by człowieka z rozpaczy wybawić; dobry uczynek przystoi w każdéj epoce i chwili.
— Nie, panie, mylisz się. Żyjemy w momencie w którym kobiéta wierzy słowu mężczyzny, grożącemu jéj samobójstwem. Dziś umrzéć tak łatwo! uwierzyłam w jego rozpacz, i przybiegłam na pomoc, jakbym tonącemu wyciągnęła rękę.
— Drugi to już raz jednéj nocy ratujesz mnie pani; pojąłem cóś pani uczyniła dla mnie, kilka godzin temu, w swoim ogrodzie, gdyś się ukazała ściągając na siebie całą uwagę... tego... tych ludzi, i dozwoliła mi uciec, korzystając z ciemności. Kobiéta tylko może uczynić cóś podobnego, wymyślić cóś tak cudownie, a raczéj jedna tylko kobiéta zrobić to mogła, ta, którą życiem całem miłości i wdzięczności chciałbym otoczyć.
— Dowiodłam panu, odezwała się młoda kobiéta, biorąc za rękę poetę, jak mnie obchodzisz na piérwszy wykrzyk jego rozpaczy przybiegłszy... Teraz zdaje mi się spokojną być mogę; ustąp pan i bądź ostróżnym. Będę czuwać nad tobą, biedny wygnańcze; ale trzeba żebyś i pan zasłużył na macierzyńskie starania moje. Samobójstwo byłoby więcéj niż występkiem, byłoby niewdzięcznością; nie możesz być niewdzięcznym.
Na te słowa, hrabina odwróciła się żywo i silnie ścisnąwszy dłoń Andrzeja, pociągnęła go za sobą pod inne drzewa cienistsze i gęstsze.
— Stań pan, rzekła, na tym pasie wysokich traw i nie ruszaj się więcéj, nie pytaj o nic.
Piérwsze promienie słońca oświecały ulicę, zaczynały bieleć mury domków przez gałęzie drzew.
Aniela śpieszyła ku nim szybkim krokiem, i choć odgłos jéj stąpań nie rozlegał się stłumiony trawami po których szła, dosiągł jednak uszu Margarety. Była to warta czujna, która uchodząc ze stanowiska, choć się nie odezwała słowem, oznajmywała już o niebezpieczeństwie.
Andrzéj stał nieruchomy na tajemniczém swém miejscu, w którym go rozkaz kobiéty postawił, jak posąg na swéj podstawie.
Aniela drżała ściskając rękę hrabinéj.
— Pani, odezwała się ochłonąwszy trochę z wrażenia — dobrąś pani myśl miała stawiąc mnie na straży w téj gąszczy, zkąd widać wszystko bezpiecznie. Dwóch ludzi przybyło w ulicę przed dom twój; postacie ich wcale mnie nie zaspokajały, nie traciłam ich z oczów. Zatrzymali się czyniąc sobie jakieś znaki porozumienia i wskazali ręką drzwi, jak gdyby czynili ceremonje kto z nich pójdzie piérwszy. Jeden z nich był wysokiego wzrostu, i wpatrzywszy się w niego, pomimo że nie dobrze było widno, poznałam...
— To on! przerwała nagle hrabina.
— Tak, pani.
— Kto on? zapytał mimowolnie Andrzéj.
Hrabina piękną swą ręką zatuliła mu usta, i spójrzała na niego wdzięcznie lecz surowo.
— Tak! spodziewałam się téj wizyty! rzekła... I weszli?
— Nie pani... Zdaje się, jakby czekali na posiłek. Dwaj pierwsi agenci policyi musieli powołać innych, widać ze ich naczelnik stanął na czele wyprawy.
— Wszystkie drożyny mojego domu muszą być otoczone przez policyą! zawołała kobiéta.
— To bardzo być może, i ja to właśnie myślałam.
— Pozwól pani bym jéj ofiarował schronienie w....
— Panie Chenier, przerwała hrabina, oto już dwa nieposłuszeństwa w jednéj chwili... Dajesz mi pan schronienie w swoim domu... Nie bardzo by ono było bezpieczne... domy nasze sąsiadują z sobą... A cóźby pomyślano o mnie gdyby mnie u pana znaleziono! Panie Chenier, wiedz, że kobiéty są lepiéj przewidujące od mężczyzn... Jeśli lasek otoczono, o czém nie wątpię, cóżbyś pan uczynił? naprzykład? pozwalam panu odpowiedzieć?
— Pani, gdybym był sam...
— Ale pan sam nie jesteś; przerwała żywo hrabina, jest nas troje...
— Broniłbym pani, choćby paść przyszło.
— Ale śmierć pana nie obroniła by nas.
— Nie pani, lecz...
— Nie mów już pan więcéj, panie Chenier; po ostatnich słowach niema co dodać. No! a ja, panie poeto, miałam przezorność siostry lub matki... dla pana. Spójrz, spójrz po dalekich uliczkach tego lasu. Nie zdaje się panu że tam bronie błyszczą w dali; że się straszliwe ukazują twarze, gałęzie rozsuwają i zbójcy wyłażą...
— A! to nie marzenia moje, rzekł Chenier, okrywając wejrzeniem hrabinę... to rzeczywistość... a ja nie widzę nikogo prócz niéj jednéj.
— Uciekaj więc pan, uciekaj, nic nie możesz we własnéj, nic w mojéj obronie... nie masz nawet oręża. Złapano by cię w zasadzce, bezczelnie, jak lwa co wpadł w jamę nagotowaną.
Andrzéj pochwycił gałęź wiązu, odłamał ją od drzewa i oczyścił w mgnieniu oka, jak pastérz, przywykły do tego rodzaju broni w dolinach Tessalji, porywa drzewinę widząc wilka.
— To szaleństwo! co pan robisz? zawołała hrabina — szaleńsze jeszcze co zamyślasz? Na Boga, słuchaj pan mnie! korzystaj z ostatka cienia co nas okrywa pod temi drzewami, bo wkrótce go słońce rozpędzi.
— Ależ... pani... przerwał poeta — żądaj co podobna, na miłość Boga... a będę posłusznym! mogęż się zgodzić na tak podłą ucieczkę! zawołam jak brat Godfrieda u Tassa: Cożby rzeczono, wiedząc żem kobiecie odmówił dłoni... Twoi nieprzyjaciele, pani, zresztą, są równie mojemi, będę ich oczekiwał. Silną dłonią chwyciłem oręż który zwalczył Geryona i Anteusza, nie ja piérwszy padnę w walce; masz pani porę ucieczki, bo ci co nas szukają wprzód będą musieli bronić się odemnie.
Młoda kobiéta ręce założyła spokojnie, nogą gwałtownie poruszyła trawy, i spójrzała w niebo jakby żądając z niego natchnienia.
— Dziękuję panu za to szlachetne poświęcenie; nie tylko jenjuszem naśladujesz starożytnych, ale i sercem także. Postanowiłeś więc dać się dziś zabić za mnie?
— Dziś — i zawsze.
Hrabina dała jakiś znak Anieli stojącéj o kilka kroków.
Promień słońca horyzontalnie przeszywał sklepienie drzew i oświecał tę scenę.
— Teraz nas już zobaczą... czy pan nie ruszyłeś się z miejsca, panie Chenier?
— Ani krokiem.
— I zawsze nie chcesz mi być posłusznym?
— Chcę się zawsze poświęcić?
— No! dość téj próby, którą mi ranek dzisiejszy dozwolił spełnić... zasługujesz pan na to co dla niego kobiéta uczynić mogła.
Anielo! otwieraj.
W największéj gąszczy, Aniela podniosła tajemniczą klapę, których w owéj epoce tyle zbudowano, i Andrzéj ujrzał ciemną głąb, wiodącą do podziemia. — Idź pan z nami, odezwała się hrabina, wchodząc najpiérwsza.
Klapa zapadła po cichu, jak wieko axamitne.
Podziemie to, dzisiaj jeszcze istniejące, wiodło tajemniczo od domu N. 19 do lasu, wygnańców i prześladowanych 93 roku: wykopane było w kształcie sklepienia, w ziemi gliniastéj ale tęgiéj, i trzy latarnie oświecały je co dziesięć kroków rozstawione.
— Jak to pan znajdujesz? spytała uśmiechając się hrabina... teraz wiesz pan tajemnicę moję, panie poeto.
— Jest to niezawodnie najlepsza broń prześladowanego, rzekł Chenier... jakimże trafem znalazłaś ją pani u stóp swoich.?
— Nadto pan razem chcesz wiedzieć, poeto nasz... późniéj to panu opowiem.
— Przebacz pani, mojéj ciekawości niewczesnéj.
— Oto są dziś, kończyła hrabina, naszego Wersalu galerje! Oto korytarze wielkich pań! kto by to nam powiedział na owéj wieczerzy w hotelu de la Tour d’Aigues w Aix, w 1788! gdy pan Florjan recytował nam pastérki swoje, gdy Cherubini śpiewał: A jeśli jest w waszém siole... gdy ksiądz Delisle deklamował wiersze o figach i oliwach Prowancyi.
— Dodaj pani jeszcze, przerwał Chenier, gdyś tak chmurno spoglądała na mnie wśród uczty tak wesołéj! gdy twa wdzięczna twarz okryła się nagłą bladością, jak gdyby widzenie 93 roku krwawo mignęło przed jéj oczyma.
— Tak! tak! przypomina mi się to trochę... a! prawda! prawda! rzekła, spierając twarz swą na dłoniach.
— Nie pani, pani to doskonale pamiętasz, nie trochę tylko, ale jasno i wyraźnie...
— Tak jest! odpowiedziała hrabina melancholicznie potrząsając głową... kobiéta nie może oszukać poety który widzi wszystko i wszystko zgaduje... wyznam więc panu do końca. Jest to wspomnienie tego obłoku krwi który mignął przedemną, który życie moje związał z twojém życiem, który od piérwszych twych walk, hrabinę Margaretę rzucił na wszystkie drogi, jakiemi poszedł awanturniczy Chenier... Tak, ten wieczór w Aix, ta wieczerza, wyryły się niezmazanemi głoskami w pamięci mojéj. Ujrzałam naówczas w ciemnéj głębi sali straszliwe rzeczy, widziałam przedmioty krwawe, na które niéma nazwania w żadnym języku, które włos mój palą! przywiązałam się do ciebie uczuciem przywiązania, które umiałabym może nazwać, gdybym była matką... Oto... Chenier... podziemie wyryto dla ciebie w dwa miesiące przez wiernego mojego Denisa, dawnego ogrodnika, dziś zamieszkującego z całą rodziną w Viroflay; on to czuwa nad Anielą i nademną co do potrzeb życia, i co wieczora opatrzność dla nas zastępuje...
Andrzéj ujął rękę hrabinéj, zlał ją łzami i rzekł.
— Pozwól mi pani teraz spytać, co na nią ściągnęło to prześladowanie tego...
— Wstrzymuję cię panie Chenier, nie pytaj o nic... Przyjdzie chwila gdy pytania twe stać się muszą niewczesne, pomimo woli, a wiele by mnie kosztowało odpowiedzieć ci obelżywem milczeniem. Czekaj odpowiedzi, którą czas, wielki objawiacz tajemnic, przyniesie powoli na twe pytania.
— Zgadzam się pani.
— Oto jesteśmy u końca naszéj schówki. Mówmy cicho... lub, co lepiéj, zamilczmy...
Słuchajmy czy nie będą co mówić?.
— A któż mówić ma? jeśli my milczeć będziemy?
— Panie Chenier, będziesz widział i słyszał, niech to mu wystarcza. Nie pytaj więcéj.
Hrabina przyłożyła ucho do drewnianych drzwi zamykających podziemie, i kilka tak chwil postawszy, dała znak ręką, że żaden ją głos niedochodził.
— Teraz, odezwała się do Andrzeja Chenier nie bardzo głos zniżając, wytłumaczę panu krótko cały mechanizm tego schronienia. Kto wié! może ci to kiedy na co przydać się może. Przyciskając palcem tę mosiężną klamkę, otwierają się drzwi i wchodzi do salonu. Konsola zakrywa wewnątrz drzwiczki i stanowi z nim jedność. W téj chwili niéma niebezpieczeństwa, do pełnienia téj demonstracyi, stanie się ona jaśniejszą.
Młoda kobieta przycisnęła klamkę mosiężną i przez jasną szczelinę prostopadłą ukazała się część salonu: żaden głos, szmer, szelest nie dawał się słyszeć; ręka ciekawa popchnęła drzwiczki daléj, i Chenier wysadziwszy głowę naprzód, potém po pas wychylony, wszedł do salonu chcąc rozpatrzyć wewnętrzny mechanizm konsoli. Młoda pani weszła za nim czyniąc sprawiedliwą bardzo uwagę, która ich oboje uspokoiła. — Nie słychać było jeszcze uderzeń do bramy, odezwała się — zaczną od tego. Będziemy mieli dość czasu zniknąć niepostrzeżeni.
— Niezawodnie! powtórzył Andrzéj cały w szczęściu oglądania blasku piękności hrabinéj Margarety, oświeconéj wesołym słońca promieniem.
Hrabina pomimo przestrachu, ciężącego nad niemi w téj chwili, oddawała się niewinnéj próżności okazywania z dumą poecie zręcznego mechanizmu ruchoméj konsoli, którego robotą sama kierowała: zamknęła wreszcie drzwiczki tajemne i odezwała się do Andrzeja.
— Widzisz pan że teraz niepodobna odgadnąć wejścia do podziemia, a chcąc uciec z tego domu, jak ja téj nocy, przyciska się tylko rozasę téj konsoli i...
Ręka Cheniera dotknęła w téj chwili dłoni hrabinéj, ona podniosła oczy, i ujrzała w zwierciadle dwóch ludzi wchodzących do salonu. Zimny pot oblał jéj skronie: poznała Klaudyusza Mouriez.
Chenier pozostał jak był i skinieniem głowy odpowiedział na ukłon dwóch osób wchodzących do salonu.
Hrabina zebrała się na całą energją, jakiéj była zdolna i patrzyła na dziwnych swych gości.
Aniela była w podziemiu.
Wielka pani, w téj piorunującéj ostateczności, znalazła potrzebną energję.
— Proszę panów siedzieć, odezwała się z ruchem wdzięcznym, jak gdyby przyjmowała dwóch dworaków w swoim hotelu de Grave.
Klaudyusz Mouriez, który nie zadrżał ostatniéj nocy przed rewolucyą głodu, uczuł jakby słabł, i stchórzył jak tchórz, widząc broń dobytą. Adrjan spójrzał na stryja i dostrzegł bladość śmiertelną, która pokrywała tę twarz brązową.
— Przychodzim, rzekł młody człowiek z tonem poszanowania, przychodzim prosić panią o chwilę rozmowy na osobności.
— Na osobności, powtórzył Klaudyusz, któremu ledwie tchu na ten jeden wyraz starczyło.
— Wszakże ten pan, odparła hrabina wskazując Cheniera, nie będzie może zbytecznym świadkiem?
Adrjan spójrzał na stryja, który pokornie dał znak że się zgadza.
— Nie mogę odejść i pani porzucić, rzekł Chenier stanowczo ale grzecznie.
Mężczyzna który drży przed kobiétą, nie zadrży przed równym sobie mężczyzną; wyrazy suche Cheniera wróciły odwagę Klaudyuszowi.
— Obywatelu, rzekł, jeśli nie wyjdziesz, rozmowa miejsca mieć nie będzie, a naówczas — biada opornym!
— Jeśli mi pani wyjść każę, wyjdę, rzekł Chenier.
— To słuszna! odezwał się Adrjan, gestem zręcznym i małoznacznym starając się stryja do piérwszego zwrócić usposobienia.
— Darujecie panowie nieśmiałości kobiety, przerwała hrabina, nie mogę się zgodzić na taką rozmowę jaką mieć chcecie.
Klaudyusz Mouriez zabierał się wybuchnąć; Adrjan uspokoił go zaraz, obejmując z miłą poufałością i odzywając się głosem słodkim.
— W istocie, nadto wymagamy, mój stryju, od kobiety; to co jéj powiedzieć mamy mógłby cały Wersal słyszeć; nie mamy więc potrzeby usuwać jedynego jéj świadka który zapewna... jest mężem pani.
Chenier i hrabina ostróżne zachowali milczenie.
Adrjan zwrócił się do stryja i uśmiechnął się do niego wdzięcznie, młodo. — Prawda? niegodzi się męża od żony oddzielać?
Klaudyusz cóś szepnął wewnątrz, jak organ który się odzywa głucho.
— Stryj mój, obywatel Klaudyusz Mouriez, rzekł Adrjan, ma sobie nadaną, jak państwo wiecie, władzę nadzwyczajną od Komitetu ocalenia publicznego. Wojna ze złemi, opieka uczciwym, to godło jego. Dowiedzieliśmy się z dokładnych i pewnych doniesień, że dwóch złoczyńców napadli nocy ostatniéj na dompani, i zaręczając jéj że podobna napaść więcéj mieć miejsca nie będzie, oznajmujemy jéj że winnych szukają, odkryją i ukarani będą przykładnie. Obowiązkiem naszym było począć ten dzień od kroku który pani ocenić potrafisz; późniéj, prace administracyjne byłyby nas wstrzymały na ratuszu, i nie przyszlibyśmy tu o tak rannéj godzinie, gdyby nie okoliczność która nas próg tego domu przestąpić ośmielała: brama otwarta świadczyła że mieszkańcy wstali uprzedzając słońce.
— Radam wierzyć, odpowiedziała hrabina, że co mi pan mówisz, jest wyrazem myśli stryja pańskiego pana Mouriez.
Mouriez skinął w sposób potwierdzający, i wybąknął słów kilka bez związku.
Adrjan miał wyjść, i oczyma wskazywał stryjowi drzwi salonu, ale ten nie mógł się zebrać na tak prędkie odejście; wszak czary jakieś nieprzezwyciężone wstrzymywały go w téj atmosferze spokoju, w któréj wdzięk wiosny, woń kwiatów, śpiew liści szumiących, piękność kobieca łączyły się łagodząc nienawiści i słodką napawając ironją namiętności polityczne epoki.
Oczy Klaudyusza Mouriez, w chwili jednéj, przebiegły wszystkie wyrazy spójrzeń, od surowości upartéj do najczulszéj słodyczy: ta kobiéta, którą ścigał tak zapalczywie w wolnych od politycznych swych prac chwilach, stała przed nim, i niewinne szczęście widzenia jéj, zacierało w nim pamięć Fouquier-Tinvill’a, dziennika Przyjaciela ludu i klubu Jakóbinów.
Naglony wzrokiem panującym Adrjana, Klaudyusz Mouriez bełkotał niewyraźne słowa pożegnania, ale nie miał odwagi skazać się na zaćmienie nagłe widoku piękności; wyrazy ostatnie na drżących jego ustach zmieniły się zupełnie, i zamiast nich, rzekł następujące słowa:
— Czy pani... ma jakie podejrzenia... ktoby być mogli ci złoczyńcy, o których mówi mój synowiec?
— Nie panie, odparła hrabina z dobrze udaną prostotą.
— Dość by mi było najlżejszego śladu, do dójścia tych ludzi...
— Najmniejszych śladów nie mam.
Dwóch ludzi kochających się w jednéj kobiecie, nigdy się nie omylą na sobie. Andrzéj na chwilę nie odwrócił wzroku z Klaudyusza Mouriez, i oświecony nagle już wszystko zgadywał.
Dwadzieścia razy gorący poeta wstrzymał, jak sam mówił «szatana co jego sercem miotał» walka ta ostróżności i exaltacyi musiała się zakończyć: exaltacya wzięła górę.
— Mości panie, odezwał się ze szczególnym akcentem, który zaostrzała nieustanna ironja, — chociaż pani niéma żadnych do wskazania mu śladów złoczyńców, życzliwy jego wymiar sprawiedliwości zrażać by się tém nie powinien. Z tych wyżyn na jakich pan stoisz, łatwo mu widzieć dobrze i zapewnić pomyślne skutki badaniom. Skoro pan zażądasz dowiedzieć się o wszystkiém, dowiesz się wszystkiego. Ja ręczę za skutek. Nadewszystko szukaj pan występnych gdzie potrzeba; ręka zbrodnicza wiodła tém wszystkiém, inni byli tylko jéj ślepem narzędziem. Tę rękę dosięgnąć potrzeba, i przyjdzie to panu łatwo, tak łatwo, że uczynić tego nie zechcesz...
— A cóż mi może przeszkodzić do spełnienia mego obowiązku? zapytał Klaudyusz głosem na wpół pewnym, wpół wahającym jeszcze.
— Co może przeszkodzić! Na co te pytanie? pan to wiész przecie.
— A! ja to wiem! powtórzył Mouriez z gorzkim uśmiechem.
Chenier po kilka razy głową dał znak potwierdzający.
Adrjan, blady z przestrachu, patrzał na hrabinę która oczy spuszczone miała ciągle ku ziemi, ze stoicyzmem zupełnym.
— Jednakże, odezwał się Klaudyusz z udaną najniezgrabniéj naiwnością, gdybym nie miał dość przebiegłości, gdybym mniéj wiedział niżeli pan sądzisz, wszak wolno mi będzie, uciec się do jego światłéj rady?
— Nigdym nikomu, odparł szybko Chenier, nie odmówił udzielenia światła jakie mieć mogę.
Są wyrazy które zdają się odskakiwać od piersi słuchacza jak kule od tarczy do której wymierzone były. Mouriez poskoczył jak człowiek rażony kulą wystrzeloną w pierś samą.
— Więc, rzekł smutnie się uśmiechając, udam się gdy będzie potrzeba o radę do pana.
I spójrzał na hrabinę z miną kogoś, co się spodziewa że go przytomny pośrednik ze srogiego wywiedzie kłopotu.
Hrabina udawała w téj chwili że z największą uwagą przypatrywała się wierzchołkom drzew swego ogrodu, jakby obrońcy swemu dozwalała z zupełną swobodą wyrażać myśl przedsięwziętą, nie troszcząc się wcale o wypadki które czasem sprowadza odwaga nieostróżna i nie w miejscu.
— Gdy będzie potrzeba! powtórzył szydersko Chenier, gdy będzie potrzeba! Ale podobne rzeczy natychmiast wyjaśnione być powinny. Sprawiedliwość jego ma-li się wlec kulawa, gdy gotowe ofiaruję jéj skrzydła by dościgła celu?
— A więc! zobaczmy! rzekł Mouriez, zobaczmy tych skrzydeł — i ręce skrzyżował na piersi nakształt puklerza.
— Zobaczysz pan — mówił daléj poeta — mamy instynkta nieomylne do czytania z twarzy, jak panowie czytacie z raportów policyjnych. Dla mnie wywód sprawy téj nocy pisze się na twarzy pańskiéj, w oczach jego; brzmi w każdym wyrazie jego mowy; rysuje się w wesołości smutnéj która rysy jego pokrywa... do tego stopnia że uśmiech ten, ruchy, postawa byłyby inne gdyby to co zaszło nie tém było czém jest w istocie, do tego stopnia że wasz synowiec, uczciwy młodzieniec, gdyby nie tak było, już by się wydał broniąc pana, a przecież milczy i oskarża go milczeniem swojém. Czy dość to jasne? Chcesz jeszcze promyka!.. niech i tak będzie... Pan zwierzęcą namiętnością kochać śmiesz tę kobietę i sam jesteś sprawcą, sam wspólnikiem barbarzyńskiego napadu nocy ostatniéj!
Adrjan z rozdzierającym straszliwym krzykiem, upadł i omdlał: daléj go już odwaga dźwignąć nie mogła i utrzymać.
Ziemia zadrżała pod nogami Klaudyusza, głuchy jęk wyrwał się z piersi olbrzyma, jak odgłos źródła Solftary — Pan się urągasz reprezentantowi prawa! zawołał grzmiąco — aresztuję pana!
— Dobrze! odparł Chenier — szlachetna odpowiedź na moje obwinienie! wybornieś się oczyścił.
— Pan prawa nie masz mnie nic zarzucić!
— Żądasz pan światła odemnie, udzielam go.
— Jesteś zuchwalcem!
— Na Boga! zawołała hrabina, ratujcie tego młodego człowieka... Zimny, jak trup...
W téj ci)wili, gwałtowne uderzenia młota zabrzmiały u bramy domu.
— To moi wierni towarzysze szukają mnie, zawołał Klaudyusz ze straszliwą groźbą, czuwają nademną. Myśleli żem wpadł w zasadzkę rojalistów. Pojdę im sam otworzyć, i oboje państwo zamknięci będziecie w więzieniu miejskiém.
Klaudyusz wyszedł szybko otworzyć bramkę od ulicy... kobiéta stała w progu sama... Klaudyusz rzucił żywo wzrokiem po drodze i w długie cieniste aleje... żywéj tam duszy nie było, nikt się nie ukazywał nigdzie.
— Czego tu chcesz! spytał ostro kobiéty.
— Wracam do domu.
Była to Aniela: pełna poświęcenia kobiéta; słyszała całą scenę, i przybiegła na wszelki wypadek dla odwrócenia uwagi i uratowania swéj pani.
— Dom ten jest właśnie badany z rozkazu sprawiedliwości, idź sobie.
Odepchnął Anielę w ulicę nazad, zamknął drzwi, i ręce spuściwszy w szerokie kieszenie sukni, dobył z nich parę pistoletów, które przygotowawszy skierował się ku salonowi.
W téj chwili, twarz Klaudyusza Mouriez wyrażała najsprzeczniejsze uczucia; co tylko dobrego, ludzkiego było w głębi duszy jego, ulotniało się od ognia miłości i nienawiści; człowiek — wróg i kobiéta — kochanka, zasłaniali mu świat cały; miał ich oboje w mocy swojéj, by piérwszym nasycić nienawiść, drugą miłość.
Powiedział jeden ze starożytnych: chcesz-li wiedzieć jak daleko namiętności zajść mogą? Rzuć je w serce człowieka potężnego (da posse quantum volunt). Gdy pisarz ten starożytny wyrażał myśl głęboką, władza dostateczną była miarą rozbestwienia ludzkiego. Człowiek, któremu dano było panować, miał do niszczących swych passji odpowiednią energją i zdrowie; wlókł namiętności z sobą, nie uginając się pod ich ciężarem, aż do skonania dójrzałości swojéj. Co więcéj, Cezar Tiberjusz, starzec łysy i wysokim wzrostem zgięty, w Kaprei dalszy ciąg uczt góry Palatyńskiéj odbywał. Późniéj ludzie już, w epokach nas bliższych, parodyowali tylko przerażającą rozpustę starożytnych: kolacyjki Regencyi i małe domki chorobliwych jéj rozpustników, nigdy się nie wzniosły do cyklopejskich rozmiarów uczty Trimalciona, i pałaców jeziora Lukryńskiego, w których światło słoneczne gasiło lampę i przerywało hymny ludzi szczęśliwych.
Jednakże rodzaj ludzki nie przepadł jak przedpotopowe źwierzęta; indywidua gdzieniegdzie przeżyły pokolenie i świadczą, rzadkiemi wyjątkami, o potędze passji starożytnych. Ci wyjątkowi ludzie zgiąć jeszcze mogą łuk Ulissa, rzucić dyskiem Romulusa, jeść ucztę Trimaleiona i stanąć o swéj sile, po dziesięciu nocach saturnaljów, na stosie tyrsów zwiędłych i winnych gałęzi. W zwykłych czasach, te istoty wyjątkowe zmuszone są zmaleć, żeby przyjść do wiary ogólnéj; źle im wśród społeczności która ich wzrostu nie doszła; lecz zaledwie posuną się za granice dozwolone, otwiera się kodex karny, błyszczy miecz Temidy i muszą żyć spokojnie jak sąsiedzi w więzach małżeństwa i oszczędności domowéj, nieznanéj Trimalcionom. Gdy społeczność się burzy, natychmiast na wierzch wyrzuca tych olbrzymów energicznych, namiętnych, którzy w nowym świecie domagają się lwiego udziału; jeśli ich woń bitwy upoi, biegną pod chorągwie, stają się Kleberami, biorą Alexandrie szturmem z drabiną i toporem i przechodzą w mytologicznych pół-bogów; jeśli pozostaną w mieście, energja poleca ich tłumom ludu, stają się Mirabeau lub Dantonem.
Nie mogąc wznieść się tak wysoko, pozostają Klaudyuszem Mouriez; — jest to olbrzymiość podrzędna.
Władza dyktatorska, energja niepokonana, dusza ognista, ciało z bronzu, charakter żywy wszystkich passji, stanowiły potężną indywidualność tego człowieka; jego nienawiść i miłość były plagami okrutnemi, jak tylko mógł wyrwać się z więzów synowca i gospodyni swojéj.
W silnym rzucie z jakim od bramy zmierzał ku domowi, nic mu się oprzeć nie mogło, wszystko mu uledz musiało, siła mężczyzny, modlitwa kobiéty; wpadł do salonu z głuchemi wykrzykami groźby i począł szukać do koła; ale tu nic nie było — sprzęt tylko i cztéry mury nagie.
Zawołał synowca głosem gniewu i przywiązania razem, bo zniknienie Adrjana na chwilę odegnało wszystkie myśli inne: milczenie mu tylko odpowiedziało. Na wschodach rozchodziło się echo pustkę znamionujące.
Wszedł straszliwy, z sercem pełném zemsty i pragnienia dzikiego, i zapomniał wszystkiego wyjąwszy swego przybranego syna, który wpadł w ręce nieprzyjaciół; broń trzymana w ręku, wypadła z niéj jak nieużyteczna.
Klaudyusz przetrząsł dom cały i obejrzał wszystkie kąty jego najciemniejsze; potém zbiegł do ogrodu i przeszukał lasek, każde drzewo, każdy krzak od góry do dołu badając. Nie minął żadnéj altanki, żadnego płotu, żadnego zakątka zarośli. Pusto wszędzie — Adrjana nigdzie nie było.
Z rozpaczą w duszy, z wściekłością w sercu, przechodził przed sztachetami rozdzielającemi, dwa ogrody, gdy z między nich ujrzał głowę człowieka, którego oczy wlepione weń były zajadle.
— Co tu robisz? zawołał — kogo szpiegujesz?
— Waćpana, odpowiedział z za sztachetów nieznajomy, z największą krwią zimną.
— A! to przynajmniéj szczérze.
— Jedyna to moja cnota, żem szczéry.
— Znasz mnie więc?
— A któż cię nie zna?
— Znasz mnie i szpiegujesz! Odwaga niepospolita jeśli nie szaleństwo.
— A chcesz téj odwagi sprobować, Klaudyuszu Mouriez?
— Czemu nie? lubię ludzi odważnych.
— Ja szukam właśnie jednego odważnego człowieka i znaleźć go nie mogę.
— Nawet teraz.
— Zwłaszcza teraz, panie Mouriez.
— Zdaje mi się obywatelu, że chcesz mnie obrazić?
— Nie mylisz się pan.
— I obrażasz mnie, insultujesz z za sztachetów, rojalisto jakiś!
— Zgadłeś pan żem rojałista; znam i ja rzemiosło pańskie, a ta krata służy mi żebyś mnie z prawa swego nie aresztował. Jest to tylko mądra ostróżność.
— I tchórzliwa.
— Nie, mości panie, bo gdyby nie te sztachety, dostałbyś pan po uchu rzeczywiście, a tak odbierasz tylko policzek słowa.
— A! nędzniku!
Nieznajomy z za sztachet rzucił dwie szpady pod nogi Klaudyuszowi i rzekł.
— Wybieraj pan jednę, a daj mi drugą.
Jak powiedział stało się.
— No! wychodź że, krzyknął Mouriez podnosząc szpadę. Przysięgam się bronić i bić się z tobą.
— Na co mam wychodzić? Bardzo nam i tak dobrze, zbliżmy się tylko i nie cofajmy. Broń się pan, panie opoliczkowany.
Pojedynek ten nie jest widać niepodobnym, bo historyczny; dwie szpady, ściśnięte w ruchach swych ciągle szczękały z zajadłością o żelazne sztachety, i zdawało się że popękać miały, ale bój trwał krótko; zręczność i zimna krew zwyciężyły, jak zawsze odwagę namiętną; Klaudyusz Mouriez raniony został w bok ostrzem piorunującém, wydał rozpaczliwy jęk i puszczając broń z rąk, osunął się na trawę.
— Obrażasz kobiety, rzekł zwyciężca, jesteś napastnikiem słabych, ale oddaję ci sprawiedliwość, masz odwagę i warto bym cię ratował.
Mouriez powstał z wysiłkiem ostatecznym, i chwytając za sztachety jak tonący porywa maszt roztrzaskany, rzekł głosem gasnącym.
— Polecam panu mego przybranego syna, Adrjana Mouriez, którego mi tu... pochwycono... miej pan o nim staranie i...
Dwie łzy zabłysły w oczach jego, i oczy zamknęły się; padł oblany krwią.
— Przysięgam ci, że to uczynię! odparł rozczulony hrabia de Pressy.
Na znak pana, nadbiegł Walenty.
— Możesz się teraz pokazać, rzekł mu hrabia — nie jesteśmy już dwóch na jednego.
— A gdzież tamten? zapytał Walenty.
— Ot tu...
— Jak to? zabity?
— Szpada mi się na nim złamała; to żelazny człowiek.. Walenty.. róbmy bądź co bądź, powinność naszę.. Trzeba wprzód ztamtąd wydobyć szpadę.
— To łatwo, panie hrabio.
Ułamał gałąź długą, którą mógł szpady dosięgnąć i zbliżywszy się z nią do sztachet, wyciągnął ten znak świadczący o pojedynku.
— Teraz, powiedz mi gdzie Aniela? spytał hrabia.
— Tam, w domu.
— Zawołaj jéj... zaczekam na nią trochę daléj. Aniela wyszła w ganek, a hrabia rzekł do niéj:
— Masz jaki sposób powrócenia do domu.
— Mam, panie hrabio.
— Wracajże zaraz, i hrabinę wyciągnij z sobą do Paryża. Nie mów jéj o mnie; nie przebaczyłaby ci pewnie tego cóś uczyniła...
— Panie hrabio, przerwała Aniela, chciéj dobrze pojąć położenie moje. Kobiéta traci głowę w takich razach. Widziałam Klaudyusza Mouriez u pani, gdzież biedz miałam? kogo zawołać na pomoc? Bóg mi natchnął imię pańskie. Wiedziałam od Walentego, że pan jesteś w Wersalu, i byłam nieposłuszną hrabinéj, w chwili, gdy nadewszystko chodziło o jéj ocalenie.
— Dobrześ zrobiła Anielo, rzekł hrabia, a wszystko zostanie w sekrecie między nami... Pani hrabina była więc sama jedna, gdyś przybiegła po mnie.
— Panie hrabio, odparła Aniela z miną kobiéty, która nie przywykła kłamać — pani hrabina była.. tak.. była sama jedna...
— Czegóż drżysz, mówiąc rzecz tak prostą..
— A panie! drżę już od dwóch godzin ciągle.
— Biédna kobiéta!
Hrabia ścisnął ją za rękę i mówił daléj.
— Natychmiast Anielo, wróć nazad do domu; naznacz pani miejsce pewne w którémbyście się zeszły; otwórz drzwi, i powiedz piérwszemu przechodzącemu kogo spotkasz na drodze, że w ogrodzie leży któś ranny potrzebujący pomocy.. potém oddalcie się z pośpiechem ale ostróżnie. Wymagam od ciebie Anielo, po tem co uczyniłem dla pani twojéj, żebyś mnie o wszystkiém tajemnie uwiadamiała, pani swojéj nie zdradzając. Chcę tylko wiedzieć co moje serce obchodzi... nic więcéj.
— Panie hrabio, odpowiedziała z ukłonem Aniela, usłucham cię jak należy.
— Wracaj do obowiązków, i nie zapominaj o mnie Anielo.
Strój, który hrabia de Pressy wziął na tę ranną wycieczkę, dozwalał mu przypatrzéć się wszystkiemu, co po téj scenie nastąpić miało, na ulicy Thiers.
Aniela spełniła polecenie jak najściśléj, co dowiódł wkrótce tłum ciekawych, gromadzących się licznie na miejsce wypadku.
Co chwila tłum ten wzrastał, a gdy Mouriez poznany został, krzyki wściekłe się rozległy — i wyraz, zabójstwo, począł się zewsząd odzywać.
Wieść rozeszła się po całém mieście z szybkością iskry elektrycznéj; a rozchodząc się wierna prawu jakiemu ulegają wszystkie nowiny polityczne, coraz się dziwaczniéj zmieniała.
Mówiono:
— Klaudyusz Mouriez został zabity téj nocy przez dwóch Żirondynów, na drodze do Paryża.
— Wichrzyciele przekupieni przez Rojalistów, wyciągnęli téj nocy Klaudyusza Mouriez na plac Wolności, i zadali mu trzy ciężkie pchnięcia sztyletami. Przewódzca zbójców został zatrzymany.
— O trzeciéj zrana, Kladyusz Mouriez wyszedł z ratusza, z synowcem swoim, dla uśmierzenia powstania Rojalistów, których ryk całe miasto słyszało. Dzielny republikanin rzucił się na buntowników, i przeszyty został przez nich..
Wśród każdéj kupy, mówca stawał i ogłaszał swoję powieść. Wypowiedziano wszystko co tylko było można, wyjąwszy prawdy — jak zwykle.
Lekarze wezwani do domu pod N. 19, do salonu w którym ranna scena miała miejsce, opatrzyli ranionego, obwiązali go i zawyrokowali, że nie trzeba było tracić nadziei.
Tłum z zewnątrz krzyczał wielkiemi głosy, żeby zwłoki Klaudyusza Mouriez przeniesione były tryumfalnie do ratusza i wystawione na widok publiczny.
Hrabia de Pressy i Walenty, wmięszani w tłumie, odzywali się kiedy niekiedy z ostróżnością jednak.
— Ale jeśli, jak powiadają, Klaudyusz Mouriez nie umarł jeszcze, juściż trupa jego na widok publiczny wystawić nie można. Trzeba go uszanować i dozwolić mu spoczynku, otaczają go lekarze, niech cisza religijna da mu odzyskać siły.
Mędrsi mówili:
— Tak, tak, obywatel ma racyą; jeśli Klaudyusz Mouriez ranny tylko, potrzebuje odpoczynku i spokoju. Ustąpmy i dozwólmy lekarzom robić swoje.
Najsilniéj exaltowani przypuszczali śmierć tylko, odrzucając wszelką nadzieję wyleczenia; potrzeba im było zabójstwa zupełnego.
Dzień tak upływał wśród niepewności, gdy afisz z ratusza pochodzący, oznajmił urzędowie, że Klaudyusz Mouriez niebezpiecznie ranny przez podłego zbójcę, w skutek zaburzenia ostatniéj nocy, nie zostanie stracony dla Rzeczpospolitéj, że winni odkryci będą i śmiercią ukarani..
To ogłoszenie municypalności, uspokoiło nieco rozdrażnione umysły.
— Jakżeś pan noc przepędził?
— Dość dobrze Zuziu... spałem spokojnym snem godzin kilka.
— No! no! miéj cierpliwość... wyszedłeś z niebezpieczeństwa. Doktor mówił.. czekaj pan, napisałam sobie co mówił, jego własne słowa: Niéma żadnego ważnego zbawienia, w organach żywotnych obywatela Klaudyusza Mouriez.
— Chcesz mówić zapewne zranienia nie zbawienia.
— Napisałam zbawienia, i koniec!
— Jak sobie chcesz, Zuziu! i żadnych wieści o Adrjanie?
— Ah! niema żadnych!
— To Zuziu, to moja rana największa! Gdyby mnie Adrjan po czole pogłaskał, zostałbym uleczony.. Co się stało z tym biédakiem.
— Wierz pan temu co mówię, i co powiém znowu: synowiec pański wyjechał do Calvados.
— Niepodobna!
— Ależ, panie Mouriez, pan myślisz żeś bardzo zabawny dla tych co z nim żyją? To gruba omyłka. Zapewne, choć mężczyzna, nie zadrasnąłbyś muchy kiedy masz krew zimną; ale jak cię ten republikański diabeł opęta — o! uciekajcie na kraj świata, żeby twarzy waćpana nie widzieć i głosu nie słyszéć. Trzeba cię bardzo kochać, i dobrze znać, żeby z nim życie pędzić.
— W istocie masz racyą.. potrzebuję ci wierzyć; to mi czyni nadzieję, że Adrjan żyje..
— I że cię porzucił dla pozbycia się.. Ja jestem otwarta. Masz pan czegoś wart. Co za szał też waćpana wpędził w te szarfy trójkolorowe i zamęt rewolucyjny.. mnie się zdaje żeście wszyscy powarjowali. Nie lepiéj ci było panie Klaudyuszu, z małym twoim dochodem, w ogródku w Honfleur, między rzeczką a morzem?
— Zuziu, kobiétą jesteś i nic nie rozumiész polityki.
— Śliczna wasza polityka! niema co mówić, macie się z czém pochwalić!
— Zdaje mi się Zuziu, że Adrjan powinien powrócić, gdy się dowie z gazet, co mi się trafiło... znam jego serce.. nie czytałem gazet od dni cztérech.. i.
— I czytać ich nie będziesz.. doktor zakazał mi dawać ich panu..
— Pozwól mi tylko przeczytać jeden numer wczorajszy.
— A! a! poczekawszy! zapewne! będziesz go miał!
— No! to powiedz mi przynajmniej Zuziu, czy jest tam mowa o moim przypadku.
— Zapewne że jest mowa.
— I cóż piszą?
— Powtarzają co było w Przyjacielu Ludu, w Mieczu mściwym, w Pairjocie.
— Cóż pisały te gazety?
— Zawsze to co zwykle.. Poczekaj, przeczytani co się was tycze, ale z warunkiem, że na tém przestaniesz.
— Przystaję na to Zuziu!
Gospodyni wzięła gazetę Prudhomm’a, poszukała artykułu i czytała co następuje:
«W nocy ostatniego quintidi, spokojność zamięszaną została w Wersalu skupieniem się ludu przekupionego przez Pitta i Cobourga. Obywatel Klaudyusz Mouriez sam potrafił rozpędzić wichrzycieli; lecz gdy już powracał do ratusza, cztérech złoczyńców wpadli nań, odebrali mu broń, i zawlókłszy go do ogródka w ulicy Thiers skłóli go sztyletami. Rany są ciężkie, ale została nadzieja ocalenia.”
Klaudyusz Mouriez pomimo wielkiego osłabienia, z lekkim uśmiéchem przysłuchiwał się czytaniu; gospodyni zrozumieć go nie mogła.
Fakt tedy, został zdobyty dla historji, wedle wyrażenia kronikarzy.
Cała prawie historja składa się z faktów zdobytych, równie prawdziwych.
— Jeszcze cię o jedną łaskę proszę, Zuziu, rzekł Klaudyusz Mouriez błagającym głosem, daj mi spis tych co mnie odwiedzili..
— A co ci po nich? Będziesz miał czas jeszcze i późniéj to przeczytać. Całe miasto zbiegało się dowiadywać; z tysiąc nazwisk zapisano u drzwi twoich, na tém dosyć.
— I nikt niedomagał się tajemnéj rozmowy, gdy będę w stanie mówić?
— A! a! przypominasz mi kogoś co tu dwa razy na dzień przychodzi. Jest to młody człowiek bardzo przyjemnéj twarzy, postawa przyzwoita, ale ubior nie najstosowniejszy do niéj. Ten najupartszy ze wszystkich: chce koniecznie mówić z tobą, bądź co bądź; zamykam mu drzwi przed nosem, ale zawsze grzecznie, bo i on grzeczny; potrzeba go przyjmować przyzwoicie.
— Mówił ci jak się zowie?
— A tak! czekaj pan, mówił imię, ale go nie chciał zapisać.. Zowie się... przypominam sobie.. pan de la Grille.
— De la Grille! powtórzył Klaudyusz spoglądając w górę.. A! a! wiém! znam go! masz racyą bardzo miły człowiek... to jeden z dawnych moich przyjaciół.. Jeżeli przyjdzie, wpuść go tu natychmiast..
— Jeśli doktor pozwoli..
— Czy pozwoli czy nie.
— I jeśli mi się podoba..
— Podoba ci się, Zuziu!
— Wątpię bardzo. Zresztą, nie wróci może chyba za tydzień, a w ciągu tygodnia będziesz pan całkiem lepiéj.
— Czemuż za tydzień?
— Bardzoś pan ciekawy! Nadto podobno już mówisz na konwalescenta?
— Ale bo mi daleko lepiéj Zuziu — nie oszczędzaj mnie... Powiedz mi wszystko co wiész o tym panu de la Grille.
— De la Grille! śmieszne nazwisko!.. cóś to brzmi jak zmyślone.. Czyż on się tak doprawdy nazywa?
— A kiedym go poznał!
— Prawda! prawda! No! powiém ci! Ten jegomość zdaje się wielce zajmować twoim synowcem Adrjanem... Poprzysiągł, że go wyszuka i staranie o nim mieć będzie... Prawdaż to?.
— Prawda! mów daléj.
— No! to któś z twoich krewnych, taką rzeczą?
— Tak jest, mów tylko daléj.
— Ten pan de la Grille upiérał się dowiedzieć odemnie czegoś o Adrjanie.. muszę ci powiedzieć, że mi ofiarował przepyszny pierścień.
— Któregoś nie przyjęła?
— Prawie..
— Jak to prawie?
— To jest nie odmówiłam przyjęcia, ale też i nie wzięłam; powiedziałam mu, że się namyślę...
— Tu niema co myśleć — nie możesz przyjąć.
— Dla tego, że od jednego z twoich krewnych?
— Nie przyjmiesz!
— Mam cztérdzieści cztéry lata, panie Klaudyuszu! mówię ci ile mam lat, bo ty to wiész. W moim wieku prezenta się nie odrzucają..
— No! to przyjmij sobie.. ale kończ że..
— Jak to? Chcesz żebym kończyła, a przerywasz mi ciągle! Musiałam tedy powiedzieć panu de la Grille, krewnemu twemu, że Adrjan wyjechał do Calvados.
— Zapewniłaś go o tém?.
— A tak..
— I pojechał?
— Wczoraj wieczór, pocztą..
— Bez pasportu?
— Myślisz żem tak roztrzepana! kazałam mu dać pasport panu Legaigneur, z którym robię co chcę.
— Ty więc teraz komenderujesz w ratuszu?
— A kiedyś ty chory, trzeba przecie żeby któś rządził! Bądź spokojny, nie więcéj głupstw zrobię jak drudzy.
— Zresztą bardzo dobrze żeś mu pasport dać kazała, ale pod jakiémże nazwiskiem?
— Śliczne pytanie! pod nazwiskiem własném! de la Grille!
— A! to słusznie!
— Klaudyuszu, widać żeś jeszcze nie wyzdrowiał i nie przyszedł do siebie; pamięć dotąd trochę przytępiona... zaśnij sobie nim doktor nadejdzie.
— Jak tylko pan de la Grille nadejdzie.. powróci, zaraz go tu do mnie przyprowadzisz.. Dałażeś mu dokładny adres mojéj bratowéj, matki Adrjana?
— Proszę być spokojnym, nie zapomniałam o niczém.
W téj chwili zapukano do drzwi zlekka i Legaigneur spełniający obowiązek sekretarza, ukazał się dając znak gospodyni, która przyjęła go z niecierpliwością.
— Czego chcesz? spytała żywo ale cichym głosem.
— Wielka nowina — rzekł sekretarz.. trzeba mi się zaraz widzieć z obywatelem Klaudyuszem Mouriez.
— Nie więcéj jak na dwie minuty.. odparła Zuzia. Przyprowadziła Legaigneur’a do łóżka chorego. Sekretarz skłonił się nizko. Klaudyusz podał mu rękę i kazał mu usiąść, mówiąc:
— A co tam nowego?
— Tylko mi nie przedłużaj! szepnęła rozkazująca gospodyni.
— Raportuj mi krótko! rzekł Klaudyusz posłuszny.
— Oto więc rzecz cała, rzekł Legaigneur wpatrując się drżący w gospodynię. — Wczoraj ważnego zatrzymano więźnia..
— Codzień ważnych więźniów zatrzymują, przerwała Zuzia, ustawując sprzęty niepotrzebujące uporządkowania.
— Dajże mu mówić Zuziu, odparł Klaudyusz łagodnie.. No! kogożeście zatrzymali?
— Twojego zabójcę obywatelu!
Klaudyusz poruszył się cały, wzdrygnął i zadrżał.
— Głupiś obywatelu Legaigneur, rzekła Zuzia klapiąc go po ramieniu — patrz cóś zrobił, uwiadamiając go o tém tak niespodzianie.
— To nic, Zuziu, to nic, rzekł Klaudyusz wstrzymując się, dreszcz to był z gorączki, ale nie od téj wiadomości. A cóż mnie zabójca obchodzi?
— Darmo to już mówić, przerwała Zuzia, zawsze to jakiś robi skutek, obywatelu Legaigneur jesteś głupi.
Klaudyusz ruchem łagodnym, zmitygował apostrofę gospodyni i rzekł do sekretarza:
— Odmaluj mi pan wiernie tego człowieka..
— Nie widziałem go, rzekł sekretarz.
— Trzebaż go było widzieć, dodała Zuzia.
— A tak, potrzeba go było widzieć, rzekł Klaudyusz, zapytaliżeście go jak się zowie?
— Spytano go o to, odparł wzruszony nieco sekretarz.
— Jakże się nazywa?
— Otóż zapomniałem się o to właśnie zapytać — mruknął Legaigneur.
— Możesz pójść grać rolę Cadet-Roussel’a, zawołała Zuzia.
— Chcę zaraz widzieć tego człowieka, rzekł Klaudyusz z poruszeniem wewnętrzném, które starał się miarkować — ale jak najmniéj hałasu, jak najmniéj odgłosu; niech mi go przyprowadzi dwóch ludzi tylko.. Prędko, Legaigneur.. na ulicach mało jest ludzi o téj godzinie. Ruszaj i czasu nie trać.
Sekretarz skłonił się nizko Zuzi i wyszedł spełnić dane rozkazy.
— Zuziu, rzekł Klaudyusz, o któréj jak sądzisz wyjechał wczoraj pan de la Grille?
— Nie mówił mi godziny; ale wiém, że wyjechać musiał wczoraj wieczorem lub dziś w nocy, pocztą. Każę konie zakładać, powiedział mi, i jadę zaraz sam, bez sługi, jak poseł Rzeczypospolitéj.
— Nareszcie,.. szepnął Klaudyusz jakby sam do siebie mówiąc.. nareszcie dowiémy się wszystkiego..
— Czego? spytała Zuzia.
— Cierpię na głowę Zuziu; i co mówię nie może być tak bardzo jasném...
— Tak, tak, odpocznij tymczasem.
Był kwadrans milczenia, wszedł woźny i oddał Zuzi arkusz papieru, było to piérwsze badanie obwinionego.
Klaudyusz prosił gosposi, żeby mu główne punkta odczytała; Zuzia usłuchała go:
«Obwiniony upiéra się taić nazwisko, ale przyznaje się do występku.”
— No, to on, rzekła Zuzia.
— Czytaj daléj, przerwał Klaudyusz.
Gospodyni czytała.
Pytanie: — Gdzieś spotkał Klaudyusza Mouriez?
Odpowiedź. W ulicy Thiers — szedł sam jeden.
Pytanie. A ty, byłeś sam jeden?
Odpowiedź. Sam.
Pytanie. Jaką bronią go raniłeś?
Odpowiedź. Laską ze szpadą we środku, gdy czytał przechadzając się gazetę. Klaudyusz Mouriez upadł. Myślałem że zabity, zaciągnąłem go do ogródka blizkiego, którego fórtkę zastałem otwartą, poczém fórtkę zamknąłem, i nieoddalałem się żeby zobaczyć co daléj będzie.
Pytanie. Jaki miałeś powód nastawania na życie obywatela, któremu władza powierzona została.
Odpowiedź. Powodem było moje przekonanie polityczne: Klaudyusz Mouriez był dla mnie nieprzyjacielem.
Pytanie. Przekonanie więc twoje prowadzi do zabójstwa?
Odpowiedź. Tak jest, jeśli się bić z kim nie można.
Pytanie. Więceś go wyzywał?
Odpowiedź. Tak jest; ostatnich dni przeszłego miesiąca, chodziłem go wyzywać do ratusza. Wzięto mnie za warjata.
Pytanie. I rzuciłeś się potém do zabójstwa?
Odpowiedź. Tak.
— O, to bezwstydny! zawołała gospodyni odrzucając od siebie daleko arkusz papieru. Ale mu trzeba oddać tę sprawiedliwość że się nie tai, przynajmniéj szczéry: sędziowie nie będą z nim mieli kłopotu; proces po takich zeznaniach kończy się łatwo — Jesteś winny? Tak. — Zabiłeś? — Tak. — Zasługujesz na śmierć? — Tak. Podoba mi się ta otwartość. Ten zabójca jest niechybnie ex-dworakiem ex-króla.
Klaudyusz Mouriez wydał głębokie westchnienie i głowa jego na wpół podniesiona w czasie czytania, opadła na poduszki.
W sieniach słychać było brzęk karabinów, a Zuzia wybiegła do drzwi wołając:
— Otóż i zabójca! radabym go zobaczyć!
Wtém obwiniony wszedł do pokoju Klaudyusza Mouriez.
Powróćmy teraz do salonu domu pod N. 49, w ulicy Thiers.
Klaudyusz Mouriez wybiegł był do bramy, u któréj młot usłyszał, gdy Andrzéj dał znak hrabinie do ucieczki; ta usłuchała jak niewolnik posłuszny; przycisnęła sprężynę konsoli, a światło salonu wpadło w ciemne podziemie. Ale w chwili gdy się mieli oboje rzucić do tego schronienia, Adrjan podniósł głowę i poruszył rękami jakby zmysły odzyskiwał, a rozwaga nagła na nic innego nie naprowadziła Andrzeja, tylko żeby porwać młodego człowieka, który wychodząc z omdlenia miał być świadkiem ich ucieczki i posiadaczem ich tajemnicy. Spełniono to z szybkością jakiéj wymagają podobne zdarzenia.
Przy blasku lampy podziemia, Andrzéj postrzegł, że Adrjan nie był jeszcze wyszedł całkiem z omdlenia, a gwałtowna kryzis nerwowa rzucała nim, choć oczu jeszcze otworzyć nie mógł.
— Nie mamy chwili do stracenia, rzekł, schronienie to nie jest bezpieczne. Korzystajmy z pozostałych momentów, otoczą dom i lasek przyległy, to niewątpliwa. Możemy jeszcze dostać się do poblizkiego domu mego, będzie to przytułek do nocy, a w nocy, pomyślimy co czynić.
Hrabina Margareta skłoniła głowę, zamyśliła się przez chwilę; potém dała znak poecie, że się zgodzić nie może, wydarła kartkę z książeczki, którą nosiła przy sobie, i napisawszy ołówkiem: — Do Denisa. położyła ją na straży przy piérwszéj lampie, u wnijścia podziemia, od strony lasu.
— Okropnémby było, odezwała się do towarzysza, opuścić tego biédnego młodzieńca, a jednak...
— Pani, rzekł Chenier, wynijdź piérwsza, nie opuścim nikogo nawet nieprzyjaciela.
Hrabina podniosła horyzontalne drzwi podziemia; Andrzéj Chenier wziął na ręce Adrjana jeszcze pozbawionego zmysłów, i znikli w gęszczy lasu od strony Viroflay.
Natura, która mimo szaleństw naszych spełnia zawsze obowiązki swoje, ożywiała pustynię tę wdziękiem godziny porannéj. Wszystkie stworzenia, których Bóg nie obdarzył rozumem ludzkim, weseliły się życiem na drzewach, pod kwiatami krzewów, w płotach gęsto zarosłych i śpiewały na wszystkie tony, wszelkiemi głosami hymn miłości i wiosny.
Było to dnia 19 maja, a poeta jakiś w Merkurym, występował z wierszami następującemi:
Niesiony przez amorki na tronie z obłoków,
Miesiąc maj się uśmiecha do odmłodłéj ziemi, —
Swobodniéj płyną fale srébrzystych potoków,
I parami płodnemi żyźniąc ziemię w koło,
Tegoż dnia, Konwencya z uroczystością niemal religijną, przechodziła przez taras des Feuillans i zajmowała miejsce w Tuilleries, zamczysku pustém od 10 sierpnia; czarném i smutném a zbudowaném zda się na nieszczęście tych, co tu mieszkać mieli — choć nigdy przeto mieszkańców miejscu temu nie zabraknie.
W przecięciu lasu wiodącém do Viroflay, stał naówczas maleńki domek zamknięty w ogródku i otoczony od przechodniów cztérma murami. Andrzéj Chenier zatrzymał się na chwilę przed tym domem, dla dowiedzenia się czy był zamieszkany lub pusty. Okienice na wpół otwarte, wazony kwiatów na oknach, klatki ptaszków pozaczepiane na murach, szmer z folwarcznego dochodzący dziedzińca, wszystko świadczyło dostatecznie, że dom ten był zamieszkany przez szczęśliwych ludzi, wieśniaków znających szczęście swoje.
Chenier całych swych sił potrzebował do walki z nerwowemi konwulsjami biédnego Adrjana; niepodobna mu było dłużéj spełniać to poświęcenie się, które w niebezpieczeństwie stawiło kobiétę; bez żadnego więc skrupułu, złożył synowca Klaudyusza Mouriez u progu domu tego i pociągnąwszy silnie za dzwonek, uszedł z oczów, wiodąc hrabinę Margaretę w blizkie zarośla, zkąd mogli widzieć wszystko niepostrzeżeni.
Drzwi się otworzyły, na progu ukazał się mężczyzna na wpół odziany, krzyknął, wzniósł ręce ku niebu, schylił się do Adrjana, dźwignął go i zniknął z nim w ogrodzie.
W téjże chwili, dwie okienice otworzyły się od facyaty, kobiéty pokazały się w oknach i znikły, jakby nie chciały tracić czasu na patrzanie, gdy chodziło o prędką pomoc.
— Chwała Bogu! rzekł Chenier — są kobiéty! sumienie mam spokojne; biédnemu chłopcu nie zabraknie troskliwéj pieczy!
I rzuciwszy raz jeszcze wzrokiem na gościnny domek, rzekł podając rękę hrabinéj Margarecie.
— Teraz, pani, o was czas pomyśleć.
— O nas! stryju poeto! odparła kobiéta.
Od téj chwili w postępowaniu Adrjana[1] widném było umiarkowanie delikatności pełne, które tylko dusze wybranych pojąć i pochwalić potrafią; nie wyrzekł słowa więcéj i patrzał tylko na drogę. Mówić o rzeczach próżnych, obojętnych, nie podobna mu było; mówić o miłości, nie pora. Milczenie poety miało wyraz daleko wymówniejszy wśród téj pustyni cudnéj, niżeli najpiękniejsze słowa; wejrzenia jego miały w sobie więcéj miłości niżeli mowa wydaćby potrafiła, pożerały przestrzeń i czuwały wszystkiemi strony na zasadzki drogi.
Wreszcie, las, schodząc ku uprawnym polom, rozrzadzać się począł i przyjaźniejszych dopuścił widoków. Hrabina Margareta wskazała palcem topole, jak stérnik ukazuje far portu po burzy.
— To tu! odezwała się — i smutek z radością zlały się na pięknéj jéj twarzy w jednym wyrazie.
— Czyż już? zawołał Chenier.
Są chwile, w których najkrótszy wyraz wymówniejszym jest od najwyszukańszéj deklamacyi, i może na cały dzień wystarczyć marzeniu kobiéty, która go usłyszy i pojmie.
— Szlachetny mój poeto, rzekła Margareta, w imię Boże! nie mów mi nic więcéj, nic więcéj po tych słowach! Chcę je zachować jak kwiat, który przyjaciel zostawia przy pożegnaniu. Odpowiém na wszystkie pytania jakiebyś mi mógł uczynić, bo słyszę myśl twoję, jak echo słucha głosu. Sama wnijść muszę do tego ogródka przytułku, do mego wiernego Denisa — sama! zrozumiéj mnie dobrze! Ale ja, co od tak dawna czuwam nad tobą, nie zrzekam się misji, którą wzięłam na siebie; chcę jeszcze czuwać nad krokami twemi i wiedzieć, czy jutro przedłuży ci szczęście wczoraj poczęte. Ty, wielki poeto, powiedz gwiazdom téj nocy, słońcu dnia tego, by zachowało wspomnienie twojego dla mnie poświęcenia, by mi je przypominali po wszystkie godziny życia, jeśli zapomnienie wysuszy mi serce.
Stali przed bramką któréj dwie topole były jakby zieleniejącym i olbrzymim numerem. Hrabina podała piękną swą rękę poecie i odezwała się:
— Tu posłańcy twoi i listy przyjęte będą zawsze radośnie. Bądź zdrów! bądź zdrów! bądź ostróżny! Ostróżność jest odwagą także. Ostróżność jest najpiękniejszą z cnót, trzyma ona miecz w ręku, ale probuje jego ostrza nim go użyje. Andrzeju Chenier, piorun nas rozdzielił, uśmiech niebios połączyć nas może. Bądź zdrów!
Otwarła się bramka, Margareta dobyła z siebie resztę energji, i wskazawszy na niebo jaśniejące słonecznemi blaskami, znikła.
Cienie Erebu spadły na powieki poety; niebo zagasło, krepa żałobna osłoniła drzewa; wioska stała się cmentarzem.
Długo szedł na los, jak majtek straciwszy gwiazdę przewodniczą ukrytą w chmurach nocy. Wspomnienie przyjaciela Roucher, zwróciło go do rzeczywistości i obowiązków zwyczajnego życia; począł więc w lesie szukać drogi do domku gdzie miał znaleźć przyjaciela.
Mieszkanie ogrodnika Denisa w Viroflay, miało powierzchowność wdzięczną, zdającą się urzeczywistniać marzenie poety, o cywilizowanéj oazie Północy. Był to kątek ziemi, wpół cieniem, na wpół światłością oblany; zwilżający kwiaty, dojrzéwający owoce, wśród krzewów o wspaniałych łodygach i drzew o gałęzistych koronach; dający chleb powszedni pracującemu, a poecie myśl, chleb także i nie bez kwasu, niestety!
Chroniąc się tu Margareta, która ubior swój zmieniła już na strój kobiéty średniego stanu, zrzuciła to przebranie jeszcze, i wdziała twarde odzienie wieśniaczki; włosy jéj nawet osłonił troisty zawój biały obszyty ze wszystkich stron, po wszystkich brzegach obfitemi fałszywemi koronkami.
Denis ogrodnik, młody człowiek lat trzydziestu, przywiązany jak ojciec do familji de Grave, nie okazał się zdziwionym, widząc przybywającą hrabinę Margaretę; rzekł tylko:
— Czekałem na panią.
Uśmiechem melancholijnym odpowiedziano mu, a uścisk pięknéj i szlachetnéj ręki dopełnił téj nieméj odpowiedzi.
Jednakże Aniela nie przybywała, a hrabina nieustannie wchodziła na dach domku, spoglądając na wszystkie strony po ulicach wiodących od lasu. Dzień już był w połowie; opóźnienie to zaczynało ją niepokoić.
Prosiła Denisa żeby nie przerywał rannéj swojéj pracy; ale o południu, przyszedł on z żoną i usiedli pod altanką z bzów, gdzie dziécię ich spało w kołysce, a hrabina Margareta, coraz bardziéj dręczona oddaleniem Anieli, poczęła wypytywać Denisa, raczéj dla zaspokojenia wewnętrznéj męczarni swéj, niż ciekawości.
— Czekałem żeby mnie pani spytała, odparł ogrodnik; tak jest, byłem wczoraj kilka godzin w Paryżu, dla mojego handlu.
— Dowiedziałżeś się co nowego?
— Zawsze się to tam cóś nowego dowié.
— Złe czy dobre?
— Ba! zdaje mi się na ten raz że dobre — rzekł ogrodnik tajemniczo i po cichu, jakby się lękał, żeby go drzewa nie podsłuchały.
— Powiedz-że mi, mój Denisie, te dobre nowiny.
— Dobre te nowiny, mogą być dla niektórych złe.
— Rozumiém..
— Dobre są dla nas; krzyczano o nich głośno w pałacu Egalité. Czytano pod arkadami list, który Tallien pisał z Tours do Konwencyi, pisze w nim, że w tym kraju źle idą sprawy dla sinych (bleus), żali się bardzo na niedbalstwo rządu.
— A kto list ten czytał?
— Ludzie, co tak dobrze umieli czytać jak pani hrabina, i włazili na ławki z gazetami w ręku. Trzeba była widzieć co ludzie dokazywali, i posłuchać co mówili! Furjują przeciwko Żirondynom; krzyczą że oni przyczyną wszystkiego złego, że bez nich szłoby jak po maśle. Potém, czytano inną większą nowinę, a klubiści aż się zanosili od wrzasków. Cztéry departamenta w ogniu, w Loudun 7 maja wywieszono chorągiew białą..
— Co mówisz Denisie?
— Pani hrabina może mi wierzyć, że tego nie zmyślam. Wszyscy wychodzący z kawiarni Corazza mówili o tém głośno, i nikt się nie taił. Jedni, a to nasi, powiadali, że wszystkiemu koniec, że dwóchset rojalistów wystąpi przeciwko Konwencyi; inni wołali, wznosząc pięści, że trzeba zadać cios ostatni Żirondynom, bo federalizują departamenta..
— Ale, mój poczciwy Denisie, słyszałeś-że wyraźnie i stanowczo, o téj białéj chorągwi wywieszonéj w Loudun?
— O! to pewno, pani hrabina może wierzyć słowu memu. To nowina najpewniejsza, i wyciągniona co do słowa z Monitora, jak mówią; przedają ogłoszenie o tém po groszu przed kawiarnią Regencyi.. nawet kupiłem.. i... oto jest.
Hrabina wzięła żółtawy arkusz i wyczytała przez łzy radośne, tych kilka wierszy z Monitora: «Cztéry departamenta w ogniu, Loudun wywiesił chorągiew białą.»
Trzy razy odczytała tę nowinę, i nie wierzyła jeszcze oczom swoim.
— Chorągiew biała w Loudun, mówiła jakby do siebie... to prawie u wrót Paryża.
— Właśnie to i tam mówili, zauważył Denis, mnie się tam nie wystrzegają. Zatrzymuję się wśród kup ludu, w sukni wieśniaczéj, z miną głupowatą i słucham co mówią dobrego i złego, obracając to na korzyść moję. Tak na ulicy S. Honoré, przed kawiarnią Wojskową, był jakiś uczciwy mieszczanin z Loudun i mówił, że u nich tyle rojalistów, że na armją Ludwikowi XVII wystarczą. Trzeba także powiedzieć pani hrabinie żeby być szczerym, że tam wielu mieszczan i ludu śmieli się z tego jegomości z Loudun, ale to jednak nie wywraca nowiny z gazety rządowéj.
— Dziękuję ci poczciwy mój Denisie za te wszystkie szczegóły, odpowiedziała hrabina, biegałeś więc po całym Paryżu? jakże ci się miasto wydało?
— Biegałem pani po Paryżu. Naprzód dosyć się dobrze sprzedały moje owoce i warzywa; mówią wszędzie że pieniędzy niéma, ale bogaci znajdą za co jeść smaczno. Panowie konwencyoniści nie odmawiają sobie żadnéj nowalji, wiśni i poziómek; dobrze płatni, a nie zaoszczędzą na dzień i dwudziestu cztérech groszy, bo niewiele rachują na jutro. Co się tycze Paryża, ani to wesoły, ani smutny; ale niespokojny. W ulicach wszyscy idą szybko, jakby każdemu pilno było; a to pochodzi ztąd, że każdy cóś ciekawego widział albo słyszał i śpieszy z tém do swoich. Kupcy wszyscy na progu sklepów patrzą na przechodniów, czekają na kupujących, ale tych podobno doczekać się im trudno. Sprzedających gazety i portrety P. Marat, którego świéżo trybunał oczyścił, bardzo wielu. W ogrodzie Tuilleries świat wielki, jak gdyby się spodziewano fajerwerku na placu Ludwika XV. Co chwila wychodzi któś z Konwencyi, na tarass des Feuillans i deklamuje ludowi mowy reprezentantów jego. Lud klaska lub świszcze wedle tego jak mu się podoba. Wszystko to bardzo zabawne, ale wprawia w gorączkę. Słowa którém najczęściéj powtarzane słyszał na prawo i lewo, są: Jak to się wszystko skończy? ale nikt nie odpowiada na nie.
— Dziękuję ci Denisie, przerwałam ci twoję pracę, straciłeś dla mnie czas drogi. Alem ci bardzo wdzięczna za to, cóś mi powiedział.
Grzecznym ukłonem pożegnała ogrodnika, który odszedł.
Gdy hrabina Margareta została samą, piérwszą jéj myśl zajął wielki poeta, bo nic go z pamięci jéj wyrugować nie mogło.
— Jakże był szlachetny i pełen godności dzisiaj — mówiła w myśli. Jak wszystko dla mnie zapomniał, nawet miłość swoję. Na jego miejscu, pospolity kochanek, piérwszy z brzegu młody chłopiec, byłby chwycił zręczność wynoszenia swych usług, swego męztwa, poświęcenia i byłby mnie oświadczeniami zarzucił, bo usta lubią je powtarzać, zwłaszcza, gdy ich w sercu niema. On, z którego ust płynie najczystszy miód poezji; on, co każdemu słowu umié nadać urok najwyższy, do jakiego podnieść się może mowa ludzka, milczał jak pustynia którąśmy przechodzili; a jednak ręka moja dotykając jego serca, świadczyła, że to serce biło gorąco, że w niém pałał skarb natchnień, które tłumił i na milczenie wskazywał z niezrównaną wspaniałomyślnością.
Potém unosząc się nad cudnym widokiem strojnym w miesiąca kwiecistego barwy, czuła głos tajemny który jéj mówił, że tu było szczęście, w tych cieniach chłodnych, w téj zielonéj tebaidzie, gdzie szalone wybuchy ludzi konały nieodbite żadném echem, gdzie dwa serca mogły sobie wystarczyć, i o nic nie prosić świata, tylko by niemi wzgardzić raczył.
— Tu żyć zawsze, żyć z nim! Są wyrazy tak przywykłe chodzić razem, że każda prawie kobiéta wyrzec je musi i każdéj się zdaje, że je piérwsza wyrzekła, raz przynajmniéj w życiu.
Gdy po raz dziesiąty powtarzała te wyrazy, otworzyła się fórtka ogrodowa i weszła Aniela.
Biédna Aniela i twarz miała zmięszaną i ubiór pomięty: długiego potrzebowała spoczynku i milczenia nim mogła odpowiedzieć na żywe zapytania Margarety: nakoniec odezwała się hrabina łagodnie, ale stanowczo.
— Wybacz mi, droga Aniela, moja żywość cię męczy, daruj, ale cię na gorących węglach czekałam. Co się stało?
— Zabity! odpowiedziała Aniela, chwytając powietrze z trudnością.
— Kto? przerwała hrabina głosem stłumionym, z twarzą okrytą okropną bladością.
— On.
— Na Boga, Anielo, wytłómacz się jaśniéj, zawołała Margareta padając osłabła na kanapkę obok Anieli.
— Daruj mi hrabino, tak jestem znużona biegiem. Gdybym nie widziała nie mówiłabym; uwierzyłam na własne widząc oczy... Teraz wszyscy nas zwodzą..
— Zaklinam cię Anielo..
Margareta w najwyższym stopniu przerażona, zatrzymała się nie mogąc dokończyć pytania; ręka jéj którą przycisnęła dłoń towarzyszki, dopełniła reszty.
— Tak pani, kończyła piérwsza, widziałam go, tego straszliwego Klaudyusza Mouriez, rozciągnionego, zabitego, i krwi dużo rozlanéj wkoło...
— Klaudyusz Mouriez zabity? zapytała nagle hrabina zmieniając wyraz.
— Naprzód, sądziłam że pani o tém wiész; potém.
— A jakże o tém wiedzieć mogłam? przerwała hrabina.. nie widziałam nic będąc w podziemiu, wyszedłszy nikogo nie spotkałam aż do tego domku.
— Myślałam, że Chenier pani o tém mówił, że jéj oznajmił to zwycięztwo, bo P. Chenier zabił nieprzyjaciela mężnie, mogę zapewnić. Przypadkiem świadkiem byłam zdaleka tego pojedynku. Nie widziałam nic, ale brzęk szpad był wielki, potém krzyk śmiertelny.... Klaudyusz Mouriez został w ogrodzie pani, a P. Chenier zniknął.
Margareta otwiérała oczy ogromnie, a usta jéj drżące zdawały się za każdym wyrazem Anieli, gotowe wykrzyknąć:
— Ale co mi za dziwy mówisz? zawołała; więc pan Chenier zabił Klaudyusza Mouriez w pojedynku?
— A któżby go zabił w ogrodzie pani, jeśli nie on?
— O któréj godzinie?
— O wschodzie słońca.
— To niepodobna Anielo! niepodobna! Chenier na chwilę mnie nie opuszczał, nie wyszedł z salonu, z podziemia.
— Sądzisz pani?
— Jak to, czy sądzę?
— A! zawołała Aniela z osłupieniem naiwném kobiéty, która zmyślać nie umié.
— Anielo, pobladłaś, zadrżałaś cała.. albo mi ukrywasz prawdę, albo słowa moje zwróciły uwagę twoję na cóś tajemniczego, czegom wiedzieć nie powinna. Anielo.. łzy widzę na twojéj twarzy; wzruszona jesteś nadzwyczajnie; kryjesz przedemną cóś strasznego... Anielo, wiész że tajemnice zgaduję... instynkt mój nigdy mnie nie zwodzi.. Nie czekaj żebym ja powiedziała.. mów sama.
Hrabina tych słów domawiając, schyliła się prawie do kolan Anieli.. a w mowie jéj było cóś naglącego, przymuszającego, czemu się oprzéć niepodobna.
— Pani, mówiła Aniela drżąc jak zbrodniarz schwytany na uczynku — chciałabym.. ale przyrzekłam.. przebacz mi... to tajemnica...
— O! zawieleś mi już powiedziała! zawołała hrabina składając ręce jak przed cudownym obrazem. Kończ, kończ, dobra moja Anielo; pani twoja, przyjaciółka, siostra, hrabina, prosi cię, zaklina żebyś jéj powiedziała wszystko.. mów.
— Mój Boże! odparła Aniela wznosząc oczy w niebo. Bóg mi świadkiem, że wolałabym popełnić występek... bo to występek.
— Nie, nie, Anielo, nie miéj tych skrupułów. Jeśli to tajemnica, zachowamy ją we dwie; będziemy się do zachowania jéj podbudzać wzajemnie; dwie kobiéty są w takim razie silniejsze. Anielo, mów na miłość Boga!
— Pani! zawołała Aniela z wysiłkiem największym, muszę cię usłuchać.. za słaba jestem, żeby się ci opiérać.. będzie to dla mnie nauką.. Zabójcą mężnym Klaudyusza Mouriez, jest hrabia de Pressy.
— A! mój Boże! krzyknęła hrabina zakrywając twarz rękami.
Długie milczenie nastąpiło po tém wykrzyku. Spójrzała śmiało w oczy Anieli i zapytała jéj:
— Widziałaś go?
— Widziałam go pani.
— Mówiłaś z nim?
— Mówiłam.
— Jakże dziś hrabia de Pressy, który znikł z między żywych od 10 sierpnia 1792, zjawić się mógł przed domem moim, właśnie w chwili gdy mnie od nieprzyjaciela bronić było potrzeba?
— Łatwo to się tłómaczy; hrabia czuwał nad panią, gdyś pani czuwała nad kim innym, czuwał dzień i noc ze szpadą w ręku; zapomniał o prześladowaniach i osobistém niebezpieczeństwie, myśląc tylko o twojém; a gdy straszliwy ten Klaudyusz Mouriez przyszedł po raz ostatni do pani z obelgą.. między nią a sobą znalazł gotowy oręż wspaniałego hrabiego de Pressy.
Margareta najżywiéj była wzruszona, ogniste łzy płynęły po jéj pięknéj twarzy.
— Anielo, odezwała się głosem, który łkanie co chwila przerywało. Anielo, to co mi mówisz napełnia mnie boleścią i radością; nigdym nie sądziła, żeby można doznać razem uczuć tak sprzecznych. Szlachetny hrabia de Pressy! zawsze ten sam! zawsze gotów do heroizmu wedle godła przodków swoich! Jestem teraz pewna, że ci zabronił mówić mi o tém swojém poświęceniu?
— Zabronił mi mówić o nim, pani; opowiadając ci żem go widziała, że się z nim spotkałam, łamię uroczyste przyrzeczenie, dane mu dzisiaj rano w obliczu nieba. Jestem winna, aleś pani tego chciała..
— Zawsze mnie kocha! zawołała hrabina nie słuchając Anieli. Szlachetne serce! umysł piękny i prawy! zawsze ma słuszność nawet w błędach swoich! Otoż nowy piorun, który losem moim wstrząsa.. Mój Boże, daj mi zbawienną rozwagę.. Głowa mi płonie, nie wiém co począć.. Z obu stron przepaści — środkiem nie ma drogi. Anielo, szał czuję w głowie; daj mi rękę.. potrzebuję spoczynku.. spokój lepiéj mnie natchnie. Chodź, dobra moja Anielo, zaprowadź mnie do drzwi tego domku; nie mogę się na nogach utrzymać! Szlachetny hrabia de Pressy!
Klaudyusz Mouriez podniósł głowę aby rychléj zobaczyć zabójcę, którego wprowadzano.
Był to człowiek niemłody, ale oczy jego pałały jeszcze żywością młodzieńczą, która dziwną stanowiła sprzeczność z siwemi włosami okrywającemi mu głowę.
Zuzia mruknęła po cichu.
— Jak u licha ten ogromny Klaudyusz dał się zabić takiemu małemu staruszkowi.
— Zostawcie mnie sam na sam z tym człowiekiem, rzekł Mouriez głosem nieśmiało rozkazującym.
— A! tak! odparła Zuzia, myślisz, że cię sam na sam ze zbójcą zostawię! Nie ruszę się krokiem ztąd... Daremnie na mnie oczy wytrzeszczasz, zostanę, żeby w czas przynajmniéj krzyknąć o ratunek.
— Ręczę ci Zuziu, że niéma najmniejszego niebezpieczeństwa, zostaw mnie z nim.
— Panie kochany, jesteś tak osłabiony, żebyś się małemu dziecku nie obronił.
— Nie będę się potrzebował bronić.. wierzaj mi.
— A ja nie wyjdę.. oprócz tego jestem też ciekawą, chciałabym wiedzieć co tego nędznika pobudziło, żeby cię zabił.
— Zuziu, powiém ci to wieczorem.
— Wolę dowiedzieć się o tém zrana.
I Zuzia usiadła, a raczéj przyrosła do krzesła jak najwygodniéj się rozpierając, jakby w sali teatralnéj zabierając się do reprezentacyi zajmującéj.
Mouriez ruszył ramionami jak człowiek, który się zdecydował ustąpić.
— Jak się nazywasz? spytał obwinionego.
— Walenty.
— I nic więcéj.
— Nic więcéj, bom się urodził nie wiém jak na okręcie.
— Gdzieżeś się urodził?
— W Paryżu, jak wszyscy co na morze są przeznaczeni.
— Śmiało odpowiadasz, zdaje mi się panie Walenty.
— Śmiało jak paź, mruknęła Zuzia.
— Ojciec mój zmuszał mnie zawsze mówić głośno, rzekł Walenty.
— Kto twoim ojcem?
— Ocean.
— Nie potrzebuję pytać cię czyś lojalista?
— Tak, jest to całkiem niepotrzebne.
— Co miałeś przeciwko mnie?
— Wiész pan sam.
— Mylisz się.
— Odczytaj pan piérwsze badanie.
— Nie masz prawa dyktować mi co mam czynić.
Odpowiadaj: co miałeś przeciwko mnie?
— Miesiąc temu przychodziłem cię wyzwać na rękę; twoi agenci poznali mnie. Podarłeś waćpan moje wyzwanie na kawałki i zrobiłeś mnie warjatem. Onegdaj spotkawszy cię przypadkiem przez sztachety ogrodowe, zmusiłem do obrony. Biłeś się mężnie, oddaję ci tę sprawiedliwość. Biliśmy się i zostałeś zwyciężony.
— Ale ba! przerwała Zuzia, co ci ten bezwstydnik plecie? Klaudyusz Mouriez spójrzał ostro na Walentego i uśmiechnąwszy się rzekł.
— Walenty, rzekł, uczciwy człowiek z ciebie!
— To dla mnie nie nowina.
— Ale, mówił daléj Mouriez, nie mogę dać wiary twemu poczciwemu kłamstwu.
— Kłamstwu! zawołał Walenty, alboż to co mówię nie prawda?
— Tak, nie ze wszystkiém prawda... wyjąwszy cóś skłamał... Nie było zbyt jasno, wczoraj rano pod drzewami, u sztachetów, ale dobrzem widział przeciwnika, a nie był nim starzec sześćdziesiątkilko letni. Biłem się z młodzieńcem przyjacielem twoim, krewnym czy panem, który musi mieć powody ukrywania się, a ty bez jego wiedzy chcesz się za niego poświęcić... Nie przerywaj mi. Ten co mnie ranił w pojedynku, temi dniami bywał tu często, pod nazwiskiem zmyśloném odwiedzając mnie.
— Pan de la Grille! zawołała zdziwiona Zuzia.
— Tak, mówił daléj Klaudyusz, Pan de la Grille. Widzisz Walenty, że nie zmyślam; powiém ci nawet, że ten twój przyjaciel, krewny czy pan, w téj chwili jest w drodze do Calvados... Ale bądź spokojny, Walenty, tajemnicy dochowam. Można mnie było zabić podle w tym ogródku; łatwo to było; wolano wyzwać na niepewny pojedynek; jest to wspaniałomyślne postępowanie, które wspaniałomyślnością wynagrodzić powinienem.
— Panie Mouriez, rzekł Walenty wzruszony, wiész wszystko, nic więc mówić nie będę. Oczekuję na to co mi przeznaczono.
— A cóż ci ma być przeznaczone! Ściśnij mi rękę, otwórz drzwi i ruszaj sobie, jesteś wolny.
Zuzia powstała i chwytając życzliwie rękę Walentego, wskazała mu drogę do wyjścia.
— Przepraszam pana, panie Mouriez, rzekł Walenty zlekka odtrącając Zuzię... Pan bo mnie nie dobrze zrozumiałeś... Uważaj pan lepiéj, a kiedy ci się zebrało na wspaniałomyślność, nie rób rzeczy przez pół.
— Próżno myślę, odparł Klaudyusz, nie mogę cię zrozumieć.
— Ale to rzecz bardzo prosta panie Mouriez. Kilka osób uwięziono jako wspólników zbrodni, po zaburzeniu na placu Wolności. Obowiązkiem jest moim nie dopuścić, aby ci biedni wystawieni byli na niepewne losy sądu, który ich życia pozbawić może niewinnie. Sprawiedliwość często robi podobne omyłki, zwłaszcza w teraźniejszych czasach. Z drugiéj strony, nie zcierpię, żeby ten, co się z panem bił, został skompromitowany. Imie jego powinno zostać zakryte. A żem się dał dobrowolnie wziąść, to mi z planu wypadło. Przyznam się sam do spełnienia zbrodni; sąd mnie jednego sądzić będzie! Czego się mam lękać? Śmierci? A! mój Boże! starość moja nie długie mi obiecuje życie. Skazany będę i okupię tych niewinnych, których uwolnią. Za kilka dni mowy o tém nie będzie.
— Oto poczciwy człowiek! zawołała Zuzia ocierając łzę, ale my na to nigdy nie pozwolim, nigdy!
— Zapewne że nie, rzekł wzruszony Mouriez, niepodobna na to zezwolić; nie możemy dopomódz do takiego poświęcenia, które ci cześć czyni, bez wątpienia, ale mnie by hańbą okryło, gdybym na to pozwolił. Jesteś wolny Walenty, nikt cię tu chwili dłużéj zatrzymać nie może.
— A co będzie z resztą uwięzionych?
— I ci natychmiast uwolnieni zostaną.
— A cóż powie na to lud?
— Niech mówi co chce. Zresztą mogąż mnie obwinić, że sprzyjam zabójcom moim!
— Wszystko to co pan Klaudyusz mówi, bardzo słuszna, zauważyła Zuzia, ja mu rzadko pochlebiam.
— Tak, panie, zdaje się panu żeś wszystko ułożył, ale to dla mnie nie dosyć. Trzebaż będzie robić poszukiwanie. Sprawiedliwość musi ich śledzić choćby pan nie chciał tego i nie wiedział o tém. Piérwszy urzędnik tego miasta padł pod ciosami zabójców, trzeba się będzie starać koniecznie żeby ich odkryć, a ja tego właśnie chcę uniknąć, i uniknę sam się poświęcając. Tym sposobem ten o kogo mi chodzi, na zawsze wolny będzie. Widzisz pan, że mój plan najlepszy i wszystko razem uprząta i kończy.
Klaudyusz Mouriez pochylił głowę, zamknął oczy i pociągnął rękę po czole, jak by w niém szukał jakiego sposobu.
Głębokie milczenie panowało w pokoju.
Głos tylko z ulicy obwołującego nowiny miejskie dochodził przez okna. Klaudyusz wyciągnął rękę dając znać, żeby słuchali.
Krzyk doszedł ich uszu: — Oto szczegóły uwięzienia i badania zabójcy obywatela Klaudyusza Mouriez, po groszu, z portretem zabójcy.
— Głupi! zawołała Zuzia, dobrze ten grosz zarobi!
— Widzisz, rzekł Walenty, ludowi potrzeba ofiary, dają mu zabójcę, chwyta go i nie puści.
— Waćpan nie znasz Klaudyusza Mouriez, przerwała Zuzia, dałby się zabić za Rzeczpospolitę, ale włosa z głowy niewinnego nie weźmie.
Zapukano do drzwi zlekka, Zuzia otworzyła je, cóś zagadała i obracając się ku alkówce, w któréj leżał ranny, rzekła: — Obywatel Instygator publiczny zapytuje czy widzieć się może?
— Proszę! rzekł Klaudyusz.
Urzędnik zbliżył się do łóżka, i na zaproszenie chorego, mówić począł:
— Lud żąda prędkiego ukarania zabójcy waszego. Ponieważ nędznik ten przyznał się do swéj zbrodni, process nie może być długi. Potrzeba przykładu, jeśli gdzie to tu, w mieście pełném rojalistów; przychodzę po rozkazy wasze, i życzyłbym, żebyście proces kryminalny jutro kazali rozpocząć.
— Proces się nie pociągnie! rzekł Walenty.
— Milcz! przerwała gospodyni ściskając rękę obwinionego.
Klaudyusz Mouriez począł poważnie:
— Lud żąda prędkiego wymiaru sprawiedliwości, ale chce też, żeby ona była sprawiedliwą. Znam lud, bo z niego pochodzę. Jak chcecie rozpocząć procés kryminalny w nieprzytomności głównego świadka, to jest mnie?
— Pisarz może tu przyjść po zeznanie wasze, rzekł urzędnik tonem człowieka co wszystko przewidział.
— Byłoby to złamaniem świętych form sprawiedliwości, rzekł Klaudyusz.
— Starych form...
— Tak, starych i tém świętszych, że starych, macie słuszność, rzekł Mouriez; jak gdyby nie zrozumiał, co instygator chciał mówić — rozkażę więc odprowadzić więźnia. Powiész pan przed sądem, że za kilka dni spodziewam się być zdrowszym i sam zeznanie moje przyniosę o wypadku ulicy Thiers. Do mnie należy nadewszystko dać przykład uszanowania prawa i form. Żadnych excepcyj; niech równość nie będzie czczém słowem.
— Ślicznie powiedziano, odezwała się Zuzanna. Urzędnik dziwnie spójrzał na gospodynię, ukłonił się choremu i wyszedł.
— Otoż tylem tylko dla zyskania na czasie wymyślić potrafił, rzekł Klaudyusz.
— A na co zyskiwać na czasie? spytał Walenty.
— Słuchaj no Walenty, kończył Klaudyusz, czemu się sprzeciwiasz ze swoim natrętnym heroizmem, moim widokom i myślom? Namyśl się, cobyś sądził o mnie, jakiebyś miał wyobrażenie o moim charakterze, gdybym ci takiego poświęcenia dozwolił? Zrób-że cokolwiek dla mnie. Rewolucye tém są dobre, że szlachetnym sercom i poświęceniom wszelkiego rodzaju otwierają drogę. No! Walenty! proszę cię, poświęć się nieco i dla mnie.
— No, niech tak będzie, rzekł Walenty wzruszony, trzeba żyć, żeby ludzi poznać. Ktoby to powiedział, żeś waćpan Klaudyusz Mouriez!
— A ja ci powiadam, że to dziecko, przerwała Zuzanna, ja go znam przecie.
— Zuziu, dodał Klaudyusz, wszystkie twoje uwagi o mnie, gdy rzeczy serjo się traktują, wcale nie są w miejscu.
— Ale ba! myślisz że się będę wstrzymywać od uwag i gadania, choćby chodziło nie wiém o co! Wszystko tu serjo! Musiałabym ciągle milczeć.
— Zuziu, wpuść urzędnika policyjnego i straż, rzekł Klaudyusz, a ty Walenty, obiecujesz mi pomagać?
— Obiecuję, rzekł Walenty ze łzami w oczach.
Straż weszła.
— Odprowadźcie go do więzienia, rzekł Mouriez ostro, i niech nikt nie waży się dostąpić do niego, ani z nim mówić.
Gdy Zuzia została sam na sam z Klaudyuszem, zbliżyła się do jego łóżka i rzekła:
— Zrobiłeś coś poczciwego, zobaczysz, że ci to wyjdzie na dobre.
Opuszczając zarośla powieści i szczegóły mniéj potrzebne; znajdujemy hrabiego de Pressy w małym domku wiejskim, blizko Evreux, u pani Mouriez, matki Adrjana, w chwili gdy oboje wyjeżdżają pocztą, z powodu, który się zaraz wytłómaczy.
Matka Adrjana odebrała list następujący:
Niepodobna mi się wytłómaczyć jak się dostałem do domu, z którego do ciebie piszę; wiém tylko, żem bardzo osłabiony, jakby po długiéj chorobie, poczciwi jacyś ludzie troskliwie chodzą koło mnie, od rana dzisiejszego gorączka i delirium ustały. Długi czas upłynie nim całkiem przyjdę do zdrowia, ale gdybyś była przy mnie, zdaje mi się żeby mi nic nie brakło.
Nie pisz do mego stryja, nie wstępuj do niego przejeżdżając przez Wersal; nadtom osłabiony żebym ci wszystko wytłómaczył. Przyjedź, opowiem ci resztę.
Pilnuj ściśle skazówki jaką mi dyktują, a łatwo znajdziesz dom, w którym ja jestem.
«Zapytać od Xawerego Meignan o dom dawnego leśniczego, dadzą przewodnika, ulica de la Treille, N. 28. w Wersalu. Nie pytać o nic więcéj; nie badać.
Żywo będąc niespokojną, matka Adrjana przyjęła miejsce ofiarowane jéj w powozie hrabiego de Pressy, i nazajutrz była u łoża chorego syna swego.
Hrabia de Pressy, uznał przyzwoitém wstrzymać się od tych piérwszych odwiedzin: nie przestąpił progu domu w którym Adrjan złożony został po straszliwym ranku owym, i przyzostawszy się w lesie, zajął się nieco sobą samym: spłaciwszy dług sowicie miłości bliźniego, wolno być egoistą w chwili spoczynku po spełnieniu ważnéj posługi.
Wszystkie domysły, które pan de Pressy nagromadził rozważając, nie doprowadziły go, wedle zwyczaju do niczego pewnego, ale przez chmury dumań dójrzał, że hrabina Margareta, która miała tajemne stosunki z Denisem, ogrodnikiem w Viroflay, nie musiała być obcą tajemniczéj historji Adrjana, opuszczonego na progu domku odosobnionego, wśród lasu.
Ubezpieczony swoim ubiorem i pasportem pod nazwiskiem zmyśloném, na którym stał podpis protekcyjny władzy republikanckiéj, hrabia de Pressy postanowił wyjaśnić swe domysły dalszém badaniem; bo co przypuszczał nadewszystko i nie bez prawdopodobieństwa, to stosunek jakiś występny między hrabiną a Adrjanem. Zasiadł więc w szynczku drwalów niedalekim od domku Denisa, i płacąc sowicie gospodarzowi, żeby u niego być bezpiecznym, zasiadł niejako szpieg, co zawsze ohydna, ale jako postrzegacz, co czasem dozwolone.
Andrzéj Chenier, czekał jeszcze na obiecanych posłańców i ciągle nadaremnie; opóźnienie to co chwila dziwniejsze i mniéj pojęte mu się wydawało. Sprzykrzywszy sobie oczekiwanie, napisał list rozpaczliwy, w którym dopraszał się o chwilę rozmowy, dla umówienia się o wyemigrowanie do Anglji. Opatrzony tym listem, poszedł jednego ranka ku Viroflay, rachując na zręczność, która mu poddać miała miejscowość i okoliczność z oddaniem swojego pisma hrabinie.
Gdy tak krążył z listem w ręku wzdłuż murów ogrodowych, kryjąc się za drzewami las obrzeżającemi, usłyszał szelest kroków i zwracając szybko głowę, ujrzał naprzód i poznał hrabiego de Pressy. Są chwile w których podstęp wszelki byłby próżny, bo nie dozwalają żadnego daremnego wybiegu.
Hrabia ukłonił się Andrzejowi Chenier z tą grzecznością wdzięczną, która w podobnych razach równa się uderzeniu piorunowemu, i podał mu rękę, jakby go spotkał na przechadzce w ogrodzie.
— Pokazuje się, rzekł, panie poeto, że oba razem przetrzęsamy las, i jednym idziemy tropem, iż użyję wyrażenia myśliwskiego.
— Zdaje mi się, odparł Chenier z zimną krwią dobrze udaną — że wolno mi las przetrzęsać jak panu, odkąd prawa myśliwskie nadały nam więcéj swobód pod Rzeczpospolitą.
— Doskonale! rzekł hrabia śmiejąc się — spotykamy się na przesmyku, pan i ja, jakby to było wyznaczone stanowisko. To prawdziwie szczęśliwie! Nie wiész tam pan o jakim odyńcu lub maciorze?
— Panie hrabio, odparł Chenier, zdaje mi się, że te wstępy są próżne i niegodne nas obu. Potrzeba śmieléj przystąpić do rzeczy, a jam gotów odpowiedzieć mu.
— Na poczciwość, poeto, śmiesznym mi się wydajesz. Jeśli się panu zdaje przystąpić do rzeczy, no to przystępuj piérwszy, a śmiało? Co do mnie, gotów jestem gadać z panem o rzeczach obojętnych do wieczora, jeśli się to panu podoba, i opowiedzieć mu o przepyszném polowaniu, jakieśmy tu mieli z P. de Grave d. 12 lipca 1789, na którém wszystkie nasze psy się rozprzęgły... Niech pan tylko raczy usiąść pod tym drzewem, opowiém panu jakie nam tu figle płatał odyniec, którego w ostatku zmuszeniśmy byli forsować końmi.
— Hrabio de Pressy, rzekł Chenier, pan nadużywasz żartu.
— Tęgo mówisz poeto, ale nie przystępujesz jeszcze do rzeczy.
— Hrabio de Pressy, pan wiész dobrze, że oba nie mamy jedynéj broni, któraby nas od szermowania słowami uwolnić mogła.
— Jest to jakaś mglista groźba? nie prawdaż panie Chenier?
— Przystępuję śmiało do rzeczy, panie hrabio.
— Chcesz się więc wytłómaczyć pojedynkiem?
— Innego tłómaczenia dać panu nie mogę.
— Mylisz się, kochany poeto.
— O tém ja tylko sądzić mam prawo, a ja nie przyznaję się do omyłki.
— Daruj mi, panie Chenier, przyznasz się do niéj, boś człowiek uczciwy i prawy, i wyzywam cię żebyś milczeć mógł, gdy przemówię do jego honoru.. Czekasz tu na hrabinę Margaretę?
— Nie, panie hrabio.
— A! panie Chenier, daruj, omyliłem się, rachowałem na twój honor i uczciwość.
— To dobrze, panie hrabio, wybornie; wolę już wprost obelgę rzuconą w oczy, przynajmniéj uwalnia od dalszych tłómaczeń; człowiek obrażony nie odpowiada... Panie hrabio, gdzie się jutro spotkamy?
— Otóż! jak uparcie trzyma się swego pojedynku! Alem cię nie obraził, nie chcę pojedynku! nie przyjmuję tych wykręcań słów. Wiész dobrze żem nie tchórz, wiész jak szpadą władam, wiész żem sto razy miał pojedynki szczęśliwe. Co za szał zmusza cię bić się z hrabią de Pressy? chyba żeś był podporucznikiem w Royal-Angoumois, gdzie się bili wcale nie tęgo; wiém to doskonale, bom w dwudziestym roku był jego półkownikiem. Kochany poeto, pióro ci rękę popsuło. Jeśli się uprzesz, ręczę ci, że pojedynek nie potrwa długo, i choć masz dłoń silną, wyrzucę ci szpadę o dwadzieścia kroków, a co potém powiész?
— Powiem mości hrabio, żeś zuchwalec.
— No! zuchwalec jestem, zgoda. Chcesz się bić ze mną, będziesz się bił; ale jeśli ci dam tę satysfakcyę, żądam innéj od ciebie, dasz, mi ją panie Chenier?
— Jeżeli ona...
— Bez jeżeli. Jak to! robię co chcesz, słucham cię, powoduję się twojemi fantazjami poety, a ty mi odmawiasz niewinnéj satysfakcyi o którą cię proszę?
— Nie wiém jakiéj.
— Dasz mi ją, słowo honoru?
— Ale bić się będziesz panie hrabio?
— Będę.
— No, mów pan, pytaj. Dam panu satysfakcyą jakiéj żądasz.
— Odpowiész mi uczciwie tak lub nie, bez ogródki.
— Przysięgam ci to hrabio.
— Przysięga twoja zapisana; — niebo mam za świadka. Andrzeju Chenier jesteś kochankiem hrabinéj Margarety?
— A to dziwna..
— Tak lub nie, przerwał hrabia tonem poważnym i silnie, tak lub nie. Wiém dla czego zmuszony jestem pytać się o to. Przysiągłeś mi odpowiedzieć. Jesteś kochankiem hrabinéj Margarety?
— Nie.
— Przysięgasz w obec nieba, wzniósłszy rękę ku Bogu.
— Przysięgam.
— Na popioły matki twojéj.
— Tak, na popioły mojéj matki.
Hrabia de Pressy wyjął maleńkie album z kieszeni, i podając ołówek poecie, rzekł:
— Masz-li wstręt zeznać na piśmie i stwierdzić podpisem coś wyznał?
Chenier zawahał się chwilę i odezwał.
— Piszę i podpisuję.
— Dobrze, panie Chenier, kontent jestem z pana i mam nadzieję, że i pan ze mnie rad będziesz.
— Będziesz się bił hrabio?
— Jak to? wątpisz o tem! służę ci. Tylko panie Chenier, pozwól mi zwrócić twoję uwagę na ciebie.
— Rozważyłem wszystko.
— Czekaj pan, słówko, nie przerywaj — nie jesteś kochankiem hrabinéj Margarety; przysiągłeś to na honor: rzecz więc pewna; ale kochasz tę kobiétę, ja ci mówię że ona jest moją żoną; masz więc projekcik wcale nie moralny. Nie przerywaj mi proszę. Projekt ten, niegodny czystego muz ulubieńca, jest następujący: Kochasz kobiétę, mąż ci stoi na zawadzie naturalnie, chcesz więc zabić męża.
— Panie hrabio, chcę co Bóg zrządzi.
— Ale Bóg nie żąda żeby kochankowie zabijali mężów a żenili się z ich wdowami. Przestrzegam więc waćpana, że mnie nie zabijesz. Wyjdziem na plac, skrzyżujem szpady; dasz mi śliczną zręczność zabicia kochanka mojéj żony, a ja z niéj korzystać nie będę. Cóż potém? nie wiesz? Ja ci powiém co uczynię.. Wyjadę z Francyi z panią hrabiną de Pressy, i nie zobaczysz jéj więcéj.
— Panie hrabio, rzekł Chenier wzruszony, wyznaję że całéj téj mowy pańskiéj zrozumieć nie mogę.. nic a nic. Nigdy mąż tak lekko nie odzywał się o swojéj żonie, i nie wyzywał do podobnych tłómaczeń.
— Tak panie Chenier, to prawda; zwykle nie tak sobie postępują mężowie, ale daruj, ja nie jestem pospolitym mężem. Położenie moje nie wyjaśnione całkowicie, wina to czasu w którym żyjemy. Anormalność jest w powietrzu.
Nic się nie czyni jak w czasach zwyczajnych. Rewolucya wszędzie. Mąż pyta młodego człowieka: Jesteś kochankiem mojéj żony? To się nigdy jeszcze nie trafiło, a dziś się trafia. Mieliśmy cztérnaście wieków królestwa; wpadliśmy w Rzeczpospolitę, jak mi onegdaj mówiono: dziw-że się tu czemu! Nasz drobny wypadeczek ginie w chaosie anomalji, które nas otaczają. Nie bądź zbyt naiwnym, panie Chenier.
— Do celu, do rzeczy hrabio de Pressy.
— Pokaż-że mi cel, panie Chęnier.
— Jutro o téj saméj godzinie, spotkamy się tutaj hrabio, i Bóg nas rozsądzi.
— Upiérasz się przy swojém.
— Wszystkiegom zapomniał oprócz obrazy; jeszcze mi ona czoło rumieni.
— No, panie Chenier, jeśli chcesz to odwołuję com powiedział.
— A ja nic nie odwołuję.
— Niech i tak będzie, kiedy koniecznie chcesz, muszę się do twéj woli zastosować.
Hrabia skłonił się bardzo wdzięcznie poecie i znikł w gęstwinie lasu.
Chenier zapomniał o liście z którym szedł, i zamyślił się o losach jutra.
O umówionéj godzinie, Andrzéj Chenier stanął na placu; poeta został znów podporucznikiem; niósł z sobą do boju tę odwagę którą instynkta szlachetne obdarzają wszystkich ludzi genjalnych, wszystkich artystów władających pieśnią, dłótem lub pędzlem; odwagę, która towarzyszyła Michałowi-Aniołowi w r. 1527 w oblężeniu Florencyi, która ożywiała Danta wstrzymującego Pizanow w Ponto-d’Era i Salwatora Rozę, gdy w wąwozach Abruzzów, chwytał broń rzuciwszy pędzle.
Poeta pożerał chwile upływające, a oko jego wciskające się w każdy przestrzał lasu, nie mogło dostrzedz żadnéj postaci ludzkiéj poruszającej się w cieniu tych mass zieloności, w których ptacy śpiewali tylko poezje swoich miłostek.
Nawet w téj chwili gorączkowego oczekiwania, podlegał dwóm panującym wpływom, od których myśl jego oswobodzić się nie mogła. Oczy jego widziały kobiétę oddaloną, usta mruczały jońskiemi wierszami; miłość szła do niego od ziemi, natchnienie z niebios płynęło. Siedząc na placu śmierci, odmawiał pomimowoli pożegnanie życia Gilbert’a, jak poboźniś odmawia modlitwy konania, i mówił do siebie:
— Jeden jeszcze, jeszcze jeden poeta ginący w wieku moim, u progu świetnéj przyszłości! Biedny Gilbert! Jak się on uśmiéchał, umiérając, do téj pięknéj natury, do uśmiéchnionego lasów wygnania! a z tchnieniem jego ostatniém, natura nie przestała być piękną, lasy nie przywdziały żałoby! Co obchodzi naturę, że jeden poeta umrze! sama natura jest poetą, i niewiele dba o bezsilnych współzawodników swoich.
Godziny upływały, Chenier wściekle cisnął gardę szpady schowaną pod suknią, obruszał się na to niepojęte opóźnienie, któreby na rachunek tchórzostwa położył, gdyby odwaga hrabiego nie była uznaną powszechnie u dworu i wszystkich co go znali.
— O! wołał jakby go kto mógł słyszeć — jeśli to nie tchórzostwo, to dla mnie gorszego cóś jeszcze! Jest to nowa i krwawa obelga! Szlachcic obarcza poetę ironją swéj pogardy! Głos jego szyderski woła do mnie ze wszystkich tych drzew — Wierszokleto nie wart jesteś żebym zszedł do ciebie z dobytym orężem! Ten śmiészny hrabia parodjuje Alexandra Wielkiego, który drugiego Alexandra żądał, żeby się z nim mierzyć! Obelga ta szarpie mi jak sęp wątrobę.
Oczy poety błyskały ogniem, szpada jego dobyta darła trawnik i podrzucała niewinne kwiaty wyrwane ziemi, miotając niemi na wszystkie strony.
Nagle myśl straszna spadła na głowę jego, i od niéj zadrżał jakby go raził płyn elektryczny.
Tak długie milczenie hrabinéj Margarety, doskonale się teraz tłómaczyło. Poeta został zapomniany. Ta kobiéta, którą na chwilę odurzyło przywiązanie płoche, wstrzymała się u brzegu przepaści mając się stać niewierną, zwróciła swą miłość czystą jeszcze i nieskalaną do męża. Hrabia de Pressy oddzielony na jakiś czas wypadkami politycznemi od żony, wrócił zapewne do niéj, jak skąpiec do skarbu, i w téj chwili, gdy Andrzéj Chenier, rywal nie straszny, czekał nań ze szpadą w ręku, hrabia śmiał się siedząc przy niéj, z dziwnéj roli, którą samotny poeta odegrywał w głębi lasu.
To dojmujące przypuszczenie, co chwila dochodziło bliżéj przykréj rzeczywistości. Poeta wkrótce w myśli téj nie widział już cienia wątpliwości; rospacz, gorączka, szał obłąkały go; głowa nie mogła dłużéj powstrzymać; szarpnął się po czole jakby zeń chciał dobyć ostatnią iskierkę rozumu, i z płomieniem na licu, z blademi wargi, rzucił się ku Viroflay.
Tegoż dnia rano, hrabia de Pressy przybył do fórtki domku Denisa; rozpiął suknię, dobył z pod niéj szpadę i rzucił ją w zarośla, potém wzbudziwszy w sobie odwagę, przycisnął klamkę i wszedł.
Żaden kwiat niéma milszéj woni nad słodki zapach, który wyziéwa ogród o rannéj dnia godzinie. Hrabia z natury swéj, nie bardzo skłonny do marzenia, odetchnął tą wonią spokojną z uciechą jakiéj nie doznał wśród zielonych wspaniałości Wersalu, w dniach królewskiego przepychu; szedł krokiem nieśmiałym i powolnym przez krzewy bzów, rzucając wzrokiem, na pozór spokojnym, po wszystkich zakrętach ogrodu, gdy postrzegł na prawo wieśniaczkę podejrzanéj postaci, która nań patrzała z podziwieniem konwulsyjném.
— Pani, rzekł hrabia, wyciągając ręce przed siebie, nigdy się przebrać dla mnie nie potrafisz, mam nadzieję że i ja przebranym dla niéj nie jestem.
— Hrabia de Pressy! zawołała kobiéta chwytając z żywém uczuciem podane jéj ręce. Przysięgam na Boga, żem pana czekała.
— To mnie nie dziwi, rzekł hrabia podając jéj rękę jakby zapraszał na przechadzkę po ogródku — to mnie bynajmniéj nie dziwi; pani jesteś ostatnią z matron Galji nad Rhońskiéj; znam jéj talenta; wiém żeś w związku z przyszłością.
— Nadewszyslko znam przeszłość, odezwała się hrabina wzruszona.
— To łatwiéj, pani.
— Czasem panie hrabio.
— Dla tego, że historja zwodzi, toś pani chciała powiedzieć?
— Tak panie.
— Ale i nauka przyszłości ma zboczenia także, nawet dla Gallów; powiedz mi też proszę piękna hrabino, cóś pani odgadła w przeszłości mimo kłamliwych świadectw historji?
— Odgadłam że hrabia de Pressy wspaniałomyślnie poświęcił się dla kobiéty, i zabił mężnie potworę wypuszczoną na nas przez konwencyą.
— Jest to niemal prawda, pani, rzekł hrabia z poważnym uśmiéchem, — szczęściem historja nie mówi o tém.
— Szlachetny hrabio, kończyła z wielkiém wzruszeniem kobiéta. Oto czyn któryby królowa dawniéj miłością musiała opłacić. Ale dziś niéma królowych!
— Gdzie kobiéty tam królowe! nigdy ich nie zabraknie!
— Nawet po 10 sierpnia 1792, panie hrabio?
— Ślicznie to pani powiedziałaś, rzekł hrabia czułém wejrzeniem obejmując młodą kobiétę — ale czy to wymówka? czy ośmielenie?
— Jedno i drugie.
— Oboje przyjmuję.
— Hrabio de Pressy, ciągle czekam na twoje usprawiedliwienie.
— Wszakże wiész je pani, jak gdyby już należało do przeszłości.
— Ale chcę, panie, poznać je lepiéj, dokładniéj jak gdyby w przyszłości jeszcze miało miejsce.
— Co za duma! cóż robić! muszę ją zaspokoić kilką słowami. Jednego wieczora, pamiętaj pani ten wieczór, grano Naninę Voltair’a, w zamku hrabiego de Poix.
— Pamiętam to panie hrabio.
— Dobrze pani;.. i gdy aktor mówił ten wiersz Naniny:
Jam sobie pozwolił poklasnąć.
— Sam jeden pan klasnąłeś tylko, przerwała hrabina.
— Sam, właśniem to miał dodać. Naówczas głos jakiś odezwał się: — Co to za oryginał z tego de Pressy! Ukłonem pozdrowiłem autora tego wykrzykniku.
— A ja przypominam sobie, żem tego autora zdanie dzieliła.
— Coraz lepiéj, widzisz już pani przeszłość tak jasno jakby przyszłością była. Pani więc także znajdujesz mnie tak bardzo oryginalnym? spytałem jéj naówczas.
— Bardzo oryginalnym, odpowiedziałam.
— Pamięć anielska! i pamiętasz pani co dodałaś jeszcze?
— Nie.
— Nie? przypomnij pani proszę.
— Nie mogę.
— Zgadnij więc jak umiész zgadywać przyszłość.
— Nic nie widzę, ciemności — hrabio de Pressy.
— Pozwolisz więc pani, bym jéj pamięci w pomoc przyszedł..
— Pomóż pan.
— Piękna hrabino, kosztuje mnie to.
— No, to ci oszczędzę wysilenia, przerwała śmiejąc się hrabina.. Jam panu odpowiedziała:
— Prawda żeś pan bardzo oryginalny — ale bardzo miły..
— Hrabino, dziękuję ci, nic nie zapomniałaś. Tego wieczora miałaś na sobie suknię resztek żałoby, rok wdowi się kończył. Mąż twój, hrabia de G... zmarł w Ameryce, od dziesięciu miesięcy, uśmiéch twój po łzach, miał w sobie cóś boskiego, trzeba cię było kochać lub umrzeć — jam kochał. Często otrzymujemy na cośmy nie zasłużyli; otrzymałem trochę przywiązania od ciebie, tyle żem oczy moje śmiał podnieść wysoko, i wzbiłem się w dumę do tyla, żem zapragnął być mężem twoim.
— Przyjęłam go.
— Tak, zostałem przyjęty. W dniu tego szczęścia, otworzyłem ci pani, duszę moję, duszę całą, wyliczyłem szczérze wszystkie wady moje, jak inny liczyłby cnoty.
— To prawda, hrabio.
— Przedstawiłem jéj, moje dziwactwa, oryginalności i wzgardę zwyczajów, którą w tym wierszu Naniny ogłosił pan Voltaire; prosiłem cię pani żebyś raczyła zważyć wszystkie te wady organizacyi w szali małżeńskiéj, żałując żem naprzeciw nich nie mógł odpowiednich cnót położyć... Paniś się raczyła uśmiechnąć, i odpowiedziałaś słowami Rousseau z Genewy: — Człowiek co nie miał wady miałże wielkie cnoty! Pobłogosławiłem słowa P. Rousseau, upadłem do nóg twoich i postanowiliśmy ślub nasz odbyć dnia 10 sierpnia 1792.
— Co za data! hrabio de Pressy!
— A! pani, data straszna! wywołuje rozwód nim przyszło do małżeństwa! W wigilją dnia tego, przechadzaliśmy się w ogrodzie Tuilleries, jak dwoje małżonków i paniś postrzegła, że liście drzew spadały już zeschłe, nim pora przyszła na nie.
— A Ludwik XVI, przerwała hrabina, słowo w słowo tę samą uwagę uczynił panu Roederer przechodząc przez ogród, gdy go prowadzili do Konwencyi.
— Nie wiedziałem o tym szczególe.. Jakkolwiek bądź, ta żałoba przedwczesna natury w pośrodku lata, zasmuciła panią, musiałaś pani naówczas ujrzeć cóś fatalnego, straszliwego w przyszłości, i powiedziałaś mi, podrzucając nóżką liść uwiędły i zżółkły: Bardzo złą wróżbą ten listek, w wigilją ślubu!
— Pan odpowiedziałeś mi z uśmiéchem, przerwała hrabina. — Szczęściem, że pani gardzisz i depczesz te gminne przesądy.
— Tak, zdaje mi się, że to sobie przypominam, ale pamiętam także, że uśmiéch mój był poważny. Nazajutrz, w chwili gdym jechał odwiedzić rodzinę pani, dzwonią na gwałt, biją trwogę, oznajmują mi, że zamek zagrożony został przez bataljon Marsylczyków; biegnę do Tuilleries bronić króla.. Myślałem że tu się wszystka szlachta zgromadzi... Znalazłem tylko Szwajcarów! kilku szlachty staréj, mało wielkich imion. Wzięto nas szturmem. Wyszedłem z rospaczą w sercu; nie dali mi czasu zginąć; wszystkie sromy i srom własny mnie obarczał, świat rozpadał się po demną; okropny wstręt zalał mi usta; wspomniałem wczorajszą przepowiednię i nie chcąc ani pociągać z sobą do zguby, ani przeżyć okropną klęskę królewską, wymyśliłem sobie nowy rodzaj samobójstwa, którego Bóg nie zabronił: zagrzebałem się żywcem.
— Ale wprzód napisałeś do mnie, o tém zapomniałeś hrabio.
— Tak, napisałem do pani słów kilka następujących:
«Wracam z Tuilleries.
«w niebie, lub w lepszych zobaczym się czasach, 10 sierpnia 1792.»
— Zachowałam starannie bilet twój, hrabio de Pressy.
— Jam więcéj zrobił....
— Cóż przecie?
— Zachowałem miłość moję.
Długa była chwila milczenia; młoda kobiéta spuściwszy głowę zdawała się poglądać na przesuwanie się kroków swych po ulicy ogrodu i o niczém więcéj nie myśleć. Hrabia czekał na wyraz coby mu odpowiedział na ostatnie słowo: Zachowałem miłość moję.
Odpowiedzi nie było, hrabia wytłómaczył milczenie na korzyść swoję, i tak daléj mówił:
Usunąwszy się od świata, nie przestałem czuwać nad panią, kryjąc przed nią starannie ostatek miłości pozostałéj w sercu, bojąc się nią swobodę jéj związać i wolę skrępować. Trzeba mi było dowodu nadzwyczajnego niebezpieczeństwa, żebym wyszedł z kryjówki i rzucił się znowu na życie zewnętrzne, którego się wyrzekłem. Czas szczególniejsze sprowadza odmiany; przyzwyczaja nas do złego, odzwyczaja od szczęścia. Znalazłem w końcu wdzięk jakiś drażliwy wśród burzy od któréj uciekałem, żegnając się nierozmyślnie ze światem, zapomniałem, że węzeł jeden, ale silny trzymał mnie jeszcze na świecie, że wszystka nienawiść nagromadzona w sercu ustąpić będzie musiała miłości. Tak się stało. A więc, Margareto, co zaszło od 10 sierpnia, jest dla nas jakby nie było. Dzisiejszy dzień, jest jutrem tego dnia fatalnego, a raczéj wigilją jeszcze. Przechadzamy się w Tuilleries w godzinie zaręczyn naszych, a pod ślicznemi nóżkami twojemi nie znajdziesz tam listka zeschłego, wszystko uśmiéchnięte, młode dokoła, wiosna ze swemi wdzięki i życiem, miłość ze swoim słodkim spokojem nas otacza.
Hrabia de Pressy spójrzał na młodą kobiétę z wyrazem znaczącym, a oczy w których chciał czytać, odpowiedziały uprzedzając usta.
— Hrabio de Pressy, rzekła, przyjmuję datę pańskiego kalendarza, jesteśmy w 9 sierpnia 1792 — tak to miło odmłodnieć kobiécie!
Promień wesela wyjaśnił szlachetną twarz hrabiego, ręce nowo-zaręczonych uścisnęły się z energją szczęścia.
— Teraz Margareto, rzekł hrabia, zgaduję dobrze o co mnie pyta milczenie twoje. Oto mój plan. Przypadek szczęśliwy dał mi w ręce pasport pod cudzém imieniem. Wyjedziemy do Holandyi, ztamtąd do Anglji, lub jeśli wolisz, zostaniemy we Francyi, w niedostępném jakiem schronieniu, gdzie nas oczy świata nie dójdą. Zresztą, piękna Margareto, we wspólném życiu naszém, dozwolę ci się kierować jak zechcesz, bo więcéj ufam w twój instynkt, niżeli w mój rozum.
— Hrabio, odpowiedziała Margareta, podobnych postanowień zaimprowizować nie można; trzeba żeby dojrzały. Wiész że rodzina moja mieszka w swym zamku dziedzicznym w Berri. Tam udam się naprzód. Kątek ten jest dotąd i zapewne pozostanie spokojnym; przyjdziesz do nas gdy cię wezwę... prędko.. prędko, kochany hrabio.
Pan de Pressy spójrzał na zegarek i pomimo zwykłéj swojéj spokojności, nie mógł ukryć lekkiego wzdrygnienia, które czujne oko hrabinéj postrzegło.
Hrabia zapomniał był o honorowém spotkaniu, i we dwie godziny za późno ten obowiązek przyszedł mu na myśl.
Zwrócił się ku fórtce i opuścił powolnie rękę hrabiny.
— Hrabio de Pressy, zapytała wzruszona, masz pan w téj chwili myśl jakąś niepokojącą go, któréj ja zgadnąć nie mogę.
— Margareto, odparł udając niestosowną na ten raz lekkość... tak, masz słuszność — przebacz mi, mam myśl w istocie... nie prawdaż żeśmy sobie wszystko wyjawić powinni? w wigilją....
— Tak! tak, hrabio.. powinniśmy nic przed sobą nie mieć skrytego — mów pan.
Margareta trochę niespokojna, żałowała już teraz, że wywołała wyznania.
— Często, mówił hrabia, starając się uśmiéchem złagodzić wyrazy — często, między kobiétami dowcipnemi a ludźmi — pewnéj klassy, bywają stosunki.. niewinne, ale które świat nie zawsze korzystnie dla mężów tłómaczy...
— Hrabio de Pressy, przerwała hrabina z tonem i ruchem nagłym wcale nie arystokratycznym, nie mów tym trybem wyroczni. Zrozumiałam cię od słowa. Tak, wśród odosobnienia na jakie usunienie się twoje mnie skazało, wmięszałam się z braku zajęcia, do interesów publicznych, czytając wiele, odczytując; wyrobiłam w sobie nienawiści i sympatje, i nie będę kryć przed tobą żywego zajęcia jakie wzbudził we mnie jeden młody człowiek, pisarz, poeta pełen talentu i przyszłości; od dziś imie jego z ust moich nie wyjdzie, ale je znasz... znasz go.
— Na tém mi dosyć Margareto, rzekł hrabia za rękę ją ściskając. Obelgą by było dłuższe wypytywanie. Są rzeczy o których raz tylko, raz mówić można i nie godzi się ich wznawiać.
Tu głos pana de Pressy wstrzymał się, hrabina zadrżała i instynktowo przycisnęła jego rękę.
Gwałtowne stukanie do bramy ogrodowéj słyszeć się dało, zmięszane z silném dzwonieniem.
Denis biegł ulicą wchodową otworzyć fórtkę, ale go wstrzymał rozkazujący ruch hrabinéj.
— To jakiś gość, któremu bardzo pilno wnijść tutaj, rzekł hrabia z udanym uśmiéchem.
— Niechybnie — nie jest to przyjaciel, odpowiedziała hrabina.
— Któż wié? z lekką ironją szepnął pan de Pressy.
To — któż wié? przeraziło Margaretę, i rumieniec jéj zagasł powleczony żółtą bladością.
Tymczasem dobijano się coraz gwałtowniéj, a bramka ogrodowa zdawała się rozpadać pod silnemi uderzeniami.
— Jednakże, odezwał się hrabia, wypadałoby otworzyć, nim drzwi wybiją.
— Nie, zawołała hrabina żywo — brama mocna, a my mamy czas uciec — to nieprzyjaciel.
W tejże chwili, głowa zbladła, okryta czarnemi włosy rozrzuconemi ukazała się nad murem poblizkim, obok dwóch rąk, które czepiały się muru jak lwie łapy pastwy swojéj i podtrzymywały niewidzialne ciało; głowa ta podrzucona silnie podniosła się, szpada naga upadła w ogród, a człowiek który ją trzymał, rzucił się za nią.
Hrabia i Margareta, poznali Andrzeja Chenier.
Upadły i piorunem rażony Archanioł musiał mieć na swéj pięknéj twarzy wyraz, jaki rozpalał lice poety. Są wzruszenia, które nagle ryją na obliczu całe skarby gniewu, zemsty, miłości, rospaczy jakie w sobie zawiérać może wielka dusza.. Ci co naówczas widzieć mogą straszliwy rozkład rysów ludzkiéj twarzy, stają osłupiali jakby przed zjawiskiem piekielném.
Margareta szepnęła: To on! ale tak cicho, że jéj słychać nie było.
I omdlała upadła na ławkę zakrywając twarz rękoma.
Pan de Pressy, zawsze gotow na wszystko, wedle dewizy swojéj, uczuł raz piérwszy, że energją jego łamał ten piorun niespodziany, i spójrzał na poetę ze wzruszeniem, jakiego nigdy śmiałe jego serce w obliczu żadnego niebezpieczeństwa nie doznało.
Szał przez usta Andrzeja Chenier miał się odezwać.
— Tak! zawołał, to oni, dzieci nieprawe Regencyi! ci paniczykowie haftujący na kanwie! ci wierszokleci buduoarów! ci rycerze skarleli, sybaryci suchotni, to oni wszyscy, wszyscy w nim jednym! mężczyzna-niewiasta posypany krochmalikiem, upstrzony muszkami, umalowany barwiczką, obszyty w korunki! Mężny był bardzo, gdy miał tylko do czynienia z rzezańcami w Trianon, z satrapami zwierzyńca, z podłemi lizunami monarchji! ale spotkawszy się z mężczyzną odważnie się cofnął. Uszedł pod opiekę Ameryllis ogrodowéj, bo ta wielka pani wstyd mu ten w oczy rzuciła! Dał się wziąść szturmem w cytadelli, bo się obawiał wyjść w pole! No! Hrabio de Pressy, wziąłem cię w jamie jak lisa! Wybieraj teraz, nogę co depcze lub szpadę, która zabija! Gadzino czy dworaku, nie ujdziesz mi teraz!
Hrabia słuchał z wielkim chłodem pozornym; na ostatnie słowo Cheniera, skłonił się i rzekł:
— Niema co na to odpowiedzieć, chodź pan.
I zrobił kilka kroków ku bramie.
Hrabina Margareta, któréj Andrzéj Chenier nie poznał przebranéj, wstała nagle i zaparła im drogę.
Głosem królowéj, odezwała się do poety.
— Mości panie, oddaj mi szpadę!
Chenier wzdrygnął się, jakby go kto ze snu nagle przebudził; spójrzał na młodą kobiétę od głowy do stóp ją opatrując, i otwierając oczy ogromne, ukłonił się przywykły do uszanowania.
— Proszę o szpadę, odezwała się hrabina Margareta, na ten dwakroć powtórzony rozkaz ukochanéj, poeta musiał być posłuszny, jak dziecię lękliwe niesprawiedliwemu nauczycielowi.
Hrabina oparła szpadę o drzewo i złamała ją.
— A pańska! odezwała się do hrabiego.
— Moja? spytał de Pressy śmiejąc się, pójdę po nią, raczcie mi państwo towarzyszyć.
Chenier spójrzał na hrabinę jak pies na myśliwca i poszedł za danym jéj znakiem w ślad hrabiego.
Wyszli wszystkie troje z ogrodu, a hrabia zanurzywszy ręce w zarośle, wyjął z nich szpadę swoję i oddał ją młodéj kobiécie, która wziąwszy ukazała poecie.
— Panie Chenier, odezwała się, nie łamię jéj, bo była bohaterską; bo pewnego dnia, pan de Pressy, sybarita, wierszokleta, rycerz garderobowy, wziął ją oburącz i powalił olbrzyma w pojedynku straszliwym. Nie łamię jéj jakem skruszyła pańską, bo otworzyła żyły Klaudyusza Mouriez.
Chenier założył ręce na piersi, i spójrzał na hrabiego.
— Teraz, panowie, rzekła kończąc — chodźmy do mnie. Scena przedłużała się w ogrodzie. Poeta pochylił głowę na ramię jak atleta zwyciężony proszący przebaczenia: głos kobiéty przeleciał po nad jego czołem i pochylił je, jak wiatr nachyla trzcinę.
— Panie Chenier, mówiła z akcentem melodyi niebieskiéj, któremu nic się oprzeć nie może — dałeś pan sobą zawładnąć złemu natchnieniu i wpadłeś tu; zgwałciłeś święty przytułek prześladowanych; winę tę opłakujesz sam pewnie w goryczy serca. Twoje uszanowanie pełne milczenia lepiéj mi niż słowa odpowiada; na czole czy tam żebyś się chciał uniewinnić — i nie żądam uniewinnienia; dość mi na tém, i mnie i hrabiemu de Pressy.
— Pani, rzekł Chenier spuszczając oczy jak winowajca przed sędzią, kiedy tak dobrze sądzisz o myślach moich, nie przemówię, nie dodam i słowa do tego co mówisz pani za mną. Niech mi tylko wolno będzie powiedzieć, że gniew i szał nigdy by mnie nie uniosły do takiéj gwałtowności, gdybym sądził, że mam świadkiem ich hrabinę Margaretę...
— Tak sądzę panie.
— Co się tycze przyszłego mojego postępowania, kończył Chenier, będzie ono takiém, jakiem mi je wskazać zechcesz.
— Panie Chenier, odezwała się uśmiechając hrabina, zdaje mi się, że sam oświecić się powinieneś o postępowaniu swojém; po za temi murami, wola twoja niczém nie jest skrępowaną.
— Byłaś pani łaskawą zajmować się losem moim, nie jak kobiéta, ale jak anioł opiekuńczy; gdy cię proszę o radę w postępowaniu, nie do kobiéty odwołuję się, ale do anioła.
— Hrabina Margareta, która się zawsze żywo zajmuje poetą, prosi cię panie Chenier, raz ostatni...
— Raz ostatni! przerwał Chenier słabym głosem.
— Tak, raz ostatni, — prosi cię żebyś czuwał nad sobą, żebyś nie dawał żadnego powodu do zemsty swoim nieprzyjaciołom politycznym i czekał dni lepszych na osóbności, w ciszy rozmyślania. Masz pan genjusz, którego uprawą zająć się winieneś, winieneś rachunek Bogu z cudnego talentu, którym cię obdarzył, odmawiając go drugim. Pracuj, myśl, pisz, masz pan światy do odkrycia w sobie. Idź pan do dzieła swego, a zapomnij o przeszłości cudzéj, i myśl tylko o swojéj przyszłości.
— To pożegnanie od ciebie pani? spytał Chenier skłaniając się.
— Nie mogę panie Chenier obdarzyć cię inném, pochodzi ono ze szczérego zajęcia jego losem, jego genjuszem. Pojmujesz dobrze teraz, że od dziś nowe się dla mnie rozpoczynają obowiązki, muszę się także odosóbnić, szukać schronienia, bo i to wygnanie niedostępném nie jest. Bądź zdrów P. Chenier, bądź zdrów!
Wyrazy Margarety, dotąd stanowczym wymawiane głosem, słabły i oznajmywały wzruszenie wewnętrzne, które się zdradzić mogło, gdyby się przedłużyła rozmowa.
Hrabia de Pressy, stojący trochę na ustroni, przez delikatność zręcznie pokrywaną w czasie całéj téj sceny, zrobił kilka kroków, przystąpił do poety i podał mu rękę.
Chenier jak automat spełnił wymagania téj straszliwéj chwili: uścisnął ręce hrabiego i Margarety, tłumiąc w głębi serca wykrzyk boleści, i wyszedł z Viroflay nie spełna wiedząc dokąd zmierzał.
Mimowolnie monolog w myśli się jego rozpoczął i towarzyszył mu w pochodzie przez lasy. Tak, mówił, — otoż to kobiéty! przyciągają cię ku sobie, syreny, usty miodowemi, rączkami białemi; schodzisz z okrętu na brzeg; bieżysz ku nim, a miluchne stworzeńka zabijają cię bez litości! Co teraz począć? zemsta mi nawet wzbroniona. Zemścić się? za co? na nim? jam winien najwięcéj, ja byłem śmiesznym i dziwnym, wziąłem czyste przywiązanie kobiéty za nieprawą miłość. Zawsze się tak mylimy. Duma nas obłąkuje; a gdy miłość własna zanurzy nas w głąb przepaści, poglądamy czy nas z niéj wyciągniona nie podźwignie ręka. Widzę głębią przepaści — nie postrzegam ręki... rozpacz ciśnie mnie, jak obręcz rozpalonego żelaza! powietrza brak piersi mojéj, życie ucieka odemnie... bo życiem mojém była miłość!
Andrzéj usunął się i padł pod drzewem osłabiony i podobien konającemu; ale ludzie, których utrzymuje ogień elektryczny namiętności, nie mogą być zniszczeni tak pospolitym wypadkiem; powstają zmartwych by cierpieć, a cierpią by żyli; dziwne to ich przeznaczenie: aby ich obalić — potrzeba kuli bojowéj lub topora kata! Szczęśliwy Chenier, gdyby go była rozpacz miłośna zabiła.
— Tak kochany Andrzeju, mówił Roucher chowając rękopism jakiś do portfelu swego, nareście uczyniłeś postanowienie bardzo rozumne. Uważam cię teraz za ocalonego.
— Za szybko decydujesz mój przyjacielu, mówił Chenier siedząc przed kominem, w którym palił listy, ocalony jestem jak człowiek, co go burza nagim i stłuczonym na puste rzuci wybrzeże.
— Ha! mój drogi, i puste wybrzeże cóś warto — jest to nadzieja jutra.
— A potém?
— Potém — Opatrzność.
— Opatrzność była dla wszystkich, co z nędzy poginęli.
— Ci co zginęli, zwątpili.
— Przyjacielu Roucher, wcale nie jestem w humorze rozbierania z tobą problemów metafizycznych; co innego ty i ja mamy teraz do czynienia.
— Co do mnie Chenier, jam gotów.
— Ja się przygotuję; ale jeśli tak ciągle mówić będziemy, nigdy tych listów nie popalę, bo je odczytuję na prędce przed zniszczeniem.
— Na co je odczytywać? spal razem wszystkie te szpargały: ogień najskuteczniéj poprawia głupstwa naszéj przeszłości. A! gdyby tak tylko wszystkie razem głupstwa popalić można!
— Cóż z tym zrobić? rzekł ze wzruszeniem Chenier pokazując piérwszy długi list hrabinéj Margarety.
— Pal wszystko mówię, pal razem, nie rozbierając, jak Juljusz Cezar spalił listy Pompejusza po zwycięztwie pod Farsalją.
— Spalić ten list! zawołał Chenier poglądając nań oczyma pełnemi czułości i boleści.
— Od tego potrzeba było zacząć, Chenier.
— Kochała mnie, gdy to pisała.
— Dzieciństwo mówisz, dobry mój Chenier, jak dójdziesz pięćdziesięciu dwóch lat, które ja mam, nie będziesz tak naiwnym.
— Roucher kochany, i tyś tak wykrzykiwał w moim wieku!
— Otóż się mylisz przyjacielu, nie znałem bliżéj w mojém życiu nad trzy kobiéty, a z przyczyny ich nie miałem nigdy wielkiéj zgryzoty.
— Dobrześ je wybrał.
— O! wybornie.
— I zapomniałeś o nich?
— Kocham je dotąd, i zawszem radził przyjaciołom moim, żeby o nich wiersze pisali. Te kobiéty natchnęły mi w życiu najlepsze wiérsze.
— I drukowałeś je?
— W moich dziełach kompletnych.
— I imiona?
— Tak! i imiona — Heleny, Didony i Kleopatry.
— Roucher, żarty twoje bardzo być mogą dowcipne, ale są nie w miejscu.
— Nie sądzę, wszakżeś się rozśmiał?
— Jak się śmieje, gdy łez zabraknie. Roucher? jak myślisz czy pora się ruszyć?
— Nie jeszcze, rzekł Roucher przez okno spoglądając na pola i niebo... Noc jeszcze nie dosyć ciemna.
— Dla mnie noc już ciągła.
— Chenier, miéj się na baczności, byłeś konwalescentem, żeby nie było recydywy.
— Pojmujesz ty tę kobiétę? rozumiesz ty ją? rzekł Andrzéj mnąc w rękach list drogi.
— Pojmuję ją doskonale, przyjacielu, mam-że ci to ciągle powtarzać?
— Tak, powtarzaj, dopóki nie zrozumiem.
— A to rzecz bardzo prosta.
— Kto? kobiéta?
— Nie, wypadek. Wszystko cóś mi opowiadał mój kochany Chenier, naprowadziło mnie na dobrą drogę. Mąż téj pani, hrabia de Pressy, jest zabitym rojalistą; komenderował bataljonem szwajcarów 10 sierpnia, i imie jego powtarzane było często w przyjacielu ludu, z przyprawą najróżniejszych przekleństw. Ten hrabia ukrywał się gdzieś w jakim lochu swojego hotelu, puściwszy żonę na opatrzność Boską; nagle horyzont rojalistowski, w jego oczach przynajmniéj zaczyna się rozjaśniać; cztéry departamenta powstają przeciw Rzeczypospolitéj; Tallien, wcale nie podejrzany, donosi konwencyi najstraszniejsze wieści; monitor 10 maja ogłasza, że chorągiew białą wywieszono w Loudun. Stokroć tego dosyć by wrócić życie temu tchórzowi de Pressy, wychodzi z kryjówki swojéj i wraca do żony, w chwili, gdy ta żona nie myślała już o nim, a daleko więcéj o swojéj swobodzie.
— Dosyć to trafne, rzekł Chenier poprawując starannie list zniszczony, i przypuściwszy to co mówisz, mój Roucher, przypuszczając to jako wcale prawdopodobne, pani de Pressy nie mogła inaczéj ze mną postąpić; uczyniła co była powinna. Mąż, pan, ze swemi prawami stanął przed nią; kobiéta musiała milcząc go posłuchać.. Biédna Margareta! Tak! Roucher.. teraz sobie przypominam! Głos jéj z ostatnim pożegnaniem brzmi jeszcze w uchu mojém. Pożegnanie to tak pełne było, uczucia, boleści i osłonionego smutku! mąż! co za wyraz! ile władzy z jednéj strony! ile słabości z drugiéj! Tak! wszystko to przyjmuję Roucher; umysł twój widzi jasno, jam ciemnościami otoczony! Oświeciłeś, mnie.. Biédna Margareta!
— Strzeż się Chenier, czy znowu nie zadaleko się posuwasz! nie bądź tak obfitym w litość; uzdrowienie twoje było by trudném, gdybyś się nazbyt politowaniu nad panią de Pressy oddawał; litość ta oddziaływać może na ciebie; a jeśli miłość własna powie ci, że jesteś jedyném lekarstwem na niewyleczoną boleść, jutro znów, pójdziesz do Viroflay wierzchołkom drzew się przyglądać. Chenier kochany, uznajesz że jestem w usposobieniu widzenia jasno tych rzeczy; no, to posłuchaj mnie do końca. Naprzód odwiodłem cię od samobójstwa; samobójstwo mówiłem ci jest ostatecznym wyrazem egoizmu; ten kto się zabija kochał tylko siebie, nie miał przyjaciół, nie było dla niego rodziny. Chcesz-li być takim? Nie, odpowiedziałeś mi. Drugie rozumowanie moje nakłoniło cię do opuszczenia tego mieszkania, do zmiany jego, żeby nie widzieć do koła przedmiotów gorzkie obudzających wspomnienia. I w tém potwierdziłeś zdanie moje. Udało mi się równie wytłómaczyć ci zmartwychwstanie małżeńskie pana de Pressy. W ostatku myślę dopełnić tych pomyślnych powodzeń zaręczając ci, doświadczeniem mojém, że ta kobiéta wcale nie potrzebuje owego zbytku litości, którym ją obdarzasz, i że niezapomniawszy może przywiązania płochego, owocu odosóbnienia i braku zajęcia, ma się za najszczęśliwszą, będąc połączoną znowu ze szlachetnym, młodym mężem swoim.
— Roucher, rzekł Chenier głosem bolesnym, okrutny jesteś doprawdy!
— Toż samo mówi ranny operatorowi, dobry mój Andrzeju, a operator ocala rannego!
— Tak! gdy rana nie jest zrozpaczona i w ostatku mój drogi towarzyszu wygnania, muszę cóś dla ciebie uczynić; sprobuję pójść za radą twoją.
— O to cię tylko proszę.
— Nim skończym tę rozmowę, która się nie powtórzy bądź tego pewny mój Roucher, pozostaje mi skrupuł dręczący; tylkoś co nazwał tchórzem pana de Pressy; nie mogę sumiennie, zostawić cię przy tém mniemaniu, choć on jest żywą wszystkich moich nieszczęść przyczyną. Nie godzi się zwać tchórzem tego, co śmiały w pojedynku zabił Klaudyusza Mouriez.
Roucher wielkiemi oczyma spójrzał na przyjaciela.
— Tak! tak, mówił daléj Chenier; taki czyn świadczy głośno o męztwie tego człowieka.
— Jeśli ten człowiek to zrobił! dodał śmiejąc się Roucher.
— Ale to jawna; P. de Pressy to uczynił.
— Widać, mój kochany Andrzeju, że zamieszkujesz w podziemiach i lasach, i że dla ciebie sprawy świata kończą się na twoich miłostkach.
— Cóż to jest? wytłómacz się.
— Kto ci powiedział, że pan de Pressy zabił w pojedynku Klaudyusza Mouriez?
— Wiém to doskonale.
— Któś cię oszukał mój Chenier i skłamał, Klaudyusz Mouriez nie jest zabity w pojedynku, został zamordowany w rozruchu, na placu Wolności, przez rojalistę imieniem Walentego.
— Co ty mówisz?
— Zabójcę dziś sądzić miano; ale ostatniéj nocy przepiłował dwie kraty żelazne w więzieniu, co od kilku dni począć musiał, i uciekł — ścigają go...
— Jakże to wiész, Roucher?
— Nic pewniejszego. Stara nasza gospodyni, kupująca wszystkie ogłoszenia, dała mi to wczoraj wieczór, przeczytaj.
Chenier wziął arkusz z rąk Roucher, i przeczytał ogłoszenie pod tytułem: Szczegóły o ucieczce Walentego, zabójcy obywatela Klaudyusza Mouriez.
Pisemko to było urzędowe, drukowane z dozwolenia municypalności.
— Tak, rzekł Chenier drżąc z gniewu, tak, masz słuszność, de Pressy tchórzem jest i kłamcą; i obrzydliwą, występną fanfaronadą odzyskał sobie serce hrabinéj Margarety. Kobiéta wszystko przebacza heroicznemu mężowi, który ją umiał ocalić. Pojmujesz ty tę podłość, Roucher? Nędznik ten wynosił się z pojedynku uczciwego, który go czynił wybawcą! Otóż to delikatności pełne postępowanie dworaków! oto jak uwodzą kobiéty! Nie pojadę Roucher, jedź sam, ja muszę zdemaskować P. de Pressy; upodlę go w obec téj kobiéty; niech mi się wypłaci z należnego pojedynku. Myślał, że wszystko skończono: ale nie — wszystko się na nowo rozpocznie. Zabiję go, choćbym potém nie miał więcéj zobaczyć hrabinéj Margarety. Mam powód do zemsty teraz — i chcę się pomścić.
Chenier wyrwał się żywo z objęcia Roucher, który go chciał powstrzymać, i rzuciwszy się na wschody do ogrodu, otworzył furtkę, a w niéj oko w oko spotkał znajomego posłańca Denisa.
— Wychodzisz pan, rzekł Denis, przepraszam jeśli przeszkodzę, nie mam nic do powiedzenia, tylko ten oddać bilecik.. zaraz idę.
— Bilet od pani hrabinéj? spytał Chenier głosem stłumionym.
— Tak jest panie; dziś rano o czwartéj wyjechała.
— Wyjechała! zawołał Chenier uderzając się w głowę, wyjechała z...
— Z panią Anielą.
— A hrabia?
— Hrabia nie u nas, pojedzie późniéj do Berri na wesele.
— Jak to na wesele! co mówisz Denisie! oszalałeś!
— Nie, panie, ja wiém co mówię.
— Więc nie byli się jeszcze pobrali?
— A pan o tém nie wiedział?
— Ten hrabia de Pressy jest więc nałogowym oszukańcą, zawołał znowu Chenier drżąc z wściekłości, chwali się z małżeństwa i z pojedynku... Denisie, rychło zobaczysz panią hrabinę?
— Nie, panie, może jéj nigdy już nie zobaczę.
— Słyszałeś o Klaudyuszu Mouriez?
— O tém tylko teraz gadają.
— Cóż o tém mówią?
— Mówią, że go w rozruchu zabił jakiś Walenty.
— Tak jest! tak! nie mogę już wątpić o charakterze tego człowieka; wszelką podłość gotów popełnić.
— Czy pan ma mnie jeszcze spytać o co?
— Nie, Denisie, możesz odejść.
Ogrodnik ukłonił się i wrócił ku lasowi.
Chenier dwadzieścia razy chciał podrzéć kartkę, którą trzymał w ręku. W téj chwili Margareta ukazywała mu się w nowém świetle; zdawała się współ winowajcą pana de Pressy; z nim razem dzieliła kłamstwo. O! jak wiele potrzeba doświadczenia, ile oswojenia się z dziwowiskami życia, żeby się wstrzymać w obec fałszywego przekonania, przed wnioskiem mylnym, i nauczyć się wielkiéj sztuki powątpiewania i wahania na tym świecie, gdzie każda piérwsza myśl nasza jest błędem, i ostatnia prawdą nie jest jeszcze. Dla najprzebieglejszego człowieka są trzy osoby, których nigdy do głębi poznać nie potrafi: siebie, swéj żony i najlepszego przyjaciela.
Ale że zawsze kochamy mimo wiedzy kobiétę, którą nienawidzim, Chenier wszedł do domku odczytać list hrabinéj Margarety, bo noc już była ciemna. Bilet zawarły był w tych słowach:
«Dziś jeszcze mogę do pana tych kilka słów napisać: jutro mi to już nie będzie dozwolone. Chcę wiedzieć, że dni twoje spokojne, schronienie bezpieczne, a umysłowi twemu panuje rozum, który stanowi genjusz. Napisz pan do mnie raz jeden tylko, poste restante, do Vierzon, adresując pani de Grave, i uspokój mnie. Pamiętam zawsze moje widzenie w Aix.
Widok tego pisma, zawsze tak drogiego, sprawił skutek zwyczajny. Poeta kilka łez uronionych sam ukradł przed sobą i rozmyśliwszy się, wstrząsnął konwulsyjnie głową, jakby stanowcze przedsiębrał postanowienie.
Roucher czekał ciągle na przyjaciela, jak człowiek gotujący się do wyjazdu, i nie zajmujący się już wcale domem, który na zawsze opuszcza.
Przyjaciele zeszli się w ogródku i uścisnęli się za ręce, z niemém życzeniem wszelkiego szczęścia w podróży, którą odbyć mieli razem.
— Gotowiśmy? spytał Chenier.
— Gotowi, odparł Roucher — omnia mecum porto, jak Bias.
— A! więc na losy nowe!
I dwaj poeci udali się drogą ku Rouen, ale unikając wielkiego gościńca.
Po cztérech dniach pochodu, przybyli do wspaniałego normandskiego grodu i najęli mieszkanie anachorety po za kościołem Saint-Ouen, tego cudu marzonéj architektury cacka w dniach wiary upadłego z niebios na ziemię.
Pan de Pressy w zamku swoim, którego park rozciągał się po nad granicą departamentu Wandei, przyjmował kilku przyjaciół. Tylko co powstawali od stołu, a rozmowa, przybiérała zwrót poważny, i ciągnęła się daléj na tarassie przed pałacem, zdając się tak ożywioną, że i noc przerwać jéj nie mogła. Towarzystwo złożone ze szlachty okolicznéj, na kilka dzieliło się gromadek.
P. d’Elbois, najbliższy sąsiad P. de Pressy, był jednym z tych co zdala szli za myślami Montmorency i Lafayetta, i często stawali w sprzeczności z rojalistami czystemi, nieprzyjaciółmi wszelkiego środka i zgody ustępstwem okupionéj.
— Dziwi cię to, kochany d’Elbois, mówił P. do Pressy. Łaskaw doprawdy jesteś, że się jeszcze dziwisz! Wojna domowa nie jestli naturalném następstwem rewolucyi?
— Nie! stokroć nie! i pani de Pressy widocznie zdanie moje podziela.
— A! bo pani de Pressy, żona moja, wykarmiona została temi co pan pojęciami, witała, jak to powiadają jutrzeńkę rewolucyjną; frazes utarty i gotowy. Pani de Pressy pożerała umowę społeczną w klasztorze jeszcze, poklaskiwała tragedyom Marji-Józefa Chenier i gazetom Andrzeja... brata jego. Nie przerywaj mi proszę Margareto. Wiém, że serce twoje w gruncie jest rojalizmu pełne, wiém, że cię 93 i 89 oświecił, ale dziś, w głębi najlepszych dusz jest zakwas filozoficzny, który się rychło ulotnić nie może, jak kropla rosy na słońcu. To też, kochana Margareto, i ty mój poczciwy d’Elbois, zmuszeni jesteście poprzedzającém, wierzyć i utrzymywać, że we Francyi mogła się dopełnić rewolucya najspokojniéj w świecie, i że wojnę domową można było uchylić środkami łatwemi, ludzkiemi.
— Tak jest panie hrabio, ja i dziś tak sądzę, rzekł d’Elbois.
— I ja zawsze to myśléć będę, dodała hrabina de Pressy.
— Jest to więc błąd nieuleczony? rzekł hrabia.
— Wiész czego braknie Francyi? spytał d’Elbois zakładając ręce na piersiach.
— Wielu rzeczy braknie Francyi, to wiemy, odparł hrabia.
— Nadewszystko, ciągnął daléj d’Elbois, braknie nam ludzi stanu. Nie mamy Sullych, Colbertów, Richelieu.
— Zaprawdę! odrzekł hrabia ręce załamując na przeciw twarzy — zaprawdę, kochany sąsiedzie, jesteś najosobliwiéj naiwny! Radbym dziś widzieć owych Colbertów, Richelieu i Sullych, i wszystkich wielkich mężów stanu monarchji absolutnéj, łamiących się w zaroślach konstytucyi demokratycznéj. Szczérze myślisz pan, że Richelieu utrzymałby się dwadzieścia cztéry godzin na naszym gruncie rewolucyjnym, ciągle drżącym pod nogami. Zbierz pan wszystkich wielkich administratorów politycznych dawnych czasów, zbierz ich na radę ministerjalną, do koła zielonego stołu w Tuileries, a nazajutrz wszyscy jak Romulus, znikną wśród burzy. Kochany d’Elbois, łatwo to było być ministrem, gdy był tylko jeden minister, jedna wola, jeden król, jedna władza. Robota szła łatwo. Było się sobie Richelieu, Colbertem, Sullym, Mazarinim, jak się chciało. Zażądałeś złączyć Śródziemne morze z Oceanem lądowym łącznikiem, rzekłeś słowo, dałeś znak, i dzieło spełnione. W imie Boże, nie popełniajmy chronologicznych omyłek. Dziś w Konwencyi, w miejscu jednego mamy siedmiuset królów; Colbert dziś niepodobieństwem; i szczęściem dla swéj sławy że się Colbert przed stu laty urodził!
— To co mówisz, kochany de Pressy, zauważał d’Elbois, pozorne jest, ale mnie nie nawraca na wiarę twoję. Trwam w zdaniu mojém.
— To nic nowego, d’Elbois, wszakże się zawsze rozprawia by pozostać swojego zdania.
— Tak, de Pressy, aleś mi mojego nie pozwolił objawić.
— Objawiaj proszę, objawiaj.
— Naprzód, uznaję że co do położenia mężów stanu dawnych i dzisiejszych, masz słuszność.
— Chwała Bogu, d’Elbois.
— Ale, kochany de Pressy, Konwencya mogła ujść wielkiego błędu, z wielką łatwością przewidując trochę, i bez pomocy mężów stanu.
— Właśnie temu zaprzeczam, kochany d’Elbois — wielkie zbiorowisko ludzi, w naszym kraju, nigdy nie może uniknąć błędu, gdy jest tylko do niego zręczność. Siedmiuset Colbertów połączonych, nie tyle warci, co Colbert sam jeden.
— No, toby dowieść potrzeba.
— Dla mnie to dowiedziona: ale mów daléj.
— Słuchaj de Pressy, rozumuję w sposób bardzo prosty. Gdyby Konwencya zastanowiła się chwilę.
— Chcesz od Konwencyi niepodobieństwa! zastanowienia: ale mów daléj d’Elbois.
— Nie przerywaj że mi. Gdyby Konwencya zastanowiła się chwilę, ujrzałaby że traktując Wandeę jak ją traktuje, przykuwała sobie do serca płomień co ją miał pożreć. Wielkim błędem chwili obecnéj, jest to przekonanie, że wojna wybuchająca w Wandei jest wojną polityczną; większego to cóś, bo wojna za wiarę, wojna religijna. Dwudziesty piérwszy stycznia poruszył może wieśniaków wandejskich, ale ich nie znaglił do powstania. Więcéj potrzeba było. Konwencya winna była pamiętać, że gdzieś w kątku Francyi, żył lud energiczny, mężny, wstrzemięźliwy, pełen wiary, który kochał swą wieś, lasy swoje, kościoły, kapłanów i podania odwieczne.
Mogli odjąć króla ludowi temu, nie powinni mu byli wydzierać jego Boga. A jednak do tego szalone ich doszło zaślepienie! zburzono kościoły, złamano krzyże, zniszczono klasztory, wygnano księży. Błąd niesłychany, który ma charakter swawoli polityków — studentów! błąd, który sprawi wszystkie kraju nieszczęścia, bo energiczny opór wewnętrzny musi się złączyć ze straszliwą zewnętrzną napaścią, bo, z nieubłaganéj konieczności, rewolucya, usiłując zagasić dwa pożary z winy swéj wybuchłe, nie będzie mogła ich inaczéj przydusić jako potokami krwi, na polach walki i na rusztowaniu.
— Kochany d’Elbois, zdaje mi się że w tym względzie masz słuszność. Przyznaję ci ją. Źle tylko żeś się dziwném karmił złudzeniem, sądząc iż siedmiuset królów Konwencyi inaczéj postąpić mogą, jak postąpili. Możeszli na chwilę przypuścić, by Konwencya tak sobie mówiła: Wandea jest krajem lasów, gór, jarów, w tych borach kryje się lud bohaterski. Nie tykajmy wiary tego ludu; nie przypinajmy tego ognia do okrętu rzeczypospolitéj. Dosyć nam będzie obcych wojsk grożących od Sambry, Meusy i Renu. Jakto kochany a naiwny sąsiedzie, nie pojąłżeś że ta uwaga zbyt jest prosta, bijąca w oczy i sensowna, żeby na nię wpaść mogło razem siedemset mózgów ludzkich!
— No, kochany de Pressy, rzekł d’Elbois z ukłonem, przyznaję się otwarcie do mojéj prostoty, zawsze jednak dziwić się nie przestanę że Konwencya nie wpadła na to, co pomyśléć musiał każdy rozsądny człowiek, ledwie spójrzawszy na Wandeę, jéj kartę i jéj dzieje.
— D’Elbois, przyjacielu, godzien jesteś nabyć doświadczenia i nabędziesz go.
— No, ale tym czasem kochany de Pressy, co nam czynić wypada?
— Co czynić? pytasz? mówiłem ci to dziś rano i powtarzam wieczorem. Nie mamy wyboru, jedno tylko pozostało.
— Jakto! mój de Pressy, ty co jesteś jeszcze w miodowym miesiącu, ty, mąż ukochany najwdzięczniejszéj z kobiét, ty, gospodarz domu zamożny i lubiący wygodki, miałbyś pójść i stanąć na czele wieśniaków i począć tę ciężką wojnę po krzakach i jarach!
— A czemuż nie? Co w tém dziwnego? wkrótce zostanie mi do wyboru, z dwóch emigracyi, jedna. Wolę emigrować nad Loarę. Wszyscy moi szlachetni przyjaciele dobyli już wandejskiéj szpady z pochew i pochwę rzucili daleko, chcesz żebym się sam pozostał? Imie mojéj rodziny, dopóki ja je noszę, splamione nie będzie.
— Masz przecie doskonałą wymówkę.
— Wstrzymuję cię, d’Elbois. Wymówka nigdy być dobrą nie może, bo zawsze zmniejsza tylko, ale dowodzi razem winy. Zresztą, mówiłem już o zamiarze moim pani de Pressy, któréj serce zbyt jest szlachetne by mnie wstrzymywać miało i odciągać od dobrego.
— W tém, przerwał d’Elbois, pani de Pressy postępuje jak prawie wszystkie żony nasze.
— Jak wszystkie, a wszystkie, — podchwycił de Pressy.
— O! o! rzekł śmiejąc się d’Elbois, znaleźli się i między nami tacy, co nie wyszli z domów póki im kądzieli nie przysłano.
— Więc ja chcę tego podarunku uniknąć, rzekł de Pressy. Zresztą, ta wyprawa rojalistów we własnym kraju całkiem mi do serca przypada. Pani de Pressy, jakkolwiek od niedawna moja żona, radzić mi dezercyi, podłości nie może i nie będzie.
Nastąpiło milczenie. Trzeci to już raz w jednéj godzinie, pan de Pressy starał się wywołać zdanie swojéj żony o wyprawie Wandéjskiéj, a pani de Pressy uparcie milczała, zdając się tylko potwierdzać jego słowa.
Na trzecią odezwę — piękna Margareta pochyliła smutnie głowę i pomyślawszy chwilę, odezwała się z melancholją przenikającą.
— W jakich że to czasach żyć zmuszeni jesteśmy! jak ciężko cierpieć niewinnym, za cudze błędy! Tak: że się tam kilku ruchawym i niespokojnym słowom podobało rzucać Francyę jak zabawką, dla rozrywki wśród nudy, myśmy zmuszeni zatruwać sobie życie słodkie, spokój zamącać i pożegnać się z pogodą dni naszych! Ciężko zaprawdę cierpieć za błędy cudze, za ludzi, którzy by dla nas nic cierpieć nie chcieli!
— Prawda to kochana Margareto, rzekł de Pressy, ale w tych wyrazach twoich, nie znajduję jeszcze przyzwolenia na mój wyjazd.
— A jakże byś pan chciał panie de Pressy, żebym się wyraziła? Przyzwoitaż to bym ci powiedziała: Tak hrabio de Pressy, nie trać chwili — honor woła! godło rodu ci to radzi! Naddziadowie twoi wymagają tego po tobie! nie spóźniaj się! Każda chwila stracona, wyszczerbia złociste tło twojego herbu! — Wiész to wszystko panie hrabio i bezemnie, nie potrzebujesz by ci to powtarzała kobiéta, a ja znając twoje szlachetne serce, zawsze milczeć będę, gdy idzie o tego rodzaju postanowienie.
Gdy rozmowa przybrała ten tok poufalszy, d’Elbois powoli odszedł na bok, żeby małżonkom zupełniejszego zakończenia jéj swobodę zostawić.
Pan de Pressy spójrzał na żonę z tajemniczym jakimś smutkiem, którego głębi żaden świadek nie potrafił by był zbadać. Nie lękał się on ani niebezpieczeństw ani pracy jaką groziła rozpoczynająca się w okolicy wojna. Pochodził z dzielnego rodu rycerskiego, a usposobienie wewnętrzne gnało go raczéj na pola wojny, niżeli wiązało do ciszy posępnego zamku feudalnego. Z jakiéjże przyczyny tak głęboki smutek wyrył się na twarzy jego szlachetnéj, na któréj wdzięk łagodził wyraz duszy, w chwili gdy cała arystokracya Francyi biegła pod chorągiew wiary, jak za czasów Ludwika IX?
Najnaturalniéj było przypuścić: — któżby smutnym nie był w położeniu podobném? Zaślubił kobietę którą ubóstwiał, wyrwał skarb ten światu, ukrył go w zamczysku ocienionym i obwarowanym wieżami; rozpoczął życie rozkoszy; Eden idealny stawał się dla niego rzeczywistością — piérwszy rozdział ksiąg rodzaju rozwijał się przed oczyma serca jego — cała ziemia dla nich dwojga była stworzona, mąż powtarzał ciągle jeden hymn zachwytu i miłości — marzył o życiu wiekuistém pod cieniem tych drzew, kochany i rozkochany. Słońce im tylko świecić miało!
Nagle, że się podobało Konwencyi rozdrażnić pobożnych wieśniaków Wandei, musiał ów nowożeniec zatopiony w małżeńskićm swém szczęściu, rzucać swój raj, i rzeczywistość boską zmienić w sen smutny i gniotący, musiał iść na wojnę domową, z nadzieją że zostawi po sobie wdowę, że porzuci, nie wiedzieć komu, w spadku po sobie, niebiańską istotę, przedmiot miłości!
Wolno było, nawet stoikowi takiemu jak de Pressy, mgłą smutku okryć twarz w chwili takiéj boleści.
Lecz, że smutek ma nieskończoną rozmaitość odcieni i wyrazów, któremi się objawia, bardzo głęboki badacz, nie byłby się takiém przypuszczeniem zaspokoił, rozpatrzywszy dobrze oblicze hrabiego de Pressy.
— Margareto, odezwał się po chwili, trzeba nam pomówić otwarcie, w okoliczności tak uroczystéj, która jest jakby chwilą przedśmiertnego pożegnania.
— Zdaje mi się, odparła Margareta, że zawsze mówisz otwarcie? miałżebyś kiedy mówić inaczéj?
— Tak jest, Margareto; czasem ludzie zmuszają nas byśmy się zakrywali przed niemi... Musimy walczyć z niemi równą bronią... Ale z tobą, żoną moją, rzecz inna... Tak, Margareto, gdybym w tobie ujrzał, choćby cień, choćby pozór ruchu wstrzymującego mnie, wyznaję ze wstydem, możebym pozostał... przytrzymany najmilszą mi ręką. Tak, Margareto, choćbym się tu w tym zamku miał doczekać ironicznego podarku kądzieli, zostałbym przy tobie, mój uwielbiony aniele, gdybym między temi drzewy a chorągwią Wandejską, postrzegł skinienie palca twego.
Hrabina de Pressy spuściła oczy, i myślała jak któś co probuje odgadnąć myśl mówiącego, niżeli mu odpowie.
— Kochany przyjacielu, zawołała podnosząc głowę z pewném postanowieniem — czy tylko prawdziwa otwartość mówi teraz przez usta twoje.
— Tak, tak, Margareto...
— No, to ci powiem, że twoja otwartość hrabio, podobna jest wielce do udawania.
— Wytłómacz się, nie rozumiem cię wcale, kochana Margareto.
— Myślisz-że, że ci mogę doradzić podłość? Zapominasz chyba że i ja pochodzę z rodziny rycerskiéj? zapominasz żem synowicą Dupleix, bohatera Indyi? Zapominasz żem wdowa bohatéra który wysadził się na powietrze z okrętem w porcie Pondichéry, niechcąc chorągwi swéj dać w ręce anglikom?
Hrabina mówiąc to, stanęła poważnie, bohatersko. Nie była to kobiéta, stała się bóstwem; dwoje wielkich jéj oczów błyskały jak dwie gwiazdy spadłe z niebios pod cienie drzew zamkowych.
— Nie, Margareto, nie — rzekł melancholijnie hrabia, nie zapomniałem niczego — niczego — rozważ dobrze to słowo — ja nic nie zapominam!
Hrabina westchnęła z pozorném uspokojeniem, jak gdyby nie zrozumiała prawdziwego znaczenia słów hrabiego.
— A więc to było zmyślenie, udanie — zawołała — mogłamże się na chwilę dać uwieść panu de Pressy usiłującemu odegrywać rolę tchórza, i oczekującemu niby na to żeby mu kądziel przysłano. O! nie. Hrabina de Pressy nie wpadła w łapkę — zna ona szlachetne serce męża.
— O! kobiéty! kobiéty! zakrzyknął hrabia składając ręce i opuszczając je na czoło.
— Co to znaczy ten wykrzyknik? spytała naiwnie hrabina.
— Nic, nic, zupełnie nic — odparł hrabia. Margareto, jadę dzisiaj w nocy.
— A! a teraz przesadzasz pośpiechem — odezwała się hrabina wzruszona widocznie i szczerze, na co jechać tak prędko? nikt ci tego nie nakazuje — zresztą, myślisz że ci odjechać dozwolę z tym ponurym smutkiem, z którym nigdy żołnierz wychodzić nie powinien?
— Margareto, przerwał hrabia ściskając rękę żony — niepodobieństwem jest, by w takiéj chwili kobieta potrafiła omamić mężczyznę. Wierzaj mi: są odcienia, są w uczuciu błyski które wszystko objawiają, zdradzają wszystko — w godzinach ostatecznych. Margareto, masz dla mnie szacunek, poświęcenie, przyjaźń; ale... będę miał odwagę ci to powiedzieć: ty mnie nie kochasz.
Hrabina pozostała nieruchomą i milczącą.
— Tak, nie kochasz mnie, kończył hrabia, i ta myśl tylko może mi osłodzić gorycz rozstania.
— Prawdziwie, takiego rozwiązania nie mogłam się spodziewać, odezwała się hrabina głosem usiłującym wyrobić siłę — nie wiem za co spotyka mnie tak pochlebna grzecznostka.
— O! bez szyderstw, droga Margareto, szukałaś wyrazów by mi odpowiedzieć na tę grzecznostkę, i zabrakło ci ich — tobie, tak zwykle przytomnéj! zresztą, nic ci nie wyrzucam: wszystko jest winą moją. Przyszłaś ku mnie z uczuciem prawém wspomnienia, boś była swobodną w Wersalu, i mogłaś....
— Dosyć, dosyć, panie hrabio, przerwała Margareta któréj łzy wytrysły z oczów! — godzieneś być szczęśliwym! nie doradzam ci podłości, ale rozkazuję... nie pojedziesz!...
Hrabia de Pressy odgadł łatwo ile było delikatności w uczuciu które żona jego tak żywo, tkliwie wyrażała; ale temu przebudzeniu przywiązania rodzinnego brakło jednéj rzeczy, jednéj — któréj nic nie może zastąpić — brakło miłości.
Hrabia jednak udał jakby się prostém przywiązaniem zaspokajał, w braku czegoś lepszego, i nie rzucając projektów rojalisty wandejczyka, pozornie usłuchał rozkazu co go czynił niewolnikiem żony, gdy honor wzywał całą szlachtę nieemigrującą pod sztandary wieśniaków Wandei.
Niestety! cóż stałego, co pewnego w projektach i zamysłach osnutych w czasach burz politycznych! W tych gorących godzinach, przyszłość jutrzejsza nawet wyrachować się nie daje.
Pod drzewy cienistéj alei zamkowéj, jeździec cały okryty kurzawą przeleciał jak widmo konne i z szybkością błyskawicy; zatrzymał się przed gankiem, a wnet całe towarzystwo hrabiego zbiegło się ze wszystkich zakątków i głębin parku, dla dowiedzenia się nowin chciwie oczekiwanych, które były rozdziałem nowym strasznéj historji owéj epoki, pisanéj żelazem i krwią.
Nowina była następującą: — żądano wodzów, żądano broni. Bój rozpoczynał się na widnokręgu. Pożar szerzył się co chwila. I jak w czasach straszliwych klęsk świata starożytnego, wołały głosy nocy Jam proximus ardet! Na pomoc! na pomoc biegnijcie!
Na te dziwne wieści, głowy się zapalały i ręce chwytały rękojeść mieczów. Nie godziło się już stąpać nogą roztargnioną po miękkich kobiercach, po marmurowych posadzkach, w zacisznéj ustroni, jak przed 89. Każdy szlachcic opóźniony zasługiwał by mu herbowne jego pole przekreślono linją haniebną; szpady przestały być ozdobą mieszczuchów i dodatkiem do stroju; zaczynały znów być orężem. Jedna chwila za długo przesiedziana pod zamkowemi stropami mogła zbezcześcić człowieka.
Kobiety nawet nie ważyły się wstrzymywać; ręce ich nie wskazywały na zamek spokojny, wyciągały się ku płonącym widnokręgu krańcom.
Do drogi nie wiele było potrzeba — konia i broni; dość tego byłoby pójść i umrzeć.
Hrabia de Pressy i d’Elbois dali przykład z siebie; pierwsi siedli na koń korzystając z bezpiecznych godzin nocy, dla połączenia się z jakim odłamkiem armji wandejskiéj o piérwszym dnia brzasku.
Dwaj panowie przebiegli równiny, wzgórza, jary, z takim zapałem, że o świcie zostali pieszo, konie ich padły na drodze, i pozdychały z wysiłku. Kraj rozwijający się przed niemi miał fizjonomję dziką i pierwotną; był to raczéj widok okolicy wyspy Don-Juan-Fernandez, niżeli jednego z departamentów Francyi: dziewicza dzikość ziemi, massy ciemne drzew, wzgórza dziwacznie powyrywane, bieg wód błędny, grunt wspaniale gardzący wszelką uprawą, oznajmywały naturę silną — matkę energicznych dzieci.
Hrabia i d’Elbois zachwycali się tym widokiem, jak podróżni coby raz piérwszy odkryli archipelag Oceanu Południowego. De Pressy zapomniał na chwilę boleści swéj, i stał się znowu jakby owym obojętnym gospodarzem hotelu w Wersalu.
— Prawdziwie, zawołał oglądając szybko okolicę do koła — trzeba być tak niezgrabnym jak Komitet ocalenia, żeby w takim kraju wywoływać wojnę. Miałeś słuszność mój d’Elbois, można było doskonale uniknąć téj wojny domowéj, wojny co się ukończyć nie może, póki na téj ziemi będzie bodaj dwudziestu chłopów katolików pozbawionych mszy i sakramentów.
— Rzecz niezaprzeczona, rzekł d’Elbois. Piérwszym obowiązkiem męża stanu powinno by być poznanie dokładne, szczegółowe Francyi, a tego im właśnie braknie. Chcą narzucić konstytucyę jednostajną krajowi okrytemu mgłami od północy, oblanemu słońcem od południa; obrosłemu modrzewiami w Dunkierce, pomarańczami w Hyères, pojącemu się cydrem w Normandyi i esencyą w Langwedoku; który z jednéj strony naczytał się Voltaira z drugiéj Rouss’a; protestanckiemu od wschodu, katolickiemu od zachodu; który oblewają Ocean, rzeki i morze Śródziemne, który w ostatku, dla tych wszystkich przyczyn, jest ogromnym amalgamem rozmaitych charakterów, temperamentów i organizacyj. Zachciało im się uczynić jedném i niepodzielném, co ze swéj natury jedném i podzielném być musi. Oto szkopuł, o który się rozbiją zawsze wszystkie władze i wszystkie konstytucye. Na jednoby wyszło zebrać w arce wszelkiego rodzaju zwierzęta i zmusić je by się karmiły w jeden sposób i żyły jednakowo.
— Tak, rzekł de Pressy, ale na to odpowiedzą, że człowiek obdarzony jest rozumem — i że....
— Hrabio de Pressy, przerwał d’Elbois, nie uśmiechaj się gdy to mówisz. Niestety! wiemy doskonale jaką korzyść człowiek ze swego rozumu wyciąga.
— Traci go! dodał smutnie de Pressy.
— Ale, kończył d’Elbois, nie bądźmy za surowi dla drugich. Nie rzucajmy kamieniem na nikogo; my także winniśmy błędów i mamy dziś za nie odpokutować. Słuchaj de Pressy, słuchaj — wróć jak ja do wspomnień dawnych. Dwadzieścia lat temu, byliśmy oba w Chanteloup u księcia de Choiseul; ojcowie nas tam przywieźli! Pamiętasz kochany de Pressy, cośmy to młodzi naówczas widzieli w Chanteloup?
— Doskonale, kochany d’Elbois: grano wesele Figara pana de Beaumarchais.
— Tak, a potém?
— Pytasz co robiły rodziny nasze?
— No, cóż one robiły, kochany de Pressy?
— Rodziny nasze poklaskiwały filozofji cyrulika Figaro, i żartowały sobie arcy-dowcipnie ze szlachectwa, które przedstawiał hrabia Almaviva...
— Wybornie, kochany de Pressy, dobrze to pamiętasz. Dodam tylko, o czém być może zapomniałeś — nie przypominasz-li sobie piosenki co się kończyła:
— Przypominam sobie piosenkę.
— I pamiętasz że jéj poklaskiwano gwałtownie.
— Tak, ale i to pamiętam że byli tacy co nie klaskali, smutnie potrząsając głowami.
— Tak, prawda, a tych przezywano Kassandrami, Kaletasami, Cazottami, i proszono o powtórzenie piosenki.
— I myśmy także potracili byli głowy, d’Elbois. — Wielki to błąd mniemanie, że niższe klasy robią rewolucye; one je kończą, starsi zawsze sami je poczynają.
— Przynajmniéj, rzekł d’Elbois, szczęśliwsi jesteśmy od umarłych ojców naszych. Możemy chwalebnemi przykłady i bohaterskiém poświęceniem opłacić część błędów szlachty francuzkiéj. Gdyby wojna wandejska tylko nam dopomogła do starcia plam z kilku tarczy herbownych, powinnibyśmy ją za to błogosławić.
De Pressy, który rozmawiając wciąż rozpatrywał się w ciemnych massach zieloności, które okrywały wzgórza i w ścieżkach wydeptanych przez pastuchów, wstrzymał się i zatrzymał d’Elbois, wyciągając rękę.
— Tu trzeba oka myśliwca, rzekł uśmiechając się, — nie widzisz li tam nic w tém przecięciu lasu, tu o pięćset kroków na prawo?
D’Elbois wzrok zwrócił we wskazanym kierunku, i dał znak głową jakby mówił — nic nie widzę.
— A ja, rzekł de Pressy, lepsze podobno mam oczy. W téj odległości odkryłbym odyńca w barłogu i mógłbym być dojeżdżaczem...
— No i cóż tam zobaczyłeś?
— Naprzód, kochany d’Elbois, usuńmy się trochę na bok, tu w zarośla. To pewno że tam są ludzie, że mi błysnęła broń.
— Może myśliwi.
— O! ho! niemasz już myśliwych w Wandei, pozostali żołnierze tylko.
— To prawda...
— Czekaj, czekaj — pozwól mi się no wpatrzéć w ten gaj — niech tylko schwytam cokolwiek... Barwę jaką, formę... cień postaci... a powiem kogo mamy przed sobą — przyjaciół czy wrogów.
De Pressy rozpatrywał z uwagą wysiloną tę część lasu podejrzaną, i zabłysły mu oczy.
— Tak, chciałem tylko cienia — otoż jest — widziałem — wyciągnął się od słońca... ciała nie widzę, cień migocze mi i znika... widzę na nim strzelbę bez bagnetu... to straż... obwarowująca posterunek wieśniaków... nie jest to cień żołnierza, bo na cieniu strzelba myśliwska. Przed nami biali, niema sinych... to pewna, a zatém, naprzód!
To mówiąc, hrabia de Pressy wyjął z kieszeni wielką kokardę białą i przypiął ją do kapelusza, d’Elbois uczynił podobnież i dwaj szlachta poszli naprzód krokiem śmiałym.
Oba odpowiedzieli na zapytanie straży, hasłem rojalistów, i wedle słusznego przewidywania hrabiego de Pressy, znaleźli się wkrótce wśród bataljonu złożonego z ośmiuset chłopów wandejskich, których najmniéj połowa opatrzona była w broń, reszta czekała zwycięztwa by ją sobie zdobyć.
De Pressy znał młodych oficerów dowodzących wieśniakami; przyjęty został z zapałem; co więcéj, okrzykniono go natychmiast wodzem jednogłośnie, a wymówki jego musiały zamilknąć w obec nalegań wszystkich.
— Przyjaciele moi, rzekł de Pressy, kiedy mi każecie sobie dowodzić, dowodzić będę wami; ale teraz z kolei, rozkazuję wam prowadzić mnie; kraju tego nie znam, nie miałem czasu rozpatrzeć go na karcie nawet.
Wieśniacy zakrzyknęli że każdy z nich za przewodnika mógł służyć, ale w téj chwili przewodników nie było potrzeba, bo chodziło o przerznięcie się przez posterunek żołnierzy republikanckich, dla połączenia się z armją wandejską, od któréj dzielił ich las Valbouis.
— Jak daleko jesteśmy od sinych? spytał de Pressy.
— Najwięcéj kiedy o milę, odparł wieśniak siwy, który zdawał się tu mieć wielką władzę.
— Na coście czekali tutaj nie atakując ich?
— Uczyliśmy trochę rekrutów naszych, a potém mieliśmy ruszyć, rzekł wieśniak.
— A cóż ci poczciwi ludzie umieją!
— Potrafią umrzeć.
— To nie dosyć.
— Potrafią zwyciężyć.
— Tego dość, i wieczorem, przyjaciele, będziecie wszyscy mieli broń dobrą, a jutro połączym się z armją, jeśli Bóg pozwoli.
Hrabia de Pressy usunął się na chwilę z między wojsk, napisał list do żony, i oddał go chłopcu lat około trzynastu, którego pod tym uczciwym pretextem usuwał od walki i niebezpieczeństwa wyprawy.
Dziecię mruknęło odbierając pismo, ale stary wieśniak wskazał mu niebo i rzekł:
— Wszystkie rozkazy z tamtąd pochodzą, choć przez usta wodzów idą. — Bądź posłusznym.
Dziecię skłoniło głowę, wzięło list i pobiegło.
Po urządzeniu ludu, hrabia przejrzał swój bataljon, i podał rękę d’Elbois, który opatrzywszy się w kij okuty żelazem, zajął ostatnie miejsce między Wandejczykami.
— D’Elbois, rzekł mu hrabia, nie będę ci wyrzucać żeś mojéj przyjaźni i protekcyi nadużył dla wzmocnienia się i awansu w armij wandejskiéj. Zdaje mi się że i u nas jest równość.
Potém obracając się ku wszystkim, hrabia rzekł:
— Dzieci moje, pamiętajcie dobrze żeście jednym człowiekiem, że macie myśl jednę, jednę duszę, jeden cel. To będzie siłą waszą; jedność nierozerwana zwycięża wszystko. Nikt nie skruszy wiązki którą sam Bóg swemi zadzierżgnął rękoma.
Wieśniacy podnieśli kapelusze do góry, ale żaden nie krzyknął, aby echo tych pustyń nie zdradziło chodu bataljonu wandejskiego.
— Naprzód! rzekł hrabia podnosząc szpadę do góry... Zbliżywszy się do d’Elbois rzekł na ucho:
— Dwadzieścia lat temu, tegoż dnia poklaskiwaliśmy przycinkom Figara.
— A teraz idźmy to odpokutować! odparł zagadniony hrabia; stanął na czele bataljonu, i ująwszy starego wieśniaka pod rękę, rzekł mu:
— Pokaż nam drogę najkrótszą, bo mi pilno zobaczyć się z sinemi.
— Panie hrabio, obiecuję ich panu pokazać za godzinę.
— Oj! to cóś długo czekać, rzekł de Pressy.
Natura która nigdy nie łączy się i nie sympatyzuje z człowiekiem, i zawsze jest wdzięczną choć ludzkość nią być przestoje, zdobiła niewyliczonemi blaski i wonią pejzaż, który wojna miała okryć krwią i kurzawą. Ptacy śpiewali wśród liści, powietrze napełniało się zapachami, wody mruczały wśród łąk zielonych, zewsząd niebiańskie głosy wzywały do nasycenia zmysły i duszę; zdawało się jakby te dwa wiersze poety, wyrzezane były na korze każdego drzewa:
Wenus jeszcze wzdycha.
Ale ludzie podobni są zawsze bałwanom Egyptu; uszy służą im by nie słyszeli; jak Rzymianie na czele świątyni piszą imię zgody, lub przypinają je na rogu ulic, by całkiem potém o świętéj zgodzie zapomnieć.
Bataljon wandejski w cichości posuwał się ku nieprzyjacielowi i drzewa cieniste osłaniały pochód jego; trawy głuszyły stąpanie.
Stary wieśniak, znający okolicę, mówił do pana de Pressy.
— Panie hrabio, wychodzim z lasu; postrzeżemy kawał gruntu okrytego wrzosami, z drugiéj strony będzie strumyk, który w czasie deszczów staje się potokiem i wpada do Loary.
W téj porze możemy go przejść mając wody nie więcej jak po kolana. Strumyk ten płynie po nad brzegiem lasu w którym się zamknęli republikanie, usiłując przeciąć linję komunikacyjną, i nie dozwolić Wandejczykom, z téj strony będącym, przejścia najkrótszego i najłatwiejszego do środka Bocage, to jest do ogniska powstania.
— A więc? mówcież co więcéj? spytał Pressy nachylając się ku przewodnikowi — uczcież mnie proszę? czy niema w górze lub w dole innego przejścia przez ten strumień? Czy koniecznie zmuszeni jesteśmy przerzynać się przez ten las i przez sinych?
— Przed przybyciem waszém panie hrabio, zdecydowaliśmy, że tędy przejdziemy; ale nie byłaby to racya żeby koniecznie tak zrobić, gdyby nam co lepszego pozostało, a tu nie mamy podobno w czém wybierać! Naprzód górą i dołem drogi są nie do przebycia, mówię drogi, ale to tylko tak się mówi, bo dróg żadnych niema. Nic, tylko topieliska, bagna, góry porosłe gęszczą nieprzebytą, wody i trzęsawiska. Dwadzieścia dni byśmy stracić musieli nimbyśmy z tego wyleźli, a dwadzieścia dni, to życie. Ale jest i druga racya lepsza: kiedyśmy się skupili żeby się bić, czemuż się nie bić od razu, kiedy tak dobra zręczność pod samym bokiem, u drzwi chałup naszych? Jest to w ostatku najlepsza zręczność nabycia broni któréj potrzebujemy, a gdy przyjdzie się z armią wandejską połączyć, toż już nie będziemy rekruci, ale starzy żołnierze co widzieli ogień, powąchali prochu i opatrzyli się w co potrzeba.
— Wybornie, rzekł hrabia; to najlepsza zapewne racya, i innych mi już nie potrzeba. Nie potrzeba ci powtarzać, kochany towarzyszu, żem te uwagi zrobił w interesie wszystkich; bo, co do mnie, nie mam żadnéj przyczyny osobistéj żebym się bardzo o siebie troszczył. Nigdy nikt pewnie na niebezpieczeństwo i śmierć nie biegł weseléj nademnie.
— A cóż to, czy pan rozpaczasz o naszéj sprawie? spytał wieśniak rozpatrując się w twarzy hrabiego, okrytéj powłoką smutku — mówisz pan to, takim tonem.
— O! kochany towarzyszu — odparł hrabia uśmiechając się, moje osobiste strapienia nic nie mają wspólnego ze smutnemi wypadkami politycznemi; nie wróż więc nic złego dla sprawy ze słów i tonu któremi je wymawiam: przeciwnie, mam sprawę naszę za bardzo dobrą, bardzo piękną i silną. Wandea będzie grobem swych wrogów, a piedestałem obrońców.
Słów tych domawiał gdy promień słońca przecisnął się przez drzewa ostatnie, i ciasna dolinka naga ukazała się oczom bataljonu.
Hrabia piérwszy puścił się biegiem, i w kilka chwil przybył do strumyka, który przebyto kilką skoków. Żadna straż republikańska nie zaalarmowała dotąd obozu, i zdawało się, że lasek nie był strzeżony, pomimo zapewnień przeciwnych.
Prawda, że nowe regimenta republikańskie, przybyłe w tę okolicę Wandei, dosyć pogardliwie uważały tę wojnę z ubogim ludem, a wodzowie sądzili, że zbyt wiele honoru uczyniliby wieśniakom, gdyby przeciwko nim przedsiębrali strategiczne ostróżności, zawsze będące we zwyczaju w każdej kampanji, przeciwko nieprzyjacielem straszniejszym.
Hrabia de Pressy, piérwszy przebywszy strumyk, zatrzymał się, ustawił swych ludzi w szyk bojowy, i uregulował ich po żywym pochodzie rozpierzchłych.
— Dobrze wiész co się tu dzieje? spytał przewodnika.
— Doskonale! odparł wieśniak.
— Ci, co tobie to donieśli, byli ludzie pewni, na których polegasz.
— Jak za siebie, za nich ręczę panie hrabio.
— Zresztą, zawołał hrabia — naprzód ciągle, a jeśli nie spotkamy nikogo, tém lepiéj; tém lepiéj dla was moi przyjaciele!
Hrabia wpadł do lasu z odwagą myśliwca, który ściga dzika w łożysku, a bataljon poszedł za nim z zapałem, który mężny dowódzca zawsze przelewa w swoich podkomendnych.
Już przebyli połowę lasu, gdy razem krzyk i wystrzał dał się słyszeć.
W tejże chwili, więcéj dwóch tysięcy żołnierzy republikanckich, uśpionych jak Kartagińczycy w Kapui, na posłaniu zieleni, powstali, poczęli się sami formować w ściśnięte kupki, i całą linją dali ognia ze straszliwą zgodnością.
Wieśniacy wandejscy odpowiedzieli, a de Pressy zakrzyknął: — Dosyć! naprzód i przerzynać się!
Rachował on na siłę i zwinność swoich ludzi, których ciała były z brązu, a nogi z sprężystéj stali. W podobnym razie, postępować wedle starych prawideł bojowych, i nieustannie się odstrzeliwać, było to narażać się na nieuchronną przegranę, z żołnierzem wprawnym manewrami nad Sambrą i Renem. Potrzeba było wysiłku stanowczego i rozpaczliwego; walki pojedyńczych zapaśników, boju energicznego, gdzieby, wedle słów Quinta-Kurcjusza, noga się z nogą splątała.
Hrabia rzucił się na środek linji, by go przebić i otworzyć przejście swoim, za nim szli najmężniejsi i najsilniejsi; wybrał ich do tego umyślnie; wszyscy żołnierze od wczoraj, dziś już weterani; ludzie wiary, uważający śmierć za męczeństwo, a niebo za ostatni spoczynek żołnierza. Linja republikancka skrzydłami objęła środek, by wstrzymać i odeprzeć napad tych olbrzymów:; Wandejczycy, dla uniknienia wystrzałów, rzucali się na ziemię, powstawali wśród kłębów dymu i granitowemi barkami wywracali żołnierzy.
Hrabia otoczony żołnierzem, jedną ręką odpychał bagnety, drugą uzbrojoną w szpadę, walczył jakby w pojedynku, do którego żywy zastępował ciągle zabitego. Bataljon wandejski otrzymał w tém spotkaniu jedyne zwycięztwo, które był zdolen wywojować sobie; przebił linją jak kupa lwów, nachwytał broni i przeskoczył z szybkością zadziwiającą na drugi brzeg lasu. Hrabia de Pressy, d’Elbois i ze stu wieśniaków, odwiedli sinych w jednę stronę, skupili bój ku sobie, by reszcie dać czas się przeciąć; ale ta walka tak nierówna musiała być dla bohaterów, co się na nią ważyli, śmiertelną. Nieszczęściem téj wojny wandejskiéj było, że z obu stron odwaga jaśniała równa. Nieustraszoność spotykała się zawsze oko w oko z nieustraszonością. Po bitwie, dusze tylko uciekły, wszystkie ciała placu dotrzymały.
De Pressy, wpędzony w szeregi żołnierzy, jak między granitowe mury, upadł przeszyły kilką bagnetami, i ostatnim uśmiechem pożegnał bataljon wandejczyków, który od brzegów lasu rzucał się ku swéj ziemi obiecanéj.
— Dobrze! plan mój się powiódł! Nie można być szczęśliwszym!
Gdy to mówił, szpada wysunęła mu się z ręki. Z tysiąc żołnierzy republikańskich poszli w pogoń za wieśniakami, ale ci byli już na znajoméj sobie ziemi, i niczego się nie lękali: nie obawiali się nawet tych długich wystrzałów, z których tyle hałasu, a tak mało skutku: zresztą postępowanie ich nadal wytknięte było przez hrabiego de Pressy. Czekali na nich bracia; nie chodziło już o bitwę, trzeba było iść i łączyć się z niemi.
Hrabia rozciągniony na trawie, zbroczony krwią własną, ratowany był przez żołnierzy republikanckich, otaczających tę szlachetną ofiarę, i ubiegających się troskliwie w daniu mu pomocy. Oficerowie unosili się nad jego męztwem, zręcznością, cudowną krwią zimną i wyciągali doń rękę, jakby chcieli pożegnać raz ostatni konającego brata.
Oczy wszystkich osłaniały się łzami w obec tego człowieka w kwiecie młodości, którego twarz tchnęła pełną słodyczy dumą, a ręka arystokratyczna tak dobrze władnęła w boju pojedynkową szpadą. Otoż owoc wojen domowych! smutna zaciętość wśród boju — braterskie politowanie po nim. Czemu te straszliwe wojny, nie mogą się zaczynać od końca? Odkąd one istnieją, nie poznano ich jeszcze i czemuż nie znamy ich lepiéj? Może gdyby Abel przeżył rany swoje, Kain by go uścisnął nazajutrz.
Hrabia de Pressy z wysiłkiem ostatecznym, wskazał ręką jednego z oficerów, a gdy ten zbliżył się ku niemu, rzekł do niego głosem osłabłym, dziwnie sprzecznym z pogodą niewzruszoną wzroku.
— Bóg wielką mi wyświadczył dziś łaskę. Daje mi chwilę życia jeszcze, naprzód, bym o nim pomyślał, potém o tych co mnie obchodzą, których zostawiam na ziemi bez nadziei szczęścia dla nich.... Wszystko co się w téj chwili dzieje u nas, smutne bardzo.. przyznaj pan sam.
— Spełniamy powinność, odparł oficer śmiało, ale z uszanowaniem. Wolelibyśmy być pod Alpami lub nad Renem... ale..
— Wiém o tém, przerwał hrabia ściskając go za rękę. Nic to nowego dla mnie. O! młody człowiecze, gdybyś ty wiedział, jak ironicznym okiem pogląda się na sprawy tego smutnego świata, jedną nogą stojąc w grobie! Zdaje mi się, że życie objawia się nam dopiéro, gdy się z niém rozstawać mamy! Posłuchaj mnie pan... i zapewnij mnie, że ostatnia moja prośba spełnioną zostanie.
— Zaręczam to panu — rzekł młody człowiek ściskając rękę hrabiego.
— Zaręczamy ci to wszyscy, zawołali żołnierze otaczający konającego hrabiego.
— Dziękuję wam przyjaciele, odezwał się de Pressy, usiłując podnieść głowę, by wzrokiem choć podziękować tym, co do niego przemówili — dziękuję wam... Oto.. za tym lasem, jest gaj Valbouis... jest tam i wioska tegoż nazwiska, tam się zapytać można o drogę do zamku hrabiego de Pressy... Jestem hrabia de Pressy.. czy was nie gniewa to imie arystokraty?
Żołnierze potrzęśli głowami i na twarzach ich litość się tylko odmalowała.
— Wiém o tém, wiém, mówił daléj, że wojsko pełne jest serc szlachetnych.. nawet wojsko co tu się z nami bić przychodzi... Ten, który się podejmie spełnić powierzone mu przez umierającego poselstwo, pójdzie do zamku.. do mojego zamku... i oznajmi mojéj żonie... że nazajutrz....
Hrabia wyprężył się jakby usiłował chwilę jeszcze schwycić uciekające życie; ale głowa jego i prawa ręka ciężko na trawę opadły; oczy otworzyły się i ukazały martwe, osłupłe źrenice... Hrabia skonał otoczony przyjaciółmi.
Żołnierze republikańscy, którzy byli świadkami bohaterskiéj odwagi hrabiego de Pressy, rzucili płaszcz na ciało jego i postanowili pogrzebać go w miejscu, w którém padł z takiém męztwem walcząc, oddając mu honory wojskowe, jakby służył pod ich chorągwią.
Ostatnia wola hrabiego spełniona została nazajutrz, i hrabina Margareta płakała w zamku, okryta żałobą.
Margrabia d’Holbein, w piérwszych latach panowania Ludwika XVI, uchodził za zalotnisia i galanta.
W r. 93, był to człowiek pięćdziesiąt pięć letni, wysokiego wzrostu i wspaniałéj postawy, co zawsze nieposiadających tych przymiotów nieco upokarza; oko jego miało w sobie wyraz niewieściéj słodyczy objawiający brak myśli; cera dziecinnéj świéżości, była godłem duszy, któréj żadna gwałtowniejsza namiętność nigdy nie dotknęła. Od bardzo dawna, margrabia d’Holbein, przezwany pięknym d’Holbein przez wiejskie wdówki, nabył zwyczaju ciągłego wpatrywania się w posadzkę lub sufit, aby nie przeszkadzać ciekawym uwielbiać swe wdzięki, i rozpatrywać się w jego osobie lub wytwornym stroju.
W godzinie na wizyty przeznaczonéj, pan d’Holbein, sąsiad zamku de Pressy, nigdy nie omieszkiwał złożyć swe uszanowanie pięknéj wdowie hrabinie Margarecie; wyperswadował był sobie z najlepszą wiarą w świecie, że przytomność jego i rozmowa, były dla niéj wielką pociechą w smutku i nudach, i poświęcał, przez ludzkość jako dobry sąsiad, długie godziny pani hrabinéj, mogąc je zająć polowaniem lub przechadzką po lesie swoim i parku.
Często pani de Pressy, która nie domyślała się poświęcenia swego sąsiada, któréj nawet odwiedziny te poczynały się wydawać trochę ciężkie, wyszukiwała rozmaitych powodów, by nie wyjść do salonu. Gdy służący, ze zwykłą swemu rzemiosłu śmiałością, przyszedł oświadczyć margrabiemu od hrabinéj jak ją bolało, iż mu służyć nie mogła, margrabia wpatrzywszy się w sufit, żądał pióra i papiéru i rozmaite wypisywał warjacye z następującego tematu:
«Margrabia d’Holbein składa uszanowanie swe pani hrabinie; czci on i szanuje boleść słuszną, którąby rad osłodzić, i przybędzie jutro dowiedzieć się, czy dzień następny mniéj jedną łzą nie wysączył.»
Taki lub podobny napisawszy bilecik, składał go z powolnością wspaniałą i oddawał służącemu, ciągle wpatrując się w sufit.
Służący ten, odebrał był raz na zawsze rozkaz od pani de Pressy, żeby jéj bilecików nie oddawał, a margrabia oddalał się rojąc domysły różne o skutkach, jakie zręczne jego frazesiki wywrzeć mogły na sercu młodéj wdówki, osamotnionéj wśród lasów.
Kobiéta żyć umiejąca, potrafi walczyć z godzinami znudzenia, gdy ujrzy, że jéj taktyki nie rozumieją, i exkluzji przypuścić nic chcą, choć ją wyraźnie wskazuje. Po dwóch dniach odprawy, hrabina Margareta musiała przyjąć pięknego sąsiada, który usiłował nagrodzić sobie dni stracone, i stawał się przyjemnym, ciężko przyjemnym, jak to niektórzy być umieją, na postrach i plagę salonów.
Po dwudniowém niewidzeniu, margrabia d’Holbein zawsze sobie wyrozumował, otwierając fórtkę parku przyległego ogrodowi hrabinéj: — Pani de Pressy jest w ósmym miesiącu wdowieństwa — to już wiele! Kobiéta ta wiedzie życie jak najprzykładniejsze, nie przyjmuje nikogo a nikogo od śmierci swego męża, prócz mnie. To wiele! Rzecz ma znaczenie. Pani de Pressy walczy — pojmuję! Zgaduję nawet, że niekiedy zdobywa się na stanowcze kroki by uniknąć ze mną widzenia się na cztéry oczy; ale trzeciego dnia wszystkie te postanowienia giną.. To wiele! W istocie ta awanturka wiejska ma swój pewien wdzięk!... Jestem z panią de Pressy nadzwyczaj wstrzemięźliwy, niezmiernie ostróżny, za co mi musi być wdzięczną, a gdy przyjdzie chwila wylania się, usłyszę za to z jéj pięknych ust wyrazy wdzięczności, które mi w najwyższym stopniu pochlebią. Co tu sztuki i wprawy potrzeba mężczyznie w tak delikatném położeniu! Stu innych na mojém miejscu, byliby już wszystko nagląc popsuli.. ale ja znam ludzi... Ja, tyle mając powodów odwagi i nadziei wygranéj.. co czynię? Nic — zupełnie nic.. Czekam! To wiele!
Dnia tego, margrabia d’Holbein, wchodził poważnie na wschody gankowe i zatrzymał się w sieniach, udając przed sobq, że się przypatruje starym mappom, które ściany zdobiły. Nikt się nie ukazywał.
— Niema służących... rzekł poczynając monolog z nadzieją, że go zakończy dyalogiem — niema służących, by oznajmili o przybyciu margrabiego d’Holbein?
Echo sieni odpowiedziało na te słowa posępném mruczeniem.
Na prawo, drzwi salonu szeroko były otwarte, jakby wzywając do wnijścia.
D’Holbein zlekka zapukał, stuknął korkami trzewików, odetchnął silnie, ośmielił się spójrzeć wyciągając głowę, i ujrzawszy w salonie pustki, wszedł.
— Ale cóż się stało ze służącemi pani de Pressy? zamruczał półgłosem chcąc cóś powiedzieć. Dotykać począł mebli, książek, obrazów, kwiatów, żeby z sobą cóś zrobić i dać sobie przyzwoitą postawę w obec siebie, gdyż dwa ogromne zwierciadła odbijały wspaniałą jego figurę i twarzyczkę zestarzałego cherubinka.
Po godzinie próżnego oczekiwania, chód dał się słyszeć w sieni; margrabia d’Holbein rzucił jeszcze okiem na zwierciadła i ukazała się hrabina.
Młoda wdowa nie miała pewnie żadnéj myśli zalotności w tém ustroniu, w którém pogrzebła wdzięki swoje, a jednak — niezbadane są serca kobiécego tajemnice! ubrana była, zapewne dla własnéj przyjemności, starannie i z wytworem, który nie rażąc praw wdowieństwa, w oczach złośliwych, mógł ją dać w posądzenie o jakieś zamysły.
Piękne jéj czarne włosy, przybrały kształty fantazyjnego stroju z czasów Ludwika XIII; wycięcie czarnéj jéj sukni wdowiéj zbyt może okazywało obnażone ramiona, ale na to miała wymówkę w gorącéj porze roku.
Rzekłbyś, że Julja de Vergennes weszła na salon amfitryty w hotelu Rambouillet. Brakło tylko salonowi zamku de Pressy, pięknego wielkiego świata z wieku Ludwika XIII; pusty był niezmiernie, bo go napełniała nuda w osobie margrabiego d’Holbein.
Widząc margrabiego, pani de Pressy, mimowolnie wzdrygnęła się, ruchem zrozumiałym dla pokornych, który, próżni i dumni umieją sobie na swą korzyść wytłómaczyć.
Ruch ten i wzdrygnienie jasno znaczyły:
— A! mój Boże! znowu ten wieczny margrabia d’Holbein.
Margrabia skłonił się, i biorąc rękę hrabinéj, dotknął jéj usty zimnemi a pełnemi szacunku.
— Mam nadzieję, hrabino, rzekł pompatycznie — że lekka jéj słabość, nie pociągnie za sobą żadnych następności....
— Nie byłam słabą, odpowiedziała hrabina, wskazując ze znaczącém zaniedbaniem fotel gościowi, nie wychodziłam w tych dniach do salonu, bom miała do uporządkowania papiery familijne — i to mi cały mój czas zajęło.
— Oddano pani bilecik mój wczorajszy i pozawczorajszy.
— Odebrałam je.
— Napisane były naprędce, tutaj.. ale są wyrazem najszczérszych uczuć moich... Wiész pani jak mnie żywo zajmuje...
— Margrabio d’Holbein, przerwała hrabina wyrywając kwiatek z japońskiego naczynia — jak to być może, żebyś pan, jeszcze tak młody i zdrów, siedział w swoim zamku, gdy wszystka szlachta Wandei, idzie pod chorągwie królewskie?
D’Holbein wcale się nie spodziewał tak żywego natarcia; cofnął się mimowolnie w axamitne głębie swojego fotelu, i zamruczał naprzód buntującemi mu się usty, kilka zgłosek nie mogących złożyć słowa; nareszcie z pomocą niucha tabaki, którego resztki długo otrzęsał z koronkowych żabotów, zdobył się na odpowiedź.
— Tak pani, tak — często — bardzo często o tèm myślałem.. i mówiłem sobie.. w istocie jest obowiązek święty.. jest tam obowiązek honorowy do spełnienia.. Ale, jeśli mi pani pozwolisz mówić otwarcie...
— Tak, mów pan otwarcie, odezwała się hrabina udając, że wącha kwiatek, by ukryć ironiczny uśmiech.
— Otóż pani, odparł żywo d’Holbein nie wiedząc spełna co powié — głęboko, bardzo głęboko, zastanawiałem się nad tém.. Między nami, rojalistami, możemy to sobie powiedzieć po cichu, że nieszczęsne roztérki powstały między dowódzcami Wandei; wieśniacy niewiele mają ochoty słuchać swych dowódzców szlachty, wolą naczelników wyszłych z ich stanu.. Jest to bardzo ważna uwaga.. Po cóż, rzekłem sobie, iść na tę wojnę, by patrzeć na te drobne zawiści? które, jeśli się Bogu podoba — znikną wkrótce, bo wszyscy wreszcie zrozumieją, wodzowie i żołnierze, że dobro wszystkich jest w jedności i zgodzie... Gdy ta godzina pojednania nadejdzie.. o! natenczas, pani, wiém co mi należy uczynić dla honoru familji i imienia mojego...
Wyrzekłszy te słowa, d’Holbein powstał i przybrał postawę Ajaxa, wpatrując się w sufit.
— A! zawołała hrabina z wyrazem głosu i wzroku, którego nie dostrzegł margrabia — a! panie d’Holbein? to więc jest powodem, że Wandea pozbawiona została tak mężnego obrońcy!
D’Holbein spójrzał nagle na hrabinę, i zdało mu się, że myśl głęboką i jasną wynalazł.
— Pani, rzekł ze wzruszeniem, obiecałem mówić z nią otwarcie, i przyrzeczenie moje zgwałciłem...
— Dobrze, odpowiedziała hrabina z uśmiéchem, na drugi raz wiedzieć będę jak się pańska otwartość nazywa.
— Pozwolisz pani, mówił daléj margrabia skłaniając się bardzo pokornie, pozwolisz pani.. W chwili gdym miał mówić z tą otwartością, któréj pani tak jesteś godna, zabrakło mi odwagi..
— Niech się pan uspokoi.. niech się pan nie lęka.. panie d’Holbein..
— Kiedy pani raczysz mnie swą boską prawdziwie dobrocią ośmielać, będę całkiem już szczéry.. Tak pani.. widziałem jéj boleści, jéj nudy, jéj odosobnienie.. i poświęciłem się nawet z ofiarą mego honoru, żebyś pani miała przy sobie głos przyjaźni, głos pociechy; żeby ożywić tę pustynię jaką tu wojna uczyniła dokoła; wreszcie, wyznam wszystko, by na twe usługi pani, oddać człowieka, który przywykł do dworów i salonu, który się zaszczycał względami najdystyngwowańszych kobiét, który wśród wieku, w którym się wszystko zatraca, zachował tradycye dobrego smaku i życia wielkiego, będące wdziękiem wszystkich czasów i wszelkiéj pory..
Po tém wyznaniu, P. d’Holbein rozwinął chustkę i otarł kilka kropli potu z zaczerwienionego czoła.
— Prawdziwie, panie d’Holbein, rzekła hrabina z wdzięcznie zaokrąglonym ukłonem — nie spodziewałam się takiego wyznania. Jest to ofiara, poświęcenie godne jego grzeczności, i wielce mnie dotykające..
— Te wyrazy, te słodkie wyrazy pani, rzekł margrabia wzruszony, są dla mnie już nagrodą.
— Więc panie d’Holbein, kończyła hrabina de Pressy, przypuszczając nawet, że owe zawiści, które jak mówią exystują między wodzami wandejskiemi, usłaćby mogły, pan byś wytrwał pomimo to w swém poświęceniu się dla mnie.
— Nawet w takim razie! rzekł d’Holbein pięścią uderzając o kolano.
— I nie poszedłbyś pan na wyprawę?
— Nie, pani.
— Nie zaparłbyś się pan tego poświęcenia honoru swego, poświęcenia nieustannego i tak już trwającego długo?
— Aż do śmierci, do śmierci, stawiam się na próbę i proszę o nią.
— Tak więc, w panu jednym, mam mieć towarzystwo moje całe!
— Jedyne! A! pani, gdzieżbym ja mógł znaleźć wdzięczniejszy salon nad ten, w którym jaśniejesz pięknością swoją.. A ty pani, pozwól to sobie powiedzieć, gdzieżbyś znalazła serce jéj wyłączniéj poświęcone, więcéj przywiązane, nadewszystko w téj straszliwéj epoce, w któréj wszędzie królują egoizm i nienawiść? Zawsze przyjaciel był rzadkim; dziś go już nie widać.
— Przynajmniéj, szepnęła hrabina, wiém już teraz co mnie czeka.
— Tak! to nieuchronne.
— Otwartość pańska, panie d’Holbein, wielką mi sprawia ulgę.
— Od dwóch miesięcy pani, rzekł ogniście d’Holbein, wyznanie to krążyło na ustach moich, ale mnie dziecinny skrupuł wstrzymywał.
— Margrabio d’Holbein, odezwała się wstając hrabina, nie spodziewałam się tu go znaleźć, czekają na mnie na górze, z ułożeniem jakichś tam papierów sądowych, żegnam pana dziękując mu za jego otwartość i wyznanie to, z którego korzystać nie omieszkam.
Margrabia chciał rozpocząć na nowo, niosąc rękę hrabiny ku ustom, ale ręka ta cofnęła się szybko i pożegnała go tylko skinieniem. D’Holbein tryumfalnie zszedł ze wschodów gankowych, a postępował tak lekko, że pod stopami jego ledwie uginały się trawy w alejach parku.
Wróciwszy do domu, wziął piérwszy tom Nowéj Heloizy, i po połowie frazesu zapożyczając z każdego listu Saint-Preux, ułożył z tych kawałków długą i piękną odezwę, którą nazajutrz miał wręczyć hrabinie de Pressy.
— To będzie uderzenie stanowcze! rzekł d’Holbein, odczytując list Jana-Jakóba Rousseau.
Z jakąż niecierpliwością oczekiwał nadejścia szczęśliwéj godziny, któréj wzywał od niebios łaskawych! Wreszcie — godzina wybiła.
Zielone sklepienia drzew zdawał się dosięgać głową, idąc do zamku hrabinéj, i powtarzając frazes z Heloizy, który zręczném słów obrótem potrafił zmienić do niepoznania: Władze niebieskie, dałyście mi duszę do znoszenia nieszczęścia, dajcie mi siłę znieść szczęście moje.
Wstąpił na wschody ganku pogodniejszy niż zwykle, i nieco się zdziwił widząc przed sobą drzwi zamknięte.
— Rozumiém tę ostróżność! rzekł do siebie zastanowiwszy się nieco.
Zadzwonił raz, potém dwa; dzwonek rozbudził drzemiące echa sieni, a wewnątrz ani głosu, ani ruchu.
Otwarła się tylko fórtka do sadu i ogrodnik wyszedł.
D’Holbein surowo a dumnie spéjrzał na niego, i nie racząc się odezwać nawet, pokazał mu drgający jeszcze konwulsyjnie sznurek od dzwonka.
Ogrodnik kiwnął głową, ale kiwnięcia tego nie zrozumiał margrabia.
— Pani hrabina wyszła? spytał d’Holbein.
— Nie, panie, odparł ogrodnik.
— A czemuż nie otwierają mi?
— Bo dziś rano, pani hrabina wyjechała.
— Do?..
— Do Paryża, pocztą..
— Nie podobna!
— A! jeśli nie podobna, rzekł ogrodnik, niech pan tu sobie na ganku poczeka, to może na przyszłe lato powróci.
Ogrodnik ukłonił się i odszedł.
Margrabia d’Holbein, wpatrzył się w facyatę zamkową, wszystkie okna były pozamykane. Zszedł z ganku, przeszedł pod stajnię, pod oborę, psiarnię — wszystko stało zaparte, milczące, opuszczone. Postanowił czekać nocy pod drzewami przed zamkową bramą — nikt się nie ukazał. Niepodobna było wątpić o wyjeździe. Margrabia ciągle trzymając list swój w ręku i bijąc po nim palcami, rzekł wreście:
— Teraz rozumiem, tu kobiéta widziała się zgubioną — uciekła!.. ale powróci!
Schował starannie list do wielkiego pugilaresu, i otworzył furtkę swego parku, zawsze bardzo rad z siebie, ale niemniéj trochę strapiony, że hrabina tak się go przelękła.
Grano na teatrze Rzeczypospolitéj: Wdowę Malabaru, tragedyą, i Wulkan, fantazją Silvain’a Marechal. Na parterze, w lożach ścisk był wielki. Jedni przybiegli patrzéć na niewinne widowisko kobiéty palącéj się na stosie alexandrynów; drudzy poklaskiwać wulkanowi, który na bezludnéj wyspie wyprawiał wielkie auto da fe godeł rojalistowskich.
Między dwiema sztukami, mężczyzna wysokiego wzrostu wychylił się z loży swojéj, i przypatrywał się czas jakiś z natężoną uwagą dwóm kobiétom, które zdawały się incognito znajdywać na teatrze.
Widz ten usunął się potém w głąb loży i usiadł z widocznemi oznakami wzruszenia, które nie uszło oka młodego sąsiada.
Nie potrzebujemy malować i nazywać tych dwóch osób, bo je poznamy wkrótce.
— Kochany stryju, rzekł szydersko młody człowiek, ile razy pan w ten sposób patrzysz się na kobiétę, spodziewam się, że mnie nazajutrz pochwycą duchy niewidome i zaniosą znów do jakiéj chaty leśnika, w głąb lasów.
— Zdaje mi się, żem się omylił, rzekł drugi tonem, wcale przeciwną myśl wyrażającym.
— A ja, kochany stryju, szczęśliwszy jestem od niego, bom pewny, że się nie mylę. To ona.
— Kto? spytał stryj, udając że nierozumie.
— Kto? a, to powiém. Kobiéta, z któréj przyczyny Komitet cię zrzucił z miejsca, z któréj przyczyny byłeś jedną nogą w grobie, po pchnięciu hrabiego de Pressy.
— A więc z przyczyny kobiéty zostałem zrzucony! przerwał stryj, kłamiąc zdziwienie.
— Nie mówię, żeby ona swojemi związkami zrzuciła cię z ważnego stanowiska, które zajmowałeś w Wersalu; ale denuncyacye nieprzyjaciół twoich odkryły Robespierrowi wszystkie twe wycieczki, i odjął ci miejsce, choć twój przyjaciel. Zresztą, miał słuszność. W teraźniejszych czasach nie dają się pogodzić obowiązki urzędnika z awanturnictwem miłośném.
— No, mój kochany Adrjanie, kiedy tak, to mi moje zrzucenie wraca zupełną swobodę, rzekł stryj uśmiechając się. Teraz przed nikim rachunku czynności nie winienem.
— Prócz, mnie.
— Tobie? myślisz, że całe życie będę pod kuratelą synowca?
— Nie wiém, ale ja nie myślę się jéj wcale wyrzekać.
— Myślisz mi być zawsze opiekunem?
— Zawsze, — sto razy ci to mówiłem. Zajmuję przy tobie miejsce zmarłego brała; nie twojego honoru strzegę, ale honoru ojca mego i własnego.
— Ale co cię za szał napadł, mój Adrjanie, w twoim wieku grać rolę Katona!
— Naprzód, stryju mój, nie wiém zupełnie w jakim wieku Kato rozpoczął swój urząd, a raczéj missję Cenzora; powtóre, myślę, że ludzie młodzi już w naszych czasach rozum mieć powinni, gdy ci co są młodzi jeszcze, nie wiele go okazują.
— Adrjanie, więcéj cię na teatr nie poprowadzę.
— A ja, będę stryja prowadził ciągle.
— Milczmy, zaczynają sztukę Silvaina-Marechal.
W tejże chwili, w innéj loży, dwie kobiéty rozmawiały także, między aktami, i zdawały się bardzo poruszone. Młodsza z nich i piękniejsza mówiła do drugiéj:
— Moja Anielo, pókim oczu łzami wylanemi popsutych nie miała, poznawałam każdego w teatrze, chociażby najdaléj... Ty, Anielo cóś mniéj płakała odemnie, czy poznajesz tego człowieka, który na nas patrzy z loży przeciwległéj?
— Zdaje mi się, pani hrabino...
— O! dajże pokój tym tytułom między ludźmi, przerwała żywo młoda kobiéta — daj mi pokój z hrabiną proszę cię.
— Zdaje mi się, pani, kończyła Aniela wpatrując się w punkt wskazany... zdaje mi się w istocie, że poznaję tego człowieka! poznaję go raczéj po ruchach, po postawie niżeli po twarzy, któréj dobrze widzieć nie mogę...
bo w teatrze dość ciemno.
— Jakże ci się zdaje, kto to taki, Anielo?
— To — zdaje mi się — o! mój Boże, chciałabym się mylić! To... Klaudyusz Mouriez.
— Anielo... drészcz mnie przebiegł jakiś, nie mylę się to on... poznaję także po figurze jego sąsiada, tego młodego człowieka.
— Naraża się zwykle na takie spotkanie, bywając w miejscach publicznych...
— A! mój Boże! zawołała hrabina z głębokim westchnieniem, alboż wiém co począć z sobą? Nie mam celu żadnego w mojém smutném życiu. Chciałam na wieki zagrzebać się w moim zamku; i poznałam, że mi ta samotność nie starczyła. Ten nudny margrabia d’Holbein, wypędził mnie ztamtąd, a on był tylko zwiastunem tłumu Holbeinów, któryby mnie obiegł późniéj. Mężczyzni mają passję latać za kobiétami, które się usuwają od świata, zawsze pod pretextem rady i protekcyi, a każdy z nich sam chce być jedynym protektorem. Doświadczenie wdowieństwa oddawna mnie tego nauczyło.
— O! to prawda, pani, zauważyła Aniela.
— Tak, mówiła dalej hrabina, położenie moje na wsi stawało się nieznośne. Musiałam się schronić do Paryża. Ogromny Paryż zdawał się pustynią większą od naszego zamku w lesie. Są zwłaszcza chwile, jak ta, gdy w Paryżu tylko mieszkać można, właśnie dla tego, że i on jest nieznośny. Przynajmniéj tu historją mamy pod oknami, — nie łudzą nas codzień, jak na wsi, komerażami wiejskich klubów. W Paryżu życie okropne to prawda, ale przynajmniéj, wie się dokładnie jak się żyje. Nie łudzim się, przerzucamy co dnia po karcie rewolucyą jak księgę; z tą różnicą, że historja czytana często nas zwodzi, a historja widziana nie myli.
— O, ja jestem całkiem zdania pani, odparła Aniela.
— Ale, moja dobra Anielo, jest czasem fatalność, co wszystkie plany łamie, a szczególniéj moje. W chwili, gdym się cieszyła z mojego postanowienia, fatalność ta pchnęła mnie tu, na ten teatr, dając mi lekcyą wdowieństwa... ten człowiek okropny zapędził by mnie na drugi koniec świata... bo moja Anielo, to on niechybnie, to Klaudyusz Mouriez, a ja jutro już nie będę w Paryżu...
— Mówiłaś mi pani, że na ostatniéj sztuce być nie chciałaś...
— Niech mnie Bóg broni od tego! Przyszłam na teatr, żeby się dowiedzieć, wiész to najlepiéj, — co może mówić i robić w tragedyi wdowa, kiedy to rzecz przyjęta, że teatr jest nauką moralności, ale w téj szkole nicem się dziś nie nauczyła.
— Można się było tego spodziewać, pani.
— Ja się zawsze spodziewam zawodu, ale dziś wieczór przeszedł oczekiwanie moje. Co się tycze sztuczki pana Silvain, cieszę się, że jéj widzieć nie będę.
— A więc wychodźmy pani.
— Tak, ale wynijdźmy powoli, ostróżnie. Zostaw nawet płaszczyk twój na poręczu loży, jakbyśmy powrócić mieli.
— Zginie pani.
— To pewna, ale tracąc tę bagatelę, możemy zyskać cóś na tém. Jeśli to Klaudyusz Mouriez siedzi naprzeciwko nas, oszuka go płaszczyk; ja go znam, gotów by śledzić, jeśliby mu się zdało, że wychodzim.
Ale Klaudyusz Mouriez nie był tak dobroduszny by go płaszczykiem Anieli zwieść było można: rozmawiając z synowcem Adrjanem, okiem wprawném śledził każdy ruch pani de Pressy, i ujrzawszy ją wstającą, rzekł do synowca od niechcenia.
— No! no! skończy się na tém, że zostaniesz doskonałym synowcem w swoim rodzaju... chętnie pójdę za radą twoją... ale że mnie ta rozmowa wielce wzruszyła, pójdę cokolwiek powietrzem wieczorném odetchnąć, do końca międzyaktu. Poczekaj tu na mnie.
Synowiec dopuścił się tu błędu, który zwykle popełniają stryjowie, uwierzył protestacyi i uścisnął rękę Klaudyusza Mouriez.
Ten powolnie otworzył drzwi loży, jak człowiek, któremu wynijść nie pilno, i znalazłszy się w korytarzu, pośpieszył żywo ku wschodom, dając się zaćmić rozmaitym wychodzącym i wchodzącym, by zniknąć z oczów.
Pomimo prostoty republikańskiéj stroju, hrabina nie mogła ukryć wdzięku swéj postaci i chodu; Klaudyusz Mouriez poznał ją zaraz w pośród tłumu zchodzącego z nią ze wschodów. Kiedy niekiedy Aniela odwracała głowę, jak straż wierna swemu celowi; ale Klaudyusz ukrywał się szybko przed jéj wzrokiem, a hrabina uspokojona przez Anielę, łatwo sobie dała wmówić, że niebezpieczny prześladowca jéj nie ścigał.
W tym czasie ulice Paryża dość jeszcze były ciemne, a rzadko rozstawione rewerbery, czyniły je czarniejszemi jeszcze; kobiéty same nie śmiały się w nie zapuszczać po godzinie dziewiątéj wieczorem, nawet w najpiękniejszéj porze. Dziewiąta biła właśnie, gdy hrabina z Anielą weszły na ulicę Ś. Anny, gdzie było skromne ich mieszkanie. Kilka jeszcze sklepów w pół otwartych, błyskały słabwm lamp światłem mięsząjącém się z jasnością rewerberów i zdradzały rzadkich w tych cieniach przechodniów.
Aniela, ciągle posłuszna rozkazowi, odwracała głowę za siebie, ale wejrzenie to szybkie spotkało tylko kształty niewyraźne i mgliste, których pochwycić nie mogła.
Wśród tych postaci prześlizgujących się w ulicy Ś. Anny i przesuwających po pod domami, nie poznała Klaudyusza Mouriez; ale on nie stracił z oczów dwóch kobiét, których białe suknie byłyby w najczarniejszéj zdradziły nocy.
Kobiéty zatrzymały się przed numerem dwónastym; dało się słyszeć uderzenie młotem, wrota otworzyły się i natychmiast zamknęły za niemi.
Klaudyusz z największą ścisłością dom rozpatrzył, by go nazajutrz rozpoznać, bo po ciemku numeru wyczytać nie mógł. To dopełniwszy pobiegł szybko do teatru, by wrócić z Adrjanem razem. Wulkan Silvain’a już się był rozpoczął; Adrjan surowo spójrzał na stryja, i rzekł mu:
— Zdaję mi się, że trochę za długo oddychałeś powietrzem wieczorném.
— Spotkałem się pod perystylem z Barrerem, rzekł Mouriez siadając od niechcenia, rozmawialiśmy o dzisiejszém posiedzeniu Konwencyi.
Adrjan potrząsł głową tylko, jak gdyby mówił.
— Cóś mi to na bajkę wygląda.
Parter zawołał — cicho! do loży, a Klaudyusz Mouriez byłby mu tą razą ochotnie za surową naukę podziękował.
Stryj i synowiec przypatrywali się Wulkanowi, jak się pogląda zwykle na sztukę sławną a nieznaną. Silvain-Marechal ułożył swój dramat, dziś całkiem zapomniany, z dosyć ciekawych materjałów. Wychowanek Voltair’a pożyczył z jego Kandyda karnawału Weneckiego; ale przesadził go jeszcze, zgromadza bowiem swoich dostojnych gości na bezludnéj wyspie, a wulkan wybuchający ostatnim jest jéj aktem i chłonie co żyło. Autor Wulkanu miał dowcipu dosyć, wiérsz jego zręczny; ale to dzieło rewolucyjne jest niesłychanie zimne i nie przydało jego sławie, pomimo wielkiego sukcessu, jaki mieć musiał wybuch wulkanu na końcu umieszczony.
Gdy zasłona zapadła, Klaudyusz Mouriez uderzył pięścią w poręcz loży i rzekł wstając:
— Oto sztuka co mi dawne uczucie w sercu rozgrzewa! Adrjanie! wstyd mi doprawdy mego próżniactwa, muszę się wziąść do pracy, muszę być czémś znowu...
— Stryju, odparł Adrjan, nie urodziłeś się na polityka, uznałeś to nie raz w chwilach zastanowienia chłodniejszego. Byłbyś wcale dobrym republikaninem w fałszywych rzeczypospolitych Rzymu lub Wenecyi, ale w naszéj, wierzaj mi, zawsze zdradzisz stronę niemoralną i zbyt zmysłową swego charakteru. Mądry Kato, którego cytowałeś przed chwilą, miał sto niewolników płci obu, obchodził się z niemi bardzo ostro, mówi historja; a pomimo to był tęgi republikanin.
— Prawdziwie, kochany synowcze, rzekł Mouriez podając mu rękę do wyjścia, masz mnie za człowieka zupełnie zniewieściałego?
— Mam cię stryju, za to, czém w istocie jesteś?
— Masz mnie za człowieka bez energji, bez odwagi, bez popędu?
— Nie! o! nie! jesteś owszem energiczny i mężny, ale to nie stanowi jeszcze republikanina; z tém można być dobrym jenerałem kawalerji. Republikanin winien być wstrzemięźliwy, skromny, ubogi, obyczajów czystych; musi dać z siebie przykład wszystkich cnót obywatelskich; żołnierz za to będzie wzorem cnót militarnych — mieszkamy w mieście nie w obozie.
— No! no! Adrjanie — skorzystam z twych rozróżnień trafnych, których cię retoryka wyuczyła — będę odtąd wstrzemięźliwy jak Curius Dentatus, a czysty jak Scypion.
— Stryju, będziesz czém byłeś — Klaudyuszem Mouriez, i nie potrafisz wykierować się na Greka, ani na Rzymianina.
— Zobaczymy późniéj czém ja będę, odparł Klaudyusz — to do mnie należy.
— Ale zarówno i do mnie, stryju — zapominacie bo o tém zawsze!
— No! no! i do ciebie! jeśliś się już uparł wcielić się w stryja. A zatém, synowcze, jutro odwiedzę Robespierra, powiém mu, żem się wyrzekł starego człowieka, i będę go prosił o umieszczenie w adminislracyi.
— Na prowincyi? stryju?
— O, na teraz, nie! w Paryżu!
— Stryju, przerwał Adrjan z surowém wejrzeniem, jest to determinacya, która nowéj jakiejś chętki dowodzi.
— Dziecko jesteś! no! wytłumacz mi się z tego.
— Tłumaczyć się nie będę — ale jestem tego pewny, żeś odkrył schronienie hrabinéj Margarety, i to twoją ambicyę rozbudziło.
— Adrjanie, przyjacielu — odezwał się Mouriez oczéwiście zakłopotany, nie obwiniaj, poczekaj.
— I owszem, stryju! ale nie długo poczekam, zobaczysz.
Przyszli na próg domu, na ulicy de l’Echelle: pokazała się gosposia Klaudyusza Mouriez z lampą w ręku, skrzywiona i odezwała głosem surowym.
— Uczciwi ludzie nie o téj godzinie do domu wracają — mogłeś zanocować gdzie byłeś.
Straszliwy Klaudyusz Mouriez schylił głowę, i jak dziecię skarcone poszedł cicho do swojéj izdebki.
Nazajutrz, Klaudyusz Mouriez wstał bardzo rano, i stanął na straży na tarassie des Feuillans, w Tuileries, czatując na przechód Robespierr’a, mającego tędy iść do Konwencyi.
Było to w piérwszych dniach miesiąca maja 1794 r. Dzień świetny był i roskoszny, bzy rozkwitłe wonią napełniały powietrze, drzewa rozwijały się zielonością silną i żywą, którą mają tylko w piérwszych chwilach wiosny, dopóki jéj letnie nie skazi słońce.
Robespierre siedział przed gierydonikiem z młodym Duperray, przyjacielem i nieprzyjacielem wszystkich jakobinów, i śniadał po spartańsku pod daszkiem ogródka, nazwanym wspaniale kawiarnią.
Klaudyusz Mouriez, z wyżyny terasu spostrzegł go, i zszedł zbliżyć się do niego.
W téj chwili Robespierre zdawał się bardzo uważnie przysłuchiwać towarzyszowi swemu; podniósł głowę widząc nadchodzącego mężczyznę kolosalnego wzrostu, i poznawszy Klaudyusza Mouriez, przywitał go zimno, dając mu znak by usiadł.
— Kończ Duperray — rzekł — obywatel Klaudyusz Mouriez, należy do naszych.
— A więc nie do moich — rzekł Duperray z uśmiéchem wdzięcznym, który u niego osładzał każdy niemiły przycinek. Zresztą, to mi wszystko jedno... Mówiłem ci więc, Robespierze, że jedno jest tylko berło, któróm Francya rządzona być może, to berło — szabla z krzyżem związana. Wszelkie inne narzędzie rządu skruszy się u nas. Francya, wierzaj mi, jest krajem katolickim i żołnierskim — lubi tylko procesje i rewje; w téj chwili wszyscy, którym twoja wolność nie do smaku, walczą na cztérnastu może pobojowiskach; i to wielkie szczęście dla ciebie, bo gdyby byli we Francyi, a nie rozsypani po świecie, twój Komitet ocalenia publicznego nie utrzymałby się dwadzieścia cztéry godzin, i jutro już nie byłbyś Robespierrem.
Robespierre dobył srébrnego zégarka i zobaczył godziny.
— Duperray, rzekł, nie chcesz ze mną zjeść śniadania?
— Chcesz, żebym się kontentował jajami, które udają świéże? Ja pójdę na śniadanie do restauracyi pod Szyszką, i zjem sobie cóś pokarmistszego.
— A ty Klaudyuszu? spytał Robespierre.
— Ja już dwa razy dziś jadłem śniadanie — odparł Mouriez.
— Nicże mi więcéj dzisiaj poradzić nie masz? spytał Duperray’a, Robespierre.
— Nic w téj chwili.
— No, to ja ci cóś pocieszającego powiém.
— Wątpię, żeby mnie twoja nowina pocieszyła, rzekł Duperray.
— Słuchaj no: 22 prairial przyszłego, przygotowuję wspaniałą uroczystość; uznam na niéj Najwyższą Istność i nieśmiertelność duszy.
— Co? serjo? Robespierze, rzekł Duperray, czy ty myślisz, że rząd co się poważnie zabawia takiemi szaleństwy, może mieć jaką przyszłość przed sobą? Powiém ci Robespierze, główną wadę twoję — tyś warjat. Ot, o czém Francya jeszcze nie wié.
Klaudyusz Mouriez aż podskoczył na krześle i spójrzał na Duperray’a z politowaniem, z jakiém się pogląda na człowieka mającego wkrótce wisieć.
Robespierre trochę się uśmiéchnął i obracając się do Klaudyusza Mouriez:
— Dziwi cię to Klaudyuszu, nie prawda? No, widzisz, a Duperray co rana mi tu toż samo powtarza, i ja pozwalam mu paplać; jednak arystokraci utrzymują żem tyran!
— Ależ wszyscy tyrani byli warjaci! — rzekł Duperray zaczerwieniony od gniewu — począwszy od Kaliguli, który swego konia zrobił konsulem, aż do ciebie, który raczysz uznawać pana Boga. Świat sobie wyobraża, że warjaci są ci tylko, co siedzą u Bonifratrów. Montesquieu powiedział: zamykają w szpitalu kilka szalonych, żeby wyperswadować, iż reszta ludzi jest przy zmysłach. Tysiąc rodzajów szaleństwa, swobodnie chodzi po świecie, napisał Erazm. Teraz, Robespierze, wybiéraj i sam się klassyfikuj, ja nie mam czasu miejsca ci oznaczyć. Spostrzegam Barrèr’a warjata innego rodzaju, mam mu powiedzieć dwa słowa... Bądź zdrów[2].
I Duperray pobiegł do Barrèr’a, wyspowiadać mu się z tego, co miał na sercu.
Klaudyusz Mouriez ścisnął pięść na gierydonie i ścigając okiem Duperray’a, rzekł: — Prawdziwie, Robespierze, nie pojmuję twojéj cierpliwości. Chcesz, żebym na mój rachunek dał nauczkę dobrą temu zuchwałemu arystokracie?
— Próżném by to było — rzekł Robespierre — to warjat. Przywykłem do jego wybryków — no, a co tam mi masz powiedzieć, Klaudyuszu?
— Nie powiedzieć, ale prosić cię o cóś, Robespierze.
— Rozumiém, wstańmy, późno się robi, koło nas coraz więcéj ciekawych się zbiera. Ty się nudzisz próżnowaniem Klaudyuszu, nie prawda?
— Zgadłeś Robespierze; czuję się młodym, silnym, pełnym zapału, a jestem nieużytecznym rzeczypospolitéj.
— Cóż ty chcesz Klaudyuszu?
— Nie wiele; miejsca tylko... Służyłem krajowi i zasługi mam; sto razy naraziłem życie moje, uśmierzałem rozruchy, dochodziłem spisków, organizowałem administracyą w miastach znaczących, a w nagrodę tego wszystkiego, zostałem z miejsca zrzucony.
— Klaudyuszu — rzekł z zimną twarzą Robespierre — że masz zasługi, to rzecz niezaprzeczona; ale zrzucony zostałeś z miejsca słusznie. Chcesz bym ci przypomniał twoje gorszące sprawki wersalskie?
— Ba! dzieciństwa!
— Nie — łagodniéj rzekł Robespierre — byłyby to dzieciństwa dla kogoś nieznanego, ale popełnione w wyższéj sferze, są to wielkie występki.
— Doprawdy, ty to serjo mówisz? przerwał Klaudyusz — ty do mnie?
— Zupełnie serjo.
— A ty, w wyższéj sferze stojący, nie masz-li sobie do wyrzucenia, jakiéj awanturki miłośnéj?
— Żadnéj! rzekł Robespierre rozpościerając széroko rękę prawą na roztwartych klapach kamizelki.
— Boś chyba zimny i zamarzły, jak ten marmur, dodał Klaudyusz.
— Umiém się zwyciężać.
— Robespierze, rzekł Mouriez zaczynając się rozpalać i poruszając ramionami — żartujesz sobie ze mnie! Bierzesz mnie widzę za deputowanego z Równiny.
— Klaudyuszu, nieporuszony odparł Robespierre, nadto jestem surowy bym z kogo żartował; szanuję w każdym człowieka.
— Wyjąwszy głowę! dodał złośliwie Klaudyusz. Na tę straszliwą uwagę wystrzeloną wprost, ani się zmarszczył trybun; wziął Klaudyusza za rękę i rzekł:
— Przyjacielu, wielkie mam do spełnienia obowiązki.
— Wszyscy to sobie mówią! zamruczał Mouriez jakby do siebie — no — śmiało i otwarcie, powiedz mi, że odmawiasz miejsca, nawet miejsca sędziego w trybunale, który ustanowiła Konwencya?
— Miejsce sędziego! rzekł Robespierre z uśmiechem, który nie tknął oczów — tobie Klaudyuszu! miejsce sędziego!
— No! no! mnie! mnie! alboż to ja nie potrafię tak sądzić jak i drugi? Kiedy prawo ustanawia po dziewięciu przysięgłych i po trzech sędziów do każdéj sekcyi trybunału rewolucyjnego, przypuściwszy nawet, żeby się tam zamięszał sędzia nieosobliwy, jak ja naprzykład, miałbyś jeszcze dwóch dobrych sędziów i dziewięciu przysięgłych zawsze nieomylnych, jak wszyscy przysięgli.
— Klaudyusz Mouriez sędzią! zawołał Robespierre, jakby tego nie słyszał, ale ja cię znam i znam od dawna! Pierwsza kobiéta, coby do ciebie przyszła z prośbą!
— Żarty już za długie, rzekł Mouriez z okiem zaognioném od gniewu — Ro-bespierze, nie udawajmy między sobą — jeśli mnie do ostatka przywiedziesz, powiém ci czego się nie spodziewasz.
— Ja się spodziewam wszystkiego, rzekł zimno Robespierre — mów.
— Myślisz ty, że Paryż nie wié o twoich domowych saturnaljach?
— A! o tych saturnaljach nic dotąd nie wiedziałem!
— Chcesz, wnijdź ze mną do piérwszego sklepu na ulicy S. Honoré, pogadamy z piérwszym lepszym, posłyszysz co mówią o miłostkach twoich z dwiema siostrami....
— Chętnie przyjmuję wezwanie, rzekł Robespierre z uśmiéchem — chodźmy.
— Pomiarkowałem, to by było próżném — imie twe nadto przeraża, zaniemieli by widząc nas.
— Widzisz, że musisz się wyrzec znalezienia jednego nawet echa téj potwarzy, która nie istnieje...
— Tak, ale ci daję przyczynę i przyczynę dobrą. Jutro, niech ci władzę wydrą z rąk, a zobaczysz czy w każdym rogu ulicy nie znajdą się echa téj prawdy.
— Klaudyuszu, rzekł Robespierre odchodząc od niego — jesteś moim najdawniejszym przyjacielem, mogę znieść niektóre dziwactwa twoje... Bądź zdrów! Idę do Konwencyi — ale na inny raz, miarkuj się z tém co mówisz, i wyrażaj ostróżniéj...
— Więc nic nie zrobisz? nic się nie zrobi? zapytał Klaudyusz głosem stłumionym wściekłością.
— Nic się zrobić nie może, mój przyjacielu.
— Trzeba więc Robespierze, żeby stary twój przyjaciel, zarabiając na życie, fabrykował asygnaty?
— Wiész, że za to kara śmierci?
— Ba! kara śmierci za wszystko! lepiéj ze starych gałganów robić monetę, niż nosić biały gwoździk u guzika. Za oboje zarówno kat czeka.
— Klaudyuszu, chcesz dobréj rady?
— O! jakiś mi wspaniały! A no! proszę?
— Idź do wojska, jest to droga dla ciebie przepyszna, która może zawieść cię daleko, i...
— I którą byś ty się mnie pozbył, przerwał Klaudyusz — dziękuję ci za wojsko! w wojsku mrą głodem. Chcę zostać w Paryżu.
— Zostań więc i obierz sobie stan.
— A dobrze, zostanę, wrzasnął Klaudyusz — i stan sobie obiorę! Pójdę krzyczeć po klubach, mam piersi, jak kowalskie miechy, będą mnie słuchali; mam pięści żelazne, twarde jak młoty, będą się mnie lękać. Mówcy mojéj siły, niéma nawet wasza cała Konwencya. Robespierze! zdruzgoczę cię, ja, i imie twoje oburącz tłuc będę na kowadle klubu Jakóbinów — nie żegnam! do widzenia przyjacielu!
Klaudyusz odszedł, pieniąc się od gniewu; a Robespierre najspokojniejszy zawsze z ludzi wzruszonych, wspaniale wszedł po wschodach gmachu, w którym zasiadała Konwencya, wejrzawszy tylko na niego wzrokiem nie poruszonym gniewem, pogardą ani litością, zimnym jak stal.
Ex-proconsul Wersalski, który drżał przed swoją gosposią i synowcem, przypuściwszy szturm nieustraszony do najniebezpieczniejszego z ludzi, miasto żałować swego zuchwalstwa, przechadzał się, konwulsyjnie się rzucał, po ogrodzie Tuileries latając i najdziksze w głowie swéj przewracając zamysły. Ci co go mijali, z przerażeniem i niejaką trwogą patrzali na tego olbrzyma, z wyrazem twarzy pełnym wzburzonych myśli i potężnéj namiętności.
Nagle powziął myśl, którą zaraz pochwycił:
— Tak, rzekł, chodźmy na Konwencyą. Kto to wié? Robespierre może mówić będzie (mówi codzień), a ja skorzystam z tego i rzucę nań z wierzchołka trybuny, dobrą jaką obelgą jak kamieniem. Będzie to przynajmniéj początek zemsty; a biada temu, co się mnie tknie! — powalę na ziemię, jak wołu w rzeźni! Chodźmy! chodźmy!
Konwencya była pełna jak zwykle; ale Klaudyusz nie lękał się tłumu; umiał on za pomocą pięści wyorać sobie w nim drogę, choćby ciżba była najbardziéj ściśnięta. Przed przyjściem jego zdawało się, że tam się i dziecię nie wciśnie, — a znalazło się miejsce na ogromnego mężczyznę.
Nowy przybyły słuchacz założył dumnie ręce na piersiach, i wejrzeniem zmierzył Górę, Dolinę i Wzgórze.
W téj chwili roztrząsano prawo, które nagle zajęło bardzo Klaudyusza Mouriez z powodu któremu się dziwić nie można.
Ta dyskusja przewróciła wszystkie myśli, które Klaudyusz przyniósł z sobą. Chodziło o wygnanie ex-szlachty, nie szlachtę ożenioną z szlachtą i owdowiałą, z Paryża, z fortec i miast nadmorskich.
Kilku mówców weszło na trybunę, nie żeby myśleli projekt ten obalać, lecz by go podtrzymać, i zmienić w niektórych jego szczegółach.
Łatwo się domyśleć, że Klaudyusz widział tylko w tym prawie wygnanie pani de Pressy, a oczy jego pożerały mówców podtrzymujących projekt. Słaba jeszcze zostawała mu nadzieja, ale i ta wkrótce spełzła. Prawo zostało przyjęte niezmierną większością głosów.
Klaudyusz nogą wstrząsł trybunę i zawołał! — «To prawo oburzające niedorzecznością!” Wszyscy widzowie zajmujący tę część loży zawołali chórem złowrogim, mrucząc głucho — Precz z arystokratą! Klaudyusz spójrzał na nich tylko z wysokości i rzekł:
— Piérwszemu co te słowo powtórzy, wepchnę je pięścią w gardło.
I podniósł dłoń godną Milona z Krotony. Wszystkich oczy z podziwem wlepiły się w jego olbrzymią postać i nikt nie pisnął.
— No — obywatele, puszczajcie mnie, zawołał, muszę odwiedzić jednę ex-panią, która skutkiem tego niedorzecznego prawa, jutro Paryż zmuszoną będzie opuścić. Ale, żeście się grzecznie sprawowali, obywatele, miło was upewnić, że Klaudyusz Mouriez wcale nie jest arystokratą.
Na to imię dobrze znane, tłum się rozstąpił i Klaudyusz wyszedł z sali Konwencyi.
Największą z prawd ogłoszonych przez ludzi, jest następująca: Człowiek się kręci, Bóg nim kieruje; pomimo to człowiek się jednak kręci.
Są czasem w losach ludzkich tajemnicze zgodności wypadków, związanych z sobą tak starannie, jakby je któś umyślnie długą rozwagą z sobą zjednoczył. Niektórzy przypisują przypadkowi, te dramatyczne węzły domowego żywota ludzkości.
Od piérwszego wiérsza, historja nasza weszła na tor, którym się sunie ta nić przewodnicza, fatalna, co tyle żywotów gorączkowych wiedzie do nieprzewidzianego końca.
Przypadek jest bóstwem, które widzimy spoglądając na ziemię; by cóś innego zobaczyć, wyżéj spójrzeć potrzeba.
A teraz, idźmy daléj.
Adrjan zaledwie wstawszy poszedł do stryja, którego nie zasiał. — Ba! rzekł, już wyszedł! Zaczynają się wycieczki znowu! Co za dziecko! i on chciałby zająć wysokie jakie miejsce w rządzie Rzeczypospolitéj! Szczęściem dobrze go znają.
Sparłszy głowę na dłoni, tak daléj kończył monolog:
— Jeśli go nie napróżno posądzam, gdzieby mógł znajdować się o téj godzinie. W Palais-National czy w kawiarni wojskowéj... tak, zaprawdę... biega po Paryżu wedle swojego zwyczaju; kręci się tu i ówdzie, zbiera nowinki, jak wszyscy urzędnicy bez miejsca.
Tymczasem stryj nie wracał, a godziny płynęły. Adrjan, który, w imie praw rewolucyjnych, przemienił także dawne zwyczaje rodziny i mianował się opiekunem stryja, począł go szukać po Paryżu; co, na piérwszy rzut oka zdawało się tak trudném, jak zadanie Telemaka szukającego ojca po archipelagach.
Dnia tego właśnie, piękna pora wszystkim paryżanom zalecała przechadzkę do Tuileries. Adrjan wychodził z ciasnéj i ciemnéj uliczki de l’Echelle, i w końcu ujrzał zieleniejący wiosennie ogród ex-królewski, który go jakoś ku sobie pociągnął.
Szukał tam stryja po wszystkich klubach pod gołém niebem, gdzie zacni obywatele, z laskami w ręku, krytykowali kréśląc arabeski po piasku, plany Hoche’a w Vosges, operacye wojenne Jourdan’a w Charleroi, marsze Klebera i niedocieczone tajemnicze pochody jenerała Marceau. W téj chwili, wszystek piasek w Tuileries na szérokich ulicach ogrodu nad rzeką zmienił się w karty geograficzne pod ręką taktyków nowych, dających surowe lekcye jenerałom Rzeczypospolitéj. Niezliczony tłum ciekawych otaczał każdą kupkę i śledził oczyma poruszenia lasek, kréślących siedém pochodów armji francuzkiéj pod komendą jenerałów Charbonnier i Desjardins przeciwko księciu Paunitz i dukowi Yorku. Nie potrzebujemy dodawać, że taktycy ogrodowi zbijali stante pede, laskami swemi, przeciwników i gnali ich do Wiednia i Berlina, popijając pogoń czekoladą.
Adrjan nie znalazł stryja w tym tłumie bojowniczym obywateli-tchórzów, którzy nie śpiesząc się do wojska, staczali wojny pod kasztanami Tuileries; powziął naturalnie myśl, że Klaudyusz Mouriez musiał być na posiedzeniu Konwencyi i skierował się ku sali Zgromadzenia, pewien będąc, że stryja znajdzie w któréj trybunie; ale w drodze, postrzegł na tarasie, kroczącego Klaudyusza z miną Jowisza piorunującego. Ten, zobaczywszy synowca usiłował gwałtownie gniew, którym buchał na zewnątrz, ukryć w sobie, ale Adrjan nie dał się oszukać udawaniem zbyt nagłém i dość niezręczném.
— Kochany stryju, rzekł mu, widzę, że masz się bić i nie odstąpię cię.
— Nie, Adrjanie, nie, odparł Klaudyusz ocierając czoło, głosem łagodniejszym jak fala po burzy; nie — jestem zupełnie spokojny... Wychodzę z Konwencyi, nadzwyczaj tam było gorąco. Wystaw sobie siedmiuset reprezentantów wszystkich w gorączce, a dwa tysiące ciekawych, chorych na wściekliznę, wszystko to razem wulkan, przy którym Wezuwjusz byłby lodownią.
— Stryju, rzekł Adrjan surowo, przywykłem na ciebie patrzéć, i znam cię dobrze. Wczoraj w teatrze, oszukałeś mnie, dziś chcesz mnie oszukać znowu. Jeśli tak sobie ze mną postępować będziesz, rzucę cię na łup namiętnościom twoim: jadę do matki i żaden twój list nie potrafi mnie więcéj ściągnąć do Paryża.
— No, słuchaj-że Adrjanie — rzekł stryj, biorąc za rękę młodego swego opiekuna i pociągając go z sobą w ciemną ulicę ogrodu — chcę odtąd szczérym być z tobą.
— Zacznijże stryju od dzisiaj.
— Właśnie zaczynam Adrjanie; wiedz naprzód, że wychodzę pełen oburzenia z posiedzenia Konwencyi.
— No, i cóż się tam stało? Czy Góra bierze się do reakcyi?
— Nie jeszcze, ale to przyjdzie. Tymczasem ludzie ci mnożą głupstwa olbrzymie. W téj chwili właśnie, zfabrykowali naprędce prawo, w którém niéma najmniejszego sensu... Chcą wygnać z Paryża wszystkie wdowy ex-szlachty? pojmujesz ich szaleństwo?
— A co ci to ma szkodzić mój stryju? spytał Adrjan z wyrazem twarzy okazującym, że rzecz rozumiał.
— W istocie, poniekąd, masz słuszność, to mi wszystko jedno.... ale....
— Ale! zobaczym co to będzie za ale?
— Ale zdaje mi się, że Konwencya, mogłaby lepiéj czasu używać. Co za głupota pokazywać światu, że mężczyzni kobiét się boją!
— Bo też stryju kochany są kobiéty niebezpieczniejsze od mężczyzn...
— Myślisz Adrjanie? spytał Mouriez z udaną naiwnością.
— Tak sądzę, stryju. Naprzykład tobie; jestli kto straszny, jestli kto kogobyś się mógł zlęknąć?
— Nikt.... a w dowód powiém ci, żem dziś rano dobrze utraktował Robespierr’a.
— No, a Robespierre co na to?
— Nic a nic; Robespierre, jak tylko jest sam jeden, gdy go nie otaczają ludzie, zwykł tchórzyć. Wielu jest śmiałków tego rodzaju.
— Otóż, kochany stryju, ty co się nie boisz nikogo nawet Robespierr’a, drżysz przed panią de Pressy.
— Dziecko! tyś dziecko Adrjanie! rzekł Mouriez z uśmiéchem studenta na rekreacyi.
— Jakkolwiek dziecko, odparł Adrjan, zgaduję teraz powód twojego gniewu przeciwko prawu wygnania, które świeżo ogłoszono; prawo to powinno było przynajmniéj zawierać wyjątek dla pani de Pressy... naówczas, nieprawdaż, byłoby wyborne?
Żart Adrjana widać było z jego głosu szyderskiego, ostrego, a Klaudyusz spuszczał oczy, jako panienka przed urzędnikiem, którego się lęka.
— Kochany stryju — mówił daléj młody człowiek biorąc z uczuciem za rękę Klaudyusza, i nadając głosowi swemu wyraz czułości poruszającéj serce — jeśli jesteś szczérze republikaninem, piękna ci się nastręcza zręczność pojednać z samym sobą. Jestem pewien, że znasz schronienie pani de Pressy: stań się jéj opiekunem; masz potężnych przyjaciół i użyj ich na dobre nie na złe. Grunt charakteru twojego wyborny; sprobuj cnoty, znajdziesz w niéj więcéj przyjemności niż w występku. Prawo srogie wypędza panią de Pressy z tego miasta, gdzie ją może tajemne jakie serca utrzymują związki; może to wygnanie dla niéj także jest wielkiém nieszczęściem; ja pójdę w twojém imieniu do niéj, będę jéj ofiarował naszę protekcyą i usługi, a ty stryju pozostaniesz na boku, w cieniu. Będzie umiała ocenić to pełne uszanowania usunięcie się twoje, i poświęcenie z taką delikatnością dokonane; jéj szacunek i przyjaźń będą ci słodką nagrodą, i zastąpią jéj miłość, któréj nigdy pozyskać nie możesz.
Klaudyusz słuchał mowy Adrjana z uwagą i rozczuleniem, i ściskając dłoń jego, odpowiedział mu:
— Kochane dziecko, jeśli uczynię jak ty mi radzisz, nie prawdaż zostaniesz ciągle przy mnie... bo mój kochany Adrjanie, czego się najwięcéj lękam, to ciebie utracić... Zazdroszczę mojéj bratowéj, matce twojéj... Gdy ty mi się u boku mego uśmiéchasz, niéma w tym tak pięknym ogrodzie, niéma promienia wiosennego, coby mnie zachwycał! Chcesz dobrego uczynku. Adrjanie, spełnię, co sobie życzysz, z warunkiem, że ci codzień za dobrą radę będę mógł dziękować.
— O! stryju, ja także, obiecuję ci wszystko, czegobyś tylko mógł od własnego wymagać syna.
— Nie trać czasu Adrjanie... słuchaj... oto już schrzypłym wywołują głosem: Prawo, które wygania ex-szlachtę z Paryża i miast nadmorskich... za grosz!
— Proszę o adres pani de Pressy?
— Sam cię zaprowadzę.
— Ale się nie pokażesz?
— Wszakżeśmy tak uradzili; pokażę ci tylko dom zdaleka...
Od téj chwili zachowali milczenie oba: Adrjan w myśli przygotowywał, co miał powiedzieć pani de Pressy.
W rogu ulicy Ś. Anny, Klaudyusz Mouriez wskazał zdala dom, w którym mieszkała piękna wdowa... Naznaczyli sobie, że się zejdą wieczorem, a Adrjan spytał szwajcara N. 42, o mieszkanie obywatelki Pressy.
Szwajcar przypatrzył się młodemu człowiekowi uważnie i nieznacznie okazał ruchem twarzy, że mina, głos wdzięczny i ubranie pytającego dobre na nim robiły wrażenie.
— Obywatelka Pressy, rzekł, w głębi dziedzińca, wschody na lewo, piérwsze piętro, drzwi na prawo.
Aniela przyjęła Adrjana, prosiła go żeby usiadł w salonie, i poszła o nim pani oznajmić.
Hrabina w kilka chwil potém nadeszła, poznała piérwszym rzutem oka poczciwego chłopca, który omdlał w jéj małym domku wersalskim, w uliczce Thiers.
Adrjan powód swych odwiedzin wyłożył jéj jasno, a wyrazy poczciwe jak twarz, żywe uczyniły wrażenie na pani de Pressy.
— Przytomność pańska tutaj, rzekła, przypomina dzień okropny; ale razem przywodzi na pamięć jego szlachetne postępowanie w tych chwilach, które o mojém życiu stanowiły. Nie lękam się wcale i mówię z całą otwartością.
Adrjan skłonił się i gestem zapewnił o najuniżeńszém poświęceniu.
— Prawo to, mówiła daléj P. de Pressy, wygania mnie z Paryża, ale nie będę kryć przed panem, że o pobyt w nim dbam mało; krok jego tém mnie pociesza, że mi dozwoli bez obawy zamieszkać w miejscu, które najlepiéj lubię...
— Gdzie? spytał Adrjan.
— W Wersalu.
— Chcesz pani zamieszkać w Wersalu?
— Tak, panie, wracam tam, dziś zaraz; wystaw pan sobie, że nie wiém nic, nie słyszę o niczém, że żyję w niewiadomości zarówno wielkich jak małych wypadków. Usunęłam się od świata najzupełniéj i jednakże nie ukrywam się, — po cóż bym się kryć miała? Wolę niebezpieczeństwo nagłe i niespodziane, niż ciągłą obawę; dla tego to znalazłeś pan drzwi moje otworem. Wersal, od czasu jakem go opuściła, tak mi był obcy, tak daleki — jak Dublin. Nie wiém, co się tam stało. Zapewniasz mnie pan, że bez obawy mieszkać tam mogę, — jutro więc opuszczam Paryż, i mam nadzieję, że się tam zobaczymy?
— Jeśli pani pozwolisz, ja to mogę ułatwić daleko dogodniéj. Mam przyjaciół w Wersalu; mogę tam wybrać sam dla niéj dom stosowny... i...
— A! panie, jeśli tam niema żadnego niebezpieczeństwa, w tym ślicznym moim Wersalu, bardzoby mi miło było, mieszkać znów w tym samym domu... w domu, który pan znasz...
— Czy pani mi polecasz go nająć?
— Jeśliś pan łaskaw... przyjmuję z wdzięcznością jego ofiarę.
Rozmawiano długo jeszcze, a Adrjan, w dalszéj rozmowie, okazał szlachetność swego charakteru, i wyjednał przebaczenie błędom dawnym Klaudyusza Mouriez.
Żegnając hrabinę, Adrjan odezwał się.
— Za kwadrans siadam na konia, powrócę przed zachodem słońca...
Pani de Pressy zostawszy sama, doznała dawno już nieznanéj sobie roskoszy; cieszyła się myślą powrótu do miejsca, które dla niéj tyle miłych i strasznych zawiérało wspomnień; ostatnie często tak są drogie sercu kobiéty!
We dwie godziny potém, młody nasz Adrjan biegł konno do Wersalu, i szybkim krokiem udał się do znanego domu na ulicy Thiers.
Fizjognomja zewnętrzna jego oznajmywała, że był zamieszkany, co go dosyć podrażniło. Jednakże, pomyślał w duchu, ogólnie biorąc każdy dom można kupić lub nająć; wyrzucając trochę pieniędzy, ułatwiają się wszystkie trudności, zwłaszcza, będąc bogatym jak P. de Pressy...
Na drugie pociągnienie dzwonka, drzwi się otworzyły, i stara kobiéta wyjrzała z nich.
W owych czasach, dzwonek i młot zawsze prawie oznajmywały cóś złego; i otwiérając drzwi, oko szwajcara lub mieszkańca domu, natychmiast starało się o czémś dowiedzieć z rysów twarzy i ubioru niespodziewanego przychodnia.
Na ten raz udał się examen: poważna strażnica domu zdała się całkiem uspokojoną na widok jednéj z tych ślicznych, świéżych twarzy, które wyrażają wszystkie przymioty duszy poczciwéj, i nie dozwalają się domyślać żadnego zła skrytego.
— Obywatelko, rzekł Adrjan uśmiéchając się, dosyć widzę jest domów do najęcia w Wersalu, czyby czasem i wasz nie był z téj liczby?
— Mogło by to być, obywatelu — odpowiedziała kobiéta z miną dowodzącą, że rzadko trafiało się jéj pogawędzić, i że rada była rozmowie, którą gotowa była przedłużyć — mówiąc między nami, dwaj lokatorjusze moi nie wiele tu pyłu robią, i pewnie radzi by się ztąd wynieść, gdyby im kto co za to ofiarował... ale proszęż pana do środka...
— Ja dom ten znam, rzekł Adrjan przestępując próg... a mało mam czasu... Za pozwoleniem obywatelko, nie mógłbym się widzieć z temi panami?
— A! panie, niéma ich w domu... Widzę, że to panu mitręży wielce...
— O! i jak, obywatelko.
— Ale wieczorem pewnie powrócą.
— Ja nie mogę czekać do wieczora... muszę do Paryża wracać z odpowiedzią.
— Gdyby tak pan jutro tu się pofatygował, byłaby już odpowiedź pewnie.
— Jutro... niepodobna!
— Jakto, i dnia poczekać pan nie możesz?
— Ani dnia!
— A to zabawna!
— Nie mogłażbyś mnie obywatelko, mniej więcéj wskazać, gdziebym znalazł twoich lokatorjuszów... Może przechadzają się w ogrodzie zamkowym? Powiedz mi tylko jak wyglądają, znajdę ich łatwo, bo nie mogę powrócić do Paryża, bez zaspokajającéj odpowiedzi; potrzeba przynajmniéj, żebym złożył dowody, iż uczyniłem co tylko mogłem, dla spełnienia polecenia.
— Obywatelu, odpowiedziała pomyślawszy kobiéta, trudno by mi było dać wam objaśnienie w tym względzie... Jednakże... jest jedna rzecz, któréjbym mówić nie powinna, ale ja powiem zważając na waszę poczciwą minę... tylko tego nie powtarzajcie.
— Cóż takiego obywatelko?
— Zdaje mi się, że moi lokatarjusze są w Passy.
— Mieszkają w Passy? przerwał Adrjan nie mogąc dłużéj wytrzymać — to pojadę do Passy.
— Ale nie, obywatelu, nie jedź do Passy, nie znalazłbyś ich tam, to pewna. Tylko... WPan wiész, że dla swéj gospodyni, to się niema sekretów, słyszę ich mówiących często: chodźmy do Passy! dziś rano powtórzyli to także.
— Ale nie wiész obywatelko, domu do którego tam uczęszczają?
— Nie wiém...
— Przepędzająż kiedy niekiedy dzień przynajmniéj w Wersalu...
— O! bardzo rzadko... prawie nigdy; powracają dosyć regularnie wieczorami na nocleg, a o świcie ruszają; czasem ich i nie widzę. Młodszy z nich do połowy nocy często w tym pawilonie siedzi i pisze... Między nami mówiąc, to musi być autor.
— Wszak drzwi otwarte, rzekł Adrjan podchodząc, widać, że wasz autor nie lęka się natrętnych.
— Naprzód, ja obywatelu, czytać nie umiém, a potém nigdy w tym pawiloniku nic nie zostawia, możesz pan zajrzeć...
Adrjan skorzystał z pozwolenia udzielonego, aby natrafić na jaki ślad przypadkowy, coby go lepiéj o mieszkańcach potrafił objaśnić, niż stara kobiecina.
Stół kulawy, trzy zbutwiałe krzesła, dywanik podarty, meblowały ten pawilon; kilka arkuszy papiéru rozrzuconych było po podłodze — ale nic na nich: białe były, to jest żółtawe, bo biały papier ówczesny wszystek miał tę barwę.
Młody człowiek przy owéj kobiécie nie miał ochoty odegrywać roli inkwizytora, zaledwie nieśmiało odwrócił kilka arkuszy by się o ich dziewiczéj białości upewnić. Chciał natrafić przynajmniéj na książkę, bo książka często odkrywa charakter i obyczaje człowieka; ale nie znalazł żadnéj. Papier pisany i drukowany uciekł ztąd wszystek.
W chwili, gdy już miał wychodzić, Adrjan postrzegł wśród czarnych plam na stoliku kilka wiérszy symetrycznie jakoś rzuconych, pochylił się niby od niechcenia, i wyczytał na drzewie następującą strofę, jakby dla sprobowania pióra nakreśloną:
U Mityleny brzegów zburzą fale,
Gdy chmura groźna zgasi jasne słońce,
Żeglarz zbłąkany w tym żywiołów szale,
Uśmiécha się zdaleka ostatniéj światłości,
To dziwna! rzekł Adrjan w sobie, wiérsze te nie zdają się wyjęte z Almanacha Muz i Merkurego! mają one właściwy sobie charakter. I zwracając się ku staruszce, obojętnym spytał głosem.
— Obywatelko, czy to pismo twojego lokatora?
— Ja — odpowiedziała kobiéta przypatrując się — nie umiem czytać i nie znam się na charakterach pisma, ale codzień ocierając ten stolik z pyłu, mogę pana zaręczyć, że pozawczoraj téj plamy nie było. A że ja tego nie zrobiłam, musiał jeden z lokatorów...
— Może ci się naprzykrzam pytaniami, obywatelko? Mów proszę otwarcie, zdaje mi się, że zaczynam być natrętnym?
— A! mój Boże! nie obywatelu, ja nie mam nic do roboty, a czasem po trzy dni słowa do nikogo nie przemówię, bo mi się nie trafi... Rozmowa, to jak małżeństwo, trzeba do niéj dwójga koniecznie... możesz mnie pan pytać, a z chęcią odpowiém; — możeby wygodniéj było usiąść, ot i krzesło.
— A! nie uważajcie obywatelko — oczy mając wlepione w wiérsze rzekł Adrjan, — mogę postać, siądę zaraz na koń... Jakiego to wieku ludzie ci lokatorowie?
— Starszy musi mieć lat cztérdzieści kilka, młodszy wygląda na trzydzieści.
— To pewnie młodszy pisał te wiersze?
— Tak, tak obywatel Andrzéj... bo drugi tu nigdy nie przychodzi...
— A imie mu Andrzéj...
— Tak jest, obywatelu.
— Czy może to jego nazwisko?
— Nie, musi to być imię, a może i nazwisko, bo go z inném nie znam.
Adrjan mruknął po cichu sam do siebie.
— To Andrzéj Chenier.
I sądząc się już do zbytku natrętnym, nawet względem staruszki, która ochotnie gotowa była mu rozpowiadać o swoich lokatorach i o czém by chciał, zbliżył się do drzwi mówiąc:
— Kiedy już jestem w Wersalu... pozostanę tu do jutra. Posłuchaj mnie obywatelko, zostawię tu kilka słów ołówkiem napisanych do młódszego z twoich lokatorów, oddasz mu je, gdy z Passy powróci.
I Adrjan napisał natychmiast następujący bilecik:
«Adrjan Mouriez oczekuje go w oberży pod Lirą Apollina. Jeślibyś dla jakich powodów nie mógł się tam znajdować, chciéj oznaczyć inne miejsce.
Staruszka wzięła kartkę i patrząc na niego odezwała się.
— Znasz pan więc obywatela Andrzeja, kiedy do niego piszesz?
Adrjan dwuznacznym ruchem odpowiedział i ukłoniwszy się kobiécie, pobiegł w skromnym pokoiku pod Lirq Apollina oczekiwać. Ztąd, przez umyślnego, napisał parę słów do P. de Pressy, przepraszając ją za opóźnienie. Obiecywał pomyślną odpowiedź na jutro; około dziewiątéj wieczorem, Adrjan usłyszał chód na wschodach i wkrótce potém trzy lekkie uderzenia we drzwi; wstał, otworzył, i w przybyłym poznał Andrzeja Chenier.
— Przychodzę z zupełném zaufaniem, rzekł poeta wyciągając rękę i podając mu dłoń — z pełném zaufaniem jak widzicie.
— I zdaje mi się, że na to zaufanie zasługuję, rzekł Adrjan ściskając rękę Chenier’a.
— W piérwszych chwilach niebezpieczeństwa, dodał przybyły, bawimy się ostróżnościami unikając zasadzek i podstępów; ale gdy się te lata przeciągną, ciągła baczność staje się rzeczą ciężką, przekonywamy się, że życia nie warto bronić nieustanną walką.
— Obywatelu, odparł młody Mouriez, to co widzisz znacznie zmniejsza wartość twych wyrazów piérwszych i zaufania, o którém wspomniałeś.
— O! wierz mi pan, przerwał Andrzéj, że wcale nie myślę cofać piérwszych słów moich; reszta jest czysto filozoficzną uwagą; stosuje się to do wszystkich, prócz pana. Daj mi pan rękę, poznaliśmy się w strasznéj chwili, w tym samym domu, w którym dziś pan mnie szukałeś... prawdziwie wielbię pańską przebiegłość cudowną... Zgadłeś więc, że wspomnienia... prędzéj późniéj do tego miejsca mnie napędzą.
— Ale, obywatelu, przerwał Adrjan.... prawdziwie.... wiele winienem przypadkowi... i...
— Przypadkowi! powiadasz pan! źle się wyrażasz; przenikliwość rzecz potrzebna: już pan znasz dobrze serce ludzkie.
— Przybyłem, przerwał Adrjan zmieniając nagle ton i przedmiot rozmowy, przybyłem prosić pana o jedną uczynność... Chcę ten dom nająć.
— Tak, mówiono mi o tém, rzekł Chenier, oznajmując o jego bytności, i oddając pański bilecik; wziąłem to tylko za pretext. W teraźniejszych czasach, tysiące się podstawia mniemanych powodów, nim się prawdziwy wyjawi. Wszyscy gramy nieustannie zawikłaną partją szachów. Zowią to zręcznością...
— Wybacz, obywatelu, zawołał uśmiechając się młody człowiek, ja nigdy w szachy nie grywam, choć kawiarnia Regencyi bardzo w modzie. Gdym się stawił u pana, miałem istotną chęć najęcia tego domu, jeśli jest do wynajęcia.
— Prawdziwie, jeśli tak, widzisz mnie pan w rozpaczy, rzekł Chenier, bo żądasz pan po mnie jedynéj rzeczy, którą mu muszę odmówić. Ten dom jest światem moim. Jeśli go panu odstąpię, nie będę miał gdzie głowy położyć.
Cały rok spędziłem w samotności zupełnéj w Rouen, i byłbym tam umarł, żeby nie nadzieja, że kiedyś może zamieszkam w czasie swobodniejszym dom, o którym mowa. Los mi sprzyjał, ujrzałem otwierające się przedemną błogosławione drzwi uliczki Thiers, mogęż je sam za sobą zamknąć? Nie miałbym sił na to. Lecz daruj mi pan moję natrętność; czyś pan koniecznie, gwałtownie przywiązał się do najęcia tego właśnie domu?
— Tak! smutnie odpowiedział młody człowiek.
— Rozumiem, rozumiem, rzekł Chenier, i pan tam zostawiłeś wspomnienie, do którego byś chciał wrócić. Niestety! żyjemy samą przeszłością... Daruj pan, że go muszę opuścić, przyjaciel czeka na mnie niespokojny, pan pojmujesz, że... Andrzéj postąpił ku drzwiom, Adrjan go zatrzymał.
— Słówko jeszcze, obywatelu Chenier, rzekł zastępując mu drogę — nie chcesz więc pan tego dla mnie uczynić?
— O! kochany panie, nie mogę — możemy o tém gadać do białego dnia, a jutro zastanie mnie upartszym jeszcze, oszczędźmy sobie próżnych rozpraw, rad będę zawsze widział pana — i — zbliżył się jeszcze do drzwi. Adrjan go zatrzymał.
— Obywatelu Chenier, posłuchaj — rzekł zmięszany Mouriez głosem, który jego niedoświadczenie i bojaźń dowodził — posłuchaj, ja nie chcę domu tego dla siebie.
— Tém bardziéj go odmawiam, odparł Chenier.
— Żądam go w imieniu kobiéty.
Wzruszenie dokończyć mu nie dało.
— W imieniu?... spytał Chenier niedosłyszawszy.
— W imieniu kobiéty, powtórzył Adrjan jasno i wyraźnie.
Andrzéj Chenier spójrzał bystro na mówiącego, a że w myśli i wspomnieniach poety jedna tylko była kobiéta, domyślił się zaraz, że domu tego żądała pani de Pressy, zwłaszcza zauważywszy w Adrjanie pewne wzruszenie, któreby inaczéj wytłumaczyć się w tak prostéj rozmowie nie dało.
— W imieniu kobiéty! rzekł Chenier krzyżując ręce na piersiach, a imie jéj jest zapewne tajemnicą?
— Obywatelu Chenier, odparł Adrjan spuszczając oczy, nie jestem upoważniony do wymówienia jéj nazwiska. Wiész pan, że dziś tysiące jest nazwisk nie należących do tych, co je noszą. Ty sam, obywatelu Chenier, nazywasz się Andrzejem tylko... cóż dziwnego, że kobiéta poleca mi zatrzeć nazwisko swoje.
Adrjan był uszczęśliwiony, że się tak gładko potrafił wywinąć z trudnego pytania, i sumienie miał spokojne.
— To pewnie kobiéta prześladowana, rzekł Chenier głosem, raczéj uwagę własną niż pytanie oznaczającym.
Adrjan zamilkł, nie czując się obowiązanym do odpowiedzi.
Chenier opuścił ręce, pochylił głowę i pomyślał chwilę, a twarz jego przeleciały myśli radosne i boleśne, które w téj chwili miotały duszą.
— No! obywatelu Chenier, rzekł Adrjan... pomyśl o niespokojności oczekującego cię przyjaciela i kończmy.
— Dziś właśnie, odezwał się poeta, Konwencya ogłosiła prawo przeciw dawnéj szlachcie, wczoraj czytałem je w Monitorze. Jakkolwiek bądź, to pewna, że pańskie żądanie ma jakiś związek z tą okolicznością. Żądasz domku mego dla jakiéjś wygnanki, któréj Paryż zabroniony — dość na tém... jeśli to nie ona, to inna w jéj położeniu, to siostra jéj wygnania. Dom mój od jutra należy do niéj.
— Tysiączne dzięki! zawołał Adrjan ściskając rękę poety — rachuj pan na wdzięczność moję i poświęcenie, dwa uczucia, które w méj duszy nie gasną.
— Dziękujesz mi pan za rzecz bardzo małą, panie Mouriez, rzekł Chenier, cóś mi powiada, że do wielkiéj wdzięczności w téj sprawie, nie pan będziesz obowiązany...
— Przyszłość należy do Boga, rzekł Adrjan, spełniłem obowiązek, pan dokonałeś swego, a teraz daléj, gdzie los poprowadzi...
— Bądź zdrów, odpowiedział Chenier ze wzrastającém wzruszeniem — milczenie twoje aż nadto mi już powiedziało. Wszystko czegoś powiedzieć nie chciał wyjawiło się;, nie twoja w tém wina, pojmuję. Bądź zdrów, zobaczym się jeszcze. Znajdziesz mnie pan codziennie o piątéj wieczornéj w Passy, ulica Niższa N. 15, jutro się tam przeniosę.
— Bądź zdrów kochany poeto, zawołał Adrjan, niech tajemnica dzisiejszéj rozmowy naszéj, nigdy nie wyjdzie z serc naszych.
— Nigdy! poprzysięgam — odezwał się Chenier. A! mój Boże... zapominamy, najważniejszéj rzeczy... jutro, o południu, klucze tego domu złożone zostaną do rąk gospodarza oberży... i nie zostaną wydane chyba obywatelce...
— Obywatelce... dokończył Adrjan zamykając drzwi — nie zmieniła imienia.
Chenier schwycił te wyrazy schodząc z piérwszych stopni wschodów.
W chwili téj właśnie, Paryż, miasto, co widziało wszystko, i które na wszystko jeszcze patrzéć może, zmieniło fiziognomją; — w głębi było może sobą, ale powierzchnia znacznym uległa zmianom. Zewnątrz panowała wesołość, a powody metamorfozy dziś się nam może wydałyby śmiesznemi, gdyby doświadczenie nie uczyło, że Paryż zwykle przeraża się, bawi, lęka i cieszy z powodów, które są tajemnicą historyczną i niepojętém czémś w dniach spokoju i chłodu.
Klubów nie było, wyjąwszy Jakóbińskiego, który był małą pomocniczą Konwencyą, ulice miały pozór świąteczny. Ogłoszono właśnie ów sławny dekret zawarły w tych słowach: «Lud francuzki uznaje istność Najwyższéj Istoty?“ Ustanowiono święta, pochrzczono dekady, naznaczono uroczystości:
Ludzkości,
Ludu francuzkiego,
Dobroczyńców ludzkości,
Męczenników rewolucyi,
Swobody i równości,
Swobody świata,
Miłości kraju,
Nienawiści zdrajców,
Prawdy,
Sprawiedliwości,
Wstydu,
Chwały,
Przyjaźni,
Wstrzemięźliwości,
Męztwa,
Dobréj wiary,
Bohatérstwa,
Bezinteresowności,
Stoicyzmu,
Miłości,
Wiary małżeńskiéj,
Miłości macierzyńskiéj,
Czułości ojcowskiéj,
Przywiązania dziecinnego,
Dzieciństwa,
Młodości,
Dojrzałości,
Starości,
Nieszczęścia,
Szczęścia,
Rolnictwa,
Przemysłu,
Przodków,
Przyszłości....
Malarzowi David poleconém było ułożenie programatów tych uroczystości, wedle podań Greków i Rzymian.
Gmina i Jakóbini winszowali Konwencyi tego dekretu szczytnego. Śpiewano wszędzie Hymn do Cnoty; słowo zgody było we wszystkich ustach i nikt się nie lękał przyszłości jaśniejącéj tylu uroczystemi obchodami.
Przeniesienie popiołów J. J. Rousseau do grobów Pantheonu, do reszty uspokajało umysły.
Poczynała się więc era nowa. Rzeczpospolita zdawała się osiadać na nowych fundamentach, jak wszystko we Francyi w początku — poczytywanych za niewzruszone.
Danton i Kamil Desmoulins, jedyni postępu przeciwnicy, zginęli w świeżym rozruchu, a nic już nie zagrażało pogodzie horyzontu politycznego. Nareszcie, wedle wyrażenia poetów współczesnych, wracał wiek Saturna i Rhei; Danton i Desmoulins z systematycznéj przekory nie mogli stanąć na zawadzie złotemu wiekowi, którym obdarzano Francyą. Oddychano nareście, a czas bo też było odetchnąć!
Na czołach wszystkich świątyń, zmazano napisy dawne: Rozumowi, i zastąpiono je nowemi: Istności Najwyższèj, na wielu publicznych gmachach widzieć się dawały te słowa Robespierra wyrzeczone na posiedzeniu 17 Pluviose roku 2. «Zasadą rządu demokratycznego — jest cnota».
W téj to nowéj epoce znajdujemy hrabinę Margaretę już w Wersalu, pod drzewami ulicy Thiers; wróciła tu z weselem i smutkiem, dwóma uczuciami które się często godzić umieją.
Było to w dekadzie święta szczęścia; cały Wersal obchodził szczęście, dnia tego, ale zapał był dosyć umiarkowany. Plakaty od municypalności, naiwnie w stylu sielankowym pisane, wzywały obywateli żeby byli szczęśliwi do zachodu słońca, a twarze przechodniów usiłowały stosować się do programu. Przypominało to wiersze poety włoskiego, który powiada, że szczęście wielu zależy na tèm, iż się nam wydają szczęśliwi.
Niestety! we Francyi łatwiéj rozkazać zwycięztwo niż szczęście! Jednakże, wpośród burz politycznych, zaledwie błyśnie trochę spokoju, chwytają go z uniesieniem jak rozbitek, pożarty przez fale, korzysta chciwie z chwili gdy go bałwany na wierzch wyrzucą, ażeby uchwycić powietrza.
Pani de Pressy, chociaż nie wiele miała wiary w programmy rewolucyjne, znajdowała jednak niejaką pociechę w téj uroczystości publicznéj. Wreszcie, mówiła usiłując się ułudzié, kto wie czy i te fałszywe pozory spokoju nie są prawdziwemi symptomatami polepszenia stanu społecznego? Dość się już zrobiło złego, ale ci co je dokonali, sami pragną się zatrzymać i przyszłością przeszłość swą zatrzeć. Niepodobna uwierzyć, żeby ludzie pomyśleli o ustanowieniu nieustannych rzezi, o zalaniu krwią publicznych placów, i napełnieniu wszystkich więzień coraz nowemi ofiarami: — złe się kończy, dobre przybywa.
P. de Pressy, zrobiwszy sobie te pocieszające uwagi, rozweseliła się na chwilę, i to było wiele, — życie się jéj uśmiechnęło.
Wyszła z ogrodu z myślą usiądzenia po za firankami dolnego saloniku, i przypatrywania się przechodzącym urzędownie szczęśliwym dnia tego; bo uroczystość miała miejsce główne na wzgórku Satory, w miejscu gdzie dziś odbywają się wyścigi konne.
Wchodząc do tego salonu, który jéj przypominał straszliwą scenę z Klaudyuszem Mouriez, noga jéj, już zwieszona ku przymurkowi pod oknem, wstrzymała się jakby nagle ujrzała węża przed sobą...
Był to list tylko, który zręcznie zapewne cisnąć musiano po za firanki, oświecony promykiem błędnym słońca.
List wrzucony na posadzkę salonu nie zdaje się być na piérwszy rzut oka rzeczą tak bardzo straszną, jednak hrabina Pressy zadrżała konwulsyjnie i poglądała z przerażeniem na ten kawałek papieru; okoliczności mogą rzeczom najmniéj znaczącym nadać wysoką wartość.
Pani de Pressy jakiś czas patrzała na list ten tajemniczy, nieśmiejąc dotknąć go ręką, probowała zdaleka wyczytać adres drobnemi nakréślony literami, atramentem bladym jaki pospolicie trafia się w domach zajezdnych. Wreszcie widząc się samą, zebrała się na odwagę i wzięła by mu się bliżéj przypatrzyć.
Papier upiekł ją w rękę, rzuciła go jak węgiel rozżarzony.
Poznała pismo Andrzeja Chenier.
— To on! to on! mówiła do siebie, jakże on odkryć potrafił mieszkanie moje? mówiono mi że opuścił Francyą, jakim sposobem zagranicą potrafił wpaść na myśl że wrócę do tego domu pod oczyma Klaudyusza Mouriez? Czy się dowiedział o złożeniu z urzędu Klaudyusza? Ale żadne pismo nie wspomniało o tém? Polecić zapewne musiał któremu z przyjaciół swoich nadzór nademną! opiekę! Jeśli to uczynił... o! to chyba kocha mnie jeszcze; kochał mnie zawsze z delikatnością milczącą, ze skrytém uczuciem ludzi wybranych! nie strzeże się tak zdala chyba ukochanych osób!
Pani de Pressy wzięła list znowu, i nim go otwarła, zajrzała co się działo zewnątrz, ale z ostréżnością kobiéty która chce widzieć nie będąc widzianą.
Uliczki boczne i wielka droga pełne były przechadzających się; hrabina nie ujrzała między niémi żadnej twarzy znajoméj. Tłum ten zdawał się spokojny i dekady swéj używał dosyć roskosznie, jak niedzieli o trzy dni spóźnionéj.
Hrabina Margareta złamała pieczątkę drżącą ręką, i czytała co następuje.
«Pani!
«W samotności mojéj, nie wiem zupełnie czy mogę ją odwiedzić, bez obrazy zwyczajów światowych; ale to wiém, że jeśli jéj teraźniejsze położenie dozwoli zadość uczynić prośbie mojéj, błaganiu — dzień ten dla mnie godzien będzie imienia, jakie mu nadał wyrok Konwencyj.
List ten był ciemny i zrozumiały razem, zdawał się niczego nie żądać, a wymagał odpowiedzi.
Nie porównywajmy nigdy tego co się dzieje w epokach spokoju, z tém co się trafia w burzliwszych czasach, ztąd tysiące wyniknąć może błędów sądu. Hrabina nie zawahała się ani chwili; poszła natychmiast do swego pokoju i wziąwszy pióro, napisała odpowiedź, nie zastanawiając się nad zwykłemi w takich razach ostróżnościami, to jest, nie usiłując tak powiązać wyrazów, tak ocienić myśli, by odbierający list niecierpliwił się zbytkiem grzeczności i brakiem uczucia.
List hrabinéj był w tych słowach.
— «Jutro o południu dwie kobiéty czekają P. Andrzeja u sadzawki Latony; jedna z nich uściśnie dłoń poety z prawdziwą radością.»
Bilecik ten odniesiono tegoż dnia pod naznaczony adres; Denis wierny tego się podjął.
Późniéj hrabina, któréj serce zbyt było przepełnione szczęściem by je dla siebie tylko zachować miało, pobiegła do ogrodu, do Anieli, oddawna najlepszéj swéj przyjaciółki, bo w nieszczęśliwéj téj epoce, nie prawo ale wierność sług zbliżała ich do panów i niszczyła tytuły i klassyfikacye towarzyskie.
Aniela dowiedziała się o tém co się stało i odezwała z uśmiechem — Pozwolisz mi pani powiedzieć szczerze co myślę?
— A! czemuż nie! dość wesoło zawołała hrabina — jeśli ci powierzam, kochana Anielo, co mnie obchodzi, to dla tego bym twoje zdanie o tém porównała z mojém; nie obawiaj się więc, mów co chcesz, nie obrazisz mnie.
— To dobrze; jeśli mi pani pozwalasz, nadużyję pozwolenia.
— Nadużyjesz?
— Zobaczysz pani. Ja już z góry widzę jak to pójdzie... Gdy żałoba upłynie... zmienisz pani nazwisko po raz trzeci...
— Anielo, — odezwała się hrabina przerywając — to jedna rzecz, któréjbyś nie powinna była powiedzieć.
— Ale, jam panią przestrzegła.
— Tak, prawda, i uwaga twoja nie zadziwia mnie wcale; każdy by ją mógł był uczynić, prócz ciebie może...
— A! pani, doprawdy, myśli jéj nie rozumiem, racz mi to wytłumaczyć jaśniéj...
— Pomyśl chwilę! smutnie odparła Margareta.
— Tak, tak! myślałam długo i dawno, nie dziś to ta myśl mi przyszła... Cóż w niéj tak dziwnego? On cię kocha... i jakąż miłością? o! oni nie kochają jak inni! kochał cię wdową, ustąpił P. de Pressy, znikł nawet zupełnie: to miłość prawdziwa, bo się łączy z uszanowaniem. Późniéj, Bóg chciał byś znowu odzyskała wdowią swobodę. Dziś, on ci dowodzi że o tobie nigdy nie zapomniał, i pewna jestem, że do wdowy Hr. de Pressy, zbliża się z myślą najuczciwszą.
Hrabina Margareta smutnie potrząsnęła głową, skrzyżowała ręce na piersi, i głosem pełnym wzruszenia i łez, odezwała się.
— Anielo, miłość moja jest fatalną — ona niesie nieszczęście, — dwa razy zostałam wdową, od dwóch uderzeń piorunu. Ci co mnie kochają zdają się przeznaczeni na śmierć gwałtowną. Zobaczę raz jeszcze Andrzeja Chenier, a potém... o! już go zwodzić nie chcę! miłość moja jest fatalną, wierzaj mi Anielo.
— Jakto można tak mówić? zawołała Aniela... to obraza pana Boga!
— Anielo, odpowiedziała hrabina, obrażam siebie tylko... a jutro, boję się być zmuszoną obrazić Andrzeja Chenier.
W lecie roku 1794, ogrody Wersalskie i czoło pałacu wychodzące na nie, nabrały także fizjognomji rewolucyjnéj, któréj założyciel ich pewnie nigdy nie przewidywał. Okna zamku, pomimo piękności pory, zamknięte były hermetycznie na całéj linji i oznajmywały o niebytności właściciela; w uliczkach nie było gładko wysypanego piasku; dziki chwast jeżył się wszędzie, protestując przeciw symetrycznym rozporządzeniom Le Nôtre’a; trytonowie, najady, nereidy z suchemi wargi stali nad sadzawkami próżnemi; bogowie i boginie na skroni dźwigali wieńce nieśmiertelniczek, ale nic nie mogło ogrodom tym odjąć wspaniałéj ich zieleni i pysznego blasku jakim stroiło je słońce i lato.
Chenier wyprzedził naznaczoną listem godzinę hrabinéj; i chcąc skrócić wiekami długie oczekiwanie, szeptał wiersze jakieś wśród tego marmurowego Olimpu, który nań patrzał z wysokich piedestałów swoich.
W około poety, nikogo prócz tego tłumu marmurów, nieruchomego świadka tylu scen straszliwych: który zdawał się uśmiechać scenie powabniejszéj, od lat czterech oczekiwanéj na próżno.
Poeta usłyszał wybijające południe, a oko jego nie zeszło już z tarasu, a raczéj horyzontu, na którym miało się ukazać jego słońce, wśród rozsypanych na nim kwiatów.
W chwilę po wybiciu dwunastéj, dwie kobiety ukazały się pod Andromedą Puget’a, a idąca przodem zatrzymała się przed arcydziełem i smutnie potrząsnęła głową. Chociaż w pewnéj stojący odległości, Chenier odgadł myśl hrabinéj, która melancholijnie witała kobiétę przykutą do skały, ofiarę, którą miał oswobodzić awanturniczy poeta lecący na hipogryfie. Był to mytologiczny symbol téj chwili.
Z przytomnością, która w trudnych położeniach nigdy nie opuszcza kobiéty, pani de Pressy zbliżyła się do Chenier’a, który był blady i niemy jak Vertumnus, najbliższy jego sąsiad.
Aniela skłoniła mu się zdaleka i przyzostała. Hrabina ścisnęła rękę poety i zawołała:
— Potrzebaż panu powiedzieć że go widzę z przyjemnością, która się zbliża do szczęścia?
— Nie, pani, nic mi nie trzeba więcéj nad to, żeś tu przyszła! odparł Chenier.
— Mogłeś pan wątpić?
— O nieszczęściu bym nie wątpił.
— Ja przecie nic szczęśliwego nie mam panu oznajmić.
— Przyszłaś pani, dość mi na tém. W chwili w któréj żyjemy, nie godzi się pragnąć wiele.
— Powiedz mi pan, panie Chenier, rzekła hrabina wskazując poecie miejsce przy sobie na ławce kamiennéj — jakeś pan odkrył mieszkanie moje?
Pytanie to uczynione zostało z nagłą zmianą głosu, usiłującą rozmowę uczynić poufalszą. Andrzéj nie zaraz odpowiedział, żywe wzruszenie odejmowało mu przytomność umysłu.
— Stało się to... dziwnym przypadkiem, rzekł po chwili... często wychodzę z Passy gdzie teraz mieszkam, i Wersal odwiedzam, staję naówczas w oberży pod Lirą.
— Poeta innéj obrać nie mógł, przerwała uśmiechając się hrabina.
— Tam dowiedziałem się, że obywatelka Pressy wróciła do Wersalu, — napisałem wówczas, na przypadek... na los...
— Pan tak jesteś wzruszony, tłumacząc rzecz tak prostą.
— A! to też wypadek ten tak prosty, przypomniał mi dom w którym spędziłem najpiękniejsze dni życia... mogłem był napisać wcześniéj, ale nim się na list ośmieliłem, chciałem się upewnić że pani sama... zamieszkujesz w tym domu, sama z Anielą.
Hrabina spójrzała długo na Chenier’a, i po chwili milczenia odezwała się.
— Nie wiesz więc pan o nieszczęściu które dotknęło hrabinę de Pressy.
— O jakiém nieszczęściu? pytał poeta bledniejąc.
— A! pan nic nie wiész! mówiła daléj hrabina — Wandea, która już tyle szlachetnych pożarła ofiar...
Kobiéta umilkła i dwie łzy na twarz jéj spadły.
— Hrabia de Pressy! zawołał Chenier na wpół powstając, głosem w którym zmięszały się wszystkie uczucia, jakie nim miotały.
— Nie wymawiaj pan tu imienia jego, — zawołała kobiéta chwytając go za rękę — te posągi mają uszy.
— Umarł! cicho do siebie szepnął Andrzéj.
— Dawno już, dawno! mówiła daléj hrabina. Gdyby mąż mój żył, nie byłabym tutaj panie Chenier.
Po tych wyrazach nastąpiło długie milczenie, oboje zamilkli razem, a oczy ich utkwiły się w zielone trawniki ulic; rzekłbyś, że dwa posągi przybyły w ogrodach Wersalu.
Chenier piérwszy począł:
— Po téj smutnéj wieści, rzekł, dwie mi pozostaje rzeczy uczynić: i podziękować jéj za tę chwilę rozmowy, i odejść szanując jéj boleść.
— Uczynisz pan jak zechcesz, przyjaznym głosem odezwała się hrabina. Wolno ci odejść, ale mi się zdaje żem mu niczém nie dała do zrozumienia, iż rozmowa nasza powinna by się ukończyć.
— Ale to, czegom się w téj chwili dowiedział, wszystkie myśli moje zburzyło... zaprawdę, cokolwiek bym teraz mówił, byłoby kłamstwem ust i sprzecznością z niewzruszoném uczuciem serca mego... Wolę, wolę, odejść.
Chenier konwulsyjnie wzruszony, powstał.
— Panie Chenier, odezwała się hrabina wstając także i poprawując suknię dla pokrycia tym ruchem śmiałego pytania które uczynić miała. Panie Chenier, nie zwykłam nigdy kończyć rozmowy zagadką. Ostatnie jego wyrazy są dla mnie niepojęte, proszę mi je wyjaśnić.
— Wymagasz tego pani?
— Nie wymagam, proszę.
— A więc... słowa te ciemne, takie jasne mają znaczenie. Za życia jéj męża, byłbym zawsze najszczęśliwszy widząc ją choć na chwilę, usłyszeć jedne z jéj ust słowo, ani bym się ośmielił nigdy wyrzec tajemnicy mojego serca. Należę do tych co szanują małżeństwo; dziś mnie już nie wstrzymują te skrupuły... Jesteś pani wdową, jesteś wolną; miałbym za stracone, za kłamliwe wszystkie chwile którychbym nie poświęcił na powtarzanie jéj jedynéj myśli, jedynego uczucia serca... kocham cię. Hrabina roztwarła parasolik i upuściła go pod nogi Chenier’a.
Bóg tylko widział wyraz jéj niebiańskiego oblicza w téj chwili.
Wiatr, który się zrywa o południu, przebiegł piękne drzewa Wersalskie i cudnie w nich zamruczał; rzekłbyś że głos poety wskrzesił wszystkie uniesienia miłości co się odbiły o zielone sklepienia zieleni, pod któremi ludzie innego wieku tak wesoło żyli i kochali!
— Panie Chenier, odezwała się hrabina ze wzruszeniem źle pokrytém — wyznanie jego jest dla mnie niespodziane... ale mogę mówić otwarcie... bo okoliczności wszystko tłumaczą. A! któż wié, czy jutro żyć będziemy? miłość twoja jest dla mnie zaszczytem, dumna nią jestem, choć nie wolno mi być szczęśliwą.
Chenier rozpromieniał radością i złożył ręce jak do modlitwy przed świętym obrazem.
— Pani, pozwól mi także, spytać o jasne znaczenie ostatnich słów twoich. Dla czego, nie wolno ci być szczęśliwą miłością moją?
— Poeto! smutnie odrzekła kobiéta... te słowa nie mają znaczenia... nic ci nie powiedziałam.
— Na Boga, zaklinam cię pani, chciéj mi powiedzieć!
— Pamiętasz pan piérwsze nasze spotkanie w Hotel de la Tour d’Aigues?
— Jakże bym mógł zapomnieć?
— Naówczas, piérwszym raz wspomniała o moich przeczuciach i widzeniach, — rzeczach które w tłumie uchodzą za szaleństwa. A jednak! zawsze przyszłość potwierdza przeczucia moje! Chenier! nie żądaj na Boga, miłości mojéj, miłość ta byłaby dla ciebie zgubną.
— To wyraz którego nie rozumiem, odpowiedział Chenier z zapałem. Wyraz ten nie należy do epoki w któréj żyjemy... Fatalność jest ojcowizną wszystkich nas; to spuścizna każdego; ojcowie nasi przekazali ją pokoleniom następnym... tylkoś co pani sama wyrzekła: «Kto wié czy jutro żyć będziem?“’ Tak! to prawda! niepewność jutra każę nam żyć dzisiaj.
— Nie, nie. Chenier, dość mam na sobie żałoby, dość żałoby! dozwól mi pysznić się miłością twoją, ale unikaj mojéj... bo moja miłość to śmierć!
— Posłuchaj pani, posłuchaj... w przeszłym wieku żył malarz wielki — Antoni Van Dyck, który wyrzekł szczytne, potężne słowo. Kochał hrabinę Brignole, kochał ją pewnie jak ja ciebie hrabino. Hrabia Brignole, jéj mąż, wiódł swą nowo zaślubioną żonę przez kościół San Lorenzo... Van Dyck oparty o słup, patrzał na niego... ściskając rękę przyjaciela stojącego przy nim, odezwał się do niego z uczuciem niewysłowioném. — Dałbym życie za kwadrans życia tego człowieka. Van Dyck miał słuszność.
Hrabina przygotowała się na odpowiedź spoglądając na dzikie kwiaty ogrodu, gdy Aniela nadbiegła nagle wołając:
— Pani, jacyś tu są ludzie podejrzani, chciała bym się mylić, ale z poza krzaku usłyszałam wyraźnie nazwisko Chenier i Lirę Apollina powtórzono przez nich... Drżę cała. — Chciałam zobaczyć tych co rozmawiali... widziałam ich... przeszli koło mnie. O! co za postacie! są to wysłańcy policyi... Skryjcie się... jest ich czterech...
Chenier dobył sztyletu i spójrzał w stronę wskazaną przez Anielę. — Schowaj ten sztylet, odezwała się Margareta — co ci on pomoże przeciwko czterem ludziom uzbrojonym.
— Idź pani, idź, zostawcie mnie samego, odparł Chenier... jeśli mnie pochwycą z rozkazu Fouquier-Tainville, na Boga, niech mnie wezmą samego, niech nikt nie będzie ze mną! pani byś także była zgubioną!
— Chenier, ja cię nie opuszczę, zawołała hrabina stanowczo — jestem dumna twoją miłością a jeśli umrę z tobą, pysznić się będę moją śmiercią.
— Ale, moglibyście jeszcze ujść ich... odezwała się Aniela... Poszli tą uliczką w koło... idźcie ku Rotundzie fontanny, tam, naprzeciw, uciec możecie drugą stroną ogrodu.
— Chodź Chenier, szybko zawołała hrabina podając mu rękę... A cóż? nie zgubnaż miłość moja?
W tém straszliwém położeniu, Chenier nie słyszał, nie uważał na inne wyrazy; dźwięczały, mu tylko słowa — nie zgubnaż miłość moja! wiedział tylko że był kochanym.
Poeta błogosławił niebezpieczeństwo które to wyznanie wyrwało z serca kobiéty, i silny miłością jéj, wyznaną w chwili złowrogiéj, nie lękał się krwawych groźb przyszłości.
Strona ogrodów Wersalskich, kończąca się Wschodami olbrzymów, była zupełnie pusta; uciekający przeszli Rotundę, niemą naówczas jak urna wyczerpana Najady, i skierowali się ku lewemu skrzydłu zamku.
Aniela odebrała rozkaz pozostania w tyle i uważania na każdy krok policyantów.
Chenier patrzał tylko na Margaretę, i dawał się jéj szybko ciągnąć za sobą; gdyby był panem jéj woli, byłby pozostał pod roskosznym cieniem ogrodu, w którym miłosna rozmowa tak mile się tuli; ale musiał być posłusznym gwałtownemu ruchowi kobiéty, która przedewszystkiem chciała ocalić Andrzeja.
Z żywém serca ściśnieniem opuścił poeta ciemne sklepienia alei, i ujrzał wschody, jaśniejące blaskiem słonecznym.
— Teraz, odezwała się Margareta, nie zdradzajmy się chodem: idźmy powoli, nie zwracajmy oczu.
To mówiąc, zasłoniła się zielonym woalem, nie dla ukrycia twarzy, ale dla schowania się z pięknością swoją, bo taras zamkowy nie tak był pusty jak ulice parku.
Przeszli bramę zamku i spuścili się ku miastu, w prawo, w część jego, która się zowie częścią kościoła S. Ludwika. Ztamtąd poszli na ulicę Thiers... minąwszy drogę, dostali się do drzew stojących po nad znajomem podziemiem.
Tak więc uszli pogoni i byli bezpieczni. Przeszedłszy przez podziemie, hrabina nastawiła ucha, przykładając głowę do drzwi, które dzieliły je od domu, dla upewnienia się że tam nikogo nie było, a nie słysząc wewnątrz najmniejszego szelestu, podniosła klapę i znaleźli się w salonie.
— Nie łudźmy się, rzekła, to schronienie jest tylko chwilowe. Myślmy o lepszém i bezpieczniejszém.
Chenier wpatrywał się w nią ze wzruszeniem, którego niebezpieczeństwo nie powiększało, twarz jego wyrażała anielski spokój wybranych. — Miejsce to dobre, zdawał się mówić, utknijmy tu namioty nasze. — Na co odmieniać, gdyśmy dobrze?
Hrabina odgadła stoicką myśl jego i żywo ściskając go za rękę, dodała:
— Łatwo pojmiesz, że ci tu zostać niepodobna. Ci ludzie mają węch swemu rzemiosłu właściwy; będą pytać oberżysty z pod Liry. W takich razach najmniejszy ślad bywa zgubny. Wyprzedźmy wszystkie zdrady i wszelkie nieostróżności; jeśli nam pozostała godzina spokoju, nie używajmy jéj, jak dzieci, na zgubę naszę.
— Godzina! powtórzył Chenier głosem melodyjnym i przejętym uczuciem — godzina! to wiek... a potém... umrzeć.
— Chenier, przerwała żywo hrabina, ja cię nie chcę gubić; moim obowiązkiem ocalić ciebie, ocalić mimo twéj woli... mimo mojéj! Wzruszenie pokryło wyrazy te, których znaczenia z razu nie zrozumiał poeta.
— Posłuchaj mnie, droga Margareto, rzekł Chenier... boję się, bo mogę nie ujrzeć cię więcéj gdy się dziś rozstaniem. A jeśli cię nie zobaczę, na co mi się zdało to życie któreś mi ocaliła.
— Chenier, przysięgam ci w téj godzinie lak dla nas obojga uroczystéj, przysięgam ci, że się zobaczymy, i przysięgam ci... że będę twoją... ale posłuchaj mnie, mówiąc to wiém dobrze co mówię... tu cię odkryją... w téj nieszczęsnéj oberży znalazłam klucze tego domu; każdy nasz krok zagraża nam... tobie... a! na cóż tam znalazłam klucze tego domu! Zresztą nie to, co innego trafićby się musiało... Wszystko teraz jest omyłką, nieostróżnością, nie wiemy jak żyć żeby życie ocalić! Głowa moja płonie, oszaleję. Chenier... ty wiesz, przeczucia moje, nigdy nie mylą... krew czuję koło nas... nie bądź głuchym. Kochaj mnie jak chcę być kochaną... kochaj niewolnikiem w nieszczęściu, będziesz panem gdy będę szczęśliwą!
Hrabina była w serafìczném uniesieniu, twarz jéj jaśniała, oczy sybilijskim płonęły ogniem, ruch jéj ręki byłby mocarzy ziemi rzucił pod nogi.
Chenier w upojeniu szczęścia, padł przed nią na kolana, i całując miejsce po kterem się przesunęła, odezwał się:
— Mów, spełnię wolę twoję, wola twoja święta... Słucham cię.
— Natychmiast idź do Viroflay, zawołała Margareta; znasz domek Denisa, tam się przebierzesz, i nikt cię nie potrafi dośledzić. Ztamtąd będziesz mógł napisać do brata.
— O Margaretu, rzekł Chenier, na brata nie mogę już rachować, niéma on już znaczenia, od czasu upadku klubu Kordeljerów, od śmierci Kamilla Desmoulins. Kto wie, czy w téj chwili i sam on nie jest jak ja z pod prawa wyjęły? Głosy szlachetniejsze prawdziwych patrjotów zgasły wszystkie. Czytałaś może wczoraj w gazetach, dumną apostrofę Robespierra młodszego przeciwko Herbertowi.
«To ty, zawołał do niego, poburzyłeś lud, swobodom wiary zagroziwszy.» Hebert spójrzał na Robespierra młódszego, z miną obiecującą śmierć; a Robespierre starszy wpadł na trybunę, by w zręcznéj mowie usiłować pogodzić brata ze strasznym Herbertem, i to jemu, dyktatorowi, ledwie się na wpół udało, a ty chcesz by Marja-Józef mnie ocalił, gdy się mojéj domagają głowy. A wiém to dobrze, że brat mój rzuci się między mnie a katów moich, gdy mi ręce zwiążą; ale jego pomocy nie wezwę, naprzód że na nic mi się nie przyda, powtóre że ona by go także na śmierć niechybna i zemstę wskazała. Nie mnie to, Margareto, żądać od brata kroku próżnego dla mnie, a może śmiertelnego jemu.
— A! jeśli tak Andrzeja, nikogo nie wzywaj o pomoc, i pozostań w bezpieczném schronieniu; złe doszło już do najwyższego stopnia. Lepsze czasy świtają; z trochę ostróżności doczekamy się dnia może; idź natychmiast. Wierzaj mi. Tak, czytam myśl twoję w oczach, i odpowiem na nieme pytanie. Rachujesz na podziemie tego domu, nieprawdaż? Było to dawniéj schronienie, rok temu, dziś niema nic tajemnego w murach, w stropach, pod podłogami. Policya nauczyła się swego rzemiosła. Śledzą wszystko, odkryć umieją rzecz każdą, nikt nie śmie szukać przytułku w tych schronieniach wymyślonych przez terroryzm, odkrytych przez doświadczenie prześladowców. Tak, mój poeto, nie szukaj zbawienia gdzie go niéma; idź du Viroflay, natychmiast. Zobaczymy się, przysięgam ci, zobaczymy...
— Margareto, rzekł Chenier, pójdę gdzie każesz, posłuszny będę najmniejszemu skinieniu twéj ręki, jeśli mi przyrzeczesz że odwiedzisz przytułek wygnańca...
— Więcéj niż przyrzekam, przysięgam ci to, Chenier. Jutro, zobaczymy się u Denisa.
— Idę, idę! zawołał poeta z exaltacyą.
— Teraz przyda się nam jeszcze to podziemie, odezwała się hrabina; ukryje ono ucieczkę naszę, aż do krańców lasu. Chodź, nie traćmy chwili.
Hrabina przycisnęła sprężynę, otworzyły się drzwiczki do podziemia, i zeszli za ręce się trzymając, nie mówiąc słowa aż do drugiego otworu. Tu, poeta, jedną nogą stojąc na progu wschodów, drugą na trawie lasu, uścisnął Margaretę, i posłuszny przyjacielsko-rozkazującemu skinieniu jéj, rzucił się pod gęste cieniste sklepienia wielkich drzew.
I pośpieszył drogą dobrze znaną, która mu przypominała słodsze dawne godziny, godziny bez jutra i przyszłości; teraz przynajmniéj, u kresu prób i cierpienia, widział świtające szczęście.
Było to w porze najdłuższych dni roku, i choć wiele czasu stracono, Chenier przybył do drzwi domku daleko przed zachodem słońca, zadzwonił, nieznajomy jakiś otworzył mu.
— A co tam chcesz? spytał tonem niewzbudzającym zaufania.
— Chciałbym się widzieć z Denisem, odpowiedział Chenier okiem do koła ogród obwodząc. — Czym się nie omylił?
— Omyliłeś się, obywatelu — Denis sprzedał swój dom, dziewięć miesięcy temu, obywatelowi Barras.
— A gdzież teraz mieszka Denis? spytał Chenier.
— Tego to nie wiem; nie służyłem u niego za parobka.
I drzwi dosyć niegrzecznie zamknęły się przed nosem Cheniera.
Młody człowiek pozostał chwilę w postaci rażonego piorunem, o którym wspomina Owidyusz; a że musiał cóś postanowić przed zachodem słońca, piérwsza myśl jaka mu przyszła zdała się najlepszą. Chenier zwrócił się nazad ku Wersalowi, obiecując sobie być jak najostróżniejszym, przez posłuszeństwo dla pani de Pressy.
Dość było widno jeszcze gdy poeta przybył do drzew kryjących podziemie; ale ani myślał wchodzić tędy, żeby się nie narazić pani de Pressy. Czekał nocy, a gdy ciemności zdawały się zabezpieczać go od napaści, poszedł ulicą Thiers. Spójrzał w okna domu, ale w nim nie ujrzał żadnego światła, nie dziwując się temu i sądząc że hrabina z Anielą były w mieszkaniu od strony ogrodu.
Szedł tak daléj ku miastu, gdy w rogu ulicy postrzegł kilka kupek ciekawych i rozmawiających po cichu, jak zwykle w miejscu które świeżo było teatrem jakiegoś wypadku — ciekawi coraz przybywają, choć przedmiot ich ciekawości zniknął. Najczęściéj nawet ciekawi są nasieniem rozruchów.
Chenier poszedł ku nim niedbale, obojętnie niby, zmieniając o ile możności zwykły chód i postawę, i łącząc się z piérwszą od brzegu kupką. — Rozmawiano w te słowa:
— Nic nie znaleziono, obywatelu, nic a nic — wiém dobrze, bom poszedł za temi co dom trzęśli.
— No! a ja ci powiadam że znaleziono dwie kobiéty, z dawnéj szlachty....
— Ale, to nie tego szukano...
— No! a czegoż szukano?
— Arystokraty jakiegoś.
— Nieprawda, nie szukano arystokraty... szukano dziennikarza tego co to pisał sławny suplement do N. 13.
— Andrzeja Chenier!
— Otoż to właśnie.
— Andrzej Chenier nie jest arystokratą.
— Nie, to autor i przyjaciel Roucher’a.
— Ale autor arystokrata: — Pisał przyjaciela praw i tragedye.
— Nic nie zrobiono tym dwóm kobiétom?
— To nie są szlachcianki, cóż im miano zrobić, są to obywatelki jak wszyscy, i nikomu nieszkodliwe.
— A dla czegoż ten dom w którym mieszkają trzęsiono? zgwałcono przezto prawo.
— Tobie w głowie zawsze, gwałt prawa! Wiedziano, że dziennikarz Chenier mieszkał w tym domu; oberżysta z pod Liry zaświadczał o tém, więc musiano go poszukać. Widzisz że pleciesz nie wiedzieć co o pogwałceniu prawa.
Rozmowa ta pod gołém niebem przedłużała się, ale Chenier dowiedział się z niéj co żądał. Jedne imie wymówione zostało, które mu przypominało obowiązki, obowiązki mogące w sercu szlachetném nawet miłość przytłumić.
— A! biedny Roucher! zawołał zdobywając się na silne postanowienie — jam o nim zapomniał! Biegnę do niego; podobne nieszczęście i jemu grozi pewnie: był wspólnikiem mojego występku... o mój Boże! daj mi czas bym go potrafił ocalić.
Przybywszy na miejsce, nie znalazł Chenier przyjaciela. Roucher zniknął. Wątpić nie było podobna — Chenier domyślił się łatwo, że poeta Miesięcy, redaktor Dziennika Paryzkiego, jego wspólnik i towarzysz porwany już został i osadzony w więzieniu, z którego nie wychodzono chyba na śmierć.
To też nie dla upewnienia się, ale dla opłakiwania straszliwéj rzeczywistości pobiegł do Passy, do P. de Pastoret, i nigdy natchnienie lepiéj nie usłużyło przeznaczeniu! Dom P. de Pastoret właśnie w téj chwili był trzęsiony, a śledztwu temu przewodniczył Guénot. Ten przebiegły sługa policyi miał polecenie przy zdarzonéj okoliczności chwytać wszystkich podejrzanych.
Tak postanowili Fouquier-Tinvilie i Collot-d’Herbois, nieprzyjaciele wszystkich i samych siebie, dyktatorowie siedzący na tronie katowskim i panujący naówczas samemu nawet Robespierr’owi. Collot-d’Herbois był dostarczycielem ofiar gilotynie, i nikomu nie dozwalał pomagać sobie w tém dziele; pojąć to łatwo: człek ten miał dawne zemsty które chciał nasycić i liczne przeciwko sobie napaści które poskramiał; nie mogąc wskazać swych nieprzyjaciół postanowił wytępić wszystkich, a z niémi i tych co przeciw niemu byli. Collot-d’Herbois długo był wyświstywanym na teatrze naprzód jako autor, potém, powiadają, jako aktor, mścił się więc za to, że ani pisarzem, ani aktorem dobrym być nie mógł.
Długi szereg upokorzeń publicznych przytomny był jego pamięci, a węże furji dramatycznych rozdzierały uszy tego Oresta terroryzmu; dla niego wszyscy musieli być podejrzani, podejrzani że go mogli wyświstać na jakim parterze przed 80 rokiem. Historja nigdy dość nie śledzi powodów tajemnych, które nienasyconą zemstę wywołały w ludziach przychodzących późniéj do znaczenia politycznego. Tu, mimochodem tylko, wyjaśniamy charakter Collot-d’Herbois, tyrana Robespierra i Konwencyi.
Obywatel Guenot, wysłaniec Collot’a, ujrzał nagle wchodzącego do pana Pastoret młodego człowieka z twarzą cechującą roznerwowanie, postawą śmiałą, okiem ognistém, i poznał w nim zaraz niezaprzeczonego wroga dawnego aktora Collot’a.
— Jak się nazywasz? spytał.
— A co ci z tego? rzekł Chenier zamiast odpowiedzi.
— Odpowiadaj, albo cię aresztuję.
— Ha! zawołał Chenier, przez szacunek dla siebie powiém ci jak się zowię, nie ze strachu, nie mam zwyczaju ukrywać się z tém imieniem, — imie to uczciwe. — Jestem Andrzéj Chenier.
— Dziennikarz?
— Tak.
— Pisarz?
— Tak.
— Nieprzyjaciel swobody!
— Nie, kłamiesz.
— A nie tyżeś napisał dodatek do N. 13.
— Tak, temu nie przeczę.
— Nie pisałeś na Collot’a i Fouquier-Tinville?
— Nie dosyć.
— Aresztuję cię w imie trybunału rewolucyjnego: jesteś podejrzany.
— Nie lękam się, jestem niewinny.
— Trybunał rewolucyjny i obywatel Collot, nie uznają nikogo niewinnym z tych co są podejrzani.
Guenot napisał rozkaz, oddał go swemu pomocnikowi; dwóch ludzi zbrojnych, ale szczęściem dla wojska nie żołnierzy, porwali gwałtownie poetę, wsadzono go na wózek... zawieziono do więzienia w Luxembourgu.
Stróż szemrząc odczytał rozkaz, jako gospodarz domu, w którym do zbytku jest lokatorów, i oddał papier agentom, mówiąc że nie jest formalny.
Wysłani poczęli nalegać, powtarzając pokilkakroć nazwisko obywatela Guénot; ale klucznik także dumny po swojemu, i pewien swéj obywatelskiéj godności, zamknął drzwi więzienia, zaryglował je, ani zdając się dbać o rozkazy obywatela Guénot.
W czasie całéj téj sceny Chenier był zupełnie obojętnym.
Z Luxembourga, wózek potoczył się ku więzieniu Ś. Łazarza. Tu, nie było najmniejszéj przeszkody, stróż czytać nie umiał; ale na głos imienia Collot’a i Guénot, z których łaski żył dobrze, ukłonił się z uszanowaniem i otworzył poecie okropne wnijście więzienia.
Chenier znalazł naówczas w swéj duszy te niespodziane zasiłki na których nie zbywa ludziom wybranym w chwilach spełnionego nieszczęścia. Na progu więzienia rzucił wszelkę nadzieję, ale męztwo poszło z nim za smutne kraty, a ono jedno, może straconą nadzieję zastąpić.
W epoce téj trudno było dowiedzieć się o zaaresztowaniu czyjemkolwiek drogą dzienników. Monitor milczał w ogólności o wszystkich uwięzionych, i żadna go w tém gazeta nie zastępowała. W pierwszéj więc chwili niepodobna było upewnić się o losie znikłego przyjaciela lub krewnego. Hrabina Margareta, którą u drzwi domku w Viroflay spotkał zawód podobny wczorajszemu, straciła nagle ślad Chenier’a, zwłaszcza gdy w Passy znalazła pustkę tylko. Może, gdyby się tam była rozpytywała, mógłby ją kto o jego losie objaśnić; ale ostróżność i przezorność nie dozwalały ust otworzyć. Kto wie z resztą, czy by jéj odpowiedziano, bo wolano milczeć na wszelki wypadek. Milczenie nie naraża, a słowo jedno w podobnych czasach niebezpieczeństwem grozić może.
P. de Pressy użyła wszelkich środków na jakie się zdobyć mogła dla odkrycia wiadomości o losie Cheniera; ale sama zmuszona do największéj ostróżności, w poszukiwaniach swoich bardzo była ograniczoną obawą nie o siebie, lecz o niego. Próżne były jéj usiłowania: trzeba było oczekiwać na przypadkowe odkrycie przyszłości, któréj głos odzywa się późno, ale niechybnie, i czekać w męczarniach gorączkowych, które rozpacz i rozygnacya przeplatają.
Dość długi przeciąg czasu upłynął. P. de Pressy zmieniwszy nazwisko, zamieszkała z Anielą w maleńkim domku w Chaillot. Tu, czytała co tylko Paryż dostarczał gorącéj ciekawości ludzi, gazet i pamfletów. W téj chwili, trzy gilotyny czynne były na placu Rewolucyj, w ogródku Paryża i u rogatek Tronu (nazwanych naówczas rogatkami wywróconemi) ale zaledwie rzadkie imiona ofiar, dochodziły do uszu ludzi, nazajutrz po każdéj exekucyi. Słaba nadzieja świtała w sercu P. de Pressy.
— Człowiek sławny, jak Andrzéj Chenier, mówiła sobie, często nie może tak zniknąć głucho na rusztowaniu, trup jego nawet wzbudzić musi odgłos litości lub nienawiści.
Trzeba głęboko wniknąć, nie ze stanowiska historycznego, ale jako postrzegaczowi serca ludzkiego, w krwawe ciemności téj epoki, by w niéj odkryć słabe światełko, przy którego blasku jaśnieje charakter ludzi i wypadków. Tak zrazu słupiejem z podziwienia, czytając wszędzie że Chenier w początku zupełnie został w więzieniu swém zapomniany. Nikt o nim nie pomyślał, nawet najzajadlejsi nieprzyjaciele jego. Collot i Fouquier, kazawszy uwięzić sławnego poetę, nie dbali więcéj o niego; unosiły ich nienawiści nowe, a w tych głowach przewróconych, każdy dzień wiekiem się zdawał, i wczoraj, było już przeszłością starą, o któréj prokonsul ledwie mógł sobie przypomnieć. Niestety! za słabe są mozgi ludzkie, by znieść potrafiły burze, które są ich dziełem! wielu historyków i mężów stanu zapominają o tém. Najstraszniejsze ze wszystkich szaleństw, szaleństwo krwi chmurą osuwa czoła; naówczas rządzi Bicetre a występni jak Collot i Fouquier, dla zimnego postrzegacza, są rozbestwionemi warjatami.
Przypadek oczekiwany nadszedł wreście. Raz P. de Pressy czytała monitora, i zadrżała pod jedną kartą ujrzawszy nazwisko Chenier. — Pod niém był adres. Ulica Clery. N. 97.
Nie pytając o radę ostróżności, wzięła P. Pressy najskromniejsze ubranie i najpospolitszy kapelusz, odziała podobnie Anielę, i wyszła z Chaillot do tego miasta, które pod karą śmierci zakazaném jéj było.
Dwie kobiéty szły ulicą Cours-la Reine prawie przez całą jéj długość, i zwróciły się potém w lewo, na pola Elizejskie, które przejść musiały unikając kałuży krwi broczącéj plac Rewolucyi.
Było to około połowy lipca 1794. Paryż w niektórych miejscach był smutny i ponury, w innych niespokojny i burzliwy. Sklepy zdawały się pootwierane dla formy, dla przewietrzenia towarów, nie dla zwabienia kupujących. Na targach niedostatek był jawny.
Zgadnąć było łatwo, że cała ta ogromna stolica karmiła się tylko wzruszeniami, chlebem powszednim owego czasu.
Pani de Pressy zaledwie okiem rzuciła na miasto, bawiące się pogrzebem; nic jéj od celu oderwać nie mogło. Przebiegła szybko, z gorączką w sercu, zbyt liczne ulice które ją oddzielały od domu będącego celem jéj podróży, i szczęściem wpuszczoną została natychmiast domieszkania P. Chenier.
Tu, zastała starca przeszło siedemdziesiątletniego, był to ojciec wielkiego poety.
Po półgodzinnéj rozmowie, wszystko z obu stron powiedziano sobie, wszystko się odkryło, ze wszystkiego zwierzyć się musiano. Starzec ściskał dłoń kobiéty i płakał jak dziecię; od czasu jak smutna ludzkość płacze, nigdy może łzy nie lały się gorętsze i konieczniejsze, nigdy człowiek z takiéj boleści nie płakał.
Ojciec ten sam wydał swe dziecię.
Zapomniano zupełnie o Andrzeju Chenier zamkniętym w głębi więzienia, a ojciec uczciwy i dumny republikanin, poddał się ostréj próbie: napisał do Collot’a i Fouquier dwa listy pełne uczucia błagające za synem.
Ci dwaj prokonsulowie, silniejsi od dyktatora, jak tego dowiedli 9 Thermidora, odebrali list ojca Chenier’a, i uderzyli się w czoło pozbawione pamięci, wołając: — I jakto! Chenier żyje jeszcze! Niech go natychmiast wiodą przed trybunał rewolucyjny! Taką odpowiedź otrzymał ojciec; oceńcie rozpacz jego.
— Wiesz pan imiona sędziów? spytała płacząc kobieta.
— wiem, odparł Chenier, ale ci trzéj są mianowani przez Collot’a, możnasz ich zmiękczyć? oprócz nich jest dziewięciu przysięgłych?
— Nie lękam się ich, zwykle są ludźmi, mają duszę i serce... Oni są z ludu; ale sędziowie, sędziowie których stanowi i tworzy Collot! Tych trzeba prosić, tych zmiękczyć i ugłaskać, a z pomocą Bożą kto wie? można cudu dokazać; można na chwilę wlać duszę i serce w tych seidów Collot’a nawet.
Chenier wymienił trzech sędziów, a ostatnim mianowanym był Klaudyusz Mouriez.
— Klaudyusz Mouriez! zawołała P. de Pressy łamiąc ręce poruszona. Klaudyusz Mouriez! znam go, idę do niego, nie tracę chwili, jest to człowiek energiczny, który może opanować sąd słowem, wejrzeniem, skinieniem. P. Chenier nie dawaj mi czasu na rozmysły, bo mnie mogą powstrzymać poziome względy, nie chcę spoglądać w przepaść nim ją przeskoczę... Gdzie mieszka Klaudyusz Mouriez? Lecę na ulicę de l’Echelle; niech Bóg czuwa nademną!
W ulicy kobieta znowu szła zwolna żeby nie zwracać oczów na siebie. Gdy przechodziła galerją pałacu Egalité, usłyszała wyraźnie w tłumie powtórzone imię Andrzeja Chenier, zaczęła iść powolniéj jeszcze, bo chciała się dowiedzieć co téż lud sądził o nieszczęśliwym poecie.
To co usłyszała natchnęło ją niejaką radością i wzruszyło niemal radośnie. Rynkowi krzykacze nie okazywali żadnéj nienawiści ku niemu; wielu z nich nawet bronili go, nadewszystko udający literatów. Cytowano wiersze z Tyberjusza, które fałszywie przypisywano autorowi dodatku do N. 13, ale nikt nie zaprzeczał fałszywéj cytacyi. Współczucie powszechne zdawało się towarzyszyć nieszczęśliwcom więźniowi przed trybunał rewolucyjny. Dodać potrzeba, że umysły poczęły się nużyć nienawiścią ciągłą: trybunał tracił łaskę u ludu, a gillotyna, aktor niedawno tak wzięty, codzień mniéj miała admiratorów i stronników. Gdy zbyt wiele krwi płynie, nienawiść prędko gaśnie w kraju serc szlachetnych.
Pani de Pressy doszła do połowy uliczki de l’Echelle tak osłabiona, że musiała się wzmocnić przypomnieniem świętości swego poświęcenia, nim potrafiła wejść na wschody dawnego wersalskiego prokonsula. Kobiéta, znajoma nam już, gospodyni Klaudyusza, wprowadziła panią de Pressy do salonu pana, i poznając ją przez zasłonę, zawołała.
— Ty pani, tutaj!
— Znasz mnie waćpani! zawołała Margareta.
— Czy panią znam? jakże nie! odezwała się uśmiechając gospodyni. Mieszkałaś pani obok nas przy ulicy du Reservoir, w Wersalu. Widywałam panią codzień na balkonie, gdyś podlewała kwiaty.
— Jeśli tak, to wiész pani, zawołała Margareta z wielkim wdziękiem, — że jestem ex-szlachcianką, i że sama bytność moja w Paryżu jest zbrodnią na którą postanowiono karę śmierci.
— Nigdy się w interesa i sprawy cudze nie mięszam, odparła gospodyni, — dość i tak w domu mamy osób, co się tém zajmują; ja myślę o tém co do mnie należy; muszę karmić dwóch ludzi, a w teraźniejszych czasach, jest o czém myśleć!
— Chciałabym się widzieć z obywatelem Klaudyuszem Mouriez, odezwała się drżąc P. de Pressy. Myślisz pani że rychło powróci? bo widzę że go nie musiałam zastać.
— Tak! wyszedł... wiesz zapewno dokąd... Obywatel Mouriez jest sędzią trybunału rewolucyjnego... nudził się... bo to bardzo czynny człowiek... pisał ze dwadzieścia listów do Robespierr’a, to zuchwałych, to przyjacielskich; u drzwi Konwencyi czekał na niego i robił mu sceny! sceny!
Wreście, co pani powiész, piękna nasza sąsiadko? dla pozbycia się go, Robespierre dał mu miejsce sędziego... ale to dla niego nic nie warte. Proszęż pani usiąść. Jeśli pani życzysz sobie na niego poczekać, proszę wziąść książkę, gazety, co chcąc, a ja muszę iść do roboty — przepraszam.
— A synowiec P. Andrzéj Mouriez, czy mieszka także przy stryju?
— Tak, pani — i to szczęście nasze. Gdyby P. Mouriez nie miał przy sobie gospodyni i synowca, robił by same głupstwa. Teraz pan Adrjan poszedł z tłumem na trybunał, jak powiada, sądzić stryja swego. Ale wkrótce oba powrócą.
— Będę na nich oczekiwała, rzekła P. de Pressy. I udała że bierze książkę, żeby oswobodzić gospodynię.
Pani de Pressy czekała więcéj godziny, w obawie i męczarniach śmiertelnych, na przybycie Klaudyusza Mouriez; pasowała się z sobą, dla zdobycia spokoju i przytomności umysłu tak potrzebnych w tych trudnych spotkaniach, których rozwiązania nikt przewidzieć nie może.
Wreście drzwi się otwarły, i Klaudyusz Mouriez wszedł nagle, krokiem pana wracającego do domu, który nie potrzebuje oznajmywać o sobie: zdziwiony wstrzymał się widząc kobietę zakwefioną, i ukłonił się, podnosząc nieco kapelusz, z niezgrabnością studenta.
Hrabina Margareta zamknęła książkę, położyła ją na stole i powstała.
Oko Klaudyusza przeszyło zasłonę, złamał ręce i z piersi jego wyrwał się okrzyk stłumiony.
— To ty, pani!
Zdjął kapelusz i wybąknął kilka słów niezrozumiałych, a ruchem ręki wskazał jéj, żeby usiadła.
W téj chwili, pani de Pressy przymknęła oczy chcąc zebrać myśli, i jak we śnie ujrzała przed sobą krwawe rusztowanie wznoszące się na ścięcie genjuszu poety. To okropne widzenie wróciło jéj odwagę, na ustach znalazł się wyraz energiczny, w głowie spokój i jasnowidzenie, które się jéj zdały zesłanym z niebios posiłkiem.
Głosem przenikającym, który matka dobywa z piersi usiłując swe dziecię wyrwać z paszczy dzikiego zwierza, zawołała:
— Obywatelu Mouriez, cała przeszłość znikła mi z oczów; urodziłam się dziś rano, nie znam cię, i dziś widzę cię po raz piérwszy. Mówiono mi, że dusza twoja chętnie się otwiéra uczuciom szlachetnym, przychodzę do ciebie w posłannictwie od ojca, od starca. Dziś wieczór, jutro może, młodzieniec pełen genjuszu i przyszłości stanie przed waszym trybunałem; występkiem jego jest niewinność; zwyciężony nim sądzony, jeśli sprawiedliwość wasza jest sprawiedliwą, ocalicie go.
Głos ten melodyjny, twarz cudna, oczy podobne zroszonym rosą dyamentom, ten wdzięk uroczy, co ją otaczał aureolą świetną, roznieciły dawny namiętny ogień w piersi Klaudyusza; zapomniał szlachetnych postanowień swoich; stał się znów prokonsulem wersalskim, i z téj duszy ognistéj, w któréj walczyło nieustannie złe z dobrém, dzikie instynkta buchnęły z szałem pożérającym, gwałtownym.
Krew nabiegła mu do twarzy, sparaliżowała język na chwilę; bełkocząc niezrozumiale począł odpowiadać.
— Któż jest ten młody człowiek, którym się pani tak bardzo zajmujesz?
— Jest to syn republikanina, brat republikanina, jest to Andrzéj Chenier.
Szkarłatna twarz Klaudyusza nagle pokryła się bladością.
— Andrzéj Chenier — rzekł odzyskując mowę powoli — oddawna źle notowany... przeszłość jego nie czysta. Pióro jego, szarpało jak pazur dzikiego źwierza, wszystkich patrjotów, ma nieprzyjaciół potężnych, a w konieczności srogiego karania w jakiéj zostajemy, nie podobna żeby otrzymał ułaskawienie u trybunału.
— Jaklo? Andrzéj Chenier, nie miałby i jednego obrońcy wśród sędziów swoich! — zawołała pani de Pressy; ty panie cóś surowy ale prawy, ty coś sędzią, ale sprawiedliwym, miałbyś głosem swym potępić go z innemi!
— Pani, rzekł Mouriez z groźnym uśmiechem, nie wiész pani, że krok jéj w téj chwili jest niebezpieczny... nieostróżny... krok ten karzą prawa rewolucyjne najsrożéj. Chcesz pani ująć sędziego, urzędnika.
— Ha! odpowiedziała hrabina blademi usty — więc donieś — donieś o tém i wydaj biédną kobiétę, która przychodzi cię natchnąć uczuciem pełném szlachetności i ludzkości.
— Ha! a gdybym poszedł za jéj radą, odparł Mouriez łagodniejąc — jaka będzie moja nagroda?
— Nagrodą dobrego uczynku, jest własne serce; sumienie nasze poklaskuje, gdy pełniąc cnotę zbliżamy się do Boga. Zyskujem na tém spokój żywota, — tracim męczarnie zgryzoty. Chcesz-że pan innéj nagrody!
— Kiedy tak — rzekł Klaudyusz sucho — toś mnie pani nie zrozumiała.
P. de Pressy zamilkła.
— Albo pani udajesz, że mnie zrozumieć niechcesz? — dodał Mouriez.
Hrabina wstała i posunęła się ku drzwiom, Klaudyusz zastąpił jéj drogę, i układając ręce na piersi szérokiéj, wstrząsając głową zawołał:
— Pani przypomnisz to sobie, i ja także kiedyś o łaskę prosiłem; był dzień gdyś pani życie moje miała w ręku, a z jaką wzgardą poglądałaś wówczas na mój szał, na rozpacz moję! Byłem u nóg twych, zdeptałaś mnie jak robaka; byłem silny, upokorzyłaś mnie, byłem szlachetny i potężny, zabiłaś mnie dwa razy, wzgardą wejrzenia i orężem twego męża! Jakież dziś masz prawo do mojéj litości? Co cię tu sprowadzić może, gdzie na żadną nie zasłużyłaś wdzięczność, gdzie musisz znaleść tylko ręce silne i niezbłaganą miłości zemstę!
— Omyliłam się na panu, dumnie podnosząc głowę zawołała hrabina — omyłka moja zaszczyt ci przynosi — puszczaj mnie pan.
— Nie! nie wypuszczę cię zwycięzką — wyjdziesz ztąd upokorzoną. Zwołam świadków, nie potrafisz odbić ich świadectwa. Hrabina de Pressy wypędzona z Paryża, przeciwko prawu wróciła dla podejścia, dla przekupienia urzędnika i wymagania od niego przebaczenia dla arystokraty, dla swego kochanka! Wszak jasno? Przytomność pani tutaj sama, jest dowodem występku? na co mi świadków nawet by dowieść rzecz tak oczéwistą? U drzwi moich czeka cię prom lub rusztowanie, jeśli twa duma nie upokorzy się przed moją namiętnością!
Klaudyusz porwał hrabinę za rękę, a ta krzyknęła głosem jaki się tylko może wyrwać z piersi kobiéty, któréj bronią, jéj słabość.
Na ten krzyk trwogi, drzwi się zatrzęsły i młody człowiek wszedł niemi. Był to Adrjan.
Margareta, wyzwolona z rąk Klaudyusza padła na kolana, dwóma wejrzeniami zbłąkanemi witając młodzieńca i dziękując niebu.
Adrjan nie rzekł słowa, nie ruszył się, ale żaden pęzel mistrza nie może nadać płótnu tego wyrazu oburzenia, jaki z oczów jego wytrysnął.
Potępieńcy w dolinie Jozafat, którzy zawołają do gór, aby spadły na nich, mieć będą postać i twarze, z jakiémi w obliczu synowca stanął Klaudyusz Mouriez.
Długiego milczenia, jakie nastąpiło po téj scenie, nie mógł nikt przerwać prócz Adrjana.
— Wstań pani — rzekł i wynijdź — jeśli w głębi serca zachowałaś choć trochę szacunku dla imienia Mouriez, chciéj w tajemnicy pogrążyć szkarady, które cię tu spotkały.
Mouriez upadł na krzesło i głowę zakrył rękami, jak obłąkany, który myśli zbiéra, by za szał swój żałował.
— Powodem moich odwiedzin — odezwała się pani de Pressy do Adrjana — była prośba, któréj odstąpić nie mogę.
— Mów pani — zawołał Adrjan głosem gospodarza, który czuje się w domu.
Naówczas hrabina opowiedziała cel odwiedzin swoich, ale z największém umiarkowaniem nie wspominając o niczém przykrém i zawstydzającém Klaudyusza.
— Ha! — rzekł Adryan, expiacya gotowa — tak zaufałaś pani domowi temu i słusznie — imię Klaudyusza Mouriez pozostanie czystém. Andrzéj Chenier będzie miał więcéj jednym obrońcą między urzędnikami trybunału rewolucyjnego, stryj mój stanie się jego najszczerszym patronem. Chciéj pani wierzyć temu — zdajesz się wątpić? Rozumiem tę wątpliwość, ale niech sam ci powie, a powątpiewanie to zniknie.
Postąpił ku Klaudyuszowi, wziął go za rękę Adrjan, ścisnął ją poufale i odezwał się głosem pełnym wdzięku.
— Nieprawdaż stryju, mój drogi ojcze? Słyszałeś com mówił? Czyż nadto rachowałem na twe serce prawie zawsze pełne uczuć szlachetnych?
Mouriez podniósł głowę i okazał oczy łez pełne, a twarz łagodnością dziwnie sprzeczną z rysami wzburzonemi, które hrabina widziała przed chwilą. Ścisnął dłoń Andrzeja i rzekł:
— Pani de Pressy dobrze zrobiła, że o mnie pomyślała w tym razie... ale źle uczyniła, że sama tu przyszła... Czemu się nie było udać do ciebie Adrjanie, nie pokazując się przedemną? Ja, zobaczywszy ją wpadłem w szał dawniejszy... namiętność jest zawsze panią mój woli. Czuję, że mi się rozum obłąkał, i chciałbym krwią okupić przebaczenie. Na Boga, pani, nie zbliżaj się do mnie... nie patrz... póki daleki jestem od ciebie, dopótym bezpieczny... Pozwól służyć sobie z poświęceniem, ale nie słysząc twego głosu, nie patrząc na twarz twoję... Ty, Adrjanie, przysięgam ci, będziesz rad ze mnie dzisiejszego wieczora.
— A! więc to dziś wieczór! — zawołała mimowolnie pani de Pressy.
— Tak pani — rzekł nie patrząc na nią Klaudyusz — dziś wieczór Chenier stawiony będzie przed trybunałem rewolucyjnym, to jest wyciągnięty na rusztowanie.
— Teraz pani — odezwał się Adrjan, ja odpowiadam za stryja, a jeśli, o czém nie wątpię, masz pani męztwo właściwe niewiastom tych czasów, możesz sama być przytomną sprawie, możesz pójść na nią ze mną, nasza przytomność doda siły dobrym chęciom Klaudyusza Mouriez.
— Będę więc! — odpowiedziała gasnącym głosem pani de Pressy.
— A ja będę miał honor zaprowadzić panią na te nieszczęsne posiedzenie, mam zamówione miejsce... rzekł Adrjan.
— Jestem gotową! — zawołała idąc ku drzwiom hrabina.
— Tak pani — rzekł Klaudyusz twarz swą tuląc do szyby okna wychodzącego w ulicę — ręczę będziesz pani kontenta ze mnie.
Adrjan podał rękę P. de Pressy, mówiąc:
— Musimy się śpieszyć, bo zamówione miejsca bywają czasem wcześnie zajęte przez osoby protegowane.
Aniela czekająca w ulicy w okropnéj bojaźni i niepewności, ujrzała hrabinę z żywą radością.
— Anielo — odezwała się do niéj pani de Pressy — nie obawiaj się o mnie, jestem z przyjaciółmi, idź i czekaj na mnie w Chaillot, i nie niepokój się, gdybym musiała opóźnić.
Codzienni goście trybunału rewolucyjnego, nie opuścili sali posiedzeń od rana, miejsc zamówionych mało już było; ale Adrjan, dobrze znajomy straży, potrafił wyszukać ławki dla swéj towarzyszki w blizkości kratek sądu, a sam stanął obok niéj, we wklęsłości okna. Na podwórzu słychać było rozlegające się śpiewy, piosnki Ça ira, bo Marseileza z wojskiem z Paryża uszła, głosy śpiewania słabsze jednak były niż dawniéj; upojenie krwią przechodziło w zdrętwiałość, a szubienice traciły widocznie najgorętszych stronników.
Pani de Pressy liczyła po jednéj wiekuiste minuty dwóch nieprzebytych godzin, które czekać musiała na posiedzenie trybunału.
Nareście, ruch się dał słyszeć większy w przyległéj sali, i obwinieni w liczbie dwudziestu ośmiu, usiedli przed kratą. Byli to mężczyźni i kobiéty różnych lat i stanów. Pisarz mięszał imiona nieznane z świetnemi nazwiskami Montmorencych, Montalembertów, Roucher’a, barona de Trenck. Gdy wywołano Cheniera, pani de Pressy podniosła oczy i ujrzała poetę stojącego, spokojnego jak najheroiczniejszego Greka dawnych wieków, ze stoicyzmem, który się nie zachwiał na chwilę. Andrzéj trzymał w ręku arkusz papieru i odczytywał raz ostatni, ostatnie wiersze, które głos stróża więzień przerwał mu w dziedzińcu Conciergerie: jakże ich tu nie wypisać — to był przedśmiertny, łabędzi śpiew poety:
Ożywia wieczory lata,
Tak śpiéw mój płynie, snuje się marzenie,
Nim je przerwie ręka kata...
Może, nim ta godzina przejdzie i uderzy,
Nim obumarłą źrenicą,
Więzień jéj kroki powolne wymierzy,
Zimną zégaru skréślone tablicą;
Może sen grobu ściśnie mu powieki,
Nim te dwa wiersze końcami się złączą,
Nim wiersz za wierszem zdąży niedaleki
Mury się wstrząsą i wbiegając rączo —
Przyjdzie śmierci posłaniec, pasterz cieniów srogi,
Z niemą swych żołdaków zgrają,
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ostatniego wiersza nigdy nie dośpiewał poeta.
Chenier złożył starannie arkusze i zwrócił się ku widzom, jakby między niemi szukał godnego, któremuby je mógł powierzyć.
W téj chwili, słońce lipcowe spuszczało się nad ziemią, a snop promieni jasnych, które wkrótce zagasnąć miały, wpadł jak pożaru płomień do sali posiedzeń, oświecając najpiękniejsze oblicze, jakie kiedy boleść zachmurzyła.
Poeta ujrzał tę szlachetną i bladą twarz, któréj oczy spotkały się i wejrzeniem zlały z jego wzrokiem; poznał panią de Pressy, i co tylko wdzięczność może wyrzucić najsilniejszego w twarzy, ruchu, spojrzeniu, oblało nieszczęśliwego Chenier.
Cudowna pantomina poety zdawała się malować dobitnie powtórzenie słów kantyku Simeona.
Sędziowie weszli, Klaudyusz Mouriez usiadł przy rogu stołu od strony synowca i P. de Pressy, ale wzrok jego nikogo w sali nie szukał; postawa jego była poważna bez wymuszenia, i dziwnie odbijała od gniewnych twarzy i figur współ-sędziów. Adrjan znający stryja i odgadujący łatwo, co miał złego lub dobrego uczynić, bardzo był rad temu, czego się spodziewał po nim, i pocieszył po cichu wyrzeczonemi parą słowami panią de Pressy.
Hrabina siedziała milcząca, ostróżna, nie pokazując po sobie co się w niéj działo; gdyby była samą w téj sali, patrzyłaby tylko na Andrzeja Chenier; ale zbyt wiele wejrzeń plątały się pod sklepieniem izby sądowéj; trzeba było uniknąć najmniejszego podejrzenia; P. de Pressy spoglądała na sędziów, na obwinionych, na widzów z udaną obojętnością kobiéty, którą nic nie obchodzi, którą tylko pospolita przywiodła ciekawość.
Posiedzenie było burzliwe, pisarz odczytał obwinienie dwudziestu ośmiu osób.
Obrońców nie było, uważano ich za całkiem niepotrzebnych, chodziło tylko o uznanie tożsamości osób, wedle metody szybkiéj Fouquier i Collot’a.
Oskarżający akt przeciwko Andrzejowi Chenier, wysłuchany został w milczeniu przez zwykle burzliwych widzów, zamkniętych w skwarnéj i wyziewami nieznośnemi napełnionéj izbie.
Akt ten zasługuje na szczególną uwagę, zwłaszcza z powodu sporu jaki wyrodził, a którego nie było przykładu w historji sądownictwa krajowego.
«Antoni-Quentin Fouquier-Tinvìlle, oskarżyciel (instygator) trybunału rewolucyjnego, przedstawia, że w skutek postanowienia Komitetu ocalenia publicznego Konwencyi narodowéj, Andrzéj Chenier, mający lat trzydzieści i jeden, urodzony w Konstantynopolu, literat, ex-adjutant generała szefa brygady Dumouriez, mieszkający przy ulicy Clery N. 97, został powołany przed trybunał rewolucyjny, jako oskarżony o jawne okazanie się nieprzyjacielem ludu:
«Andrzéj Chenier, jak wielu innych, starał się ujść z pod czujnego oka władzy, i potrafił wsunąć się między obrońców kraju, otrzymując stopień adjutanta generała szefa brygady armiji północnéj. Zdaje się, że posiłkował w zdradach niecnych niegodziwego Dumouriez, z którym zostawał w najściślejszych stosunkach; po ucieczce zdrajcy Dumouriez, starał się zatrzéć wspomnienia udziału, jaki w niéj miał.
«Pomimo to podejrzenie jakie wzbudziło jego postępowanie, skłoniły ministra do zawieszenia go ze stopnia, który zajmował, i rozkazania mu by się usunął i zamieszkał w gminie Breteuil; tu intrygował; usiłował zwaśnić współobywateli i rzucić nasiona wojny domowéj; spotwarzył władze ustanowione w obelżywym paszkwilu, który podpisali z jego natchnienia obywatele uwiedzeni i obłąkani.
«W skutek przedstawienia powyższego, instygator publicznéj następujące składa obwinienia....“
Andrzéj Chenier powstał i prosił o głos.
— Mów, a krótko! — rzekł sędzia.
— Ograniczę się ile możności — odparł Chenier. Akt oskarżający pełen jest widocznych fałszów materjalnie dowieść się mogących. Nie byłem nigdy adjutantem, nigdym nie służył w armji północnéj; cały mój zawód wojskowy trwał pół roku, i ukończył się przed rokiem 89. Jako podporucznik, spędziłem te sześć miesięcy na załodze w Strasburgu; nigdym nie znał, nigdy nie widziałem generała Dumouriez. Nigdy nie mieszkałem w gminie Breteuil, anim tam jakikolwiek memorjał pisał; zresztą prócz nazwiska nic nie mam wspólnego z osobą, w któréj wspomina akt oskarżenia.
— Wszystko to prawda! — rzekł Klaudyusz Mouriez, którego głos przeczuwać kazał blizkie wybuchnienie.
Wulkan wrzał już lawą.
Antoni-Quentin Fouquier, spojrzał jastrzębim okiem na Klaudyusza, i powstając z powagą urzędnika zawołał.
— Zadziwia mnie to, że między członkami trybunału, znajduję jednego, który śmie zaprzeczać...
— Ba! — rzekł Klaudyusz uderzając w stół żelazną pięścią — dziwisz się łatwo jak widzę? ale to nie ja jeden, wszyscy przeczą temu oskarżeniu. To bajka, z końca w koniec bajka. Znam obywatela Andrzeja Chenier — jest to pisarz, nigdy w wojsku nie służył i nigdy oficerem wyższym nie był. Spytajcie piérwszego z brzegu. Gdzie u licha pobrano te wiadomości?
Szmer przyzwalający, dał się słyszeć pomiędzy widzami napełniającemi salę; nawet szwajcar się uśmiéchnął potwierdzająco.
Antoni-Quentin Fouquier wziął akt obwinienia oburącz, odczytał go, czy udał, że go odczytuje, szukając innego środka, jakim by mógł oskarżonego potępić.
— O! — rzekł Klaudyusz — daremnie ślepisz nad tym aktem, gdybyś go i do jutra czytał, nie uczyni go to prawdziwszym.
Jeden z przysięgłych zabrał głos i rzekł:
— Widzę kilku obywateli, którzy proszą o pozwolenie odezwania się, chcąc popierać zdanie obywatela Klaudiusza Mouriez.
Fouquier rzucił piorunującym wzrokiem na widzów i rzekł:
— Trybunał rewolucyjny nie ma obowiązku słuchania ani świadków ani obrońców; oświeca się własném sumieniem, i jest nieomylnym. Na najmniejszą wrzawę, każę salę wypróżnić; niech nikt sądów nie przerywa, gdy się naradzają.
— Ale to ty nam przerywasz — rzekł Klaudyusz wyciągając rękę cyklopa ku instygatorowi. Kiedy wszyscy uznają, że akt oskarżający opiéra się na zupełnie fałszywych faktach, no! to uznaj błąd swój czy roztargnienie, i rozkaz uwolnić obywatela Chenier.
Fouquier blady, stał na podwyższeniu, odczytywał ciągle akt i uderzając weń ręką zawołał:
— Ale to się opiera na urzędowych podaniach! nie wymyśliłem przecie tego!
— Właśnie żeś to wymyślił — odparł Klaudyusz — chociaż zapewne bez złéj intencyi, a zatém, idźmy daléj i rozkażmy wypuścić na wolność biédnego muz wychowańca! nie jest to człowiek niebezpieczny! to dzieciak!
Widzowie zdawali się łagodném szmerem potwierdzać słowa sędziego, a głos ten ostro brzmiał w uszach instygatora.
Jeden z sędziów powstał i po cichu słów kilka szepnął do ucha Fouquier-Tinville.
Był to zausznik Collot’a.
Fouquier wysłuchał uważnie, co mu ten człowiek mówił i zdawał się bardzo rad wiadomości. Sędzia powrócił na miejsce.
— Obywatele — rzekł Fouquier wyciągając obie ręce ku zgromadzonym — dziecinny spór, który się tu rozpoczął, kosztuje nam już dosyć drogiego czasu.
— Ba! dziecinny! — zawołał Klaudyusz uderzając o stół — a! dziecinny, mówisz!
Kilku przysięgłych i sędziów powstali gwałtownie zmuszając milczéć towarzysza swego, a Fouquier widząc się popartym przez znaczną część trybunału, dodał:
— Nic nie powinno przerywać biegu sprawiedliwości. Natychmiast zaskarżym wszelkich odzywających się sprzecznie, ktobykolwiek oni byli...
Tu szmer niepotwierdzający wcale dał się słyszeć, ale Fouquier udał, że znaczenia jego nie wyrozumiał, i mówił daléj:
— Mijamy więc ów spór, i odrzucamy całą kwestję.
— Dziecinna! szydersko na stronie rzekł Klaudyusz. Adrjan spójrzał na stryja, i zdawał się ostrzegać go, aby się nie narażał zbytecznie stając w obronie obwinionego.
Mouriez odgadł znaczenie wzroku; wyciągnął ręce na stół, sparł na nich głowę i przymrużył oczy, jak lew. gdy mu ruch jego pana nakaże uspokojenie.
— Akt oskarżenia, ciągnął daléj Fouquier — byłby niekompletny, gdyby nie zawierał jeszcze co następuje: Andrzéj Chenier jest autorem dodatku do N. 13 Dziennika Paryzkiego, a to najważniejszy zarzut przeciwko niemu: on w sobie zawiera cały żywot kontr-rewolucyonisty. Czy i temu zaprzeczycie, że Chenier jest autorem dodatku?
Klaudyusz spojrzał z ukosa na synowca i ruszył ramionami.
— Obywatele przysięgli, mówił daléj Fouquier, ocenią zresztą ważność moich zarzutów i innych zaprzeczeń; ale z tego wszystkiego wynika fakt jasny, oczéwisty, niezbity, że Andrzéj Chenier był redaktorem głównym Dziennika Paryzkiego.
— No! a wolność druku! zawołał Klaudyusz.
— Wolność druku — krzyknął oskarżyciel — nie upoważnia wcale pism kontr-rewolucyjnych!
— Ba! wasza wolność do niczego nie upoważnia! — rzekł Klaudyusz śmiejąc się konwulsyjnie.
— Przysięgli ocenią — dodał Fouquier z udaną godnością — widzicie, że instygator w ciągu całéj sprawy, dał dowód wielkiego umiarkowania.
— Ha! ha! poszlijcie i nas wszystkich od razu na gilotynę! — zawołał Mouriez.
— Nikt mi tu nie może praw przepisywać — rzekł Fouquier, — a ja sam, schylam głowę przed wyrokiem obywateli przysięgłych. Sprawa na stole!
— Jak to na stole — przerwał Klaudyusz — nikt jéj nie zna dotąd. Czy sprawiedliwość może sobie igrać z życiem dwódziestu ośmiu ludzi?
— Obywatelu sędzio Mouriez — rzekł Fouquier — nie jesteś tu niczyim obrońcą, a ja po raz ostatni ci powiadam, że trybunał nie potrzebuje adwokatów, i niema czasu ich słuchać.
Narady się rozpoczęły. Dwódziestu ośmiu obwinionych rozmawiali tymczasem spokojnie zebrawszy się kupkami, jak gdyby process toczący się wcale ich nie obchodził. W tych nieszczęśliwych czasach, Francya dawała światu przykład heroizmu starożytnych bohatérów; dzieci jéj umiały umiérać z uśmiéchem na polach bitwy i na rusztowaniach. Tak pomimo excessów politycznych, cześć kraju ocalała.
Andrzéj Chenier skorzystał z chwili zamieszania i wyciągnąwszy rękę, doścignął pani de Pressy, któréj oddał ostatnie wiersze swoje. Margareta przyjęła je ze czcią, z jaką piérwsi chrześcijanie chwytali relikwje męczenników. Noc ciemna okrywała salę, i dwie tylko lampy oświecały złowrogo, trybunał, obwinionych i widzów. Ogłoszono czytanie wyroku, cisza głęboka nastąpiła.
Prezydujący nie wymienił powodów; przeczytał imiona obwinionych i gdy skończył, na wszystkich wyjąwszy jednego, ogłosił wyrok śmierci.
Krzyk boleści dojmującéj, straszliwéj rozległ się pod sklepieniem izby krwawéj; ale ciemność nie dozwoliła dójrzeć kobiéty, z któréj ust się wyrwał, ten jęk rozpaczy.
Adrjan tylko wiedział o nim: ujął za rękę hrabinę i zlekka dłoń jéj uścisnął.
Ale, prawie razem z tym odgłosem straszliwego cierpienia, piorunowy głos wychodzący z piersi olbrzymiéj, zagrzmiał nad głowami sędziów. Wołał on do nich w te słowa:
— Popełniliście zbrodnię! jesteście trybunałem zbójców! Tak to myślicie natchnąć lud miłością Rzeczypospolitéj! Dwadzieścia siedém głów oddaliście w ręce kata! jedną los nie wy oszczędziliście! To szyderstwo okrutne! to ludzkość śmiechu warta! Uniewinniacie jednego żebyście mogli bezkarnie zarznąć dwódziestu siedmiu!
Głos Fouquier’a, połączony z piskiem sędziego przyjaciela Collot’a, usiłował groźbą stłumić wrzący gniew Klaudyusza Mouriez. Ale ex-prokonsul wersalski nie dawał się tchórzom zastraszyć, którzy usiłowali szérzyć postrach, sami lękając się wszystkiego. Klaudyusz wywrócił stół sądowy, i porywając drąg, krzyknął głosem piorunującym.
— Puszczajcie mnie! puszczajcie mnie z téj jaskini dzikich źwierząt! Adrjanie, Adrjanie, gdzie jesteś? Chodź do mnie! Chodź! niech się ci ludzie zostaną tu w kałuży krwi, którą rozleli! chodź, Adrjanie! do wojska! do wojska, na bohatérskie boje! do chwały, do walki!
Adrjan sparł obumierającą P. de Pressy na ręku swoim, i wszedł na podwyższenie, z którego Klaudyusz Mouriez piorunował przeciwko Fouquier i Collot’owi.
Ludzie zbrojni otaczali osądzonych, i nie dozwalali z niemi żadnéj styczności przytomnym, Klaudyusz Mouriez zszedł, przebił się przez zgraję zbrojną z zuchwalstwem nieznającém żadnéj zapory i uścisnąwszy Andrzeja Chenier, rzekł mu:
— Gdy genjusz jak ty idzie na rusztowanie, znak to, że za nim pójdą wkrótce kaci. Bądź zdrów przyjacielu! Nie jestem sędzią odtąd, będę żołnierzem.
Hrabina Pressy pociągnioną została przez Adrjana aż ku poecie, i zbliżyła się do niego drogą, którą im silne ramie Klaudiusza otworzyło. Chenier radośnie wykrzyknął i usta jego zetknęły się z ustami biednéj kobiéty. To ślub mój — to małżeństwo moje! zawołał w szale uniesienia — O! słodką będzie mi śmierć jutro.
Strażnicy i tłum płakali; wszyscy czuli, że ta straszliwa śmierć będzie ostatnią; niektórzy nawet wyglądali już lepszego jutra. Ale się o dzień jeden mylili.
Klaudiusz podał rękę Margarecie i dumnie wyszedł z izby nie znajdując najmniejszéj przeszkody, choć Fouquier, wysłał za nim kilku swych najsprawniejszych gończych.
Gdy wyszli na ulicę, Klaudyusz odezwał się do Margarely i synowca: Cóś mi mówi, że ta ofiara spełnić się nie powinna! Dosyć już mają krwi wszyscy, Paryż oburza się na te trzy gillotyny. Miéj pani nadzieję, miéj nadzieję! Czasem noc jedna, w epoce w jakiéj żyjemy, bywa płodną w wypadki, wróżby są dobre! Gdyby w przeszłym miesiącu ktokolwiek bądź, bodaj najlepszy przyjaciel Robespierra ośmielił się mówić i robić w izbie sądowéj, com ja uczynił i powiedział, lud i żołnierze byliby go w miejscu rozsiekali. Widzicie, że zuchwalstwo moje uszło bezkarnie! Dobrze wybrałem chwilę! Dobrze odgadłem współczucie, które mnie otaczało, nawet wśród przysięgłych.
— Masz więc nadzieję? spytała kobiéta głosem przygasłym.
— Mam, i mam wielką — naprzód, zaraz ztąd lecę do Robespierr’a...
— A! na Boga! zawołała pani de Pressy, nie idź pan do niego; na nic by się to nie zdało, a mogło by cię zgubić. Po tém cóś uczynił, Robespierre wściekać się może na pana, bo Fouquier już mu donieść musiał o wszystkiém.
— A więc, — rzekł Mourier, — odprowadzim panią do naszego domu, Adrjan i ja; przepędzim noc w mieście, zobaczym się z przyjaciółmi, jutro o wschodzie słońca, Adrjan da znać jéj o tém, co się zrobić może.
Hrabina skłoniła głowę i nie sprzeciwiała się więcéj dobremu sercu swych przyjaciół, usiłujących ratować skazanego.
Promyk nadziei świecił jéj w ciemnościach; i miasto całe już widziało połysk bladego jeszcze tego światełka przyszłości.
U progu swego mieszkania, Klaudyusz pożegnał z uszanowaniem P. de Pressy i odezwał się do Adrjana.
— Idź z panią hrabiną, poleć ją naszéj gospodyni, i wracaj co najprędzéj, będę cię czekał. Pani de Pressy uścisnęła i ucałowała rękę Klaudyusza Mouriez: on konwulsyjnie się wstrząsnął i zawołał:
— O! pani, wartaś by za ciebie umrzéć, zwłaszcza dziś, gdy tak łatwo umiérać!
— Do zobaczenia, do jutra! — odpowiedziała Margareta, — i weszła wewnątrz domu.
Był znak jeden ważny, powiada historyk starożytny, który zwiastował upadek tyrana Maxencyusza i zwycięztwo Konstantyna; cyrki i amfiteatry, w których płynęła krew ludzka zostały opuszczone i stały pustkami. Kolosseum nawet nie wabiło widzów, i gdy ogłoszenie tabulariów zwoływało lud na uroczystość krwi i śmierci, rzadcy tylko ciekawi z przedmieść, rozsypani po stopniach wyższych galerji, przychodzili mu się przypatrywać.
Igraszka krwawa długą być nie może; lud w początku namiętnie się ku niéj ciśnie; lecz wkrótce obrzydnie mu ona i rzuca kata sam na sam z męczennikiem.
Nigdy dziś tego napowtarzać nie można, dla ludzi, którzy od sześciu tysięcy lat nic ze starego doświadczenia nie zachowali.
Słońce 8 thermidora, oświeciło nieliczną kupkę ludzi stojącą pod więzieniem Conciergerie. Dwa wózki czekały przed wschodami więzienia, na łup kata.
W wielkich przesileniach, Paryż zawczasu czuje, co go czeka i rzadko myli go przeczucie. Myśl miljona mieszkańców składa się na jednego proroka. W tych kupkach, mówiono po cichu jeszcze:
— Coś się gotuje w Konwencyi.
— Coż takiego?
— A! zobaczymy.
— Mówią o spisku Góry przeciwko Robespierrowi.
— O! to być nie może.
— Powiadają nawet, że wczoraj, gdy przechodził przez targ Jakóbinów, strzelono do niego z pistoletu.
— To fałsz.
— Powtarzam com słyszał.
— To pewna, że cóś jest.
— Tymczasem widziałem przechodzące trzy wózki, dwa poszły na plac Rewolucyi, jeden ku ratuszowi.
— A gdzież tych stracą?
— U rogatki Wywróconéj; tylko co mi mówił woźnica, on to wié najlepiéj.
— Ale to daleko, do rogatki!
— Mówią, że przedmieście Ś. Antoniego nie chce więcéj patrzéć na przewożonych ku rogatce Tronowéj.
— Bo to nie wesoła rzecz dla przedmieścia.
— Właściciele domów podają prośbę.
— Dla czego tak się ta rogatka nazywa?
— Nie trudno się domyśléć, to inwencya Collot’a.
Rozmowy te były dosyć spokojne; zaledwie gdzie niegdzie ozwało się słabo — Ça ira, ale mu chór ludu nie towarzyszył.
Godzina, która miała otworzyć wrota więzienia, wybiła; straż przysunęła się z końmi ku wozkóm, dając się stoicznie łajać starym babom, które to miejsce uważały za swoje.
Dwódziestu siedmiu skazanych ruszyli w podróż ostatnią, a wzrok wszystkich ścigał ich z litościwém zajęciem.
W tym tłumie nikt nie wiedział, że dwóch poetów szło na śmierć pokutując za dwojaką zbrodnię — niewinność i genjusz.
Andrzéj Chenier, stał na piérwszym wozie, i ujrzał obok wchodzącego dobrze znanego, drogiego dawnego przyjaciela: był to poeta miesięcy, kommentator Wirgiljusza. Chenier i on podali sobie ręce, i twarze ich się rozjaśniły niebieską radością — ostatnią.
— Tak, zawołał:
Losu srogości, cierpień mych nie czuję,
Zda mi się złagodzonym, uśmiécha weseléj,
Tymczasem, żałobny pochód szedł daléj otoczony kupą jeźdzców zbrojnych, niewiele okien otworzono by mu się przypatrzéć; przechodnie nawet spostrzegając zdaleka przykory i wystawę zwykle towarzyszące wybrańcom gilotyny, szybko się przemykali w sąsiednie uliczki, dla uniknienia obrzydłego im widoku.
Dzień był prześliczny; złoto i lazur świeciły na niebie; kopuły, wieże, dzwonnice, dachy kąpały się w atmosferze światłości; słońce thermidorowe rozlewało falami życie i wesele na ów gród wielki, który się dozwalał dziesiątkować osłupiały, dla dogodzenia kaprysom Collot’a i Fouquier, tyranów siedzących na tronie podtrzymywanym przez Konwencyą.
— Szczęśliwsi jesteśmy od tego biédnego Bailly, rzekł Roucher patrząc z roskoszą na ożywne światło słońca... nie zadrżym z chłodu na rusztowaniu.
— Wistocie, to szczęście, — odpowiedział Chenier — nie posądzą nas przynajmniéj o to, żeśmy się kala ulękli. Bailly biedak drżał z zimna!
— To dziwna — mówił Roucher — przypominam sobie z tego powodu epitet, który Wirgiljusz z cudną zręcznością wyrzucił na początek wiérsza drugiego... Ty to musisz pamiętać Chenier?
Wózek szedł daléj; wjeżdżali na przedmieście Ś. Antoniego prawie puste; młodzież cała była na placu boju, starcy i kobiéty nie wychodziły już patrzeć na te ofiary codzienne.
Chenier skłonił głowę i pomyślał trochę, nim odpowiedział przyjacielowi.
— Tak! tak, zdaje mi się, że ten epitet odgaduję, torridus? nie prawdaż?
— Tak jest! klasnął w ręce Roucher — torridus. I zważ tylko, co to za potęga wyrazu, który stoi na miejscu właściwém, jak mówi Boilleau. Mógł Wirgiljusz powiedzieć:
Daktyl ów całkowity: torridus, zdawał się tu lepiéj brzmieć niżeli jam venit aestas. Ale nie? poświęcić wolał torridus, jako daktyl przed spondejem kończącym, i wyrzucił to do drugiego wiersza, w którym torridus tak wielkie sprawuje wrażenie w przeskoku.
— Tak Roucher! — rzekł Chenier — przyznać potrzeba, że ten wiersz dobrze się dziś zastosować daje.
— I dlatego mi na myśl przyszedł, — rzekł Roucher, — promień palącego lata, uderzył czoło moje. Torridus!
I Roucher uśmiechał się, rozmyślając nad tym wyrazem.
Zdala widać było jakieś rusztowanie czerwonawe, posępne, które się ukazywało z pomiędzy dwóch kolumn rogatki Wywróconéj — to była gillotyna!
Andrzéj Chenier przypatrywał się z uwagą troskliwą wszystkim przechodzącym, bo mu się zdawało niepodobném, żeby go któś na drodze śmierci, nie przyszedł pożegnać. W tém się nie mylił poeta.
Wóz śmierci zatrzymał się u rogatki; tłum prawie był zapomniał o téj drodze, mało było mężczyzn, kilka starych kobiet tylko, siwowłosych i pochylonych, sławnych ponczosznic ani jednéj. Kat, w postawie smutnéj, zdawał się rozpaczać nad swém osamotnieniem, którego nie pojmował, bo rzeczy tego długiego dramatu krwawego codzień były żywsze i bardziéj zajmujące; dziś topor miał spaść dwadzieścia siedém razy i wylać strumień krwi, jak najada Eumenidów — a Paryż obojętny nie patrzał, nie przyszedł! Kat nie pojmował, i milczał ponury.
U stóp jednego ze słupów rogatki, kupka złożona z dwóch mężczyzn i jednéj kobiéty, czekała od rana na to, co się tu dziać miało.
— Niéma nadziei! niéma nadziei! wołała kobiéta i nogi jéj drżące słabły i chyliły się pod ciężarem jéj ciała.
— Pani, na Boga, — mówił Adrjan, — miéj jeszcze nadzieję... wszystko przygotowano... Rozdrażnienie doszło do najwyższego stopnia... Jedna krwi kropla, a rzeka wyleje i pochwyci katów. Lud, spójrz pani, nie dozwoli dziś na straszliwe wykonanie wyroku.
— Tak, — wołał Klaudyusz, — podtrzymując Margaretę — tak — Adrjan ma słuszność. Téj nocy, widzieliśmy się ze wszystkiemi przyjaciółmi naszemi. Wszyscy tu są. Czekają tylko na znak, który nam będzie dany z Konwencyi, a za danym znakiem, wywrócim rusztowanie wołając, niech żyje Rzeczpospolita!
— Jadą! jadą, zakrzyknęła hrabina, wskazując okiem zeszkloném rozpaczą wozy wiozące dwódziestu siedmiu skazanych.
— Tak! to oni, — rzekł Klaudyusz Mouriez, — miejmy nadzieję, pani, miejmy nadzieję!
— Widzę go, — odezwała się P. de Pressy konającym głosem — widzę go — on piérwszy... szuka okiem w tłumach.... podtrzymujcie mnie.... słońce ciemnieje.... ziemia z pod nóg moich ucieka.... Przytrzymajcie mnie, niech mnie mijając zobaczy raz jeszcze.... więcéj już nic nie żądam.
Wóz przesunął się blizko stojących rzędem trzech osób, Chenier stał jak zwyciężca na przedzie, spostrzegł Margaretę... wszystkie skarby miłości, któremi na długie życie obdarzył go Bóg, w jednym spójrzeniu konającém spożył.
Lud był milczący, ponury, nieruchomy, kilku ludzi śmiałych możeby dokonali tego dnia, co się nazajutrz stać miało, i Chenier nie umarł by trzydziestoletni! Ale potrzeba było téj szlachetnéj i ostatniéj ofiary, żeby po za nią zajaśniała jutrzenka 9 thermidora. Rzeczpospolita grecka skazywała poetów na wygnanie wieńcząc ich kwiatami, Fouquier skazywał ich na śmierć i wieńczył krwią.
Roucher piérwszy się ukazał na rusztowaniu wysokiém, — przedsieniu grobu; zachował on i tu szczęśliwą swą obojętność, a oczy jego mierzyły piękną ulicę drzew wiodącą do Vincennes, nie zwracając się nawet na kata.
Po Roucher, Andrzéj Chenier zajaśniał swém piękném i szlachetném obliczem, jaśniejącém pogodą, — a kat schwycił tę głowę jak pospolitego złoczyńcy.... Topor upadł na nią.... Rozległ się krzyk okropny.... Topor uderzył razem w serce kobiéty. Uderzenie odbiło się od rusztowania i powtórzyło pod kolumną rogatki. Dwie dusze razem wzleciały ku niebu.
Adrjan rzucił się ku P. de Pressy dla ratowania jéj, tłum się poruszył, ludzie w łachmanach płakali i przeklinali trybunał rewolucyjny. Okropna machina szła daléj nieubłagana.
Pani de Pressy zaniesioną została przez Klaudyusza i Adrjana do blizkiego domku, tłum poszedł płacząc za niemi, — ale starania były daremne, Margareta nie żyła....
Klaudyusz Mouriez i Adrjan czuwali sami u łoża śmierci biédnéj kobiety, a nazajutrz oddawszy jéj ze łzami ostatnią posługę, opuścili Paryż zaciągając się jako prości żołnierze, do armij połączonych Północnéj i Sambre-et-Meuze. Tylko co wojska Francyi zajęły Niderlandy, po świetnéj wyprawie, która wsławiła imiona Jourdan’a, Pichegru i Moreau. Była to cudna chwila obozowego żywota!
Czytelnicy téj interesującéj powieści skréślonéj z talentem tyle oryginalnym, a pełnym osóbnego, taką świéżością i zapałem nacechowanego kolorytu, jaki spotykamy we wszystkich niemal utworach jednego z najlepszych tegoczesnych powieścio-pisarzy francuzkich, Mery, a przełożonéj piórem naszego znakomitego pisarza, który pomimo tylu prac ważnych i oryginalnych, nie wahał się przyłożyć swéj ręki do tego przekładu, już tém samém utwor przed publicznością zalecając, czytelnicy mówię, będą nam obowiązani, żeśmy dla dogodzenia słusznéj ich ciekawości, zebrali tu interesowniejsze szczegóły życia tego znamienitego wieszcza francuzkiego, bohatéra powieści, który pod koniec przeszłego wieku tyle obiecującym zajaśniawszy poetyckim gienjuszem, padł niewinną, czystą i szlachetną ofiarą krwawéj rewolucyi, co Francyą podówczas miotała.
Marja-Andrzéj Chenier urodził się w Konstantynopolu 20 Października 1762 roku. Matka jego rodem Greczynka[3] słynęła dowcipem i pięknością. Był on trzecim synem Ludwika Chenier jeneralnego konsula francuzkiego. Najmłodszym zaś z 4-ch braci był Marja-Józef, autor Fenelona, Karola IX-go i Tyberiusza.
Przewieziony do Francyi w wieku dziecinnym, Andrzéj Chenier posłanym został do Karkassony i powierzony opiece ciotki aż do lat 9-ciu. Tam to pod niebem Langwedockim nad brzegami malowniczéj Audy zaczął wychowanie zupełnie swobodne i usposabiające go do marzycielstwa. Około 1773 ojciec jego powróciwszy do Paryża umieścił go wespół z dwoma starszemi braćmi w Kollegium Nawarskim. Zdolność i zamiłowanie poezji wcześnie w nim się nader objawiły, a w 16 roku życia swego umiał już dobrze po grecku i tłómaczył w Kollegjum odę Saphony: przekład ten nie będąc godnym druku, nosi wszelako już piętno bardzo oryginalnego talentu.
W 20-tym roku życia swego wstąpił jako podporucznik do półku Angoumois stojącego garnizonem w Strasburgu. Lecz on, który szukał sławy, a znalazł tylko w tém próżniaczém życiu i w obyczajach swawolnych owoczesnych oficerów, nudę i niesmak tak niezgodne z jego charakterem, po 6-ciu miesiącach powrócił do Paryża, mając rospocząć tu prace naukowe tém pożyteczniejsze, że zajmował się niemi bez przerwy i bez przewodników, a idąc za własnych sił i skłonności popędem.
Starał się tam tylko o znajomość bliższą z ludźmi, co się w sztukach, naukach lub literaturze odznaczyli. Zasłużył w owym czasie na przyjaźń szlachetną Lavoisier’a, Palissot’a, Dawid’a, i Le Brun’a, który odgadł rodzący się przyszły jego gienjusz. Ożywiony zapałem do nauki, o świcie wstawał do pracy, a poznanie wszelkich gałęzi wiedzy ludzkiéj, było jedynym marzeniem jego zabiegów.
Zbytek pracy wtrącił go w niebezpieczną chorobę, z któréj czułym staraniem dwaj jego przyjaciele dzieciństwa bracia Trudaine pomogli mu powstać i następnie namówili go na podróż z niemi do Szwajcaryi; miał on natenczas 22 lata. Znaleziono późniéj kilka nót jego z przelotnych wrażeń téj podróży, ale bez żadnego pewnego planu zrobienia z nich książki.
Po powrécie z téj poetycznéj wycieczki, hrabia de la Luzerne, poseł w Anglji zabrał go z sobą do Londynu, gdzie zdaje się, że musiał przebyć dość gorzkie chwile, gdyż nie kontent z losu i zależności, dręczony już tą chorobą, która go zawsze napastowała, strawił kilka lat życia błędnego, niespokojnego i niepewnego w częstych podróżach i nareście osiadł w Paryżu w 1790 roku.
Wśród ówczesnych rozruchów rzucił on piérwsze myśli kilku poematów, których plany nie były zupełnie oznaczone. Pod ogólnym tytułem Hermès, chciał jak Lukrecyusz objaśniać naturę rzeczy, ale za pomocą naszych nauk nowoczesnych. Zamierzał opiewać Amerykę, daléj skréślić Sztukę kochania, tak głęboką, a tak już dobrze zbadaną w obyczajach francuzkich; nakoniec zamyślał w poemacie Zuzanna, zawładnąć całą tę niezmierną poezją Ksiąg Świętych, w ich pierwotnéj piękności i świeżości.
Kilka tylko osób było przypuszczonych do tajemnicy jego planów literackich: brat, Le Brun, Roucher, Pange, i ci cały dla niego areopag składali. Unikał o tyle, o ile drudzy szukają zręczności chwilowego błyśnięcia swym talentem, owszem dawał mu dojrzewać w cichości i ukryciu, pogardzając niewczesnym, a niezasłużonym blaskiem.
Andrzéj Chenier oddawał się ciągłéj pracy, kiedy nadzwyczajne wypadki, zwichnęły jego zawód. Rok 1789, zajaśniał dla Francyi. Szlachetne serca uderzyły nadzieją, a serce takiego człowieka jak Chenier, nie mogło pozostać obojętném wśród zatrudnień literackich, kiedy sprawy ojczyzny ważyły się na szali. Jakoż zaciągnął się pod chorągiew obrońców swobód publicznych, dźwięczny język Muz, zamienił na zwięzłą loikę rozpraw politycznych, drogą swą spokojność dla oświecenia i wyjaśnienia sprawy publicznéj poświęcając.
Połączywszy się z kilku zdolnemi i znamienitszemi pisarzami, a między innemi z przyjaciółmi swemi z Pange’m i Roucher, utworzył w dzienniku Paryskim silną i energiczną opozycyę, tak przeciwko anarchji, jako i przeciw zabiegom arystokratycznym, które się ze wszech stron objawiały. Tym sposobem przygotował nad głową swoją tę straszną burzę, która go następnie i pochłonęła.
Mówiono dość powszechnie, że dwaj bracia Chenier, trzymali się w polityce i w ciągu Rewolucyi, zasad zupełnie przeciwnych, lecz to jest błędem, który tu miejsce sprostować. Różnica ich sposobu myślenia, zasadzała się tylko na jednym głównie punkcie, punkcie dość ważnym wprawdzie, ale dającym się zresztą łatwo z saméj różnicy ich charakterów, wytłómaczyć.
Kiedy Przyjaciele Konstytucyi pod tą piękną nazwą, utworzyli klub, Marja-Józef Chenier, zgodził się doń należeć, brat zaś jego Andrzéj jako starszy i rozważniejszy, przeczuł jak zgubny wpływ na sprawę publiczną stowarzyszenie to w następstwie wywrzeć może. Piérwszy zaczął on potępiać śmiałemi pismami ich zasady i krwawe zabiegi. Marja-Józef, znajdując w tém zgromadzeniu gorliwych przyjaciół i opiekunów obiecujących podtrzymywać go czy to na scenie, czy na mównicy, nie chciał zrazu dać się przekonać o ich zbrodniczych zamiarach; ogłaszał w dziennikach publicznych, że pisma jego brata wcale jego myśli nie zawierają, lecz bardzo wkrótce potém opuścił to stowarzyszenie, co pod nazwaniem Jakóbinów tak się rozgłośném stało.
Krótko trwał błąd jego, bo już się w nim postrzegł, nim piérwsze bezprawia kolegów jego na jaw wystąpiły, lecz dość było tych pozorów dla ugruntowania o stosunkach między braćmi fałszywéj opinji. Że byli rozdzieleni w jednym punkcie, wniesiono ztąd, że we wszystkich, i jeszcze u wielu pozostało to przekonanie, że Andrzéj Chenier był obrońcą przywilejów niesłusznych i dawnych nadużyć. Nic dziwnego, że takiego człowieka stronnictwo rojalistów radeby przyswoić sobie, lecz tu, jak w innych przypadkach, oczéwistość faktów, pretensje jego wywraca.
Obdarzony wyższym rozumem i tą odwagą cywilną, tak rzadką we Francyi, gdzie jednak męztwo jest tak pospolite, Andrzéj Chenier należał do tych rzadkich ludzi, któremi ani żądza wyniesienia, ani bojaźń, ani interes osobisty nie powoduje. Wielu niechce wierzyć, jak można nie należeć do żadnego stronnictwa, do żadnéj sekty, jak można myśleć za siebie tylko; a to właśnie jest cechą prawdziwych przyjaciół swobody. Tacy zwykle stoją w pośrodku walczących frakcyi, i nie sądźmy, że nie rozumieją oni niekorzystnego swego położenia, narażając się w takich okolicznościach. Podobnym ludziom zaprzeczają często biegłości, trafności w działaniach, nie chcąc oddać czci naleźnéj ich odwadze.
Charakter Andrzeja Chenier oburzał się na wszelką hypokryzję i samowolność: nie nawidział on równie wściekłych zapędów demokracyi, jak i nadużyć feodalnych; tyranji patrjotów, zarówno z tyranją Bastylji, przywilejów dam dworskich i przekupek rynkowych. Rumieniłby się, gdyby mu wybierać przyszło między Koblentz[4], a Jakóbinami. Z narażeniem własnego życia, które téż mu późniéj i wydarto, ofiarował się na obrońcę Ludwika XVI; a kiedy sprawa téj wielkiéj niedoli, wydała mu się świętą, godną spółczucia, poświęcał jéj te same pióro, które najdzielniejszemi dowody opór władzy królewskiéj przeciw słusznym swobodom ludu i Kościoła, karciło.
Tymczasem nadzwyczajne wypadki szybko postępowały jedne po drugich. Chenier zasłużył na nienawiść partji: opiewał on Karolinę Corday, potępiał Collot-d’Herbois, zaczepiał w pismach swoich Robespierra, a nakoniec sprawa Ludwika XVI, obudziła przeciwko niemu zemstę potężnych wrogów. Wyczerpawszy w dziennikach ówczesnych wszelkie dowody, na jakie tylko dusze szlachetne zdobyć się mogły dla zmienienia form téj procedury, ofiarował się nakoniec panu Malesherbes na spół-obrońcę nieszczęsnego króla; jakoż i stało się zadość jego szlachetnemu żądaniu.
Wiadomo, że po zapadłym nań wyroku śmierci, król listem pełnym spokoju i godności, prosił Zgromadzenie Narodowe o prawo odwołania się do ludu od pomienionego wyroku. List ten podpisany w nocy z 17 na 18 Stycznia, był dziełem Andrzeja Chenier; drukowano go z kopji własną jego ręką pisanéj, a przez P. Malesherbes w kilku miejscach poprawionéj.
Tyle cnot nieostróżnych, naraziły życie Chenier’a. Namówiono go więc do opuszczenia Paryża około 1793 r. Udał się on naprzód do Rouen, a następnie do Wersalu, gdzie brat jego Marja-Józef został wybrany na reprezentanta ludu. Przyjaźń dwóch braci podtrzymywała się ciągłemi wzajemnemi dowodami przywiązania. Znajduje się między innemi list autora tragedyj Henryk VIII. (Marji-Józefa), w którym maluje się cała dawna szczéra a czuła ich przyjaźń; Andrzejowi to poświęcił on swą tragedyą Brutus i Kassiusz. W Wersalu deputowany zasłaniał wpływem swoim starszego swego brata, sam wybrał dom mający mu służyć za schronienie, i wśród tych murów samotnych, pędząc życie smutne ale spokojne, gdyby nie najboleśniejsze i najmniéj spodziewane wydarzenie, wielki poeta byłby zachowany dla Francji.
Andrzéj dowiedziawszy się, że jeden z jego przyjaciół, P. Pastoret został aresztowany w Passy, śpieszy tam, pragnąc zanieść rodzinie jego słowa pociechy. Kommisarze naznaczeni do przejrzenia papierów, uznali za podejrzane osoby znalezione w tym domu i uwięzili je także. Czyniono poszukiwania, jakiego to komitetu te rozporządzenia mogły być dziełem, jaka władza wydała podobne roskazy; chciano bowiem ją nakłonić do oswobodzenia więźnia, ale wszystko napróżno. Ofiarowano nawet znaczną summę, jako kaucję za wolność Chenier’a, nikt nie śmiał go uwolnić, a był jednak aresztowany bez rzeczywistego rozkazu pisanego.
Tymczasem wyroki trybunału rewolucyjnego okrywały Paryż żałobą, jedynym ratunkiem dla więźniów, było zapomnienie, jakiemu podpaść mogli, dzięki tak wielkiéj liczbie ofiar. Ci co wyszli w owéj epoce z téj strasznéj próby więzienia, pamiętają dobrze, że przyjaciele ich tym tylko rodzajem pomocy usiłowali życie im ocalać. Marja-Józef, znieważony naówczas na mównicy, stawszy się przedmiotem szczególnéj nienawiści Robespierra, który się zasad jego lękał, a talentu mu zazdrościł, mógł tylko chyba zgubę brata przyśpieszyć, lecz wybawićby go nie zdołał; przestał nawet pokazywać się na Konwencyi. Za szczęśliwego by się poczytał, gdyby usłuchano rady jego, co do ostróżności w staraniach uwolnienia Andrzeja, ostróżność ta bowiem ocaliła brata jego Salwatora, równie wówczas w Conciergerie uwięzionego.
Przytoczyliśmy tu te szczegóły nie dla zbicia potwarzy, która Marją-Józefa, obwiniała o śmierć Andrzeja, takowe usprawiedliwienie byłoby zniewagą jego pamięci. Najgwałtowniejsi najbardziéj uprzedzeni przeciwnicy jego zasad, talentu, walcząc z nim nigdy jednak rzucić na niego tego podejrzenia nie śmieli. Zapewne Chateaubriand, następca Chenier’a w Akademji, nie nader mu sprzyjał, dość nawet zdradził się ze swą niechęcią w mowie, którą miał przy wstąpieniu w to uczone grono, a jednak w tejże mowie powiada: «M.-J. Chenier wiedział równie jak ja, co to jest brata czule kochanego utracić; był on z natury swéj szlachetnym i byłby mi wdzięczny za ten hołd bratu jego oddany.” Wiadomo, że przyjaciele jednego byli przyjaciółmi drugiego aż do śmierci; a matkaż, która czternaście lat opłakiwała Andrzeja, mieszkała przecież cały czas z Marją-Józefem, on ją pocieszał. Odwołajcież się teraz od téj nikczemnéj, ślepéj potworzy do serca wszystkich matek, niech ono na nią odpowie.
Ojciec zaś obu poetów, daremnemi skargami utrudzał ciągle ludzi przeważniejszego wpływu owéj krwawéj epoki. Nierozważny starzec! wysłuchano go nakoniec! «Co! rzecze mu jedno z tych narzędzi teroryzmu, czy dla tego, że on nosi imie Chenier, że jest bratem reprezentanta, to od 6 miesięcy jeszcze go nie sądzono? Bądź pan spokojny, za trzy dni syn pański wyjdzie z więzienia.” Niestety! tak było w istocie. A kiedy nieszczęśliwy ojciec, mówił przyjaciołom swego syna o swoich nadziejach, odpowiadano mu: «bogdajbyś nigdy nie miał powodu na troskliwość swego przywiązania narzekać!”
Andrzéj Chenier poprawiał w więzieniu swoje utwory, które brat jego wydałby na świat niezawodnie, gdyby się późniéj rękopisma po różnych rękach i miejscach nie rozproszyły.
Na kilka dni przed uwięzieniem rozgatunkował on swoje rękopisma na 3 teki i własną ponumerował je ręką. W piérwszéj, były dzieła jego wykończone, takiemi je przynajmniéj sądził stosownie do potęgi swego talentu, i w uszanowaniu swojém dla zdania publiczności, te tylko do wydania na świat przeznaczał. Teka N. 2-gi zawierała szkice bardzo już podkończone, lecz potrzebujące według przekonania autora, głębszych, dłuższych studyów i tego jeszcze jednego błysku natchnienia, co to nagle czasami, pewnego pięknego poranku, umysł poety rozjaśni. Trzecia nakoniec mieściła zbiór szkiców niewykończonych, plany nieoznaczone i ta tylko właśnie została zachowaną i od Publiczności jest znaną.
Nie wiadomo, co się stało z dwiema drugiemi tekami, w nich to był zapewne cały znakomity poemat: O Sztuce kochania, Hermès, Zuzanna i t. d.
Cała poezja Andrzeja Chenier, ma w sobie cóś uroczego, nosi charakter, piętno prawdziwego gienjuszu, ma ona jakąś moc porywania nas od własnych myśli i przeniesienia zupełnie w świat kreacyi poety. Umysły najrozważniejsze, przywykłe obrachowywać polot, potęgę każdéj myśli, nie zdołają oprzeć się temu gorącemu upojeniu, jaki pomimowolnie czytelnika utworów naszego poety przejmuje. Większa część jego sielanek, są to wzory, których układu sam Teokryt by się nie powstydził, są to natchnienia, ożywione zdaje się zapałem Tibulla, a wdziękiem Lafontaina!
Ale wróćmy do bolesnego opisu, ostatnich chwil wielkiego poety, które mu w więzieniu pozostawały. Dwaj Trudain’owie byli trzymani również w więzieniu Ś-go Łazarza; i Suvée więzień jak oni, zaczął malować portret Andrzeja Chenier. Malowidło te, jedyna pamiątka tego rodzaju, jest dziś w rękach P. Cailleux. W więzieniu to Ś-go Łazarza, ułożył on odę na cześć panny Coigny pod tytułem: Młoda Branka, któréj bez rozrzewnienia czytać nie można. Dniem przed sądem, ojciec uspakajał go, mówiąc mu o jego cnotach i talentach: «Niestety! odpowiedział, i P. Malesherbes miał wielkie cnoty, a zginął jednak na rusztowaniu!”
Przed trybunałem rewolucyjnym nie chciał odpowiadać ani bronić się. Ogłoszony za nieprzyjaciela ludu, przekonany niby, że pisał przeciwko wolności, a bronił tyranji, był jeszcze prócz tego obwiniony o dziwną zbrodnię, oto o knowanie ucieczki z więzienia! Wydano na niego ten niecny wyrok, który miał być spełnionym 7 Thérmidora, to jest dwoma dniami przed tym dniem wielkim, któryby skruszył jego pęta, a całą Francyę z pod jarzma terorystów uwolnił.
Dwaj Trudain’owie prosili o łaskę umrzeć z nim razem, lecz zachowano tych nieszczęśliwych na dzień następny (8-go Thérmidora)! Siepacze cieszyli się, gdy ich ofiara mogła na rusztowaniu rozpoznać ślady krwi przyjaciół, tam, gdzie swoją własną rozlać miała.
O godzinie 8-méj zrana wstąpił Chenier na wózek złoczyńców. W owych strasznych chwilach, kiedy się najgoręcéj czuje potrzebę przyjaciela dla wylania przed nim serca co wkrótce bić już przestanie, nieszczęśliwy młodzieniec nie widział około siebie nikogo, komuby powierzył ostatnie wrażenie, lub od kogoby doznać mógł słodkiego spółczucia. Może z próżną rospaczą na swych bladych towarzyszów śmierci spoglądał; ani jednego z nich nie znał! Zaledwie wiedział, że wśród 38-miu ofiar, które z nim wieziono, były imiona: Montalemberta, Crequi, Montmorency, barona Trenck’a, szlachetnego Loiserolles, co chciał umrzeć ochotnie, byle synowi życie ocalić; lecz żaden z tych nieszczęśliwych nie był w tajnikach duszy jego! Nie było téj myśli, coby myśl jego pojmowała, tego serca jego serca, jak mówi poeta, a Chenier szczęścia tego, wszystkiemi siłami swéj duszy przyzywał; gdy nagle otwierają się wrzeciądze ciemnicy od 6 miesięcy zamkniętéj, i wyprowadzają i umieszczają obok niego, na wozie fatalnym! Kogoż?! oto jego przyjaciela, poetę, malarza Miesięcy, nieszczęsnego Roucher!
O ileż to żalów, ileż to oni boleści jeden nad drugim wylewali! «Ciebie, mówił Chenier, najprawszego z obywateli, ojca, małżonka ubóstwianego! ciebie to poświęcają! — A ciebie, odpowiadał Roucher, ciebie cnotliwego młodziana, wiodą na śmierć, promieniejącego gienjuszem, nadzieją! — Nic nie uczyniłem dla potomności,” przerywał znowu Chenier; potém uderzając się nagle w czoło, dodał: A jednak miałem tu cóś!
Była to Muza, jak powiada autor René i Atali, która w ostatniéj uroczystéj chwili śmierci, gienjusz mu jego poetycki odsłaniała! Dziwna rzecz, że Francya pod koniec ostatniego wieku, straciła trzy piękne talenta przy ich zaraniu: Malfìlatra, Gilbert’a i Andrzeja Chenier. Dwaj piérwsi skończyli życie z nędzy, ostatni na rusztowaniu.
Tymczasem wóz postępował przez tłumy ludu, rozjuszonego własnym swoim nieszczęściem. Wzrok dwóch poetów, spotkał się przypadkiem z wzrokiem przyjaciela towarzyszącego śmiertelnemu pochodowi, jakby dla oddania im ostatniéj posługi. Opowiadał on późniéj wszystkie smutne szczegóły ich śmierci nieszczęśliwemu ojcu, który dziesięciu miesiącami zaledwie stratę ukochanego syna przeżył.
Mówili oni między sobą w ostatnich chwilach o poezji, bo po ich przyjaźni była to dla nich najpiękniejsza rzecz na ziemi. Racine był przedmiotem téj rozmowy i ostatniego ich uwielbienia. Deklamowali jego wiérsze, jakby dla zagłuszenia wrzasków wściekłéj tłuszczy, która ich odwadze i niewinności urągała. Jakąże to sztukę wybrali? oto piérwszą scenę Andromaki! Tak więc naprzemian odmawiali djalog z prologu owéj wspaniałéj tragedyi. Zaczynał Chenier, który naprzód tę myśl powziął; i może ostatni uśmiech przebiegł usta jego, kiedy następne piękne wiérsze wymawiał:
Czuję jakby zmiękczoną surowość wyroku,
I serce niezachwiane groźną losu probą,
Te uczucia były w jego sercu, a wyjaśnia je epoka, w któréj zginął. Mógłże on żałować przyszłości, on który zwątpił już o sprawie Cnoty i Swobody.
- ↑
Błąd; zamiast Adrjana powinno być Andrzeja.
- ↑ Historyczne.
- ↑ Nazywała się ona Santi L’homaka i była rodzoną siostrą babki P. Thiers’a. Ten ostatni więc jest siostrzanem Andrzeja Chenier’a.
- ↑ Miasto w Prusiech, główne siedlisko zabiegów politycznych emigrantów francuzkich, po wydaleniu się ich z Francyi po 1790 r.